Harry spał o wiele lepiej w nocy dzięki przełomowi w leczeniu PTSD, jak również stopniowo zanikały flashbacki oraz lęk przed wojną. Wtedy Syriusz zdecydował skupić się na innym aspekcie terapii Harry’ego. Na jego strachu przed ciemnością. Było to coś, do czego Harry niechętnie się przyznawał, ponieważ czuł się z tego powodu bardzo zawstydzony i zażenowany. Strach ten miał korzenie w jego wczesnym dzieciństwie, kiedy to Petunia i Vernon wrzucali go do ciemnego schowka i zostawiali tam na wiele godzin. Harry szybko zaczął utożsamiać ciemność z czymś złym, jakąś karą, a w rezultacie zaczął się jej bać. Był to lęk, który wypierał i który ukrywał przez większość swoich lat spędzonych w Hogwarcie. Ale strach nie minął i do dzisiejszego dnia nienawidził być sam w ciemnym pomieszczeniu, przechodzć przez mroczne korytarze albo przebywać gdziekolwiek, gdzie nie było światła. Ciemność była straszydłem, dusiła go i uciskała, była wrogiem, który przerażał go bardziej niż Voldemort. Był to jego osobisty bogin.
Ale Severus obiecał
uwolnić go od strachu, gdy tylko wojna się skończy i miał do pomocy Syriusza i
Remusa, żeby spełnić tą obietnicę. Harry miał mieć urodziny za dwa i pół
tygodnia i miał nadzieję, że do tego czasu pokona lęk przed ciemnością. Jednak
gdy tego popołudnia Syriusz ogłosił, że chce rozpocząć terapię nykofobii
Harry’ego, pierwszym odruchem chłopca była odmowa.
- Musimy? Pomyślałem,
że moglibyśmy poćwiczyć jeszcze kilka technik relaksacyjnych – zasugerował.
Jego lęk przed ciemnością był tak… poniżający. Miał prawie szesnaście lat i
myślał, że już dawno powinien przezwyciężyć ten cholerny strach.
- Wykorzystamy je
dzisiaj, żeby ci pomóc pokonać lęk – powiedział Syriusz. – Ważne jest, żebyśmy
dłużej tego nie odkładali, Harry. Im dłużej unikasz leczenia, tym będzie gorzej
i trudniej będzie ci się z tym zmierzyć.
- Ale już mi nieco
lepiej. Mogę spać przy tylko małej lampce nocnej.
- Dobrze, a dzięki
leczeniu zrobimy jeszcze większe postępy – powiedział stanowczo jego ojciec
chrzestny, brzmiąc bardzo podobnie do jego terapeuty, Aleca Sandrilasa. –
Posłuchaj, wiem, że to dla ciebie niekomfortowe i krępujące, ponieważ myślisz o
strachu przed ciemnością jak o czymś, czego doświadczają tylko małe dzieci. Ale
tak nie jest. I ponieważ nigdy w dzieciństwie nie byłeś na to leczony, twój
strach się nasilił i narasta. Wiem, bo sam cierpiałem na to samo i nawet o tym
nie wiedziałem, póki nie opuściłem Azkabanu. Pierwszy raz, gdy na Grimmauld
Place zasnąłem przy zaświeconym świetle, obudziłem się w ciemności i
spanikowałem. Zacząłem się hiperwentylować, przemieniłem się w psa i wyłem jak
szaleniec, tak się bałem. Z powodu dementorów, bo noc była ich czasem,
przychodzili wtedy w grupkach i czaili się przed celami, obserwując i czekając,
czy ktoś spróbuje uciec, żeby mogli wejść i wyssać ich dusze. Minęło dużo
czasu, nim się otrząsnąłem i udało mi się to tylko dzięki pomocy Aleca.
Harry spuścił wzrok na
swoje dłonie. Rozumiał, dlaczego Syriusz bał się ciemności, ale jego strach po
prostu nie był… racjonalny.
- Harry, pamiętasz, jak
mówiłeś, że chciałbyś się uwolnić od lęku, który sprawia, że zamierasz za
każdym razem jak wejdziesz do ciemnego pokoju? – podpowiedział Severus, razem z
wszystkimi siedział na sofie w gabinecie. – Cóż, to się nigdy nie wydarzy,
jeśli nie pozwolisz Syriuszowi sobie pomóc.
Harry wiedział, że ma
rację i bardzo chciał się uwolnić od paraliżującego strachu, więc się zgodził.
- Dobrze, to co mam
robić?
- Najpierw zaczniemy od
standardowych technik relaksacyjnych, oddychaj głęboko, wyobraź sobie spokjne
miejsce i tak dalej – powiedział Syriusz. – Następnie zastosujemy metodę zwaną
Stopniową Terapią Ekspozycyjną. Polega ona na rozmowie o lęku, a następnie na
próbowaniu zmniejszenia go poprzez stopniowe wystawianie się na jego działanie.
Możemy zapisywać twoje postępy, stosując metodę drabiny, jakby to nazwał Alec.
Zanim się obejrzysz, będziesz chodził ciemnymi korytarzami jak kot, cicho i bez
strachu.
- Ile czasu zajęło ci
przezwyciężenie strachu, Syriuszu?
- Ach… kilka miesięcy,
ale to dlatego, że moje wspomnienia wciąż były świeże. Myślę, że tobie nie
zajmie to tak długo, ponieważ wydaje się, że nie masz silnych ataków paniki.
Chodźmy do twojego pokoju.
Harry wykonał
polecenie, ich sesje zazwyczaj odbywały się właśnie tam, ponieważ gwarantowało
to Harry’emu prywatność i komfort. Ważne było, żeby Harry czuł się komfortowo,
żeby mógł się odprężyć i medytować.
Po około dwudziestu
minutach relaksacji, Syriusz się odezwał:
- I jak, czujesz się
spokojny? Dobrze. W porządku. To od początku. Chciałbym wiedzieć, kiedy
pierwszy raz poczułeś strach przed ciemnością. Ile miałeś lat? Kiedy pierwszy
raz te śmierdzące mugole zamknęły cię w komórce? Pamiętasz?
Harry powoli pokiwał
głową.
- Byłem naprawdę mały,
miałem może trzy lub cztery lata, kiedy zaczęli robić to regularnie. Pamiętam,
że pierwszy raz był wtedy, gdy Dudley zabrał mój kocyk, ten z którym zosawiono
mnie w koszyku, chyba mama go zrobiła, nie chciał mi go oddać. Zawsze nosiłem
go ze sobą i z nim spałem, a Dudley go chciał, więc go zabrał. Wściekłem się i
zacząłem krzyczeć, Dudley nie chciał go oddać, więc pociągnąłem go za włosy.
Zaczął wrzeszczeć jak opętany, a wtedy przyszła ciotka Petunia i wszystko
zobaczyła. Zaczęła szaleć, nazwała mnie brudnym, małym dziwadłem i pytała jak
mogłem skrzywdzić jej kochanego Dudziaczka, a potem chwyciła mnie, uderzyla i
wrzuciła do komórki. „Będziesz siedzieć w ciemności, ty mały bachorze!”
powiedziała i zostawiła mnie tam na jakieś dwie godziny… samego w ciemności bez
mojego kocyka i z całą masą pająków. Chyba płakałem póki nie usnąłem.
- Okropni ludzie! Ktoś
powinien ich wepchnąć do ciemnego dołu z wygłodniałym widłowężem! – powiedział
gniewnie Syriusz. – Rozumiem, dlaczego zacząłeś wtedy bać się ciemności. Czy
zdarzyło się to więcej razy?
- Mnóstwo razy. Za
każdym razem, gdy wdawałem się w bójkę z Dudleyem albo gdy Dudley mówił, że się
z nim biłem, wrzucali mnie do ciemnej komórki. Na początku płakałem i
krzyczałem, ale to nic nie dawało. Tylko trzymali mnie tam dłużej. Albo czasami
wuj Vernon bił mnie i mówił, że „da mi powód do płaczu”. Więc przestałem
płakać. Ale zawsze się bałem i myślałem, że ciemność ma wielki płaszcz, który
mnie otacza i dusi. Bo w komórce nigdy nie mogłem złapać oddechu i chyba
czasami mdlałem.
- To wyjaśnia, dlaczego
się boisz. Od małego byłeś uczony, by utożsamiać przebywanie w ciemności z
byciem złym, z karą, więc myślisz, że gdy robi się ciemno, dzieją się złe
rzeczy. Spróbuję odwrócić twoje myślenie, używając metody drabiny. Alec tak
robił ze mną.
- Co to takiego?
- Polega ona na tym, że
stopniowo narażamy cię na twoje lęki i pomagamy ci je przezwyciężyć – wyjaśnił
Syriusz. – Dzisiaj zaczniemy małymi kroczkami. Zaciemnię pokój na dziesięć
minut i chcę, żebyś srpóbował wytrzymać jak najdłużej. Kiedy będzie ciemno,
chcę żebyś spróbował zwizualizować sobie swoje bezpieczne miejsce, takie gdzie
czujesz się spokojnie. Jeśli zaczniesz się bać, oddychaj powoli. Pamiętaj, to
dziesięć minut, nie dziesięć godzin. Jesteś gotowy?
Harry krótko skinął
głową. Chciał to mieć zwyczajnie za sobą.
- Okej. Zacznij
spokojnie oddychać. Na trzy zgasną wszystkie światła. Raz… dwa… trzy…
W pokoju zapanowała
ciemność. Nie widział dłoni przed swoją twarzą. Nie widział absolutnie nic.
Czuł się, jakby oślepł. Natychmiast jego serce zaczęło pędzić, a płuca
gwałtownie łapały powietrze. Pot zrosił mu czoło i spłynął po szyi. Zamarł w
bezruchu, ale w głowie krzyczał z przerażenia. Nie! Nie! Wypuść mnie! Proszę, będę grzeczny! Już nigdy więcej nie
dotknę zabawek Dudleya, ciociu! Proszę! Wypuść mnie! Wy-puść mnie!
Uniósł rękę, by zacząć
uderzać w drzwi komórki, ale wtedy przypomniał sobie, że wcale w niej nie jest.
Jesteś w swoim własnym pokoju, tępaku.
Jesteś bezpieczny, przestań. Po prostu… PRZESTAŃ!
Część tego okropnego,
ściskającego serce uczucia ustąpiła. Próbował sobie przypomieć, co powiedział
Syriusz. Oddychaj. Musiał się uspokoić i oddychać. Zamknął oczy i zaczął
liczyć, próbując się odprężyć, uspokoić tętno i oddychać powoli.
Jeden… dwa… trzy… cztery… pięć… Jeszcze raz… raz… dwa…
trzy… to trochę działa…
Stopniowo udało mu się
potrzymać łykanie powierza, a potem zaczął myśleć o szczęśliwym miejscu, o
czymś spokojnym. Jesteś uwięziony w
ciemności! – wrzeszczała jakaś część jego umysłu. Uwięziony, sam i umrzesz jak pies, samotnie w ciemności.
Nieprawda. Nie jestem sam, Syriusz i Remus tu gdzieś są… i
w każdej chwili mogę stąd wyjść. Drzwi są tam. Otworzył oczy, nie zobaczył nic i zaczął drżeć. Szybko
zwizualizował sobie drzwi swojego pokoju, oświetlonego pokoju i to jak przez
nie wychodzi. Wyobraził sobie, jak idzie plażą i słucha oceanu. Zobaczył się,
jak siedzi na trawie, jak lata z Warriorem i Hedwigą. Drżenie ustało. Wyobraził
sobie, jak trzyma za rękę Sashę, jak się całują, gdzieś w odosobnionej części
Sylvanoru, gdzie nikt im nie będzie przeszkadzał, gdzie Darkmoon ich nie
znajdzie i nie skopie mu tyłka za zbytnie spoufalanie się z jego kuzynką.
Wymacał palcami znajomą
bransoletkę z kamienia księżycowego. Pogłaskał miękki warkocz włosów, włosów
jego ukochanej. Sasha… Sasha… tęsknię za
tobą… potrzebuję cię…
- Dobrze, Harry, możesz
otworzyć oczy – zachęcił Syriusz.
Harry wykonał polecenie
i stwierdził, że światła ponownie świeciły i mógł widzieć.
Syriusz wstał i
spojrzał na niego. Harry był blady i spocony, ale nie w histerii.
- Jak się czujesz?
Myślę, że na pierwszy raz poszło ci całkiem dobrze.
- Ja… czuję się… trochę
zdenerwowany.
- W skali od jednego do
dziesięciu, jak bardzo?
- Uch.. na pięć.
- Nieźle. Ja chyba
zostałem na siedmiu, gdy Sandrilas pierwszy raz zrobił mi taki numer. – Syriusz
poklepał go po ramieniu. – Następnym razem wydłużymy czas do dwudziestu minut,
potem do czterdziestu pięciu i tak dalej, aż będziesz mógł dobrze znieść
ciemność. Och, i chcę żebyś coś dla mnie napisał.
- Dajesz mi zadanie domowe?
- Nieee. Tylko malutkie
ćwiczenie. Chcę, żebyś wypisał mi dziesięć dobrych rzeczy o ciemności i
pomyślał o nich. To się chyba nazywa alternatywne kojarzenie.
- Czytałeś podręcznik
dla uzdrowicieli umysłu, Łapo? – zapytał Remus.
- Próbowałem. Ale to
cholerstwo używa terminów o których nigdy nie słyszałem – burknął Syriusz. – W
każdym razie spróbuj dzisiaj spać ze światłem zaświeconym na korytarzu, ale
zgaszonym tutaj. Nadal będziesz mógł widzieć, nie będzie całkowicie ciemno. Myślisz,
że dasz radę?
- Tak. Chyba.
- Dobrze! Skoro to mamy
za sobą, chcesz porozmawiać ze mną o czymś z twojego dziennika? Nie? Wszystko
dobrze? Okej, to zagrajmy w gry. Tym razem ja chcę być Mario.
- Zawsze jesteś Mario, Syriuszu.
- Trudno. Luigi ma na
sobie kolory Ślizgonów, a oni są do bani.
- Hej! Tata jest Wężem
i uratował ci życie – przypominał mu mądrze Harry.
- Och. Prawda. Cóż, nie
lubię zielonego, przypomina mi szlam ze stawu – poprawił się Syriusz.
Harry przewrócił
oczami. Syriusz przeszedł długą drogę od czasu Azkabanu, ale chłopak wątpił, by
kiedykolwiek stracił on swoje uprzedzenia w kierunku Ślizgonów.
Ruszył zacząć grę,
podczas gdy Remus przeprosił, by pójść na herbatę z Severusem, który właśnie
wrócił z własnej sesji z Aleciem i opowiedzieć mi o pierwszej próbie Harry’ego
pokonania nyktofobii.
Severus był zadowolony
z tego, jak radzi sobie Harry i obiecał Remusowi, że pomoże im wdrożyć plan
leczenia zaproponowany przez Syriusza, monitorując Harry’ego w nocy i
upewniając się, że nie ma w jego pokoju żadnych świateł, jedynie te na
korytarzu.
- To silny dzieciak,
Severusie – powiedział cicho Remus. – I naprawdę chce to pokonać. Jeśli utrzyma
takie nastawienie, wyliże się z tego za tydzień lub dwa. Byłem w stanie
wywąchać, że dzisiaj się bał, ale go to nie przytłoczyło. Złapał strach za kark
i zmusił go do posłuszeństwa. – Potem wilkołak odkaszlnął. – Wybacz. Ostatnio
mam wrażenie, że wszystkie moje przykłady sprowadzają się do zachowań psów i
wilków. I robię się nadopiekuńczy, przynajmniej według Dory. Mówi, że cofam się
do epoki kamienia łupanego.
Severus zdołał się
lekko uśmiechnąć. Tonks miała dar dowcipu, który zawsze go bawił, chociaż nigdy
by jej tego nie powiedział, gdy była uczniem.
- Może to wilkołacza
cecha.
- Może. Nie mogę stwierdzić
na pewno, ponieważ jestem jedynym wilkołakiem, jakiego znam, który był w
prawdziwym związku z czarownicą, a nie tylko… wziął ją jak zwierzę – zarumienił
się lekko.
- Wydajesz się mieć
dwoistą naturę, jak wilczaki – zauważył Severus.
- Tak. To kolejna
rzecz, o którą chciałem zapytać. Wilczak, która przyjdzie do Hogwartu, czy ona…
będzie w stanie mnie tolerować? Czy będzie mnie nienawidzić z całego serca i
rzuci mi się do gardła przy pierwszej okazji?
Severus milczał przez
dłuższą chwilę. Wiedział, że bardziej wybuchowe wilczaki, jakie jak Vlad i
Eris, mogłyby tak zareagować, ale Meadowsweet nigdy nie wydawała mu się mściwą,
impulsywną istotą. Zawsze wydawała się opanowana i logiczna, i nie dawała się
ponosić emocjom. Z drugiej strony, nigdy nie widział jej w towarzystwie
wilkołaków.
- Cóż… trudno
powiedzieć. Meadowsweet, czy Sasha, jak naprawdę ma na imię, nigdy nie wydawała
mi się osobą, która ulega irracjonalnej nienawiści. Jest w Sylvanorze
uzdrowicielką, a przywódca stada, Darkmoon, polega na jej radach.
Powiedziałbym, że jest samicą alfa w tej społeczności.
- Jest partnerką
Darkmoona?
- Nie. Są kuzynami,
zbyt blisko na to spokrewnieni. Są bardziej jak brat i siostra. Mimo to nie
wiem, czy ich nienawiść do wilkołaków wynika z czegoś osobistego, ponieważ ich
matki zostały zmuszone do obcownia z ich ojcami, czy raczej jest to cecha, z
którą się urodzili i instynktownie ich nienawidzą, jak krowa czy koń nienawidzi
węży. Albo jak mysz boi się jastrzębia. Poproszę Harry’ego, by do niej napisał
i się dowiedział. Jeśli chodzi o to pierwsze to zapewniam cię, że nie będziesz
miał z nią żadnych problemów, bo jest osobą, która ocenia człowieka na
podstawie jego czynów, a nie przesądów i uprzedzeń. Ale jeśli to drugie…
dopilnujemy, żebyście w szkole nigdy nie zostali razem sami, ani na tyle
blisko, żeby cię zaatakowała. I oczywiście usunę ją wtedy z twojej klasy…
- Mam nadzieję, że nie
będziemy musieli posuwać się tak daleko.
- Ja również. Jeśli
będzie w stanie cię tolerować, będzie to duży krok w kierunku udowodniania jej
stadu, że istnieją dobre, jak i złe wilkołaki, nie tylko potwory, które je
poczęły. Od kiedy bierzesz eliksir tojadowy, jesteś najłagodniejszym
wilkołakiem jakiego poznałem. Od tego czasu nawet ja się ciebie nie boję – powiedział Severus. Zamarł z ustami
uchylonymi po swoim freudowskim przejęzyczeniu. Nigdy nie planował wyznawać
Remusowi swojego sekretnego strachu, ale jakoś mu się to wymsknęło.
Remus wyglądał na
zdumionego, jego piwne oczy rozszerzyły się.
- Ty… bałeś się mnie?
Severusie, nigdy nie sądziłem… - Odwrócił wzrok, czując wstyd i zdenerwowanie,
ponieważ dokładnie wiedział, co powodowało strach Severusa. Ten głupi żart we
Wrzeszczącej Chacie.
- Nigdy nie chciałem,
żebyś wiedział, Lupin – powiedział drugi mężczyzna ostrym tonem.
- Nie… raczej byś nie
chciał… przepraszam…
- Za co przepraszasz?
Ty nie uczestniczyłeś w tym głupim żarcie, chociaż mogłeś mnie zabić. Nigdy cię
za to nie obwiniałem, Lupin. A jednak nie powstrzymało to strachu przed tymi
niebezpiecznymi stworzeniami.
- Rozumiem. To
naturalne, że się mnie boisz, Severusie. Wtedy byłem niebezpieczny dla
wszystkich… robiliśmy takie głupoty… mieliśmy tak wielkie szczęście, że nigdy…
nikogo nie ugryzłem… Gdybym mógł zmienić przeszłość… – głos wilkołaka był
szorstki od żalu.
- Nie możemy jej
zmienić, możemy tylko ruszyć do przodu. Sam próbuję to uczynić i tobie też
radzę. Pozwól przeszłości pozostać przeszłością. Nie jesteś taki jak wtedy,
jesteś inny, w innym wypadku nigdy bym cię nie zatrudnił na mojego nauczyciela
Obrony. Nie mam się czego z twojej strony bać – oświadczył Severus, a jego
wzrok spotkał się ze wzrokiem swojego byłego nemesis.
Remus zmusił się, by
spojrzeć mu w oczy. Zobaczył żelazną determinację i spokojną akceptację, ani
śladu strachu. Opuścił głowę.
- Obiecuję panu, że nie
opuszczę ponownie mojego stanowiska – powiedział uległym tonem, niczym beta do
alfy.
- Lepiej żeby tak było.
Nie będę tego tolerował. Będę cię chronił, jeśli prasa albo ktokolwiek inny
będzie próbowała cię oczerniać, Lupin. Co uczciwe to uczciwe.
Remus wypił herbatę,
myśląc o tym, jakie to ironiczne, że chłopak, które Huncwoci dręczyli i
prześladowali, teraz jest ich szefem. Los z pewnością miał dziwne poczucie
humoru. Nastała nowa era, zaszło wiele zmian, ale Remus uważał, że wszystkie wychodziły
im na dobre oraz był dumny z tego, że mógł być ich częścią, by pomóc
ukształtować nowy świat.
- Dziękuję, Severusie.
Jesteś honorowym człowiekiem. Jestem dumny, że będę mógł pracować pod tobą.
- Proszę cię, Lupin.
Nie będą taki sentymentalny – powiedział szorstko drugi mężczyzna, chociaż w
głębi duszy słowa Lupina niezmiernie go ucieszyły. Wreszcie jeden z Huncwotów
dostrzegł jego prawdziwą wartość. Severus nie był pewny, dlaczego go to
obchodził, jednak sprawiało, że czuł się dobrze.
Dopili herbatę w
milczeniu, czekając, aż Syriusz i Harry znudzą się grami i zejdą na dół się
napić.
Tego wieczoru, po
rozegraniu trzch partyjek szachów, Harry ruszył do łóżka.
- Nie zapomnij tego, co
kazał ci zrobić Syriusz – przypomniał mu ojciec. – Dobranoc.
- Dobranoc, tato –
zawołał Harry.
Po prysznicu i
przebraniu się w piżamę, zostawił światło na korytarzu i zgasił lamę. Światło z
przejścia oświetlało część pokoju koło drzwi, a Harry widział zarys swojej
komody, telewizora i miejsca, gdzie siedziała Hedwiga. Były ledwie widoczne,
ale wciąż mógł je dostrzec. W pobliżu łóżka było ciemniej, ale zmusił się do
odprężenia, wykonał ćwiczenia oddechowe i wizualizacje. Zmusił się też do
pomyślenia o dziesięciu dobrych rzeczach związanych z ciemnością. Zanotuje je
rano.
Wsłuchał się, jak
Hedwiga stroszy piórka, usłyszał też skrzypienia i jęki rur, które nosiły wodę
do różnych części domu.
Kilka razy otwierał i
zamykał oczy, upewniając się, że znajdzie okulary, na wypadek gdyby w środku
nocy musiał skorzystać z łazienki. Leżały dokładnie tam, gdzie je położył – na
stoliku nocnym.
Westchnął, przewrócił
się na drugi bok i zapadł w sen o skąpanym w słońcu piasku i turkusowej wodzie.
Severus przyszedł
godzinę później i zatrzymał się przed otwartymi dzwiami pokoju Harry’ego, by
upewnić się, że z jego synem wszystko w porządku.
Z tego, co widział,
Harry spał spokojnie, wypuścił wstrzymywane powietrze. Zarówno Alec, jak i
Syriusz mówili mu, żeby pozwolić Harry’emu spróbować samemu pokonać własne
lęki, ponieważ nie zawsze będzie przy nim na ratunek. Tylko by sprawił, że
Harry polegałby na nim, gdy stawiałby czoła swojemu strachowi, a to nie
wyszłoby mu na dobre.
Severus wiedział, że
ich rozumowanie jest trafne, ale mimo to zatrzymał się na chwilę, nie będąc w
stanie odwrócić wzroku. Zawsze był nadopiekuńczy, kiedy chodziło o osoby, na
których mu zależało, a kochał swojego lekkomyślnego, dzikiego pisklaka całym
sercem. Ciężko mu było cofnąć się i być obiektywnym, zwłaszcza gdy Harry
cierpiał. Ale wiedział, że musi to zrobić, dla dobra Harry’ego. Więc po
piętnastu minutach stania na korytarzu i obserwowania, jak chłopak cicho
chrapie, zmusił się do pójścia spać. Zaklęcie monitorujące ostrzeże go, jeśli
Harry będzie miał flashbacki, przypomniał sobie Severus. Harry jednak miewał je
coraz rzadziej.
Severus odwrócił się i
wślizgnął się do własnego pokoju, i tej nocy mieszkańcy Spinner’s End spali
spokojnie.
Harry skupił umysl na
walce ze swoją dziecięcą fobią, zdeterminowany, by raz na zawsze wygnać widmo
ciemności. Zrobił wszystko, co nakazał Syriusz, zaczynając od ćwiczeń
medytacyjnych i wizualizacyjnych, kończąc na terapii ekspozycyjnej każdego
wieczora i dnia. Pracował nie tylko z Syriuszem i Remusem, ale też z Severusem,
którzy wspólnie pomagali chłopcu wyjść z mroku w światło.
Jednak w połowie
pierwszego tygodnia natknął się na przeszkodę, gdy zdołał wytrzymać godzinę w
ciemności. Tak bardzo podekscytował się swoimi szybkimi postępami, więc zaczął
naciskać na siebie bez konsultacji z Syriuszem, a w rezultacie skończyło się
tej nocy na ataku paniki, po którym mdliło go, trząsł się i skomlał.
Na to przyszedł Severus
i pomógł mu to przepracować, ale Harry był tak sfrustrowany, że niemal się rozpłakał.
- Miemal mi się udało!
Do cholery! – wybuchnął, uderzając pięścią w komodę w przypływie złości. – Co
jest ze mną nie tak? Dlaczego po prostu nie mogę tego pokonać?
- Ponieważ strach przed
ciemnością nie narodził się jednej nocy. Budował się godzinami, dniami i
latami. Nie możesz spodziewać się, że zapomisz o nim w ciągu kilku dni, Harry.
Chodź i poćwicz medytację – nalegał Severus.
Harry miał ochotę tupać
nogami i warczeć, że nie nie chciał tego robić, że to nie działało i dlaczego
nie mogą po prostu rzucić na niego Obliviate, by usunąć strach z jego umysłu?
Ale zapanował nad sobą z ogromnym wysiłkiem i zrobił to, co Severus kazał.
Ale nawet gdy zaczął
spokojnie oddychać, przysiągł sobie, że pokona tę głupią fobię. Nie pozwoli jej
sobą rządzić.
Syriusz przyjął zastój
Harry’ego ze spokojem, mówiąc, że jemu też się to przytrafiło.
- W końcu ci się uda.
Nie ma potrzeby się śpieszyć.
Harry się z tym nie
zgadzał. Chciał się czuć lepiej w tej chwili. Podwoił wysiłki, ale zarówno jego
ojciec, jak i chrzestny powtarzali mu, że musi więcej odpoczywać, że za bardzo
się denerwuje.
W ciągu dnia, gdy tylko
nie medytował, Harry spędzał czas na zewnątrz, ponieważ dni były ciepłe i
słoneczne. Pomagał Severusowi odchwaszczać ogród, a w nagrodę Severus zabierał
go we wczesnych godzinach porannych na latanie jako Freedom, zanim przebudzili
się ich sąsiedzi. Spędzał również czas w domu Paula, grając w zwykłe mugolskie
gry i po prostu się dobrze bawiąc. Było to coś, na co nie miał szans na Privet
Drive i odkrył, że naprawdę lubi wolność tego, że może przychodzić i wychodzić,
nie martwiąc się mrocznymi czarodziejami i dementorami.
Wciąż bardzo tęsknił za
Sashą i pisał do niej, Hermiony i Rona, pytając ich, jak mijają ich wakacje
oraz przekazując im, że jego ojciec w końcu zaakceptował posadę dyrektora.
Młodszy brat Paula,
Sam, wrócił ze szkoły z internatem we Francji i w czwartkowe popołudnie
zauważył bransoletkę Harry’ego.
- Co masz na
nadgarstku, Harry? To na szczęście? Od dziewczyny? A może jesteś w gangu? Bo
Purpurowi Zgniatacze noszą takie rzeczy, ale oni mają takie ze skóry i z
kolcami. Są najokropniejszym gangiem w Paryżu.
- Sam, może się zamknij? – krzyknął zawstydzony Paul. –
Po prostu go zignoruj, Harry, bo zadaje za dużo pytań i papla jak dzieciak
naćpany cukrem.
- Nieprawda! –
powiedział Sam, miał jedenaście lat. Przypominał starszego brata, ale miał
włosy koloru piasku.
- Wszystko dobrze, Paul.
Nie mam nic przeciwko – zapewnił Harry przyjaciela.
- To nie bransoleta
gangu, ty głuptasie – dodała starsza siostra Paula, Tammy, która też wróciła do
domu na wakacje z Oxfordu. Zerknęła na bransoletkę Harry’ego z księżycowego
kamienia i powiedziała wszystkowiedząco: - Każdy może stwierdzić, że to
dziewczyna zrobiła ją dla swojego faceta, prawda, Harry?
- Uch, tak. Dała mi ją
moja dziewczyna, Sasha.
- Widzicie? Wiedziałam!
- Nie zadzieraj nosa,
Tamara. – Sam pokazał język swojej siostrze.
- Masz dziewczynę? –
zapytał Paul z lekką zazdrością. – Gdzie ona jest? Jest seksowna?
- Teraz nie ma jej w
kraju. Ale wraca jesienią i idziemy razem do tej samej szkoły z internatem w
Szkocji. Ma na imię Sasha Atwater i jest seksowniejsza niż każdy człowiek,
którego widziałeś. Jest… wspaniała. Chce zostać doktorem.
Paul zagwizdał.
- Wow, Harry! Seksowna
i mądra. Dostałeś wszystko. Masz jej zdjęcie?
- Uch… nie. Miała mi
jakieś wysłać – powiedział Harry. – Bransoletkę zrobiła sama, użył swoich
włosów i kamienia księżycowego, który należał do jej matki. Dała mi go tuż
przed tym, jak wyjechała i od tego czasu jej nie zdjąłem.
- Jest piękna –
powiedziała Tammy z podziwem. – Chciałabym umieć robić takie rzeczy. Chociaż
nie sądzę, by Mark docenił ją tak jak ty.
Harry zarumienił się
lekko, ponieważ Tammy była lekko opalona, miała włosy w kolorze miodu i
niebieskie oczy, była również bardzo seksowna. Nie był zaskoczony, że ma
chłopaka.
- Dałeś jej w zamian
jakiś prezent?
- Tak. Dałem jej swój
ulubiony długopis – powiedział Harry. – Żeby mogła do mnie pisać.
- Ooo, to słodkie! –
uśmiechnęła się Tammy. – Zapisuj to sobie, Paul.
Paul przewrócił oczami.
- Mniejsza z tym, Tam.
Chodź, Harry. Zagrajmy w krykieta.
Harry ruszył za
przyjacielem na zewnątrz, palcami gładząc kamień księżycowy. Nigdy wcześniej
tak bardzo nie chciał, żeby lato już się skończyło.
Wczesnym piątkowym
popołudniem znalazł Severusa pracującego w ogrodzie, gdzie przycinał zwiędłe
nagietki wzdłuż ścieżki przed domem i sadził w skrzynkach hiacynty. Lubił ogrodnictwo,
nawet jeśli nie były to magiczne rośliny. Była to jedna z niewielu aktywności,
które Eileen Snape z nim wykonywała, gdy był dzieckiem i razem sadzili kwiaty,
a w sekrecie również magiczne zioła i grzyby. Harry latał wysoko nad jego głową
jako Freedom, był tylko punkcikiem na niebie, zbyt wysoko, by jakikolwiek mugol
go zauważył.
Severus skończył
doklepywać ziemię w miejscu nowo zasadzonej hiacynty, po czym podlał ją
ostrożnie. Niemal skończył i odwrócił się, by wyjąć ostatnią roślinkę z
plastikowej doniczki za sobą. Właśnie wtedy zauważył, jak Paul mija jego dom,
więc zawołał:
- Dzień dobry, Paul.
Jeśli szukasz Harry’ego, jest… - Severus nigdy nie dokończul zdania, bo
zauważył, że przyjaciel jego syna ma porządnego siniaka, rozcięcie na brwi i trzyma
zmiętą chusteczkę przy nosie, który krwawiń leniwie. – Co ci się stało, pani Mosier? Wyglądasz,
jakbyś przeszedł piekło.
Paul uniósł wzrok na
wysokiego mężczyznę, którego zaczął szanować przez ostatnie tygodnie i
powiedział cicho:
- Nic, panie Snape. To
tylko jakieś głupie dzieciaki.
- Pokaż. – Severus
wstał i podszedł zbadać piętnastolatka.
Paul cofnął się.
- Wszystko gra.
Przeżyję. To tylko źle wygląda.
- Twoi rodzice są w
domu?
- Nie. Mama zabrała
Sama na basen i planowała podwieźć Tammy do domu jej przyjaciółki, zanim
rozwiezie jakieś rzeczy dla klientów. Tata jest w pracy.
W górze krążył Freedom,
jego jastrzębi wzrok wyostrzył się i zobaczył, co się przydarzyło jego
przyjacielowi. Zaskrzeczał z wściekłością. Cholera
jasna, kto ci to zrobił, Paul? Wypruję im flaki!
Severus uniósł wzrok i
powstrzymał westchnięcie, rozumiejąc, co krzyczy Freedom, mimo że ledwie
widział jastrzębia. Pospiesznie zaczął prowadzić Paula do domu, nim Freedom się
zapomni, zleci w dół i usiądzie na jego ramieniu.
- Jastrząb! –
wykrzyknął Paul. – Niech pan patrzy, panie Snape! Jastrząb! – wskazał palcem,
zapominając o obrażeniach.
- Tak, ma tu gdzieś
gniazdo. Czasem widzę, jak rano lata. – Łagodnie chwycił chłopca za ramię. – Chodź
do środka, Paul. Trzeba naprawić to oko i nos.
- Nic mi nie będzie,
naprawdę! – nalegał chłopak.
- I powinienem zobaczyć
tych drugich, tak? – zapytał Severus. – Do środka, panie Mosier. Nie jesteś
pierwszym chłopakiem, którego opatrywałem po bójce i z pewnością nie ostatnim.
Zapytaj Harry’ego. – Wprowadził chłopca do domu, zostawiając narzędzia ogrodnicze
i konewkę na ganku.
Ignorując protesty
chłopaka, zaprowadził go do kuchni i posadził przy stole. Harry zbiegł z hukiem
po schodach kilka minut później.
- Hej, zdawało mi się,
że widziałem cię przez okno, Paul – powiedział Harry, po czym zatrzymał się gwałtownie.
– Dobry boże, co ci się stało? Masz nos jak kalafior. Tylko żartuję.
- Super śmieszne.
Zapomniałem uważać na ogry i jeden mnie nadepnął. – Skrzywił się, gdy Severus
odchylił jego głowę do tyłu i pomacał jego nos wprawnymi palcami. – Auć!
- Spokojnie. Nie ma
złamania. Harry, przynieś mi lodu na to oko. Zaraz wrócę z maścią i wodą
utlenioną, to rozcięcie na brwi trzeba oczyścić – powiedział Severus i wstał,
wychodząc z kuchni i kierując się do apteczki w łazience na dole. – Cholerni
dręczyciele!
Paul jęknął, ale nie
ruszył się z miejsca. Z wdzięcznością przyjął worek z lodem, który podał mu
Harry.
- Tata strasznie
nienawidzi dręczycieli – powiedział Harry Paulowi, gdy Severus wyszedł. –
Ponieważ jak był dzieckiem też był bity. Tylko nigdy mu nie przyznaj, że ci
powiedziałem, dobra?
Paul skinął głową.
- To wydaje się…
niemożliwe… twój tata… jest cholernie straszny…
- Cóż, nie zawsze taki
był. Jak to się stało?
- Byłem głupi i
zapomniałem uważać na Wielkiego Barta i jego tępych przyjaciół. Kręcą się przy
torach kolejowych niedaleko schroniska dla zwierząt, gdzie pracuję jako
wolontariusz. Właśnie kończyłem zmianę i wracałem do domu, gdy mnie napadli. Są
więksi i silniejsi, a ciężko się walczy jeden na trzech.
- Zwykle tak jest –
powiedział Severus, a jego ton stał się mroczniejszy. Przyniósł plastry,
pojemnik z balsamem na siniaki, miękką, wilgotną szmatkę oraz wodę utlenioną i
waciki. – Z drugiej strony dręczyciele nie są znane z uczciwej walki. Zdejmij
lód i się nie ruszaj. – Usiadł obok chłopaka i nasączył wacik wodą utlenioną. –
Będzie szczypać, ale rozcięcie trzeba oczyścić. – Delikatnie przetarł długą
ranę nad lewym okiem Paula.
Chłopak syknął przez
zęby, ale poza tym nie krzyknął.
Severus obejrzał ranę,
po czym stwierdził, że nie była na tyle głęboka, by wymagała szwów.
- Wystarczy plaster. – Założył
plastry, upewniając się, że się trzymają. – Zamknij oko, żebym mógł nałożyć
trochę maści. Pomoże na siniak i obrzęk.
- Najlepsza maść jaka
istnieje – pochwalił Harry. – Mój tata ją sobie chwali.
Severus rozsmarował
nieco na oku Paula, a resztę na nosie, po uprzednim wytarciu krwi mokrą
szmatką.
- Przyłóż lód z
powrotem do oka. Maść zmniejszy też stan zapalny i obrzęk, a jutro powinieneś
wyglądać dziesięć razy lepiej. Jesteś jeszcze gdzieś ranny? Z doświadczenia
wiem, że jak banda łobuzów cię powali to lubią skopać po żebrach.
Paul pokręcił głową.
- Nie tym razem.
Z-Znaczy, tylko jeden z nich mnie uderzył.
- Więc się już kiedyś
zdarzyło? – zapytał Severus, patrząc na chłopaka jednym ze swoich przenikliwych
spojrzeń.
- Kilka razy.
Severus wiedział, że to
prawdopodobnie oznacza „wiele razy” albo „kiedy tylko byli w stanie mnie
zaskoczyć”. Zacisnął usta, bo nienawidził tych, którzy atakowali w grupie i
dręczyli innych bez konkretnego powodu.
- Znasz tych chłopaków?
- Nie do końca. Zawsze
kręcą się przy torach kolejowych, lubią bić małe dzieci i kraść im pieniądze,
jeden z nich był chyba aresztowany za włamanie. Staram się ich unikać, ale
dzisiaj…
Severus wyglądał na
zamyślonego.
- Harry, co powiesz na
to, gdybym zaproponował Paulowi dołączenie do naszych treningów bokserskich?
- Nie mam nic przeciwko
– zgodził się przyjaźnie Harry. Spojrzał po posiniaczonego i poobijanego
przyjaciela, aż za dobrze przypominając sobie, jak to było. – Też miałem
problemy z dręczycielami. Póki tata nie nauczył mnie boksować.
Zdrowe oko Paula
rozszerzyło się.
- Wie pan jak boksować,
panie Snape? Jak pro?
- Nie, nie jestem
profesjonalistą. Nauczyłem się samoobrony i panowania nad gniewem.
- Panowania nad
gniewem?
- Boks to świetny
sposób na odreagowanie stresu. Uderzenie w worek jest o wiele lepsze niż
uderzenie człowieka – wyjaśnił Severus. – Razem z Harrym pojedynkujemy się raz
w tygodniu, w piwnicy. Chciałbyś się nauczyć, jak odpłacić tym łobuzom pięknym
za nadobne?
Paul wyszczerzył się i
pokiwał gorliwie głową.
- Jasne jak cholera,
panie Snape! – Potem zarumienił się i dodał: - Przepraszam za język. Moja mama
by mnie oskurowała, gdyby usłyszała, jak mówię.
- Tym razem przymknę na
to oko. Chociaż Harry ci powie, jeśli jeszcze tego nie zrobił, że bardzo nie
lubię wulgaryzmów. I odpowiednio za nie karzę.
Paul skrzywił się.
- Płynam do naczyń?
- Woli kostkę mydła –
powiedział mu Harry, również się krzywiąc. Wymienili pełne współczucia
spojrzenia.
- Zapamiętam. Kiedy
mogę zacząć lekcję?
- Daj swojej twarzy na
wygojenie dzień lub dwa, potem możesz przyjść w niedzielę – powiedział mu
Severus. – Zwykle mam z Harrym sesje trwające od godziny do dwóch. Jeśli
chcesz, mogę porozmawiać o tym z twoimi rodzicami.
- Nie będą mieli nic
przeciwko. Tata od zawse mnie namawiał, żebym poszedł na siłownię albo zaczął
uprawiać sport. A kiedy mama zobaczy moją twarz… też nie będzie miała nic
przeciwko – powiedział Paul.
- Mimo to, tu jest mój
numer, gdyby chcieli ze mną porozmawiać. – Severus zapisał na karteczce papieru
numer telefonu stacjonarnego i podał ją chłopcu. – Za tydzień lub dwa
nabierzesz na tyle wprawy, żeby bronić się tak długo, by albo ich przestraszyć
albo zdziwić i uciec. Może też pomóc, gdybyś miał ze sobą przyjaciela, bo
dręczyciele zwykle zawahają się przed zaatakowaniem dwóch osób.
- Nie miałbym nic
przeciwko wolontariatowi w schronisku dla zwierząt – powiedział harry. – Jeśli myślisz,
że im się przydam.
- Zawsze potrzebują
ludzi – roześmiał się Paul. – Więc nie miałbyś nic przeciwko?
- Nie, lubię zwierzęta.
- I dobrze by było,
gdybyś wyszedł z domu i zrobił coś dla okolicy – zgodził się Severus. Po czym
dodał surowo: - Ale nie próbuj przyprowadzić do domu bezdomnego psa, Harry
Potter-Snapie.
- A kota?
- Masz już sowę –
przypomniał mu Severus.
- Maruda.
- Mama powiedziała to
samo, kiedy zaczynałem tam pracę – powiedział Paul. – Potem pewnego dnia
przyjechała mnie odebać i wróciliśmy do domu ze Scooterem, moim kotem
pręgowanym.
Harry wyglądał na
pełnego nadziei.
- Nawet o tym nie myśl.
- Dlaczego? Boisz się,
że przekonają cię moje oczy smutnego kotka? – zażartował Harry.
Severus rzucił mu
oburzone spojrzenie.
- Tak się nie stanie.
Żadnych zwierząt.
Harry miał zamiar dalej
się kłócić, ale Paul go szturchnął łokciem.
- Po prostu poczekaj.
Mama mówiła to samo.
Severus zignorował
młodzieńcze intrygi i wstał.
- Muszę dokończyć
sadzenie hiacyntów. Możesz się załapać na śniadanie, jeśli masz ochotę, Paul.
- Dzięki, ale już
jadłem.
- To możemy iść zagrać
w Mortal Kombat – zasugerował Harry. –
Naprawdę chcę pokonać Scorpiona.
- Jest łatwy –
powiedział lekceważąco Paul. – Mogę go poknać Reptilem z zamkniętymi oczami.
Severus zostawił tą
dwójkę w spokoju i wrócił do ogrodnictwa, rozmyślając o tym, że w jego domu
nigdy nie ma nudy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz