sobota, 14 października 2017

NDH - Rozdział 51


Później tego popołudnia, wszyscy czterej Opiekunowie Domów byli w gabinecie Dumbledore wraz z Poppy. Dyrektor wyglądał na o wiele bardziej zmęczonego niż inni mogli sobie przypomnieć.
- W porządku, Albusie? – zapytała Minerva z pewną troską, rzucając spojrzenie Poppy.
Dumbledore uśmiechnął się do niej ze zmęczeniem.
- Tak, moja droga. Nic mi nie jest. Po prostu potwierdziły się moje najgorsze podejrzenia i jest to… przygnębiające.
- Cóż, przestań być tak tajemniczy i powiedz nam, co się dzieje! – wybuchła Pomona Sprout z niecierpliwością, po czym zarumieniła się. – Znaczy…
Oczy Dumbledore’a zalśniły mocno.
- Rozumiem i przepraszam za niepotrzebną skrytość. Najpierw jednak, Poppy, jak się ma panna Parkinson?
Pielęgniarka zmarszczyła brwi.
- Była osuszona, dyrektorze. Nie tylko z magii, ale również z sił życiowych. Gdyby to potrwało trochę dłużej, nie widzę, jak mogłaby przeżyć.
- Ale dojdzie do siebie? – zapytał zmartwiony profesor Flitwick.
Poppy skinęła głową.
- Zajmie to trochę czasu, ale całkiem wyzdrowieje.
- Co wywołało to… „osuszenie”? – zapytała McGonagall. – Czy to przez to stworzenie, które zaatakowało Severusa?
Sprout zmarszczyła brwi.
- Jakie stworzenie? Panna Granger nie mówiła nic o jakimś stworzeniu. Severusie, nic ci nie jest?
Dumbledore westchnął.
- Być może powinniśmy zacząć od początku. Severusie?
Snape powtórzył tą samą mocno zmienioną wersję, którą podał dyrektorowi o ataku Nagini i jej późniejszej ucieczce przez Komnatę Tajemnic.
- …Ale co dyrektor i Hagrid tam znaleźli, nie mam pojęcia – zakończył.
Wszyscy czterej nauczyciele i pielęgniarka zwrócili się wyczekująco w stronę Dumbledore’a.
- Kiedy zostałem wezwany przez Martę, z przerażeniem odkryłem powtórkę wzoru, który był dla mnie zbyt świadomy. Kiedy Marta została zabita – jak wiecie – nie byłem jeszcze dyrektorem i zawsze miałem wątpliwości, co do wyjaśnienia tych wydarzeń, które zaakceptował mój poprzednik. Byłem przekonany, że Hagrid nie był w to zaangażowany, ale ten inny uczeń, który już ukazał niezdrowe zainteresowanie Salazarem Slytherinem, odegrał swoją rolę. W owym czasie nie miałem ani autorytetu, ani dowodów, które potwierdziłyby moje przypuszczenia, ale krótko po tym, jak zotałem dyrektorem,  podjąłem pewne… środki ostrożności… na wypadek gdyby historia się powtórzyła, byłbym gotowy.
- To dlatego kazano mi przynieść to? – zapytała McGonagall, unosząc parę okularów, które były identyczne jak te, które teraz leżały na biurku dyrektora.
Albus skinął głową.
- Zdołałem wyprodukować kilka par – na wszelki wypadek. Kiedy Marta poinformowała mnie, że zostało otworzone sekretne przejście w jej toalecie, czułem, że musimy podjąć wszystkie środki ostrożności i nalegałem, żebyśmy z Hagridem założyli ochronne okulary i zaryzykowali pójście przodem. Kiedy pierwszy zeszliśmy – kontynuował uroczyście dyrektor, – jasne było, że rzeczywiście jesteśmy w Komnacie Tajemnic; legendarna kryjówka Salazara Slytherina była zbyt realna. Razem z Hagridem zeszliśmy, znaleźliśmy Nagini, zwierzątko Voldemorta… - zignorował skrzywienia innych na imię Czarnego Pana, – drżącą w śmiertelnych bólach, a jej ciało było niemal rozerwane na pół.
Oczy McGonagall rozszerzyły się.
- Wielki Merlinie! Co mogło zrobić coś takiego? Ten wąż był ogromny!
- Zwierzak Salazara Slytherina wciąż był większy – powiedział ze zmęczeniem Dumbledore.
- Jego zwierzak! Bazyliszek? – pisnął Flitwick, niemal spadając z krzesła. – Wciąż żył?
- I to jak. Pojawił się pewnie z powodu nagłego wejścia Nagini. Podejrzewam, że magia pana Pottera tymczasowo oślepiła Nagini, czyniąc ją niewrażliwą na spojrzenie bazyliszka, ale był na tyle wielki, by pozbyć się jej, ach, bezpośrednio.
- Słodki Merlinie – wyszeptała szara Sprout. – Żywy bazyliszek w zamku! Co, gdyby uwolnił się po tym, jak Nagini go przebudziła?
- Tym są te zabawne okulary? – Poppy przyglądała się bacznie parze w dłoni Minervy z zainteresowaniem. – Jakiegoś rodzaju ochroną? Nigdy o czymś takim nie słyszałam!
- Są dość rzadkie, ale biorąc pod uwagę moje wcześniejsze przeczucia, że Marta padła ofiarą bazyliszka, czułem się zmuszony zdobyć kilka, skoro przejąłem obecną rolę. Przyznam, że nigdy nie spodziewałem się, że zmierzę się ze stworzeniem Slytherina – myślałem, że wcześniejszy uczeń mógł, starając się naśladować swojego bohatera, spróbować w sekrecie utworzyć bazyliszka dla siebie. Sądziłem, że mu się udało, ale kiedy to stworzenie zabiło Martę, to albo zabił je, by ukryć swoją winę w powstałej wrzawie, albo ukrył je gdzieś w zamku. Ogromnym szokiem było spotkanie wielkiej, tysiącletniej kreatury.
- Dobry boże… więc to tam znaleźliście?
- Wybacz, Pomono. Chyba cię trochę zmyliłem. Bazyliszek nie był jedynym mieszkańcem Komnaty. Uczennica, panna Parkinson, też była tam obecna tak, jak nasz dawny uczeń – Tom Riddle.
Reszta zamrugała ze zdezorientowaniem.
- Kto? – zapytał w osłupieniu Flitwick.
Dumbledore machnął różdżką i imię „Tom Marvolo Riddle” pojawiło się nad jego głową. Kolejne machnięcie i litery pozmieniały się miejscami.
- Nie!
- Sami Wiecie Kto?
- Och, Merlinie! – Inni głośno wyrazili swoje przerażenie.
- Ale, Albusie – zaprotestowała Minerva, – chcesz nam powiedzieć, że on znów jest bardziej cielesny?
- Nie… to nieco bardziej skomplikowane – przyznał Albus.
McGonagall zamrugała.
- Bardziej skomplikowane niż tysiącletni zwierzak i odrodzony Mroczny czarodziej?
- Ostatnim przedmiotem w Komnacie był mały dziennik i podejrzewam, że panna Parkinson w jakiś sposób go zdobyła. Ten dziennik należał do Toma Riddle’a, kiedy chodził do Hogwartu. W tym samym czasie odkrył pierwszy raz Komnatę, zaprzyjaźnił się z chowańcem Slytherina i – jak sądzę – był odpowiedzialny za śmierć Marty.
Nauczyciele sapnęli z przerażeniem.
- Więc biedna, mała Pansy w jakiś sposób przeczytała dziennik i odkryła wejście do Komnaty? – zgadywała Poppy.
- Dziennik już dłużej nie był zwykłą książką – wyjaśnił Dumbledore. – Została… zmieniona… przez Voldemorta w coś więcej. Coś Mrocznego i nieopisanego.
- Co? – wybuchnął z niecierpliwością Snape.
- Kto z was wie coś o horkruksach? – zapytał Albus, wyglądając na bardzo starego i bardzo smutnego.
Snape zmarszczył w zamyśleniu brwi. Było coś…
- Cóż, ja nigdy o czymś takim nie słyszałam – stwierdziła wprost Sprout.
- Horkruks to – z braku lepszego wyjaśnienia – przedmiot, w który czarodziej wkłada część swojej duszy. Stworzenie go wymaga okropnie Mrocznej – oraz morderstwa – ale chronienie kawałka duszy czarodzieja, czyni go nieśmiertelnym. Tak długo, jak horkruks istnieje, istnieje również kawałek duszy czarodzieja i nie może on zostać zabity. – Dumbledore wziął głęboki oddech. – Tom Riddle zmienił dziennik w horkruks. To fragment jego duszy obudził bazyliszka i wyssał siły życiowe z Pansy.
Reszta patrzyła na niego z przerażeniem.
- Ale Sami Wiecie Kto nigdy nie wspominał swoim zwolennikom o czymś takim! – zaprotestował Snape. – Z pewnością tym z Wewnętrznego Kręgu powiedziałby!
- Oczywiście, że nie – Dumbledore potrząsnął głową. – Dlaczego Voldemort miałby wyjawiać wam swoją słabość? Gdybyście wiedzieli o istnieniu horkruksów i zniszczyli je, znów byłby śmiertelny. Nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony, że nigdy nie zachęcił żadnego ze śmierciożerców do badania tej gałęzi czarnej magii.
- Więc to dlatego Voldemort nie został zabity, gdy AK odbiło się w jego stronę od Harry’ego? Ponieważ ten horkruks chronił część jego duszy? – zapytał Flitwick
- Tak. Oczywiście, teraz, gdy horkruks został zniszczony, jest on podatny…
- Czekaj. – Głos Snape’a przerwał dyrektorowi. – Dlaczego zakładasz, że ma tylko jednego horkruksa?
Dumbledore zamrugał.
- Nikt nigdy nie słyszał o więcej, niż jednym, mój chłopcze.  To wymaga rozszczepienia duszy.
Snape wzruszył ramionami.
- Nie miałem pojęcia, że duszę w ogóle da się rozszczepić. Ale jeśli rozszczepisz ją raz, dlaczego nie miałbyś ponownie? Szczególnie, jeśli to sprawi, że twoja nieśmiertelność będzie lepiej strzeżona?
- Dlaczego ktokolwiek miałby pójść w taką skrajność? – zapytała ze zdumieniem Sprout. – Czy jeden horkruks nie wystarczy?
- Nie Ślizgonowi – warknął Snape. – Pojedynczy horkruks daje pojedynczy punkt w razie niepowodzenia planu. Oczywiście wymagałoby to dodatkowego wsparcia i bezpieczeństwa. Skoro już raz rozdzieliłeś duszę, dlaczego na tym poprzestać?
Zwrócili się do Dumbledore’a, który wyglądał na oszołomionego.
- M-muszę przyznać, że nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, by Tom mógł stworzyć więcej niż jeden horkruks – wyznał, – ale nie mogę zarzucić nic twojej logice, Severusie. Tom zawsze był tajemniczym i nieufnym dzieckiem, choć z pewnością miał do tego powód, biorąc pod uwagę jego dzieciństwo. Ale podczas gdy martwiłem się o niego – ogromnie – kiedy chodził do szkoły, nawet ja nigdy nie przewidziałem wielkości otchłani deprawacji, w jakiej zatonął.
- Rozdzielenie duszy raczej nie może wyjść na zdrowie – wtrąciła cierpko pani Pomfrey. – Może za każdym razem, gdy to robił, tracił coraz więcej zdrowego rozsądku?
Dumbledore wyglądał na bardzo zasmuconego.
- I człowieczeństwa. Tak, to wiele by wyjaśniło.
- Ale powiedziałeś, że przynajmniej ten horkruks został zniszczony? – Sprout powróciła do sedna sprawy. – Co się stało?
- Po tym, jak dotarliśmy do Komnaty i zobaczyłem ducha Toma, zacząłem z nim rozmawiać i szybko zrozumiałem, z czym mamy do czynienia. Sądzę, że był rozbawiony, że zobaczył mnie tak bardzo starszego i tak zdenerwowanego tym, co sobie zrobił. Chciał się upewnić, że rozumiem jego spryt, zanim rozkazał bazyliszkowi nas zniszczyć, ale na szczęście, kusza Hagrida wystarczyła, by nawet bazyliszek się zawahał i zanim wrócił do siebie, by ponowić atak, wysłałem Hagrida z dzieckiem do Severusa. Przez kilka chwil byłem w stanie powstrzymać bazyliszka, ale gdy zrozumiałem, że mam do czynienia z horkruksem, została mi tylko jedna opcja. – Westchnął ciężko. – Gdy tylko Hagrid wyszedł z Komnaty, rzuciłem szatańską pożogę. Strawiła ona zarówno bazyliszka i horkruks oraz, obawiam się, również toaletę Marty. Będziemy musieli znaleźć jej nowe lokum.
Flitwick zdołał odzyskać głos.
- Zdaje mi się, że była w Ravenclaw. Poproszę Szarą Damę, by z nią pomówiła. Jestem pewny, że znajdzie gdzieś w wieży miejsce, gdzie będzie szczęśliwa.
- Więc horkruksy muszą być zniszczone przez szatańską pożogę? – Sprout przełknęła ślinę, blednąc.
- To chyba najbardziej… bezpieczna… metoda – zgodził się Albus.
- Ale, dyrektorze, jeśli Severus ma rację i są inne horkruksy, to oznacza, że Sali Wiecie Kto naprawdę ponownie powstanie – powiedział Flitwick wyglądając, jakby mu było nieco niedobrze. – Naprawdę nic nie możemy zrobić?
- Oczywiście, że możemy – powiedziała z niecierpliwością McGonagall. – Musimy się dowiedzieć, gdzie są inne i zniszczyć je tak, jak Albus zrobił to z Dziennikiem. Musimy – jak powiedział Severus – usunąć jego wsparcie.
- A jak to zrobimy? – zapytała Poppy. – Z pewnością nie był w stanie zrobić kolejnych od kiedy, cóż, został pokonany przez Harry’ego dziesięć lat temu. Jak możemy się dowiedzieć, co Sami Wiecie Kto robił dekadę temu?
- Wygląda na to, że zaczął swoją działalność jeszcze w Hogwarcie, więc też tutaj zaczniemy swoje badania – powiedziała zaciekle Minerva. – Może Horacy coś wie. Mimo wszystko, był Opiekunem Domu chłopca.
Dumbledore pokiwał powoli głową.
- Będziemy musieli wykazać się podczas polowania wielką dozą sprytu i ostrożności. Jeśli Voldemort odkryje, co usiłujemy zrobić, nie cofnie się przed niczym, by nas powstrzymać, a jak widzieliśmy, wciąż ma lojalnych śmierciożerców. – Wszyscy uprzejmie nie spojrzeli na Snape’a.
- I sugerujesz, że jak mamy poprowadzić sekretne poszukiwania, jednocześnie próbując prowadzić szkołę pełną złośliwych i wścibskich bachorów? – zapytał Snape.
- Cóż… - zaczął Dumbledore, jednak zaraz przerwała mu McGonagall.
- Masz całkowitą rację, Severusie. Będziemy musieli wprowadzić kilka zmian.
Wszyscy spojrzeli na zastępcę dyrektora z zaskoczeniem.
- Eee, zmian, moja droga? – powtórzył niepewnie Dumbledore.
Skinęła stanowczo głową.
- Poppy, długo martwiłaś się o Albusa, nieprawdaż? – Poppy spojrzała od McGonagall do Dumbledore’a ze zdezorientowaniem. – Mimo wszystko, nie jest już młodzieniaszkiem, a to był bardzo stresujący rok. Załamanie jest nieuchronne, nie?
Poppy uniosła brwi z zaniepokojeniem, ale potem wreszcie zrozumiała.
- Och! Och, tak, ma pani całkowitą rację, pani profesor. Nie byłoby niespodzianką, gdyby musiał wziąć sobie wolne na semestr, by wypocząć.
- Ale… ale… - Dumbledore spróbował zaprotestować.
- Nie bądź śmieszny, Albusie. Wyraźnie jesteś osobą, która wie najwięcej o horkruksach i jeśli całkowita dyskrecja jest tak ważna, raczej nie możemy ufać aurorom ani innej części rządu Korneliusza Knota.
Nawet Snape był pod wrażeniem planu McGonagall, ale czuł się zobowiązany wskazać oczywistą wadę.
- Jeśli horkruksy są tak niebezpieczne, jak to opisuje dyrektor, nie byłoby dla niego bezpieczne tropić je na własną rękę. Znaczy, bez urazy, dyrektorze – powiedział szybko, zanim starszy, ale wciąż niezwykle potężny czarodziej mógł się obrazić, – ale tak ważne zadanie nie może być powierzone jednej osobie, nie ważne jak bardzo utalentowanej.
- Hymm. – Dumbledore najwyraźniej pogodził się z tym pomysłem. – Może Syriusz Black i Remus Lupin mogliby mi pomóc. Skoro Syriusz jest teraz wolny od Azkabanu…
- Ten kundel nie byłby w stanie zachować tego w tajemnicy, chyba że zakleiłbyś mu usta! – warknął Snape. – Może zwyczajnie zabierzesz ze sobą Hagrida i zakończysz to?
- Severusie, wszyscy wiemy, że nie lubisz…
- Nie, sądzę, że Severus ma rację. – Minerva ponownie weszła mu w słowo. – Syriusz nigdy nie wykazał talentu do udawania i wciąż dochodzi do siebie po Azkabanie. Mimo że był lojalnym członkiem Zakonu i bez wątpienia zrobiłby wszystko, by chronić Harry’ego, jego wiedza o Mrocznych artefaktach jest minimalna.
- Jest Blackiem – zauważyła Sprout. – I jako najstarszy syn, byłby dziedzicem…
- Zerwał ze swoją rodziną w okresie dojrzewania i nawet przed tym, odmawiał, by mieć cokolwiek wspólnego z jego rodzinną… działalnością. Wątpię, by wiedział wiele użytecznych rzeczy.
- Jeśli potrzebna jest wiedza o Czarnej Magii, ja jestem oczywistym wyborem – rzucił zimno Snape.
McGonagall spojrzała na niego czule.
- Masz inne, równie ważne obowiązki, Severusie. Co więcej, Albusie, oboje wiemy, że czasami potrafisz być nieco… porywczy. Będziesz potrzebował towarzysza, który w razie potrzeby będzie umiał cię pohamować.
Dumbledore uniósł brwi.
- Kogo masz na myśli? Mojego brata?
Minerva prychnęła.
- To polowanie na horkruksy, nie na kozy. Nie, sądzę, że ja dobrze się nadam.
Szczęka Dumbledore’a nie była jedyna, która opadła z donośnym kłapnięciem.
- Ty? Ale… ale… - bełkotał Snape.
Zwróciła w jego stronę chłodne spojrzenie.
- Tak, Severusie?
Snape przełknął i przemyślał jeszcze raz swoją natychmiastową reakcję. Właściwie, im dłużej to rozważał, tym bardziej mu się to podobało. McGonagall skrywała ślizgońską powściągliwość i z pewnością była jedyną osobą, która wydawała się sprawować jakąkolwiek kontrolę nad Dumbledorem. Miał więcej niż dowód jej bezwzględności z Różową Ropuchą, a utalentowany animag i ekspert w transmutacji mógł być naprawdę pomocny w poszukiwaniach. Co więcej, była rówieśniczką Riddle’a z Hogwartu, co mogło dać jej dodatkowy wgląd w jego zachowanie.
- Myślę, że to wspaniały pomysł – powiedział potulnie.
Reszta spojrzała na niego, bardziej zszokowana posłuszną zgodną Snape’a, niż oszalały plan McGonagall.
- Ale, Minervo, jeśli mi potowarzyszysz, kto poprowadzi Hogwart pod moją nieobecność? – zaprotestował Dumbledore płaczliwym tonem. – Jak moglibyśmy wyjaśnić nieobecność nas obu?
- Prawdą – zasugerował Snape, ukrywając złośliwy uśmiech. – Kto będzie się kłócił, że Minerva jest jedną z kilku osób, które mogą upewnić się, że ściśle przestrzegasz nakazu odpoczynku i regeneracji?
Reszta uprzejmie ukryła uśmiechy, podczas gdy Dumbledore posłał mu kwaśne spojrzenie.
- Ale wciąż pozostaje pytanie, kto poprowadzi Hogwart pod naszą nieobecność.
- Och, sądzę, że razem z Severusem możemy dzielić się stanowiskiem – zaproponował radośnie Flitwick. – W dwójkę powinniśmy być w stanie zarządzać zarówno obowiązkami administracyjnymi, jak i dyscyplinarnymi.
Snape zmusił się, by nie pokazać szoku. On? Miałby grać dyrektora? Czy choćby zastępcę? Z pewnością rozpętają się uliczne zamieszki, albo przynajmniej wielko-salowe. I dlaczego został odsunięty od polowania na te Mroczne przedmioty? Z pewnością był jednym z najbardziej wykwalifikowanych…
- Severusie – Dumbledore – jak zwykle – poprawnie odgadł jego uczucia. – Ktokolwiek inny ma ze mną pójść, ty nie możesz. – Podniósł rękę, by powstrzymać automatyczne protesty. – Pomijając całkiem prawdziwy problem, jakim jest dobrobyt Harry’ego, ostatnie wydarzenia dowiodły, że Voldemort jest całkiem świadom twojej prawdziwej lojalności. Będziesz ściśle obserwowany przez tych, którzy są lojalni jemu i bardzo prawdopodobne, że będziesz celem kolejnych prób morderstwa. Mimo wszystko, przez dzisiejsze wyjątkowe wydarzenia, będziesz bezpieczniejszy za osłonami Hogwartu bardziej, niż gdziekolwiek indziej. I jeśli razem z Filiusem podzielicie między siebie obowiązki dyrektora, będziesz nawet bardziej obeznany z zamkiem i będziesz mógł lepiej strzec budynek oraz samego siebie.
Przegrawszy z argumentami, Snape wiedział, że nie ma innego wyboru, tylko wyrazić zgodę. Skinął gderliwie głową i zgarbił się na krześle, zakładając ramiona na piersi. Reszta udała, że nie zauważyli jego nieco-mniej-niż-entuzjastycznego nastawienia.
- Zaczniemy tego lata. Nie ma powodu, by wywoływać jeszcze większe zamieszanie w tym semestrze – zdecydował Dumbledore. – To da nam dwa miesiące na ustalenie, jak najlepiej podzielić się obowiązkami i przygotować się do nowych ról.
- Ale, och, moi drodzy, to będzie oznaczało, że będziemy potrzebowali kogoś na Opiekuna Gryffindoru, a także nowych nauczycieli transmutacji i OPCM-u – zauważyła Sprout.
Dyrektor zerknął na miejsce, gdzie siedział nadąsany najmłodszy profesor.
- Mam pewną sugestię – stwierdził.
Trzydzieści sekund później, wszyscy w pokoju wzdrygnęli się i zakryli uszy, gdy Snape zaczął krzyczeć i rzucać przedmiotami.
- No, już, Severusie – Dumbledore w końcu zdołał pociągnąć go na słowo na boku. – Doskonale wiesz, że są idealnym rozwiązaniem. Jeśli razem z Minervą wyjedziemy na polowanie na horkruksy, nie możemy mieć w Hogwarcie żadnych obcych ani ulubieńców Ministerstwa, podpatrujących wszystko z ukrycia.
- Ale Black i Lupin? – krzyknął Snape. – Ta dwójka…
- Remus będzie całkiem odpowiedzialnym Opiekunem Domu i nauczycielem OPCM-u i prawdopodobnie będzie w stanie zapobiec pewnym bardziej, em, ekstrawaganckim wyczynom Syriusza. – Widząc nieprzerwane piorunujące spojrzenie Snape’a, Dumbledore wyciągnął asa. – Jeśli pozwolisz im prawie codziennie widywać się ze sobą i Harrym, uważam, że mogę przekonać Syriusza, by zgodził się, być ty adoptował chłopca. – Dumbledore był daleki od pewności, czy dalej ma jakikolwiek wpływ na Syriusza, ale miał nadzieję, że ten argument okaże się przekonujący dla Snape’a.
Snape przerwał. Nie miał zamiaru pozwalać na ściągnięcie tu Blacka i Lupina bez walki, żeby ich nowe relacje – i ich wzajemne działalności – nie zostały ujawnione. Z drugiej strony, ich przyjazd tutaj z pewnością pasował do jego własnych planów i nie był głuchy na argumenty Dumbledore’a. Poza tym, bez tak widocznego nacisku ze strony Albusa, jak miał wyjaśnić chęć Blacka do tego, by to on, Snape, adoptował Pottera?
- Dobra! – warknął. – Ale kiedy ten kretyn spali zamek albo wilkołak wygryzie sobie drogę przez mieszkańców wież, nie przychodź do mnie z płaczem!
- Doskonale. – Dumbledore uśmiechnął się radośnie. – A teraz, skoro wszyscy się zgodziliśmy co do naszych planów pokrzyżowania szyków Voldemorta, być może poświęcimy kilka chwil na przedyskutowanie skarg skrzatów domowych na temat przesadnego używania pralni?
^^^
Nieco później tego samego wieczora, sprawdziwszy w ambulatorium, co z Pansy i zafiukawszy do jej rodziców, Snape wrócił do swoich kwater, zdeterminowany, by wcześnie położyć się spać. Ku jego irytacji, rozległo się pukanie do drzwi i uśmiechająca się ironicznie Minerva wprowadziła do środka Harry’ego.
- Harry chciał spędzić tę noc z tobą – poinformowała go czarownica, popychając do przodu nagle nieśmiałego dzieciaka. – Jest niemal cisza nocna, więc pomyślałam, że najlepiej będzie zejść tu razem z nim.
Snape prychnął z irytacją na to, w jaki wyzywający sposób McGonagall przejęła jego wieczór.
- A jeśli…
- Powiedziałam – przerwała mu czarownica, posyłając mu Spojrzenie, które sprawiało, że nawet Dumbledore myślał dwa razy, – że Harry chciał spędzić noc w swoim pokoju.
W umyśle Snape’a nieproszony pojawił się obraz Umbridge i mężczyzna odchrząknął.
- Ach. Cóż, Potter doskonale wie, że może kiedy chce być w swoim pokoju. Nie potrzebuje mojego pozwolenia, by tu przychodzić.
Pierwszy raz bachor uniósł wzrok i pełen ulgi uśmiech rozjaśnił jego wyraz twarzy.
- Dzięki, tato!
McGonagall poklepała chłopca po ramieniu i lekko skinęła głową w stronę Snape’a.
- Więc dobranoc.
- Dzięki za przyprowadzenie mnie, pani profesor! – zawołał za czarownicą Harry.
Snape popatrzył na małą postać z niechęcią. To był długi dzień, a jego skóra wciąż pełzała od wspomnienia dotyku Nagini. Pomiędzy rewelacjami o horkruksach, a jego obowiązkami najpierw w kierunku Pansy, a potem reszty jego Domu, nie miał nawet czasu, by zmienić ciuchy po ataku. Po prostu rzucił szybkie zaklęcie naprawiające tam, gdzie kły roztargały jego szaty. A teraz musiał zająć się kolejnym dzieckiem, zanim skupi się na własnych potrzebach. Stłumił narzekanie. Dla Harry’ego to też był długi dzień, a chłopiec wciąż był emocjonalnie kruchy. Nic dziwnego, że chciał wrócić do swojego opiekuna po kolejne zapewnienia i…
Kruche dziecko, o którym była mowa, ziewnęło szeroko.
- Jestem naprawdę zmęczony, tato. Czy mogę iść po prostu spać?
Snape zamrugał.
- Nie potrzebujesz porozmawiać o dzisiejszych wydarzeniach?
Harry wzruszył ramionami.
- Głównie nie chciałem być w dormitorium, kiedy Ron będzie miał koszmary. Kiedy śni o pająkach, praktycznie krzyczy na cały głos, a powiedział, że Naguni była nawet gorsza od pająka. Zrozumiałem, że całą noc będzie miał złe sny.
Snape był rozerwany między obawą o nieczułość chłopca a dumą z powodu jego ślizgońskiego podejścia.
- Och… rozumiem. Tak, możesz iść do łóżka.
- Okej. Dobranoc, tato – Harry przytulił go szybko, po czym zniknął w swoim pokoju.
Snape zamrugał, po czym, wzruszając ramionami, skierował się do swojej własnej sypialni. Długie szorowanie pod prysznicem, w najgorętszej wodzie, jaką mógł wytrzymać, w większości wymazało uczucie wagi węża z jego skóry, a potem padł na łóżko, zdeterminowany udawać, że ten dzień nigdy nie miał miejsca.
Udało mu się przespać kilka godzin, zanim cichy hałas u jego boku sprawił, że siadł prosto, jedną ręką chwycił różdżkę, podczas gdy druga podążyła wyżej, by chronić szyi. Gdy jego umysł oczyścił się i przypomniał sobie, że Nagini jest całkowicie i prawdziwie martwa – i skremowana – jego spojrzenie padło na małą postać z rozczochraną głową, stojącą niepewnie przy jego łóżku.
- Przepraszam – wymamrotał Harry. – Nie chciałem cię obudzić.
Snape opuścił różdżkę i przetarł dłonią zmęczoną twarz.
- Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego miałbyś pomyśleć, że wejście do mojej sypialni o – sprawdził, – niemal drugiej nad ranem mnie obudzi?
Harry zwiesił głowę.
- Mogę wrócić do swojego pokoju.
- No, co jest, Potter? Teraz już nie śpię, więc równie dobrze możesz wyjaśnić swoją obecność – rozkazał Snape.
- Chciałem tylko przeprosić.
Snape stłumił przekleństwo. Naprawdę był na to zbyt zmęczony.
- Co teraz zrobiłeś? – zapytał, wyobrażając sobie najgorsze. Cierpiący na bezsenność Harry zdecydował spróbować wynaleźć nowy eliksir i napadł na jego zapasy. Albo zamierzał zdobyć nielegalną dawkę eliksiru bezsennego snu i zrzucił całą półkę starannie stworzonych eliksirów. Albo…
- Chodzi mi o wcześniej.
Drogi Czarodziejski Magazynie Rodzica, kiedy zostanie się obudzonym w środku nocy przez nieśpiące dziecko, czy uważa się za złą formę wychowania oszołomienie wspomnianego dziecka, przeniesienie go do łóżka i powiedzenie mu rano, że to był tylko koszmar?
- Potter, na Merlina, o czym ty mówisz?
Harry pokręcił się niespokojnie. Tak bardzo to spaprał! Najpierw wystraszył się przeprosin, kiedy po raz pierwszy tu przyszedł, paplając coś o Ronie, jako wymówce, że tam jest. Potem, zdecydowawszy, że pomówi z tatą przed śniadaniem, sumienie tak bardzo go nękało, że nie umiał spać. I kiedy leżał w łóżku, jego zacięcie pracujący umysł podawał mu raz po raz kolejne scenariusze „co jeśli”, aż pomyślał, że wybuchnie przerażonymi łzami. Więc wpadł tu, myśląc o najlepszych przeprosinach, nagle zdając sobie sprawę – zbyt późno – że zakłócił tacie bardzo potrzebny odpoczynek.
- Harry Jamesie Potterze! – huknął na niego Snape. – GDZIE SĄ TWOJE KAPCIE?
Harry spojrzał w dół na swoje bose stopy.
- Och. Eee…
Snape przewrócił oczami. Była zima, byli w Szkocji i mieszkali w kamiennym zamku. W lochach. A ten mały dureń wędrował sobie bez szaty ani kapci, jakby biegał sobie po trawie wokół domku na Tahiti.
- Właź – rozkazał, odsuwając koce, zanim zidiociały dzieciak złapie zapalenie płuc, a Poppy przeklnie go za niedostateczny nadzór.
Harry wyprostował się z szerokim uśmiechem. Jego tata był tak miły! Wpadł do ciepłego łóżka.
- O KU… - Snape zdołał ukrócić resztę przekleństwa, kiedy bachor wsunął lodowate stopy pod kołdrę. Chwycił różdżkę i rzucił na chłopca zaklęcie ogrzewające, zanim dzieciak mógł wyrządzić jakieś kolejne szkody.
Harry odprężył się, rozkładając się giętko na dużym łóżku taty. Było mu tak dobrze, kiedy otuliło go ciepło zaklęcia!
- Potter! – Snape dźgnął chłopca w żebra, kiedy dzieciak wykazał alarmującą skłonność do zasypiania. – Co ty tu robisz?
- Och! – Harry przygryzł wargę. – N-nie mogłem zasnąć – zaczął z wahaniem.
Snape poczuł poczucie winy. Oczywiście, że chłopiec nie potrafił zasnąć. Stanął twarzą w twarz ze zwierzakiem Voldemorta! Naturalnie wciąż martwił się, co mogłoby się stać, gdyby Nagini wybrała zaatakowanie go zamiast ucieczkę.
- Nie musisz się martwić – powiedział tak łagodnie, jak tylko zdołał o drugiej nad ranem. – Wąż nie żyje tak, jak inni, ach, mieszkańcy Komnaty. Nigdy cię nie zranią.
Harry odwrócił się i popatrzył na niego w szoku.
- Nie martwię się o siebie! – zaprotestował z nieświadomą arogancją jedenastolatka (i Pottera, warknął do siebie Snape). – Wciąż myślę o tym, co ten wąż niemal zrobił tobie. – Na widok spojrzenia Snape’a pełnego szoku – chłopiec nie spał ze strachu o jego dobro? – Harry wszedł w szczegóły. – Znaczy, wciąż przypominam sobie, jaki ten wąż był podły i jak już zadrapał ci gardło, i co mogłoby się stać, gdybym wtedy nie przyszedł, albo gdyby nie bawił się najpierw jedzeniem, i co jeśli…
- Dykcja, panie Potter. To sypanie przypadkowymi słowami musi się skończyć – powiedział automatycznie Snape, ucinając potok słów, zanim dostanie gęsiej skórki. Zdołał powstrzymać najgorsze drżenie pod prysznicem, brutalnie tłumiąc wszystkie wspomnienia z jego spotkania, ale słowa chłopca zbyt działały na wyobraźnię i ponownie mógł poczuć kły Nagini lekko drapiące jego gardło.
- Przepraszam – odpowiedział Harry równie automatycznie, – ale to było po prostu naprawdę straszne – zakończył, pociągając nosem. – Znaczy, co gdyby coś ci się stało?
Snape przestał pocierać szyję i spojrzał na bachora.
- Nie musisz się martwić – zapewnił go. – Nigdy nie wrócisz do Dursleyów, pamiętasz? Najprawdopodobniej zamieszkałbyś ze swoim chrzestnym i…
Był kompletnie zaskoczony, gdy oczy Harry’ego wypełniły się łzami.
- Nie chcę mieszkać z Łapą! – jęknął Harry. – Chcę mieszkać z tobą! – Rzucił się na Severusa i Mistrz Eliksirów poczuł, że jego mostek trzeszczy w proteście.
- Tak, tak, oczywiście, że będziesz mieszkał ze mną – usiłował przekonać szlochającego chłopca. – Mówimy tylko o tym, co by się stało, gdybym umarł. – Co dziwne, to tylko sprawiło, że bachor rozpłakał się mocniej. Oczywiście uspokajanie dziecka było czymś więcej, niż sobie zdawał sprawę – nie żeby wcześniej bardzo się starał. – Potter. Potter! Harry! Zapewniam cię, że zrobię wszystko, żeby nie umrzeć – zapewnił.
To wydawało się nieco pomóc, więc kontynuował w tym tonie.
- Jestem świadomy tego, że twój ojciec psiestny raczej nie zapewnia środowiska sprzyjającemu właściwej dyscyplinie i odżywianiu. Czy uważasz, że z chęcią pozwoliłbym ci z nim mieszkać? – Harry wydał z siebie płaczliwy chichot i czując otuchę, Snape kontynuował. – Nie wspominając o ilości pracy domowej, którą musze ocenić. Wątpię, że pozwolono by mi umrzeć, podczas gdy w szkole wciąż istnieją durne dzieciaki.
Harry zdołał otrzeć oczy i zwolnić uścisk na jego ojcu na tyle, by spojrzeć w górę.
- Ale byłem okropnym synem – wyznał nieszczęśliwie. – Nie rozumiem, dlaczego chcesz mnie zatrzymać.
Snape zdołał nie pokazać swoich emocji, gdy Harry odniósł się do niego w ten zaskakujący sposób.
- O czym ty bredzisz? – zapytał ostro, wyrażając swoje zdezorientowane emocje, jak zwykle, gniewem.
Harry ponownie pociągnął na nosie.
-Po wężu. Kiedy uciekł, zwyczajnie za nim pobiegłem – wyszeptał, zwieszając głowę.
Snape zmarszczył brwi.
- Tak i dostałeś klapsa za tą głupotę. – Czy chłopak był zły za klapsa? Nie myślał, że przy tym całym podekscytowaniu, którekolwiek z dzieci szczególnie zauważy skarcenie.
- Cóż, tak – przyznał Harry. – Ale to nie jest najgorsze. Znaczy, zostawiłem ciebie. Zawsze martwisz się o mnie i czy nic mi nie jest, i zawsze upewniasz się, żeby mnie przebadać. Nawet w toalecie, praktycznie pierwszą rzeczą, o jaką nas zapytałeś to było, czy nic nam nie jest. Ale ja tego nie robiłem. Zapytałem tylko po tym, jak ty to zrobiłeś. Nie powinienem był cię tak zostawiać. Powinienem był zostać i upewnić się, że nic ci nie jest, zawołać do ciebie panią Pomfrey i zrobić inne takie rzeczy. – Ponownie zaczął pochlipywać. – To nie tak, że cię nie kocham; byłem tylko tak głupi…
Ciepło, które rozkwitło w piersi Snape’a na bezpośrednią, przypadkową deklarację miłości Harry’ego było niemożliwe do zignorowania. Przyciągnął chłopca bliżej, a jego głos był szorstki, gdy mówił:
- Głupi dzieciak. Dlaczego miałbym być na ciebie zły za zrobienie tego, co ci kazałem? Czy nie powtarzałem ci, że to ja jestem dorosłym i to moim obowiązkiem jest troszczyć się o ciebie; ty nie musisz troszczyć się o mnie. Nie chcę, żebyś czuł, że dbanie o mnie jest twoim obowiązkiem. Jesteś dzieckiem – zignorował to bez przekonania, odruchowe zaprzeczenie Harry’ego na to określenie, – i nie powinieneś czuć, że musisz troszczyć się o moje dobro. Ja to mam robić, nie ty.
Harry przybliżył się. Jego tata zawsze wiedział, co powiedzieć, by czuł się lepiej, choć wciąż nie był pewny, czy nie powinien mieć jakiejś roli w trosce o jego tatę.
- Nie możemy nawzajem o siebie dbać? – zapytał płaczliwie. – Znaczy, kiedy nieco podrosnę, wtedy mogę się o ciebie troszczyć, prawda?
Tata ścisnął go kolejny raz.
- Idiota – mruknął, ale jego głos był tak chropowaty i łagodny, że Harry wiedział, że ma na myśli coś całkiem innego. – A nie ocaliłeś mi dzisiaj życia? Jesteś bardzo potężnym czarodziejem, Harry.
Harry rozpromienił się.
- Naprawdę? – powtórzył, chcąc, żeby tata powiedział to ponownie.
- Tak. I to dlatego będziesz mieć dodatkowe lekcje latem, żeby się upewnić, że nauczysz się, jak kontrolować swoją moc – poinformował go Snape sucho, pewny, że to odwróci uwagę Harry’ego od strasznych wydarzeń dzisiejszego dnia i jego myśli popłyną kompletnie nowym strumieniem.
I tak się stało.
- Tatooooo! – zawył Harry w proteście. – Nie! Żadnych wakacyjnych lekcji!
- Tak – powiedział bezlitośnie. – Przez całe wakacje. – Na widok wydętych warg Harry’ego, uśmiechnął się złośliwie i powiedział: – Pomyśl, jak bardzo zazdrosna będzie panna Granger.
To nieco ożywiło Harry’ego.
- Tak – zgodził się, ale potem jego twarz spochmurniała. – Ale Ron i reszta chłopaków będą sobie ze mnie żartować.
- Może nie, kiedy zrozumieją, że będziesz się uczył wszystkich zaklęć defensywnych, przekleństw i składników eliksirów, które mogą być bronią – odpowiedział jak gdyby nigdy nic Snape, kładąc sięz powrotem.
Harry automatycznie poszedł za jego przykładem.
- Przekleństwa? Będę się ich uczył? I rzeczy z OPCM-u? Naprawdę? I obronnych eliksirów? Wow! To brzmi naprawdę super! I pojedynkowania? Będzie pojedynkowanie? – zapytał z podekscytowaniem, kuląc się pod kocem.
- Mmm. Jeśli będziesz ciężko pracował.
- Wow. Chłopaki będą nawet bardziej zazdrośni niż Hermiona, gdy to usłyszą – tryumfował Harry. – Eee, tato… myślisz, że może czasem któreś z moich przyjaciół mogłoby przyjść i być na części lekcji? – zapytał z nadzieją.
- Jeśli twoje zachowanie będzie wymagało takiej nagrody. – Oczy Snape’a były zamknięte.
- Huh. – Powieki Harry’ego też zaczęły opadać. – To będą… - musiał przerwać przez szerokie ziewnięcie, – …zabawne wakacje… Tato, zobaczymy się z Łapą i Lunatykiem? – zapytał sennie, gdy uderzyła w niego pewna myśl.
Oczy Snape’a otworzyły się, gdy zdał sobie sprawę z tego, że Black i Lupin będą musieli przenieść się do Hogwartu, pewnie wkrótce po zakończeniu tego semestru.
- Och, tak. Z pewnością – odpowiedział posępnie.
Harry uśmiechnął się szelmowsko, choć nie chciało mu się otwierać oczu.
- Dobrze, bo w takim razie mogę poćwiczyć nowe zaklęcia, robiąc Łapie żarty.
Oczy Snape’a rozszerzyły się i zaczął wyliczać korzyści tego, że kundel i wilkołak będą w pobliżu, zwłaszcza, że Harry dotychczas wykazywał nieoczekiwane ślizgońskie tendencje.
- Hymm. Doskonały sposób na zebranie praktycznego doświadczenia – zgodził się w końcu, ale bachor już zapadł w sen.
Snape uśmiechnął się złośliwie na myśl o obserwowaniu, jak Harry raz po raz robi żarty chrzestnemu, przez całe długie lato. Naturalnie Black będzie okropnie troskliwy, za bardzo, by upomnieć bachora, nie mówiąc o odwecie. Hymmmm. To zdecydowanie miało potencjał, zwłaszcza, jeśli niektóre notatki z jego chłopięcych lat znajdą się w dłoniach Harry’ego. Snape zdecydował, że mimo wszystko, adoptowanie Pottera mogło być bardzo dobrym pomysłem.
Następnego ranka, namyślił się drugi raz, gdy obudziwszy się, drżąc, odkrył, że bachor ukradł nie tylko jego poduszkę, ale też koce i teraz radośnie drzemał w ciepłym kokonie, podczas gdy Snape – pełnoprawny właściciel łóżka i pościeli – marzł u jego boku. Rozważał obudzenie łajdaka przez Aguamenti, ale zdecydował, że to będzie tylko oznaczało, że bachor również pierwszy przejmie prysznic. Wstał z całą godnością, jaką mógł zgromadzić, będąc siny i drżący, rzucił na siebie zaklęcie ogrzewające i ruszył majestatycznie do łazienki z cała swoją oburzoną delikatnością urażonego kota.

CDN…