Ważne

Zanim zaczniecie czytać jakikolwiek tekst, warto poszukać go w zakładkach. Często tłumaczenia są kontynuowane przeze mnie po kimś innym - w takich wypadkach podaję tylko linki do pierwszych rozdziałów, więc warto zerknąć, czy dane opowiadanie nie jest czasem już zaczęte gdzie indziej. Dzięki temu nie dojdzie do nieporozumień i niepotrzebnych pytań, typu: "A gdzie znajdę pierwsze rozdziały?" Wszystko jest na blogu, wystarczy poczytać ;)
Po drugie, nowych czytelników bardzo proszę o zerknięcie do zakładki "Zacznij tutaj" :) To również wiele ułatwi :D
Życzę wam miłego czytania i liczę, że opowiadania przypadną wam do gustu.
Ginger

niedziela, 20 maja 2018

ZS - Rozdział 7 - Jastrzębia mowa



Kiedy napisał listy dyscyplinarne, Severus nie miał już więcej nic do roboty, co było niezwykle rzadkim zjawiskiem, więc na kilka godzin skulił się na kanapie z podręcznikiem o sokolnictwie. Była to leniwa niedziela, większość głośniejszych uczniów nadrabiała zaległości w spaniu, więc korytarze były ciche. Przeczytał uważnie rozdziały o właściwym karmieniu i opiece nad sokołami, choć wiedział większość z tego dzięki oglądaniu programów przyrodniczych w telewizji, gdy był dzieckiem. Przeczytał też o trenowaniu ptaka, by wrócił do właściciela podczas pierwszego lotu.
Pierwszy lot jastrzębia, bez względu na to, czy po urazie, czy by sprawdzić, jak dobrze ptak pochłonął techniki treningowe, było ćwiczeniem obarczonym pewnym stopniem niepewności. Jastrząb czy sokół nie były oswojonymi ptakami, na zawsze zachowywały swoje dzikie instynkty i mogły zdecydować, że nie wrócą na rękawicę ochronną sokolnika albo do przynęty. Zawsze pozostawał element ryzyka i Snape martwił się, że ptak może odlecieć na zawsze, gdy ponownie posmakuje wspaniałej wolności nieba. Podejrzewał, że to wcześniej się stało jastrzębiowi, poleciał w pogoni za zdobyczą, najprawdopodobniej zającem, kaczką albo jakimś innym stworzeniem i był tak pochłonięty polowaniem, że odmówił powrotu, gdy został wezwany.
Oczywiście istniały zaklęcia, które zmuszały jastrzębia do powrotu na rękę czarodzieja, ale Snape nie chciał ich używać. Nie podobało mu się zmuszanie ptaka do czegokolwiek, to graniczyło z zaklęciem Imperius, a on sam nienawidził tego zaklęcia, zbyt często widząc jego rezultaty podczas spotkań śmierciożerców. Severus Snape cenił sobie swoją niezależność, a odebranie mu wolnej woli było jednym z największych okropieństw. Koniec końców, nauczył się przeciwstawiać Imperiusowi, upewniając się, że nigdy nie będzie ofiarą. Więc nie chciał używać magii, by zmuszać jastrzębia – okrutnym byłoby związanie tak tego stworzenia – czerwono-ogoniasty jastrząb zasługiwał na wolność, a zresztą obiecał właśnie to samo, gdy przesiedział tą długą noc. Będziesz tak wolny, jakim tylko mogę cię uczynić. Snape złożył przysięgę, a złożona musiała być dotrzymana, nawet zwykłemu chowańcowi.
Przeczytał o sposobach, w jakie sokolnik-amator mógł zachęcić ptaka do powracania na jego pięść, wykorzystując głównie jedzenie jako nagrodę i zbudowanie więzy zaufania między ptakiem a człowiekiem. Snape sądził, że jastrząb mu ufa, patrząc na sposób, w jaki czerwono-ogoniasty podchodzi do niego, bez odrobiny nakłaniania i prawdziwie wydawał się preferować jego towarzystwo. Gdy pisał listy, jastrząb drzemał z zadowoleniem na jego ramieniu, a potem Severus ułożył go z powrotem na jego żerdzi i jednocześnie robiąc sobie przekąskę z kilku owoców, nakarmił głodnego ptaka kawałkami królika skropionego miodem.
Zwierzak szybko wracał do zdrowia, i ku wielkiej uldze Snape’a, nie miał już żadnych objawów wysokiej gorączki i zakażenia. Teraz musiał tylko dobrze i często karmić jastrzębia, a regularna dieta z małymi dawkami eliksiru naprawiającego kości uzdrowią jego skrzydła na tyle, by mógł latać.
Severus nie umiał się doczekać dnia, w którym będzie mógł zdjąć szyny i bandaże i zobaczyć, jak jastrząb lata – zawsze wstrzymywał oddech, gdy obserwował wyjątkowość nauki i natury w drapieżnych ptakach sunących z gracją na swoich skrzydłach. Gdy był uczniem, jedną z jego najsłodszych fantazji, poza poślubieniem Lily, było odkrycie, że jego animagiczną formą jest piękny jastrząb lub sokół. Jednak nigdy nie miał okazji, by podjąć się dodatkowych lekcji, oferowanych przez McGonagall, a po szkole był zbyt zajęty byciem tajnym agentem Dumbledore’a i Mistrzem Eliksirów, by uczyć się przemiany w animaga. Ale zobaczenie, jak lata jego chowaniec będzie kolejną najlepszą rzeczą w jego życiu.
Gdyby tylko był pewny, że czerwono-ogoniasty do niego wróci.
Wyciągnął rękę, by podrapać ptaka, który przysiadł na oparciu sofy i został nagrodzony sennym keer-awk oraz otarciem o jego palce.
Uśmiechając się, Severus spuścił głowę i wrócił do czytania.
Może martwił się na zapas. Mimo wszystko, dlaczego miałby do mnie nie wrócić – kto mu uratował życie i go nakarmił? Wydaje się bardzo inteligentny i z pewnością nie zapomniałby, co dla niego zrobiłem?
Mimo wszystko, dręczyło go to, póki nie doszedł do końca rozdziału zatytułowanego Różnorakie Eliksiry, Których Możesz Użyć, By Wzmocnić Swoją Więź. Tam, drugi od dołu po prawej, po eliksirze używanym do pozbycia się irytujących jastrzębich pasożytów, był eliksir, który dawał czarodziejowi możliwość komunikowania się z jastrzębiem przez cztery dni.
Eliksir Jastrzębiej Mowy
15 uncji czystej źródlanej wody,
3 krople miodu z czerwonej kończyny,
Pióro lub puch ptaka, z którym chcesz porozmawiać,
Zmielony skarabeusz,
3 włosy sfinksa,
5 uncji krwi złotoustego skowronka
Snape czytał to z podekscytowaniem – eliksir nie był tak skomplikowany jak brzmiał, choć niektóre składniki, zwłaszcza włosy sfinksa i krew skowronka, były drogie. Złotouste skowronki były magicznymi stworzeniami, które żyły w lasach Rosji oraz Ameryki i były znane z pięknych pieśni i swojej zdolności mówienia językiem każdej istoty, którą napotkały, po wysłuchaniu zaledwie próbki danej mowy. Były wysoko cenione i polowano na nie podczas Ciemnych Wieków niemal do wymarcia i dopiero teraz zaczęły powracać.
Jednak eliksir był czasochłonny – musiał przeleżeć całe dwadzieścia cztery godziny dla pełnej skuteczności, a kociołek wystarczał na kilka tygodni. Były bardzo małe efekty uboczne, choć jeśli przyjmowało się go każdego tygodnia dłużej niż miesiąc, eliksir mógł wywołać u stosującego chrypę i małe plamki, pojawiające się na skórze.
Ale gwarantował danie pijącemu umiejętności rozmawiania i rozumienia ptactwa przez cztery dni, zanim będzie potrzebna kolejna dawna. Jednak eliksir nie był dobrze znany z powodu drogich składników, a większość czarodziejów nie uważała, że warto wydawać swoje ciężko zarobione galeony na eliksir, który pozwalał na komunikację z ptakami.
Merlinie, może właśnie tego potrzebuję, żeby przekonać mojego zwierzaka, by ze mną został, zamiast odlatywać przy pierwszej okazji. Poza tym, nużące jest rozmawianie sam ze sobą i nie otrzymywanie odpowiedzi.
Mentalnie obliczył wartość potrzebnych składników i zdecydował, że potrzebna mu będzie szybka wycieczka do apteki w Hogsmeade, więc szybko spisał składniki na kawałku pergaminu, po czym wstał.
- Chodź, pisklaku – powiedział do śpiącego jastrzębia na jego ramieniu i ponownie przymocował linki bezpieczeństwa do więzów na żerdzi. Jastrząb wydał z siebie cichy pomruk, wyraźnie nie chcąc, żeby mu przeszkadzano. – Cicho. Żerdź jest bezpieczniejsza, nie wspominając o tym, że łatwiej ją czyścić. Śpij, wkrótce wrócę, a gdy tylko eliksir będzie gotowy, będziemy w stanie ze sobą porozmawiać.
Jastrząb zamrugał sennie. Huh? Och, to fajnie. Baw się dobrze. Ja się zdrzemnę.
Zadowolony tym, że pisklak będzie spał do jego powrotu, Snape opuścił kwatery i wymknął się ze szkoły przez jedno z sekretnych przejść – zabrał swoją miotłę i odleciał do Hogsmeade.
Wrócił jakieś dwadzieścia minut później z zakupami i zaczął przygotowania do warzenia mikstury. Półtorej godziny później, Eliksir Jastrzębiej Mowy gotował się w wielkim, srebrnym kotle, gdzie miał pozostać dwadzieścia cztery godziny.
- Kolacja, panie Severusie – ogłosiła Twixie, trzymając w rękach zakryty, srebrny talerz.
Severus uniósł wzrok – był tak pochłonięty swoją książką, że nie zdawał sobie sprawy, która godzina.
- Już?
- Tak. Jest wpół do siódmej, panie – powiedziała Twixie, kłaniając się, gdy położyła tacę na stole. Z rozmachem zdjęła pokrywkę. – Gotowany łosoś w maślanym sosie z pokrojonymi orzechami włoskimi, ryż wodny i marchewki, sir, a dodatkowo pieczywo i szklanka wody z cytryną.
Severus wciągnął zapach świeżej ryby i pomyślał, że pachnie bosko.
- Dziękuję, Twixie. Możesz odejść.
- Proszę zjeść wszystko teraz, panie. Je pan jak ptaszek – skarciła go łagodnie elfka, marszcząc brwi.
Severus uniósł brew.
- Och? Kto tak mówi?
- Ja. – Od strony żerdzi rozległo się skrzeknięcie. – Widzi pan, on się ze mną zgadza – oświadczyła zadowolonym tonem. – Smacznego, sir.
Potem zniknęła z trzaskiem, pozostawiając Severusa, który najpierw przewrócił oczami, po czym zaczął jeść pyszną, puszystą rybę pokrytą chrupiącymi orzechami włoskimi – był to jeden z jego ulubionych posiłków.
Był bardziej głodny niż myślał, więc wkrótce skończył talerz, po czym wrócił do książki, póki nie nadszedł czas na spotkanie Domu, zwołanego na ósmą.
Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, Mistrz Eliksirów zabrał swojego zwierzaka na spotkanie, niosąc go z łatwością na lewej ręce, tym razem bez kaptura, ponieważ ptak wydawał się woleć, gdy widzi, gdzie zmierza.
W pokoju wspólnym Ślizgonów było zamieszanie – członkowie jego Domu nie potrafili wyjaśnić, dlaczego zwołał drugie spotkanie całego Domu, skoro ostatnie było tylko kilka tygodni temu. Wszyscy uczniowie siedzieli lub stali na dostępnych meblach, w skład których wchodziły ciężkie stoły z orzechowego drewna, krzesła i długie, niskie, czarne, skórzane kanapy. Podłoga była wyłożona grubymi, zielonymi dywanikami, na których widniał wąż Slytherinu, a ściany pokryte były grubymi gobelinami, które chroniły przed wilgocią. Ogień buchał pełną parą, ale pomimo przytulnych akcentów, w pokoju panowała zdecydowana atmosfera niepokoju.
Draco, Crabbe i Goyle stali przy kominku, wyglądając na nadąsanych i ponurych. W rękach trzymali koperty, a Severus wiedział, że zawierają listy do ich rodziców. Wyśle je wieczorem wraz z jego własnymi.
 Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku wysokiego czarodzieja, gdy tylko wszedł do środka, a większość z nich rozszerzyło się, gdy dostrzegli pięknego, rannego ptaka, wiedzącego mu na ramieniu.
- Wow! Ale super ptak, sir! – wykrzyknął Marcus Flint, a jego oczy wylądowały tęsknie na jastrzębiu.
- Absolutnie fantastyczny! – zgodził się drugi chłopak.
- Ale wygląda na rannego, co się mu stało? – zapytała czwartoroczna  dziewczyna.
- To mój nowy chowaniec, myszołów rdzawosterny, który w wypadku złamał oba skrzydła – poinformował spokojnie Domowników profesor. – Zdobyłem go niedawno, więc wciąż przystosowuje się do zamku i tego, że jest wśród tylu ludzi, więc proszę, abyście zachowywali się przyzwoicie i mówili cicho, ponieważ łatwo go zaskoczyć.
Jastrząb spojrzał ciekawie po uczniach, a jego oczy wszystko zapamiętywały.
- Jak się nazywa? – zapytała kolejna dziewczyna.
- Na chwilę obecną, panno Warley, on nie ma imienia. Ale spróbuję jakieś wymyślić.
- Sir? Moglibyśmy pomóc, jeśli pan chce? Każdy może zasugerować imię i napisać je, a potem pan je zbierze, jeśli będzie chciał – zasugerowała nieśmiało Anne Warley.
Severus zamrugał ze zdziwieniem. Nie liczył się z tym, że jego Dom aktywnie zaangażuje się w nazywanie jego zwierzęcia. Ale spodobało mu się zachęcenie całego Domu do współpracy, więc skinął głową na zgodę.
- To byłoby pomocne, panno Warley. Możesz zacząć zbierać imiona po spotkaniu. Po prawdzie, mój chowaniec jest częściowym powodem tego, dlaczego zwołałem spotkanie… - podszedł i stanął przed kominkiem, przodem do większości uczniów, po czym opowiedział im o wyczynie i karze ich współdomowników.
Nastała pełna szoku cisza. Potem zaczęło się szemranie, gdy niemal wszyscy Ślizgoni wściekli się tym, jak Malfoy zhańbił ich Dom i jego Opiekuna, jak również tym, że spowodował dodatkowe rany ptakowi Snape’a.
Malfoy wzdrygnął się, gdy kilka śmiertelnie wściekłych spojrzeń padło na niego, a grupa szóstoklasistów zagroziła, że powieszą go do góry nogami za palce u stóp i pobiją go do nieprzytomności tak, jak on to zrobił biednemu jastrzębiowi. Jedna z nich był dość spora i wyglądała tak, jakby całkiem zręcznie potrafiła posługiwać się kijem.
- Dajcie spokój, to był wypadek… - zaczął, ale Ślizgoni nie byli w nastroju, by słuchać jego żałosnych wymówek.
- Tak, jasne, Malfoy – zaszydził kapitan drużyny Quidditcha.
- Nie obrażaj naszej inteligencji, ty farbowana fretko – warknął ktoś inny.
Jastrząb na ramieniu Snape’a poruszył się z niepokojem i syknął ze złością.
- Widzisz, nawet ten jastrząb wie, że chrzanisz – warknęła Anne, a jej błękitne oczy rzucały sztyletami w potomka Dworu Malfoyów.
Wręczył teraz spoconemu i przerażonemu Draco długi, biały fartuch. Niektórzy ze Ślizgonów zachichotali na ten widok i zażądali, by natychmiast go włożył.
Severus uspokoił jastrzębia dotykiem, po czym powiedział:
- Podczas okresu, w którym pan Malfoy będzie grał skrzata domowego, proszę powstrzymać się przed rzucaniem w niego jakichkolwiek przekleństw albo prawdziwie bolesnych zaklęć, skoro musi być w stanie wykonywać swoje dzienne obowiązki. Najlepiej, jeśli zwyczajnie go zignorujecie. – Na to oświadczenie, rozległo się kilka jęków.
- Cholera! Chciałem zobaczyć, jak daleko będzie w stanie zajść ze wszystkimi zmiażdżonymi kośćmi w nogach, profesorze.
- Albo głową koguta, arogancki dupek.
- Czy musi nam robić pranie, sir? Bo mam tego mnóstwo – powiedziała dziewczyna z trzeciego roku z diabolicznym uśmieszkiem.
- Tak, panno Stevens, to część jego obowiązków – odpowiedział Snape. – Wymagam również od was, żeby nie mówić o tej sprawie poza Domem.
Wszyscy skinęli głowami ze zrozumieniem, wiedząc, że reputacja Snape’a byłaby zrujnowana, jeśli wyjdzie na jaw, że był celem kradzieży jednego ze swoich uczniów.
- Jesteście wolni. Światła gasną o jedenastej. Panno Warley, może pani położyć listę imion dla mojego chowańca w skrzynce pocztowej w moim biurze, za kilka dni dam pani znać, co zdecydowałem.
Wyciągnął rękę po listy trójki łotrów, po czym okręcił się w stronę dziury w portrecie i skierował do Sowiarni.
Gdy wychodził, słyszał, jak kilku ze Ślizgonów zaczyna rozkazywać swojemu nowemu „skrzatowi domowemu”, wyraźnie będąc zachwyconymi zemstą na aroganckim chłopcu, ponieważ Malfoy miał tendencję do tyranizowania większości swojego Domu, zwłaszcza jego młodszych członków. Choć Severus wątpił, by wiele z tych skłonności pozostało mu przed końcem semestru.
24 godziny później.
Mistrz Eliksirów zlał srebrnawą ciecz do kilku niskich, przezroczystych fiolek, oznaczył je starannie i położył na szafce w magazynie. Podczas tych czynności, jego zwierzak przyglądał mu się z zaciekawieniem, a po skończeniu, Severus przełknął zawartość ostatniej fiolki. Smakował dziwnie, ale nie tak źle, jak niektóre mikstury, które warzył. Poczuł mrowienie na języku i skurcz w uszach, gdy eliksir został wchłonięty przez jego organizm.
Książka utrzymywała, że nie wiadomo, czy eliksir działał, póki nie próbuje się porozmawiać z jastrzębiem i dostaje odpowiedź, ponieważ głos brzmi normalnie dla wszystkich poza ptakiem.
Odchrząknął i powiedział eksperymentalnie:
- Witaj. Nazywam się Severus.
Natychmiast jastrząb rozejrzał się, a jego bursztynowe oczy rozszerzyły. Umiesz mówić! Eee… Znaczy… Teraz dużo lepiej mogę cię zrozumieć. Jak to możliwe?
Severus powstrzymał się przed szerokim uśmiechem. Eliksir był sukcesem.
- Wziąłem eliksir, który pozwala mi się z tobą porozumiewać. Jak masz na imię?
Z jakiegoś powodu, to pytanie wstrząsnęło ptakiem. Umm… Nie… nie wiem!, zaskrzeczał z przerażeniem jastrząb. Spróbował przypomnieć sobie swoje imię, ale w jego pamięci nie zostało nic poza wielką, ziejącą dziurą. Nie pamiętam… miałem kiedyś imię… ale teraz… zniknęło… Od kiedy uderzyłem się w głowę… nie mogę sobie przypomnieć…
Obie brwi Snape’a uniosły się pod linię jego włosów.
- Zdaje mi się, że rozwinęła się u ciebie amnezja.
Huh? Co to takiego?
- To stan, w którym na jakiś czas traci się pamięć. Dzieje się tak, gdy zbyt mocno uderzysz się w głowę, jak podczas tego wypadku. – Wyciągnął rękę, by podrapać jastrzębia za głową, a zwierzak pochylił się ku jego dłoni z westchnięciem.
Ochh, to takie miłe uczucie. Proszę, jeszcze.
Mistrz Eliksirów wykonał polecenie.
- Nie martw się, twoje wspomnienia powinny po jakimś czasie wrócić. W międzyczasie, może powiem ci, gdzie jesteś i kim ja jestem. Obecnie jesteś w moim laboratorium w szkole Hogwarcie, a ja jestem nauczycielem i Mistrzem Eliksirów. Nazywam się Severus Snape i przygarnąłem cię, jako mojego chowańca.
Jastrząb nastawił głowę. To szkoła dla czarodziei, prawda? Chyba pamiętam, jak ktoś to mówił wczoraj wieczorem.
- Rozumiesz ludzką mowę?
Tylko trochę i tylko, jeśli się skoncentruję. Rozmowa w taki sposób jest o wiele prostsza, oświadczył jastrząb z wyraźnym zadowoleniem.
Ptak pochylił głowę, by sprawdzić skrzydła przymocowane do jego boku. Jak długo moje skrzydła muszą tak zostać?
- Prawie dwa tygodnie. Dlaczego? Boli cię? Jeśli tak to mogę dać ci eliksir.
Nie, naprawdę, choć czasami pobolewają. Tylko się zastanawiałem to wszystko. Tęsknię za niebem.
- Za dwa tygodnie znów będziesz w stanie latać – powiedział Severus z przekonaniem. – W międzyczasie musisz jeść, pić i odpoczywać, by odbudować siłę.
To ma sens. Ale nudzę się, nie robiąc nic poza spaniem. Co ty robisz cały dzień, Severusie­?
- Nauczam eliksirów, oceniam testy i warzę, przez większość czasu. Mam też inną pracę, którą muszę trzymać w tajemnicy, bo jest tak niebezpieczna. Ale nie mogę tutaj o tym mówić. A ostatnio najwięcej czasu spędzam też opiekując się tobą.
Och. Przepraszam, nie chciałem być dla ciebie ciężarem, przeprosił jastrząb.
- Nie jesteś – zapewnił czarodziej. – Dlaczego tak uważasz?
Bo… wygląda na to, że jesteś zapracowany, a… dawno temu… chyba pamiętam, jak ktoś mówił, że jestem tylko ciężarem… głośny, gruby mężczyzna… nie lubiłem go.
Severus zmarszczył brwi.
- Może twój poprzedni właściciel źle cię traktował i dlatego odleciałeś? Przypominasz sobie coś jeszcze?
Nie. To wszystko. Jastrząb prześlizgnął się do Mistrza Eliksirów po więcej pieszczot. To miłe. Tak, właśnie tak. Właśnie tam, swędzi.
- Zrobiłbym ci kąpiel, ale twoje skrzydła nie powinny być mokre.
To bez znaczenia. Przy twojej dłoni i moim dziobie, powinienem być w stanie utrzymać pióra w czystości, jastrząb przebiegł dziobem w dół swojej piersi, delikatnie drażniąc i zmieniając kolejność piór.
Severus obserwował drapieżnego ptaka przez kilka minut, zanim zdobył się na odwagę, by zapytać:
- Jeśli wróci ci pamięć, gdzie pójdziesz?
Pójść? Dlaczego miałbym gdziekolwiek iść? Podoba mi się tutaj. Chyba że nie chcesz mnie tu?, w pisku jastrzębia zabrzmiała zrozpaczona nuta.
- Nie, chciałbym, żebyś został – pospiesznie uspokoił pisklaka Severus. – Tylko… Chciałem dać ci wybór.
Ach. Ale to nie jest potrzebne. Tutaj jestem chciany. Tak… nie byłem. Tyle wiem.
Severus zwalczył westchnięcie ulgi. Jastrząb zostanie. Mimo wszystko, Hagrid miał rację.
- Jesteś bystrym ptakiem.
Ależ oczywiście. Jestem jastrzębiem, odpowiedział jego chowaniec, pusząc się.
Severus zachichotał.
- No już, nie bądź arogancki.
Nie jestem. Stwierdzam fakt. Każdy jastrząb jest mądrzejszy od tego, na co poluje.
- W rzeczy samej. Muszę wymyślić ci jakieś imię. Niektórzy z moich Ślizgonów zgłosili się, by mi pomóc, więc zajmie dzień lub dwa, zanim jakieś wybiorę. Imiona są ważne, a nie chcę nazywać cię żadnym twoim starym imieniem.
Dziękuję, powiedział jastrząb, wzruszony rozwagą czarodzieja.
Snape spojrzał na zegar i zorientował się, że to niemal czas, by wracał do klasy.
- Za kilka minut mam kolejną lekcję. Chcesz wrócić i zdrzemnąć się w moich kwaterach?
Jastrząb rozważył propozycję. Nie, nie jestem śpiący. Mogę… iść z tobą… jak myślisz? Obiecuję, że będę cicho.
- Na pewno chcesz to zrobić? Nie mogę rozmawiać z tobą podczas zajęć, muszę skoncentrować się na moich uczniach. Niektórzy z nich to takie durnie, że mogą wszystko wysadzić, jeśli nie będę ich obserwował.
Rozumiem.
- Dobrze. Chodź, wejdź na mój nadgarstek. – Snape wyciągnął ubraną w rękawicę lewą rękę, a jastrząb posłusznie wskoczył na nią. – Mam tylko nadzieję, że nie zanudzisz się na śmierć.
Dlaczego? Nudne jest siedzenie w pustym pokoju cały dzień. Pisklak kłapnął dziobem, kiwając z podekscytowaniem głową. Lekcja eliksirów! Jakie to ekscytujące!
Severus posłał jastrzębiowi krzywe spojrzenie.
- Jesteś bardzo dziwnym ptakiem.
Czy to źle?
- Nie. To tylko… nie ważne. Lubię cię takiego.
Jastrząb wydał z siebie cichy, świergoczący odgłos, szczęśliwy, że nowy przyjaciel go zaakceptował. Nie zawsze tak było, pomyślał ze wzdrygnięciem, przypominając sobie głośny, wrzeszczący na niego głos i rękę, zamachniętą w jego kierunku, z pytaniem: „Dlaczego, do diabła, nie możesz być nigdy normalny, ty cholerny dziwaku?” Nie był całkiem pewny, co to oznaczało, ale wiedział, że woli zostać tutaj z Mistrzem Eliksirów o jedwabistym głosie, niż wracać do tego.
Dotarli do klasy eliksirów dokładnie o drugiej, Severus ustawił swojego chowańca na oparciu krzesła, po czym przeniósł się na przód pomieszczenia, by zacząć dzisiejszą lekcję.
Jastrząb patrzył gorliwie, jak uczniowie zaczynają wyciągać składniki z szuflad i rozpalać ogień pod ich kociołkami, siekając, krojąc i rozdrabniając. To było dziwne, ale niemal mógł sobie przypomnieć, jak robi te rzeczy. Albo obserwowanie, jak robi to ktoś inny, rudowłosy chłopak. Jakie to dziwne. Może Severus ma rację. Jak mogę pamiętać robienie tych rzeczy, co te… dzieci, skoro jestem ptakiem i nie mam rąk?
Severus przechadzał się po pomieszczeniu, pilnując swojej klasy, upewniając się, że wszyscy przykładają do działania największą uwagę, wtrącając od czasu do czasu lodowate, sarkastyczne komentarze w kierunku tych uczniów, których przyłapał na bełkotaniu lub myśleniu o niebieskich migdałach podczas pracy.
Wtedy kolejne wspomnienie uformowało się w umyśle jastrzębia – Mistrz Eliksirów patrzący na niego z wściekłością i dezaprobatą. Przeszedł przez niego dreszcz. Nie rozumiem. Severus nigdy nie mówił do mnie w taki sposób. Mógł sobie przypomnieć głos Mistrza Eliksirów, który zawsze był jedwabisty i kojący, nie twardy i ostry. Dlaczego miałby być na mnie zły? To nie ma żadnego sensu. Młody jastrząb zatrzepotał piórami i postanowił o tym nie myśleć. Może upadek uszkodził jego pamięć i teraz wyobraża sobie różne rzeczy, jeśli to w ogóle możliwe.
Zamknął oczy, odpływając lekko – odkrył, że ciche syczenie i trzask płomieni, dźwięk mieszania mikstur i ciche mamrotanie uczniów odpręża go na tyle, żeby spać bez strachu o sny. Nie chciał ponownie śnić o głośnym mężczyźnie albo gorzej, o błysku światła i chłopcu… Cedricu… upadającemu na ziemię i czyimś krzyku… Czy wszystkie jastrzębie mają takie sny? A może tylko ja?, zastanawiał się ptak, otwierając oczy odrobinę i obserwując, jak Snape krąży po pomieszczeniu, a jego czarny płaszcz szeleści i posykuje przy jego kostkach, a jego buty ledwo wydają dźwięk ponad kamieniem. Nawet na wpół śpiąc, jastrząb mógł wyróżnić każdą pojedynczą nitkę czarnych szat, jak również kilka drobin kurzu – tak czuły był jego wzrok. Czarna tkanina była kojąca dla jego oczy, w przeciwieństwie do jasnoczerwonej połączonej z żółtym tkaniny części młodych czarodziejów, noszących ją na swoich szatach.
Były nienaturalnie jasne, sprawiały, że bolały go oczy i przypominały mu rudzika albo żółtego motyla. Przesunął się na swojej żerdzi, usadzając wygodniej.
Snape przeciął pomieszczenie i zatrzymał obok biurka, posyłając chowańcowi zatroskane spojrzenie.
- Wszystko gra? – wymamrotał kątem ust.
Tak. Nic mi nie jest.
Zadowolony, Snape odwrócił się i powiedział:
- Macie pięć minut, a potem zabutelkujcie swoje wyniki i przynieście je do mnie.
Rozległo się wymamrotane „dobrze, profesorze”, a jeden śmiały chłopak z czarnymi włosami, które wyglądały, jakby poraził go prąd, zapytał:
- Profesorze Snape, co ten jastrząb tu robi? Jego też zamierza pan nauczyć, jak się robi eliksiry?
Kilku uczniów zachichotało na ten komentarz.
Sokole uniosło się i syknęło, czując, że wyśmiewają się z niego.
Severus skrzywił się na dowcip młodzieńca, mówiąc surowo:
- Nie mam wątpliwości, panie Manning, że mój jastrząb potrafi warzyć eliksir Witaminowy lepiej niż pan czy połowa klasy, zważywszy na poziom inteligencji, jaki pan dzisiaj przedstawił.
Cholerna racja! Siedź cicho!
Chłopak zarumienił się i zaczął wpatrywać się w swoje buty, nie ośmielając się czynić kolejnych komentarzy.
W końcu zajęcia się skończyły i Severus ich odprawił. Rozległo się szaleńcze gramolenie w kierunku drzwi, więc jastrząb skrzywił się na dźwięk tak wielu stóp uderzających o kamienną podłogę. Czy oni muszą być tak piekielnie głośni?, zaskrzeczał z irytacją. Dlaczego nie mogą się nauczyć chodzić tak cicho, jak Snape?
Ale po kilku chwilach popłoch skończył się i sokole ponownie zostało usadzone na nadgarstku Snape’a, który zaniósł go do ich domu.
- Dzięki Merlinowi, to była dzisiaj moja ostatnia lekcja. Teraz możemy iść i zjeść kolację.
Dobrze. Umieram z głodu!
Dziesięć minut później, sokole skubało małe kawałki królika z palców Snape’a, uważając, żeby zbyt mocno nie ugryźć. Był całkiem głodny i zjadł więcej niż wcześniej, przez co Mistrz Eliksirów zauważył, że będzie wkrótce potrzebował kolejnego królika od Hagrida albo może kilka myszy.
Myszy są dobre. Małe, ale smaczne. Nie potrafił sobie przypomnieć, by kiedykolwiek jakąś jadł, jednak w jakiś sposób wiedział, że by mu smakowały.
Po kolacji, pozwolił Severusowi delikatnie podotykać swoje skrzydła, szturchając je i dźgając, by się upewnić, że leczą się prawidłowo.
- Dobrze, nieźle się naprawiają – powiedział zadowolony czarodziej.
Będę wkrótce latał?
- Tak. Za tydzień i około pięć dni.
Ta odpowiedź całkowicie uszczęśliwiła jastrzębia, który wspiął się na ramię Severusa i usadowił na jego barku. Zaczął delikatnie muskać jego długie, czarne włosy, co było oznaką czułości wśród jastrzębi.
Severus zerknął na niego z ukosa.
- Co ty robisz?
Poprawiam ci pióra. Musisz równo rozprowadzić na nich olej, bo inaczej nie będziesz w stanie bronić się przed deszczem, widzisz? Ptak kontynuował rozczesywanie.
- Przepraszam bardzo? Czy ty mi mówisz, że moje włosy są… tłuste?
Hymm? Nie, kaczki są gorsze.
Mistrz Eliksirów parsknął, niepewny, czy czuć się obrażony, czy rozbawiony.
- Moje włosy są w takim stanie od godzin warzenia, bezczelny ptaku. Nie z powodu tego, że ich nie myję.
Nieważne. Muskanie tylko pomoże, powiedział jastrząb, skubiąc i przeczesując dziobem hebanowe loki. Nie ruszaj się, tu masz kołtun. Zaczął pracować nad rozplątaniem go.
- Au! Cholerne ptaszysko! Sam mogę rozczesać sobie włosy.
Ani w połowie nie tak dobrze, jak ja, powiedział jastrząb, ignorując próby czarodzieja w odciągunęciu go. Nie ruszaj się! Już prawie skończyłem.
- Poza tym wyrwałeś mi prawie połowę włosów – burknął profesor. – Zostaw to, dobrze?
Jastrząb zignorował go, przygryzając ucho Snape’a, gdy ten próbował się poruszyć. Nie ruszaj się! Tu! Zrobione.
Snape warknął z irytacją, pocierając ucho.
- Cholerny, bezczelny ptak! Za kogo ty się uważasz, moją matkę?
Nie musisz się tak stroszyć. Próbowałem tylko pomóc!
- Jak? Wyrywając mi wszystkie włosy?
Jastrząb wydał z siebie drwiący odgłos. Narzekasz gorzej niż nowo wykluty pisklak.
- Nieprawda! – warknął czarodziej. – Skąd miałbyś w ogóle wiedzieć? Sam jesteś praktycznie pisklakiem.
Po prostu wiem. Ptak usadowił się na ramieniu Mistrza Eliksirów, trzymając się delikatnie szponami.
- Bezczelny bachor!
Troszeczkę. Ale lubisz mnie takiego.
- Naprawdę?
Tak, odpowiedział jastrząb, będąc w stanie usłyszeć ckliwość pod sarkazmem. Gdybym był cichutkim wróbelkiem, zjadłbyś mnie żywcem.
- Ugryź mnie ponownie, a użyję cię do ciasta – zagroził miękko drugi.
Smakowałbym okropnie! Fuj!
Snape niechętnie zachichotał.
- Jesteś inny niż wszystkie, jastrzębiu.
Naturalnie. Jestem twoim jastrzębiem.
- Merlinie, dopomóż mi! – wymamrotał profesor, ukrywając szeroki uśmiech. Potem wyjął niepełną listę imion, którą Anne zebrała i zaczął je czytać, jedną ręką delikatnie głaszcząc miękkie, puchate pióra. Nigdy by tego nie przyznał, ale dobrze było mieć przyjaciela, który nie czuł się zastraszony przez jego ostry język i który potrafił odgryźć się równie dobrze, co on.
Co to takiego?, zapytał ptak, zerkając na pergamin.
- Imiona, które zasugerowali dla ciebie moi Ślizgoni.
Och. No tu upewnij się, że wybierzesz dobre. Coś z charakterem, żebym nie brzmiał jak mięczak.
- Jakiś ty nerwowy. Tylko dlatego sądzę, że powinienem nazwać cię Słodziutkie Ciasteczko.
Augh! To obrzydliwe! Kto tak nazywa swojego ptaka?
- Dorastające dziewczyny z papużkami i papugami – uśmiechnął się ironicznie Snape.
To… to jest złe! Jeśli mnie tak nazwiesz, to… to załatwię ci się na całe szaty, Snape!
Severus popatrzył na niego.
- Ty mały…! Zrób to, a na jutrzejszą kolację będzie potrawka z jastrzębia.
Nie obchodzi mnie to! Jestem jastrzębiem, nie jakąś wstrętną, puszystą papużką! Proszę, nazwij mnie jakoś dostojnie! Jakby ci się podobało, gdyby ludzie zaczęliby cię nazywać Sevvy Słodziaszek?
- Przekląłbym ich na cały tydzień – warknął profesor, wzdrygając się.
Czuję się tak samo. No dalej, Severusie, nie chciałbyś mieć chowańca z tak obrzydliwie słodkim imieniem. Twoja reputacja twardego, paskudnego profesora trafi do piekła. Miej litość!
- Niech będzie. Tylko na osobności będę cię nazywał Moje Serduszko.
Severus! Chyba zaraz zwymiotuję!
- Tylko żartuję – uśmiechnął się ironicznie Mistrz Eliksirów i posłał jastrzębiowi bardzo nikczemne spojrzenie, a jego ciemne oczy zalśniły. – Osobiście uważam, że Śliczne Maleństwo bardziej do ciebie pasuje.
Dość tego! Zaraz wydłubię ci oczy! – wrzasnął z oburzeniem ptak.
- Uspokój się, ptasi móżdżku! – rozkazał Severus, a jego ramię zadrżało od tłumionego śmiechu. – Naprawdę sądzisz, żebym pozwolił, by takie odrażające imię kojarzyło się z moim chowańcem?
Cóż, brzmiałeś, jakbyś mówił na poważnie, nadąsał się jastrząb, kuląc się i odwracając od Mistrza Eliksirów.
- Przestań. Jesteś przeczulony jak wszystkie nastolatki.
Jastrząb pozostał odwrócony od profesora, sztywny z oburzenia.
Severus westchnął.
- Przestań się dąsać. Zaraz przez to zrzucisz pióra.
Wciąż jastrząb na niego nie patrzył.
- Och, na miłość… Dobra, przepraszam, panie Poczucie Własnej Wartości. Zadowolony?
Obiecaj, że nie nazwiesz mnie żadnym okropnym imieniem.
- Zgoda. Dam ci imię pasujące do śmiertelnie niebezpiecznego łowcy. A teraz spójrz na mnie.
Ptak odwrócił się, przygryzając palec Snape’a w naganie, po czym pozwolił czarodziejowi podrapać się po głowie i szyi.
- Hej! Zmień swoje nastawienie – skarcił ubrany w czerń nauczyciel. – Albo sam będziesz polował na kolację.
Nie chodzi o nastawienie. Wyśmiewasz się ze mnie.
- Cicho. Jesteś przewrażliwiony.
Nie prawda.
- Prawda. Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
I dobrze, powiedział ptak i prychnął z samozadowoleniem.
- Wrzód na tyłku.
Swój zawsze pozna swego.
- Ptaku… nie przeginaj.
Jastrząb posłał mu dziwne, niemal radosne spojrzenie.
- I kto teraz jest przewrażliwiony?
Severus spiorunował go wzrokiem, ale jego dłoń nie przestała go gładzić, więc sokole pochyliło się ku jego długim palcom z rozkoszą. Ach! Wiesz, Severusie, możesz być złośliwym wrzodem na ogonie, ale masz magiczne palce.
- Humph! – to była cała odpowiedź, choć cień uśmiechu przemknął przez jego twarz. Potem profesor dodał: – Wiesz, irytujesz mnie niemal tak bardzo, jak Harry Potter, jeśli to w ogóle możliwe.
Kto to taki? Wygląda na to, że chciałbym go spotkać.
- Mój uczeń, który zaginął trzy dni temu. Złoty Chłopiec Dumbledore’a, zbawiciel nas wszystkich, chłopiec, który przeżył.
Jastrząb przechylił głowę. To określenie… ale czego brzmiało dla niego znajomo? Niemal mógł sobie przypomnieć… a potem to uczucie zniknęło. Brzmi na kogoś ważnego. Wciąż go szukacie?
- Tak. Ale przeklęty bachor się ukrywa, prawdopodobnie śmiejąc się w rękaw, jak to nas wszystkich oszukał.
Musi być sprytny, skoro wykiwał ciebie.
- Ma spryt jeśli chodzi o żarty. Nie będzie sądził o sobie, że jest bystry, gdy tylko go złapię – warknął Snape. – Irytujący mały drań, przez którego wszyscy szaleją z niepokoju…
Wygląda na to, że się o niego martwisz, zauważył jastrząb.
Severus zakrztusił się.
- Co? Ja? Miałbym się martwić o Pottera? Ja tylko… obiecałem jego matce, że będę mieć go na oku. I to wszystko.
Skoro tak twierdzisz, zaćwierkał jego chowaniec, brzmiąc na tak nieznośnie zadowolonego, że Snape miał ochotę powyrywać mu wszystkie pióra.
Doprawdy, martwić się o Pottera! Dbałeś o jego matkę, upomniało go sumienie. To różnica. A teraz się zamknij! Podjął się na nowo drapania swojego wyszczekanego chowańca, a każde powtórzenie łagodziło jego gniew jak nic innego. Gdyby zaczął dbać o Pottera, byłby oszalały ze zmartwienia, zastanawiając się, gdzie chłopak jest i czy nie został ranny. A ostatniej rzeczy, jakiej potrzebował była utrata kolejnej osoby, na której mu zależało. Więc, nie, nie dbał o Harry’ego Pottera, ani odrobinę. Sam pomysł był niedorzeczny.


Wybaczcie, że nie było mnie tak długo. Studenckie życie dało mi nieco w kość, ale mam nadzieję, że przez chociaż parę dni będę miała więcej luzu i przetłumaczę chociaż jeszcze 2 rozdziały. Nie wiem, jak to się uda, bo różnie bywa i czasem wypadają nieoczekiwane rzeczy, ale mam nadzieję, że zostaniecie ze mną. 
W żadnym wypadku nie zamierzam porzucić bloga, jednak musicie nastawić się na to, że rozdziały mogą być bardzo nieregularnie i takie długie przerwy mogą się zdarzać częściej ;)
Liczę na wasze komentarze, bo zauważyłam, że wiele osób czyta bloga, ale niewiele zostawia po sobie jakikolwiek ślad. Dzięki za wszystkie i do kolejnego rozdziału :D