niedziela, 23 lipca 2017

NDH - Rozdział 43


Harry rzucił się na łóżko ze szczęśliwym westchnięciem. Mimo że dobrze bawił się z Ronem i Weasleyami, nie wspominając o Łapie i Lunatyku, wciąż był szczęśliwy z powodu tego, że wrócił do Hogwartu, do swojego łóżka oraz jego taty, który krząta się w laboratorium z eliksirami. Mógł stwierdzić, że jego tata też jest zadowolony z tego, że jest w domu, choć był całkiem pewny, że mężczyzna dobrze bawił się w Szwajcarii z Brunhildą. Tata wyszedł z nią kilka razy po tym, jak Syriusz pierwszy ich zaprosił, a Harry nawet był z nimi raz, czy dwa razy. Lubił Brunhildę – nie traktowała go jak dzieciaka; brała jego pytania na serio i również nie wydawała się zainteresowana tym, żeby zatrzymać tatę tylko dla siebie. I mógł powiedzieć, że tata lubił z nią rozmawiać – i patrzeć na nią, choć Harry nauczył się, że lepiej mu tego nie wytykać!
Mimo to, Brunhilda postawiła sprawę jasno, że jest bardzo zajęta pracą w Bazylei i ma tam dziewięcioletniego chrześniaka, Jonaha, którego oczywiście uwielbia. Zasugerowała, że może Harry i jego tata mogliby odwiedzić czasami ją i Jonaha, a Harry nie potrafił się tego doczekać – to chyba jedyna rzecz, za którą tęsknił u Łapy i Lunatyka; nie było tam dzieci, z którymi mógłby się bawić. Niestety, Jonah i jego rodzina byli na wakacjach w Rumunii oglądać smoki, ale Brunhilda obiecała, że do ich zafiuka. Mimo to, miło było myśleć, że Harry może mieć towarzystwo do zabawy następnym razem, gdy odwiedzi ojca chrzestnego… Nie żeby Syriusz sam nie kwalifikował się jako duży towarzysz zabaw!
Chociaż Harry wiedział, że jego tata lubi Brunhildę, Harry nie sądził, żeby Snape miał coś przeciwko temu, że była tak bardzo zajęta swoim życiem i nie interesowała się – przynajmniej na razie – spędzaniem dużo czasu razem. Wiedział, że Snape też ma dużo do roboty, to jest nauczanie i jego Dom i wymyślanie sposobu, w jaki pokonać Voldesnorta. Harry odprężył się na łóżku, patrząc na baldachim i zastanawiając się, czy nowy semestr będzie równie ekscytujący, co poprzedni.
- Oooooooch, mistrz Harry Potter! – Trzask tuż przy jego uchu sprawił, że się poruszył i odskoczył, kiedy zobaczył nieznajomego skrzata domowego, stojącego przy jego łóżku i wykręcającego ręce.
Harry spojrzał na skrzata z zaciekawieniem. Chyba nie spotkał go wcześniej i wyglądał znacznie inaczej od przeciętnego skrzata domowego z Hogwartu. Na początek, był ubrany w obszarpany ręcznik i był całkowicie wychudzony.
- Eee, cześć? – powiedział niepewnie.
- Mistrz Harry Potter  powiedział cześć! – pisnął z zachwytem, a potem natychmiast walnął głową o ziemię, okropnie zaskakując Harry’ego.
- Ej! Nie rób tak! – krzyknął Harry, wyskakując z łóżka i starając się go powstrzymać. – Przestań się ranić!
- Och, mistrz Harry Potter jest dobrym panem. Mistrz Harry Potter jest miły i dobry, nawet do tak niedobrego skrzata jak Zgredek.
- Zgredek? To twoje imię? – zapytał Harry, beznadziejnie zagubiony.
- Mistrz Harry Potter chce znać imię Zgredka! – Oczy skrzata błyszczały od łez. – Mistrz Harry Potter jest tak dobry!
- Eee, dziękuję… chyba. Um… mogę ci w czymś pomóc? – Harry zaczął marzyć o tym, by jego opiekun pojawił się w drzwiach.
- Nie, nie, mistrzu Harry Potter! Zgredek jest tutaj, by pomóc tobie! Mistrz Harry Potter musi w tym momencie opuścić Hogwart! Tak, mistrz Harry Potter nie może tu zostać.
- Co? Ale ja tu mieszkam! – zaprotestował Harry.
-Nie, nie, nie! To zbyt niebezpieczne! Wkrótce wydarzą się złe rzeczy i… Nie, nie, nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek! – Skrzat pociągnął się za własne uszy w szale samo wstrętu. – Nie może powiedzieć! Nie może wyjawić sekretów!
- Zgredek! Czekaj! Cicho! Przestań! – Harry złapał szalonego malca. – Przestań! Jakie niebezpieczeństwo? Mi będzie zagrażać?
- Mistrz Harry Potter musi opuścić Hogwart! Mistrz Harry Potter musi obiecać Zgredkowi, że odejdzie!
Odejść z Hogwartu? I wrócić do Dursleyów? Harry zacisnął zęby.
- Nie – stwierdził stanowczo. – Mieszkam tu teraz i nie odejdę.
Zgredek posłał mu umęczone spojrzenie.
- Ale jeśli mistrz Harry Potter nie odejdzie sam, Zgredek sam sprawi, że będzie musiał. Nie! Nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek grozi dobremu, miłemu mistrzowi Harry Potter! – I znowu dziwny elf zaczął uderzać głową o kamienną podłogę.
Teraz całkowicie pozbawiony odwagi, Harry podbiegł do drzwi. Nie był pewny, czy skrzat chciał go zranić czy był kompletnie stuknięty, ale w każdym razie był całkiem pewny, że jego chciałby, żeby się schował albo szukał pomocy. Ku jego uldze, skrzat był zbyt zajęty karaniem się, by zauważyć i zapobiec jego ucieczce.
- Tato! – Harry wpadł do laboratorium, zaskakując Snape’a i sprawiając, że ten upuścił kilka żabich nóg.
- Harry Jamesie Potterze! Co ja ci mówiłem o bieganiu wokoło jak bansh… - Gniewne narzekanie Snape’a urwało się gwałtownie, kiedy Harry wbił się w niego, jakby szukał ochrony. Natychmiast w jego dłoni znalazła się różdżka i skierował ją w drzwi, podczas gdy drugą ręką przytrzymał Harry’ego bliżej boku.
- Co jest? – zapytał tylko, kiedy żadne oczywiste zagrożenie nie wpadło do pokoju w pogoni za dzieciakiem.
- Skrzat domowy! – wykrzyknął Harry.
Snape zwalczył chęć smagnięcia różdżką po tyłku bachora. Skrzat domowy? Mały potwór uciekł tutaj, jakby goniła go horda z piekieł, strasząc go śmiertelnie, marnując cenne składniki eliksirów, a to wszystko dlatego, że jakiś cholerny skrzat domowy był za bardzo skupiał na nim swoją zdziecinniałą uwagę?
- Ty… - zaczął z wściekłością.
- Nie, nie! – Harry potrząsnął głową, zdając sobie sprawę, do jakich wniosków doszedł Snape. – To nie był normalny skrzat domowy! Ten był szalony! Wciąż uderzał głową o podłogę, jakby nie mógł znieść rozmowy ze mną, chciał mnie odesłać z powrotem do Dursleyów i groził mi!
Snape zamrugał. Skrzat domowy groził czarodziejskiemu dziecku? To było niesłychane. Rozpieszczanie małych żebraków, tak. Grożenie im? Wątpliwe.
- Jesteś pewny, że to był skrzat domowy? – zapytał, ponownie unosząc różdżkę w obronie.
- Wyglądał jak skrzat i brzmiał jak skrzat – powiedział powątpiewająco Harry i pomimo swoich obaw, Snape był zadowolony z tej ślizgońskiej odpowiedzi. Bardzo dobrze, mój mały wężu, pomyślał. Zaczynasz patrzeć poza wygląd zewnętrzny, czego nie robią ci głupcy, Gryfoni.
Snape pierwszy ruszył do sypialni Harry’ego i nic nie wskazywało, by był tam jakiś skrzat. Snape rzucił kilka zaklęć, ale nie był w stanie znaleźć nic, poza dowodem, że w którymś momencie był tam skrzat domowy – ale ponieważ szkolne skrzaty czyściły kwatery, tego można się było spodziewać. Usadził Harry’ego na łóżku i spojrzał na chłopca srogo.
- Naprawdę był tu jakiś dziwny skrzat domowy? – zapytał, marszcząc brwi. – To nie był sen, ani może wyimaginowany skrzat z gry, w którą grałeś?
Harry posłał mu pełne oburzenia, wściekłe spojrzenie.
- Nie jestem dzieckiem! – powiedział z oburzeniem. – Nie wymyśliłem tego dla uwagi!
- Hymmmm. – Ton Snape’a pozostał sceptyczny, ale nie naciskał na problem. – W każdym razie, już go nie ma, więc nie ma cię o co martwić. – Odwrócił się, by odejść, po czym skinął z niecierpliwością na chłopca. – Chodź. Posprzątasz żabie nogi, które przez ciebie upuściłem, a potem wymyślę kilka składników do przygotowania, żeby oderwać twój umysł od obłąkanych skrzatów domowych.
Harry prychnął, jakby został bardzo źle potraktowany, ale ponieważ nie miał nic przeciwko spędzeniu trochę czasu z opiekunem w laboratorium, posłusznie podążył za wysokim mężczyzną, a kolejne zadania szybko odciągnęły jego myśli od wizyty dziwnego skrzata domowego.
Pomimo zewnętrznego spokoju, Snape nie lekceważył tak bardzo tego wydarzenia. Zachowujący się osobliwie skrzat domowy nie mógł być dobrym omenem. Miał zamiar z determinacją trzymać oczy szeroko otwarte na niewyjaśnione zjawiska w nowym semestrze.
- Tato – przemówił nieoczekiwanie Harry, kiedy oboje byli zajęci mieleniem wysuszonych jagód cisu. – Czy Weasleyowie są, no wiesz, normalni?
Snape stłumił odruchową, obraźliwą odpowiedź i spojrzał na chłopca. Skąd mu się to wzięło?
- Co masz na myśli mówiąc „normalni”? – grał na zwłokę.
Harry zmarszczył brwi, patrząc na moździerz i tłuczek, jakby uznał mielenie za bardzo trudne. Spędzanie czasu z Weasleyami było naprawdę bardzo interesujące, choć to sprawiło, że wiele myślał o Dursleyach i różnicach między nimi. Harry nie sądził jednak, że są wielkie różnice między mugolskimi a czarodziejskimi rodzinami. Wspaniale bawił się z Łapą i Lunatykiem, ale z nimi było bardziej jak z przyjaciółmi. Jedyne reguły pochodziły od jego taty i Harry podejrzewał, że Łapa z chęcią by kilka złamał, gdyby Lunatyk nie posyłał mu Spojrzenia za każdym razem, gdy zaczął o tym napomykać.
Ale Weasleyowie byli prawdziwą rodziną, z zasadami, karami, prezentami i innymi takimi rzeczami, a to stale uświadamiało Harry’emu, że nie wszystkie rodziny zachowują się jak Dursleyowie. Podczas gdy Snape w kółko mu powtarzał, że jego krewni to odrażające stworzenia, Harry naprawdę nie rozumiał, jak inaczej był wychowywany Ron, aż nie spędził ferii z Weasleyami.
- Harry? – nalegał Snape, krzywiąc się na milczenie chłopca.
- Eee, ciocia Molly powiedziała ci, że tak jakby wpadłem w kłopoty, prawda? – zapytał Harry, jakby chciał zmienić temat.
- Jeśli chodzi ci o spalenie choinki Weasleyów, tak, słyszałem o tym. A może jest jeszcze coś, z czym chciałbyś się ze mną podzielić?
Harry szybko spojrzał na swojego tatę i z ulgą zobaczył, że mężczyzna marszczy sardonicznie brwi. Dobrze. Nie był wściekły.
- Nie – zapewnił go pospiesznie. – To wszystko. Uch, czy ciocia Molly powiedziała ci, że bliźniacy to zaczęli? I że to oni podpalili drzewko i ucięli sofę na pół?
Snape zamrugał.
- Ucięli sofę na pół?
- No tak, ale Bill szybko ją naprawił, więc chyba ciocia Molly nawet nie zauważyła – przyznał Harry.
- Jestem świadomy tego, że bliźniacy są całkowicie odpowiedzialni za te wydarzenia. – Snape skinął głową, decydując, że lepiej pominąć kwestię sofy.
Harry wrócił do mielenia jagód.
- Kiedy to wszystko się stało i ciocia Molly pierwsza weszła do pokoju, wiesz, co powidziała?
- Nie mieści mi się to w głowie – odpowiedział sucho Snape.
Harry spojrzał na niego.
- Powiedziała: „Kto to zrobił?” – Czekał, jakby właśnie powiedział coś doniosłego.
Snape skrzywił się. Nie lubił się czuć tak, jakby coś przegapił.
- I co w tym tak cię zaskakuje? – zapytał. – Brak przekleństw?
Harry potrząsnął niecierpliwie głową.
- Nie. Zapytała. Nie rozumiesz? Nie myślała automatycznie, że to byłem ja!
Ach. Snape na nowo zdał sobie sprawę, jakie życie Harry miał z Dursleyami.
- Rozumiem.
Harry skinął głową.
- A kiedy bliźniacy powiedzieli, że to w większości ich wina, wiesz, co wtedy zrobiła?
Snape ostrożnie rozważył odpowiedz. Nie miał pojęcia, dokąd Harry zmierza.
- Rozumiem, że zostali ukarani… fizycznie.
Harry spojrzał na niego poważnie.
- Zlała ich po tyłkach drewnianą łyżką. Całkiem mocno.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że tobie się to nigdy nie stanie? – zapytał szybko Snape. Czy ta kara przeraziła chłopca?
- Tak – skinął głową Harry. – Ale…
- Co?
- Ciocia Molly nie biła ich tak mocno, ani tak długo, jak wuj Vernon bił mnie. A jak nigdy nie spaliłem choinki, ani nie zrobiłem nic tak strasznego.
Snape powstrzymał westchnięcie i odłożył narzędzia.
- To dlatego, że twoi mugolscy krewni byli nieludzcy i nieczuli. Kara bliźniaków, mimo że była dla nich nieprzyjemnym doświadczeniem i może była nieco przerażająca dla świadków, była nieskończenie bardziej odpowiednia od tego, co robili tobie ci mugole.
Harry skupił się na jagodach cisu, które rozgniatał na proszek.
- Mój wuj – i moja ciotka – bili mnie bardzo mocno – powiedział cicho. – Nawet kiedy byłem dużo młodszy. To naprawdę bolało.
- Wiem – powiedział miękko Snape, obserwując chłopca. Co, w imię Merlina, miałby powiedzieć albo zrobić?
- Powiedzieli, że na to zasłużyłem.
- A to było kłamstwo! – splunął Snape. Przejęła go wściekłość i runął na małego chłopca obok niego, unosząc jego brodę, by spojrzeć mu w oczy. – W żadnym wypadku nie zasługiwałeś na takie traktowanie. Nieważne co być zrobił, nie zasłużyłeś na traktowanie, które otrzymałeś z ich rąk.
Harry zamrugał, by powstrzymać łzy.
- Po prostu oni mnie nie tylko bili. Znaczy, nie robili tego często, ale nawet kiedy byłem dobry, wciąż musiałem wykonywać te zadania, podczas gdy Dudley nie robił nic. A jeśli wpadłem w kłopoty, nie jadłem i dostawałem dodatkowe zadania, a Dursleyowie byli na mnie całkowicie wściekli. Ale w Norze, po tym, jak bliźniacy oberwali, po prostu wrócili do reszty. Nie zostali zamknięci w komórce. Nie musieli bardziej czyścić salonu niż ktokolwiek inny. I dostali kolację wieczorem i nawet deser. Tak jak reszta, a my też zostaliśmy ukarani. I mimo że musieliśmy iść szybciej do łóżek, i tak zostaliśmy przytuleni i wycałowani na dobranoc i pozwolono nam wychodzić do łazienki, gdybyśmy tego potrzebowali i nikt nie musiał robić więcej zadań od innych… - Hary urwał, zalewając się łzami. – Dlaczego moi krewni tak bardzie mnie nienawidzili? – zawołał. – Naprawdę starałem się być dobry!
Snape przeklął pod nosem, dostrzegając, że w jego ramionach jest płaczący, zasmarkany chłopiec. Drogi Miesięczniku Czarodziejskiej Rodziny, pisał wewnętrznie. Dlaczego dzieci tak bardzo nalegają, by brać na siebie odpowiedzialność za rzeczy, które są całkowicie poza ich kontrolą, takie jak zauważalna oziębłość ich opiekunów, a mimo to są całkowicie niezdolne do odpowiedzialności za tak proste zadania, jak mycie zębów albo sprzątanie za sobą?
Przetransmutował stołek laboratoryjny w bardziej wygodne siedzenie i usadził sobie dzieciaka na kolanach. Merlinie, gdyby Albus albo Minerva zobaczyli tą scenę, nigdy by nie pozwolili mu o tym zapomnieć! Kiedy łzy chłopca w końcu przestały lecieć, szturchnął bachora, by sprowadzić na siebie jego uwagę. Kiedy wilgotne, zielone oczy napotkały jego, zapytał:
- Harry, jak myślisz, co by się stało, gdybym poszedł do twojego domu i rzucił urok na ciebie i twojego kuzyna, sprawiając, że oboje bylibyście tym drugim?
Harry zamrugał zdezorientowany.
- Huh?
- Co by się stało? Czy twoje wujostwo zaakceptowałoby zachowanie ich syna, gdyby miał twoją twarz? Czy byliby zadowoleni, że ich syn najwyraźniej rozpoczyna nowy rozdział życia i zostawia za sobą nieposłuszeństwo, kiedy ty – nosząc twarz twojego kuzyna – będziesz gotować i sprzątać?
- N-nie. Pewnie zabiliby Dudleya, gdyby zachowywał się w swój normalny sposób, a mnie próbowali powstrzymać przed wykonywaniem obowiązków. – Oszołomiony Harry spojrzał na tatę. Dlaczego zadawał tak głupie pytanie?
- Nie rozumiesz, durny dzieciaku? – skarcił go Snape. – To, jak cię traktowali, nie miało nic wspólnego z twoim zachowaniem. Robiłeś wszystko, co od ciebie chcieli, a wciąż traktowali cię okropnie. To nie miało nic wspólnego z tobą. Reagowali na to, co myśleli o tobie, a nie na to, jaki byłeś i dlatego nie mogłeś nic robić, by temu zapobiec. Wina leży po stronie ich obrzydliwej natury, a nie w tym, co robiłeś lub nie robiłeś. Mogli czuć presję, by zaakceptować cię w swoim domu po śmierci twoich rodziców, ale to nie jest wymówka do tego, jak cię traktowali.
Harry pociągnął nosem. Tata zawsze tak dobrze wszystko wytłumaczy.
- T-to nie była moja wina? – wyszeptał. – Nawet kiedy robiłem… - rzucił w górę nerwowe spojrzenie, – dziwaczne rzeczy?
Snape przewrócił oczami.
- Harry Jamesie Potterze, te „dziwaczne rzeczy” były całkowicie poza twoją kontrolą, a karanie dziecka za coś, czego nie może kontrolować nigdy nie jest uzasadnione. Rozumiesz mnie, młody człowieku?
Harry skinął głową i zakopał twarz w piersi ojca.
- Dobrze. Ponieważ następnym razem, jak zasugerujesz, że to była twoja wina, a nie tych okropnych mugoli, będziesz mi winny 100 linijek „Nie kontroluję innych ludzi”.
Wbrew sobie, Harry zachichotał.
- To brzmi, jak co, co powinien napisać stary Voldesnort.
Snape uniósł brew.
- Możemy to zmienić w: „Nie jestem odpowiedzialny za nędzne zachowanie innych ludzi”?
Harry wydął wargi.
- Nie! To jest dłuższe!
Unosząc lekko chłopca, Snape wyczarował ciepłą flanelę i otarł twarz Harry’ego ze smarków i łez, nie zważając na głośne protesty chłopca.
- Proszę wracać do pracy, panie Potter. Chyba powiedziałem zmiel jagody cisu, a nie sproszkuj. Zostaniesz na swojej ławce, aż nie zrobisz, co ci kazano.
- Tatooo – jęknął Harry. – Jestem głodny! Minęły już jakieś cztery godziny! Czy to nie jest już czas na kolację?
- Minęło czterdzieści minut, niemożliwy bachorze, i jeśli dobrze pamiętam, to ty rozproszyłeś mnie swoją opowiastką o szalonych skrzatach domowych. Dokończ pracę z jagodami i będziesz mógł coś przekąsić.
W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin nie było kolejnych wizyt skrzatów domowych, szalonych lub nie, a reszta szkoły wróciła do Hogwartu. Harry stał we frontowych drzwiach, by powitać przyjaciół.
- Harry! – krzyknął Ron, jakby nie widzieli się od miesięcy, chwytając czarnowłosego chłopca i miażdżąc go z podekscytowaniem.
- Jak było w Szwajcarii? – zapytała Hermiona Harry’ego, z niecierpliwością odpychając Rona.
- Wspaniale! Syriusz zabrał mnie wszędzie, a Lunatyk i ja zobaczyliśmy ten film, o którym mi mówiłaś, a…
- Ej, Harry! – Seamus i Dean powitali go klepnięciami w ramię. – Zamierzasz dzisiaj trochę polatać w Wielkiej Sali?
Harry wyszczerzył się.
- Nie. Ale mogę wrócić z wami do Wieży, chłopaki!
- To świetnie! – wykrzyknął Dean.
- Ej, a gdzie Draco? – zapytał Harry, rozglądając się za blondynem.
- Nie wiemy – odpowiedział Neville ze zmartwieniem, zbliżając się z Crabbem i Goylem po bokach. – Słyszeliście o nim od wizyty na arenie? Rozglądaliśmy się, ale nie mogliśmy go znaleźć w pociągu.
- Ponieważ mój ojciec przyszedł zobaczyć się z dyrektorem i zabrał mnie ze sobą – wyjaśnił Draco, podchodząc do nich. – Nie miałem powodu, by jechać pociągiem z całą hołotą – dodał, rzucając Ronowi pogardliwe spojrzenie.
- Ach, tak? – zapytał Ron.
- Tak! – odciął się Draco, a Hermiona przewróciła oczami, kiedy dwójka zaczęła radośnie się popychać.
- Draco! Porozrywasz sobie szaty! – zaskrzeczała Pansy Parkinson, podbiegając do niego i odciągając od Rona.
Draco spojrzał na nią wrogo, kiedy przerwała tak niegrzecznie jego rozrabianie.
- A kto ciebie pytał, Pansy? – warknął.
- Oooch, Draco ma dziewczynę! – zaśpiewał radośnie Ron.
- Zamknij się! – warknął Draco, ponownie popychając Rona. Ale zanim ponownie mogły zacząć się działania wojenne (choć gorliwie wyczekiwane przez ich uczestników), Hermiona pstryknęła palcami na Goyle’a i Crabbe’a i dwaj giganci stanęli posłusznie między niedoszłych wojowników.
- Nie chcę się spóźnić na ucztę powitalną – powiedziała surowo chłopcom.
Obrażony Draco spiorunował ją wzrokiem, ale Ron, jak zwykle, był szczęśliwie rozproszony perspektywą jedzenia.
- Okej – zgodził się.
- Co robiłeś w Nowy Ron, Draco? – zapytał Harry, gdy weszli do Wielkiej Sali. Większość innych uczniów wciąż witała się z przyjaciółmi i odnosili swoje zwierzaki, więc byli pierwszymi w wielkiej komnacie.
- Malfoyowie mieli wielki bal maskowy – wtrąciła się szybko Pansy. – Wszyscy najważniejsi ludzie tam byli – powiedziała dosadnie, patrząc na Gryfonów.
Draco przewrócił oczami.
- Tak, a ojciec kazał mi tańczyć z nią – powiedział Harry’emu tonem całkowitego niesmaku. Nawet Ron patrzył na niego współczująco. – Będę miał koszmary przez kilka tygodni.
Pansy prychnęła obrażona.
- Powiem twojemu ojcu! Zobaczymy, co myśli o twoich manierach!
- Więc powiedz mu – warknął Draco. – Ale ja powiem profesorowi Snape’owi, że wpędziłaś kolegę z Domu w kłopoty.
Pansy zbladła na myśl o reakcji ich Opiekuna Domu na naruszenie kodu Slytherinu.
- Dobra. Zobaczymy, czy go to obchodzi – zdołała warknąć, po czym odwróciła się ze zdenerwowaniem.
Draco wytknął język w kierunku jej oddalających się pleców, a Ron i reszta chłopców zaśmiała się głośno.
Hermiona, po chwili niezdecydowania, pospieszyła za Pansy. Z pewnością nie lubiła dziewczyny, ale były takie momenty, kiedy potrzebowało się siostrzanego wsparcia, a była pewna, że Pansy słyszała nieuprzejme śmiechy chłopaków i ją to zabolało.
- Pansy, poczekaj! – zawołała. – W porządku? Chłopcy są tacy niedojrzali – stwierdziła pocieszająco, docierając do boku dziewczyny.
- W ogóle mnie nie obchodzą – powiedziała twardo Pansy, choć jej drżąca warga sugerowała coś innego. – Kogo obchodzą jacyś głupi chłopcy?
- Założę się, że miałaś naprawdę ładną sukienkę na balu – szepnęła Hermiona, a twarz Ślizgonki rozświetliła się.
- Oooch, tak! Była zielona i… co to? – powiedziała Pansy, a jej oczy padły na jakiś przedmiot na najbliższym stole.
Hermiona rozejrzała się, kiedy Pansy sięgnęła po książkę.
- To wygląda jak czyjś pamiętnik – odpowiedziała. – Ktoś pewnie położył i zapomniał go, żeby zobaczyć przyjazd przyjaciół. Daj mi go.
Twarz Pansy pociemniał z podejrzliwością i dziewczyna przytuliła książkę do piersi.
- Dlaczego miałabym? – zapytała.
Hermiona cierpliwie wskazała na sztandar nad stołem.
- To stół Gryffindoru. Pewnie to należy do kogoś z mojego Domu. Oddam to profesor McGonagall.
- To już nie jest stół Gryfonów – odparła Pansy. – To, że jest najbliżej sztandaru Gryffindoru, nic nie oznacza. Wszyscy siedzą teraz, gdzie chcą.
- No, niby tak – Hermiona była zmuszona przyznać rację drugiej dziewczynie. – Ale wciąż bardziej prawdopodobne jest, że należy do…
- Nie, nie prawda! Chcesz go, ponieważ jesteś apodyktyczna i chcesz zebrać całą nagrodę! Nie dostaniesz jej. Ja to znalazłam i ja go zatrzymam. Jeśli ktoś z twojego Domu wyzna, że zgubił książkę, to po prostu twoja Opiekunka porozmawia z moim Opiekunem Domu! – warknęła Pansy, odwracając się i wybiegając z Sali.
Hermiona przewróciła oczami. To ją nauczy, by być miłą do Parkinson. Dołączyła do chłopców, którzy teraz głośno przeżywali wizytę na arenie, uzupełniając wywód tym, jak Jones potraktowała bliźniaków.
Tego wieczora Wielka Sala była głośniejsza niż zwykle, bo uczniowie z podekscytowaniem dzielili się swoimi wakacyjnymi przygodami, ale w końcu dyrektor zdołał ich uciszyć.
- Witam w kolejnym semestrze – powiedział ciepło. – Jestem pewny, że będzie on pełny różnych ekscytujących przygód naukowych!
Siedzący dalej przy stole nauczycielskim, Snape przewrócił oczami na niepoprawny optymizm mężczyzny. „Przygód”, a i owszem. „Naukowych”, wątpliwe.
- Jak wszyscy wiecie, w zeszłym semestrze ucierpieliśmy z powodu nieoczekiwanej straty nauczyciela OPCM-u – kontynuował Albus. Snape stłumił szydercze parsknięcie. Tak, to najlepszy sposób, by określić to, co się stało – „nieoczekiwana strata” doprawdy! – Niestety, w połowie roku szkolnego trudno jest znaleźć wykwalifikowanego nauczyciela, więc bądźmy szczęśliwi, że sam Minister Magii nam w tym pomógł.
Snape, tak jak większość uczniów, skupił się gwałtownie. Knot maczał palce w zatrudnieniu nowego nauczyciela OPCM-u? Snape zmarszczył brwi. To z pewnością oznaczało, że w sprawie miał coś do powiedzenia Lucjusz Malfoy – Knot miał tyle rozumu, że szukał porady, gdy musiał zmienić skarpetki. Ale co to mogło oznaczać? Snape nie skupiał wielkiej uwagi na sprawie OPCM-u; wiedział, że Dumbledore mu tego nie zaoferuje – nie, kiedy miał własne zajęcia eliksirów, swój Dom i Harry’ego pod opieką. Jednak myśląc o tym, było nieco dziwne to, że Albus nic o tym wcześniej nie wspomniał.
Severus spojrzał na Minervę, ale wyglądała na tak zdziwioną i ostrożną, jak on się czuł. Oczywistym było, że Minerva nie brała udziału w wyborze nowego członka kadry. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wybory Albusa, nie była to dobra wiadomość.
Snape zmarszczył brwi. Był pewny, że nie byli to Black ani Lupin. Mimo że zaoferowanie Blackowi pozycji w szkole byłoby zgodne z determinacją Albusa, by zatrzymać Harry’ego w Hogwarcie i rozładowałoby jego strach, że Black planuje wyrwać dla siebie opiekę nad chłopcem, ani kundel, ani wilkołak nie byliby tak głupi, by nie informować o tym Severusa. Cóż, przynajmniej wilkołak. Kundel mógł równie dobrze myśleć, że to będzie zabawna niespodzianka, ale brakowało mu samokontroli, by nie podzielić się swoim planem z Harrym, a Snape był pewny, że Harry nie byłby w stanie utrzymać tajemnicy przed nim.
A więc. Jeśli to nie był jeden z żyjących Huncwotów, więc kto? Albus miał całkowitą rację: wszyscy wykwalifikowani nauczyciele OPCM-u mieli już pracę w ciągu roku szkolnego. Nawet idioci i szarlatani, jak Gilderoy Lockhart albo Emmanuelle Throckmorton raczej nie rzuciliby wszystkiego, by zająć stanowisko nauczyciela z małym ostrzeżeniem. Jeśli nie nic innego, to reklamowałoby ich ze złej strony i byliby postrzegani jako dostępni do wszystkich.
Snape zmarszczył brwi. Jeśli był w to zaangażowany Knot, może to sugerować, że do szkoły został oddelegowany jakiś urzędnik na resztę roku? Hymm – może jakiś nowo emerytowany auror albo jakiś przykuty do biurka z powodu kontuzji? Snape zaczął czuć lekki optymizm. Szalonooki Moody byłby wspaniałym wyborem. Zwłaszcza teraz, kiedy wydawał się być mniej przekonany o śmierciożerczej lojalności Snape’a, byłby spokojny, że ma kogoś, kto tak paranoicznie przyczaja się wokół zamku i upewnia się, że Voldemort nie będzie mógł się znowu prześlizgnąć. Członkostwo Moody’ego w Zakonie oznaczało, że Dumbledore nie miałby nic przeciwko zaakceptowaniu go, a po wydarzeniach z poprzedniego semestru, Snape mógł zrozumieć, dlaczego Knot (albo Bones) mogliby chcieć kogoś z Ministerstwa i PPC, kto obserwowałby Hogwart. Tak, to miało sens. A gdyby tak doświadczony auror uczył dzieci, coś by z tego wyniosły. Snape przyznał sobie rację. To mogło być bardzo użyteczne, zwłaszcza, gdyby Moody mógł dać Harry’emu dodatkowe lekcje obrony. To byłoby dobre uzupełnienie jego pojedynków podczas lekcji z Flitwickiem… Ale Albus wciąż mówił.
- Jestem pewny, że razem ze mną powitacie osobisty wybór Ministra Knota w szeregach kadry Hogwartu i waszą nową nauczycielkę OPCM-u, profesor Dolores Umbridge. – Albus skinął głową na dalszy koniec stołu i zaczął klaskać.
Uczniowie i karda dociążyli za wzrokiem dyrektora i zaklaskali, gdy niska, podobna do ropuchy kobieta, ubrana całkowicie na różowo, wstała. Ścisła samokontrola Snape’a pozwoliła mu na stłumienie wściekłych przekleństw, które były jego pierwszą reakcją, choć jedno spojrzenie na Minervę pokazało mu, że ona też nie jest pod zbytnim wrażeniem tego wyboru.
- A teraz – kontynuował dyrektor, – mimo że korytarz na trzecim piętrze nie jest już dłużej zakazany, muszę ostrzec wszystkich uczniów, że…
Przerwała mu niska, przysadzista kobieta.
- Dziękuję, dyrektorze, za te miłe słowa powitania. Każdy nowy dyrektor albo profesor przynosi coś nowego do Hogwartu, ale należy odwodzić od postępu w imię postępu. Proszę pozwolić nam zachować to, co musi być zachowane i uciąć praktyki, które powinny być zakazane! Dzieci, jako wasza nowa nauczycielka OPCM-u obiecuję, że opuścicie Hogwart z dobrze zrozumianą teorią obrony przed czarną magią. Nie będziemy marnować czasu na niedorzeczne kaprysy i sensacyjne pogróżki i nie będzie żadnych niebezpiecznych zajęć praktycznych. Nie, teoretyczna wiedza wystarczy, byście przebrnęli przez swoje egzaminy. Mimo wszystko, jeśli będziecie bardzo dokładnie uczyć się teorii, nie ma powodu, dla którego nie bylibyście w stanie wykonać zaklęcia w bardzo nieprawdopodobnych zdarzeniach, z którymi stykają się praktykujący Czarną Magię.
Snape czuł jednocześnie zadowolenie i odrazę przez sposób w jaki wszyscy – uczniowie i kadra – spojrzeli na niego, kiedy Umbridge wspomniała „praktykujących Czarną Magię”. Groźnie spiorunował wszystkich wzrokiem, a spojrzenia pospiesznie odwróciły się.
- Ach. Tak. Cóż. – Niemal warto było stracić Moody’ego na miejscu profesora OPCM-u, by zobaczyć kompletnie zaskoczonego Albusa. Snape cieszył się chwilą, gdy Dumbledore wyraźnie starał się zdecydować, jak najlepiej odpowiedzieć zarówno na nieoczekiwane wyrwanie się czarownicy i otwarty idiotyzm jej stwierdzeń.
- Nie możesz poważnie sugerować, że w twojej klasie, uczniowie nie będą mogli ćwiczyć zaklęć pod nadzorem – warknęła McGonagall, pochylając się nad swoim talerzem i przyszpilając czarownicę groźnym spojrzeniem.
Zarówno ku przerażeniu i trwodze Snape’a, druga czarownica była niewzruszona.
- Biorąc pod uwagę to, jak niesamowicie nieprawdopodobne jest to, że jakiś czarodziej lub czarownica będą musieli zastosować zaklęcia przeciw Czarnej Magii, uważam za niepotrzebną stratę cennego czasu zajęć na ćwiczenie ich. Nawet większość aurorów w całej ich karierze nie spotkało się z zaklęciami Niewybaczalnymi – dodała beztrosko Umbridge.
Absolutna bezwzględność tego oświadczenia, w połączeniu z pewnym głosem mówiącej, sprawiły, że McGonagall nie potrafiła przez chwilę odpowiedzieć.
Dumbledore, wciąż wyglądając na niesłychanie zdumionego, skorzystał z okazji, by interweniować.
- Jestem pewny, że uznamy twój sposób nauczania za bardzo interesujący, Dolores – powiedział szybko. – A teraz, niech rozpocznie się uczta! – Usiadł pospiesznie, a pojawienie się talerzy z jedzeniem zapobiegło dalszej debacie.
- Albus! Czyś ty oszalał! – zapytała Minerva, łapiąc go za rękaw. – Co to za idiotka? Co, w imię Merlina, ona tu robi?
Albus westchnął.
- No, już, Minervo. Nie byliśmy powiadomieni o pomysłach Dolores – powiedział delikatnie, – ale z łaskawością zgodziła się na prośbę Ministra i przyjęła pozycję nauczyciela na krótki okres czasu. Jestem pewny, że za jakiś czas zmieni zdanie.
Minerva prychnęła głośno, ale powstrzymała się od dalszej kłótni. Z jej drugiej strony, Snape nie był tak bardzo wstrzemięźliwy.
- Dyrektorze, rozumiem, dlaczego pani Umbridge… - odmówił nadania jej takiego tytułu jak „profesor”, – stara się wkraść w łaski Ministerstwa przez podjęcie się tej pracy, ale dlaczego pan się na to zgodził?
Dumbledore westchnął.
- Proszę cię, mój chłopcze, daj jej szansę. Wszędzie szukałem nauczyciela, ale nikogo nie znalazłem. Zgłosiłem się do Ministerstwa, mając dzieję, że będziemy mogli pożyczyć aurora, ale kiedy Minister zapewnił nam pracę pani Umbridge, nie miałem szansy odmówić.
- A jej kwalifikacje? – zapytał posępnie Snape, a jego ton wykazywał jasno, że wątpi, by kobieta jakieś miała.
- Być może nie ma dokładnie istotnych – przyznał Dumbledore, – ale wybitnie radzi sobie w Ministerstwie, a to może być interesujące i użyteczne dla uczniów, którzy są zainteresowani tą samą ścieżką. A program jest ustalony – każdy czarodziej i czarownica mogą zademonstrować większość zaklęć.
- Natychmiastowo nakażę moim prefektom utworzyć grupy naukowe – odpowiedział kwaśno Snape. – Przynajmniej moje młodsze węże będą mogli czerpać doświadczenie od straszych.
- Mam szczerą nadzieję, że dasz jej szansę, mój chłopcze – powiedział Albus, a jego ton miał w sobie ślad stali. – Jestem pewny, że możesz sobie przypomnieć, jak czułeś się niekomfortowo podczas pierwszego semestru nauczania.
Snape ucichł, mrucząc do siebie.
- Ja nie byłem niekompetentny – burknął zuchwale.
- Przynajmniej to nie jest cały rok – westchnęła mu do ucha McGonagall. – Chciałbyś stworzyć jakieś między-domowe grupy? Moi prefekci mogę skontaktować się z twoimi.
Snape skinął głową.
- Może nieformalny Klub Obrony byłby dobrym pomysłem. Myślę, że uczniowie zdający SUM-y i OWTM-y będą najbardziej zainteresowani czymś takim.
Oboje wrócili posępnie do swoich posiłków, a uczniowskie radosne ćwierkanie wirowało wokół nich.

CDN…



Ale się porobiło... Jak myślicie, co z tego wyniknie? 
Wybaczcie, że cały tydzień nie pojawiały się żadne rozdziały ani miniaturki, ale miałam straszny bałagan w życiu, który musiałam uprzątnąć. W środę pojawi się jedna z dwóch miniaturek, zamówionych przez (chyba) fajtłapcię (wybacz, ale zdążyłam usunąć komentarz z Propozycji, a nie zapisałam sobie, kto mnie o nie prosił). Druga będzie w przyszłym tygodniu, a w weekend może uda mi się siąść do SR. Nie pytajcie mnie nawet o PDP, bo kompletnie nie mam natchnienia i póki co zamierzam skupić się na tłumaczeniu :)