poniedziałek, 20 listopada 2017

NDH - Rozdział 53


Ku jednoczesnemu zaskoczeniu i uldze Snape’a, reszta semestru przebiegła bez dodatkowych kryzysów, ataków czy śmierci. Nawet tradycyjne końcowo roczne żarty uczniów były jakoś stłumione, pewnie dlatego, że ci zwykle niestrudzeni uczniowie byli równie wyciśnięci z całego podniecenia końca roku. W rezultacie, pierwszy rok Harry’ego doszedł do wyjątkowo spokojnego zakończenia, choć dopiero, gdy Hogwart Express odjechał, Snape – i większość reszty kadry – w końcu odprężył się.
Parę niewielkich wątpliwości zaatakowało Harry’ego, gdy reszta pakowała swoje rzeczy i obawiał się, że, pomimo wszystkich wydarzeń, skończy z powrotem u Dursleyów. Ale obserwowanie, jak reszta uczniów wsiada do pociągu, podczas gdy on stał u boku Snape’a, w końcu przekonało go, że jego zaufanie nie jest błędne.
Harry pomachał wesoło do przyjaciół, czując raczej pewne uprzywilejowanie, że może zostać w zamku. Większość kadry wyjeżdżało na krótki odpoczynek – albo leczenie, jak słyszano mamrotanie Poppy – podczas gdy Snape przyznał, z grymasem, że razem z Harrym odwiedzą Blacka i Lupina w Szwajcarii.
Harry poradził sobie tak dobrze na zajęciach, że nie tylko uniknął skarcenia przez tatę, ale nawet zarobił sobie na wyjście do lodziarni Fortescue's, nagrodę, przez którą uścisnął się z zachwytu. Był szczęśliwy, że ma czas sam na sam ze swoim ojcem, po tym, jak przez ostatnie tygodnie Mistrz Eliksirów był zbyt zajęty egzaminami i ocenami. Snape również wyjaśnił, że Harry spędzi kilka tygodni z Weasleyami pod koniec lata, zanim dołączy do niego w Hogwarcie. Mówiąc ogólnie, Harry nie mógł sobie wyobrazić lepszych wakacji.
Snape z drugiej strony był bardziej niż nieco zrzędliwy z powodu tego, co go czeka. Zamiast miłych, spokojnych, wolnych od dzieci wakacji spędzonych na warzeniu, musiał z Dumbledorem, McGonagal i Flitwickiem rozważyć wszystkie szczegóły administracyjne na następny rok, upewnić się, że kundel i wilkołak są dobrze przygotowani na swoje nowe role w Hogwarcie, nauczać bachora obrony i eliksirów i upewnić się, że ich obłąkany skrzat domowy nie wyrządzi jakiejś dodatkowej psoty.
Mimo to, musiał przyznać, że podróż do Szwajcarii była raczej interesującą perspektywą, gdy tylko zorganizował ponowne spotkanie z Brunhildą…
Syriusz i Remus, zgodnie z oczekiwaniami, byli zachwyceni, widząc Harry’ego i chłopiec został niemal uduszony przez ich uściski.
- Przebrnąłeś przez pierwszy rok! – powiedział z dumą Remus. – A Severus powiedział nam, że twoje oceny były wspaniałe!
- Zdaje mi się, że powiedziałem, że są odpowiednie – poprawił ostro Snape. Nigdy nie pozwoliłby bachorowi się pysznić.
Remus mrugnął do Harry’ego.
- Prawda. A wszyscy wiemy, że odpowiednie dla twoich standardów oznacza wspaniałe dla kogokolwiek innego.
Harry roześmiał się, gdy Snape skrzywił.
- To było łatwe dzięki tej całej pomocy i nauczaniu, które zorganizował dla mnie tata – wyjaśnił. – Na większości lekcji, wyprzedzałem klasę i nawet eliksiry nie były tak trudne, gdy przez większość wieczorów tata pozwalał nam pomagać mu przygotowywać składniki.
Syriusz wyszczerzył się do Snape’a.
- Brzmi to tak, jakbyś dorobił się całej armii chętnych niewolników, Snape!
Mistrz Eliksirów robił wszystko, by wyglądać obojętnie.
- Niektórzy nauczyciele są w stanie uczynić temat na tyle interesującym, żeby przyciągnąć uwagę uczniów poza zajęciami.
- Będziemy musieli zapamiętać to i robić wszystko, co w naszej mocy, by to naśladować – wtrącił Remus, wymieniając psotne spojrzenie z Syriuszem.
- Co masz na myśli, Luni? – zapytał z ciekawością Harry.
Dwójka Huncwotów spojrzała na Snape’a, który wzruszył z irytacją ramionami. Naprawdę nie mógł mieć nadziei, by trzymać to przed bachorem w sekrecie dłużej.
- Twoi ojcowie chrzestni – ogłosił, – będą uczyć w Hogwarcie w następnym roku.
Szczęka Harry’ego opadła.
- Naprawdę? – sapnął z uciechą. – WSPANIALE!
- Hmf. – Snape prychnął, gdy pozostali mężczyźni uśmiechnęli się szeroko na oczywistą radość Harry’ego.
- Tak! Więc będziesz musiał mnie nazywać „profesorem”! – droczył się z Harrym Syriusz, ignorując wyraz bólu, przebiegający przez oblicze Snape’a na tą myśl.
- Tak jest, „sir” – odparował Harry. – Ale ty będziesz musiał się do tego przyzwyczaić i nie rozglądać się dookoła, by zobaczyć, do kogo mówię! – Potem przerwał, gdy uderzyła w niego pewna myśl. – Ale czego będziecie uczyć?
- Dyrektor i profesor McGonagall będą na urlopie – przerwał Snape. – Dyrektor będzie musiał wziąć wolne, by odzyskać siły po ekscytujących zdarzeniach z tego roku – on już nie jest młodzikiem – a profesor McGonagall będzie się nim opiekować, jednocześnie samej kontynuując swoje badania.
Harry zmarszczył brwi.
- Profesorowi Dumbledore’owi nic nie jest, prawda? – zapytał ze zmartwieniem.
- Nic a nic, Potter. Jest tylko nieco zmęczony – uspokoił go raźnie Snape. – Ale po ich odejściu, będziemy potrzebowali jakiś tymczasowych nauczycieli, by zastąpić ich na okres semestru lub dwóch, gdy ich nie będzie.
- Będę uczył OPCM-u i służył jako Opiekun Domu Gryffindor – powiedział Remus Harry’emu. – Więc żadnego wymykania się po godzinie policyjnej, panie Potter! – burknął z udawaną powagą.
Harry zachichotał z zachwytem.
- To wspaniałe! A ty, Łapo? Czego ty będziesz uczył?
- Transmutacji! – wykrzyknął Syriusz, szczerząc się. – Jeśli do końca roku nie będziemy mieli dwóch całkiem przemienionych – i niezarejestrowanych – animagów, zjem swoje buty!
- Już pewnie je obgryzłeś, kundlu – burknął Snape pod nosem.
- Oooch, będzie super! – Harry był podekscytowany.
- Tak, pomyśl o dodatkowych zajęciach, które dla ciebie przygotuję, nie wspominając o tym, że teraz będziesz miał w szkole trzech dorosłych, którzy powstrzymają cię od psot – powiedział mu Snape jedwabistym tonem.
To skutecznie przebiło entuzjazm Harry’ego, gdy z opóźnieniem uświadomił sobie, że przynajmniej Remus będzie o wiele mniej pobłażliwym profesorem niż jego ojciec chrzestny.
- Nie będziecie dawać mi szlabanów, prawda? – zapytał niespokojnie.
- Wolisz po prostu, żebyśmy zwracali się do twojego taty po karę dla ciebie? – zapytał rozbawiony Remus.
Harry potrząsnął gwałtownie głową.
- Ale nie będziecie używać tego specjalnego pióra, prawda? Tylko zwykłe linijki albo esej, albo takie inne?
Snape uszczypnął grzbiet nosa. Teraz to będzie.
- Jakie specjalne pióro, Harry? – zapytał tępo Syriusz.
Powstała eksplozja nie pozostawiła wątpliwości, że ktoś miałby użyć Krwawego Pióra i dopiero po wielokrotnym przejrzeniu dłoni Harry’ego, by upewnić się, że naprawdę nie ma na niej blizn, Syriusz niechętnie pozwolił, by Harry nie był izolowany w Szwajcarii i prywatnie uczony.
- Jakiego rodzaju pieprzonym psycholem jest Dumbledore, że na to pozwolił? – zapytał z irytacją Snape’a. – Jak mógł pozwolić komuś na użycie cholernego narzędzia tortur?
Snape przewrócił oczami.
- Zatrudnił pohańbionych olbrzymów, byłego śmierciożercę i charłaków, nie wspominając o osobie, opanowanej przez samego Czarnego Pana. Dla porównania, Umbridge była niemal normalna.
Syriusz prychnął.
- Dobrze, że ta dziwka zniknęła albo pokazałbym jej kilka rzeczy, które moja szalona kuzynka Bella robiła kiedyś skrzatom.
Remus zerknął na Snape’a zwężonymi oczami.
- Jesteś pewny, że to się nie powtórzy?
- Całkowicie – powiedział Snape z  wymownym spojrzeniem. Nie chciał mówić wiele, zwłaszcza przed chłopcem na kanapie , którego oczy były rozszerzone i słuchał on gorliwie, jak Syriusz wścieka się i przeklina.
- Może to dobrze, że Albus rezygnuje z kontroli, przynajmniej na razie – skomentował Remus, potrząsając głową.
Reszta wizyty była mniej ekscytująca i, dla Harry’ego, mniej pouczająca, ponieważ Remus baczniej uważał na język Syriusza, ostrzegając, że były auror musi przyzwyczaić się do uważania na słowa w przygotowaniu do nowej roli nauczyciela. Mimo to, Harry był zadowolony, że pojedynczy wybuch Syriusza dostarczył mu przynajmniej pół tuzina nowych wyrażeń, których mógł nauczyć innych chłopców, gdy wrócą do szkoły.
Snape spędził kilka popołudni fiukając, by odwiedzić Brunhildę w Bazylei. (Ursula i Syriusz, jak się spodziewał, dawno temu się rozeszli.) Ku uciesze Harry’ego, przy kilku takich okazjach towarzyszył Snape’owi i również dołączyli do nich chrześniak Brunhildy – Jonah i jego młodszy brat – Seth.
Harry był przyzwyczajony do bycia najmłodszym i najmniejszym, więc miło było być tym „dużym chłopcem” dla odmiany, szanowanym przez dziewięcioletniego Jonah i siedmioletniego Setha i wziął tę rolę na serio, ku wielkim rozbawieniu Brunhildy i Snape’a.
- Jesteś pewny, że potrafisz? – zapytał po raz szósty tego popołudnia w parku miotlarskim. Brunhilda i Snape rozmawiali na pobliskiej ławce, podczas gdy chłopcy ćwiczyli na swoich miotłach i z zabawkowym zniczem. Harry już zademonstrował kilka ruchów, których używał podczas szkolnego sezonu Quidditcha i naturalnie Jonah i Seth szalenie chcieli tego spróbować.
- Tak, Harry! Wiem, że potrafię! – obiecał Seth z błyszczącymi oczami.
Harry spojrzał na niego z wątpliwością.
- No, nie wiem… Strasznie łatwo jest spaść – ostrzegł.
- Och, daj spokój, Harry. Powiedział, że potrafi – poparł brata Jonah, ku niewiarygodnej radości Setha. Zwykle Jonah ignorował go w tradycyjny sposób, w jaki starsi bracia robili to na całym świecie i podekscytowało go to, że słyszy w głosie brata zaufanie i to przed samym Chłopcem, Który Przeżył.
- Przysięgam, że dam radę! – Seth był bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek, by pokazać starszym chłopcom, że mógł wykonać Zwód.
- No, dobrze… - Harry podał mu miotłę, ponieważ ta od Setha wciąż była bezpiecznie zaczarowana, by trzymać się blisko ziemi.
Seth świetnie poradził sobie z instrukcjami Harry’ego, ale szybkość miotły w połączeniu z małą wagą Setha spowodowały siłę odśrodkową zbyt dużą dla siedmiolatka. Seth zdał sobie sprawę, że ma kłopoty zaledwie kilka sekund przed tym, jak stracił przyczepność, a wszystkie jego gwałtowne wysiłki, by zwolnić miotłę, poszły na nic. Spadł z przeraźliwym krzykiem przerażenia.
Wystrzeliły dwa groty energii i złapały go w powietrzu, po czym spuściły łagodnie na ziemię. Seth z ulgą osunął się na kolana, walcząc z łzami. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było jeszcze większe zhańbienie się. Spanikowani Harry i Jonah podbiegli do niego, podczas gdy Snape i Brunhilda, z wciąż wyjętymi różdżkami, byli tylko krok za nimi.
- Wszystko w porządku?
- Zraniłeś się?
- Co się stało?
Ku wielkiemu przerażeniu Setha, Brunhilda zgniotła go w mocnym uścisku, podczas gdy wściekły Snape przesłuchiwał starszych chłopców.
- Harry Jamesie Potterze! Coś ty sobie myślał? – zbeształ go ze złością Snape, gdy tylko opowiedziano mu całą historię. – Dałeś miotłę wyścigową siedmiolatkowi?
Harry skręcił się w udręce zażenowania i wstydu. Złe już było to, że został skrytykowany przed innymi, ale nawet gorsza była wiedza, że na to zasłużył. Seth mógł zginąć!
- To nie była jego wina! – zaprotestował Jonah. – Seth powiedział, że potrafi! – Posłał gniewne spojrzenie na brata, który wciąż był badany przez Brunhildę. Siedmiolatek skulił się, jeszcze bardziej zażenowany niż Harry.
- To prawda! – przemówił Seth. – To nie była wina Harry’ego.
- Głupi mali chłopcy składają różne błędne zażalenia – powiedział chłodno Snape, omiatając całą trójkę ciemnym, groźnym spojrzeniem. – Spodziewałem się, że ty będziesz miał na tyle rozumu, by to zrozumieć – powiedział surowo Harry’emu.
- Przepraszam – Harry przełknął ciężko. On też się tego spodziewał. Myślał, że jego serce się zatrzyma, kiedy Seth spadł z miotły.
- Nie ma żadnych urazów – poza moimi nerwami – powiedziała radośnie Brunhilda, zbliżając się z Sethem. – Ale myślę, że na dzisiaj koniec latania.
- W rzeczy samej! – warknął Snape, zmniejszając wszystkie trzy miotły i wkładając je do kieszeni.
- Przepraszam – mruknął Seth, patrząc na ziemię, by nie musieć widzieć zirytowanego spojrzenia brata.
Harry położył mu rękę na ramieniu.
- W porządku. Powinienem był bardziej pomyśleć – przyznał.
Jonah prychnął z rozdrażnieniem i odwrócił wzrok, ale Seth poczuł się nieco lepiej. Przynajmniej Harry go nie nienawidził.
- Co możemy teraz robić, jeśli nie latać? – zapytał Jonah nieco ponuro.
Harry spojrzał na tatę. Z pewnością nie musieli wychodzić?
- Myślę, że powinniśmy zjeść nieco lodów, by wyleczyć się z szoku – powiedziała stanowczo Brunhilda. – Lecznicza czekolada, tak?
Chłopcy natychmiast doszli do siebie.
- Idźcie znaleźć nam stolik, a my pójdziemy po smakołyki – pouczyła, łapiąc za ramię Snape’a. – Jeśli nie będziecie siedzieć cicho, kiedy wrócimy, sami zjemy całe lody! – zagroziła.
Seth i Jonah roześmieli się i nawet Harry musiał się szeroko uśmiechnąć. Co więcej, nawet jego tata stracił swoje zrzędliwe spojrzenie i spojrzał na Brunhildę z niemal łagodnym wyrazem twarzy.
- Jesteś o wiele zbyt pobłażliwa – sprzeciwił się jej Snape, ale jasne było, że wewnętrznie się ze sobą nie zgadzał.
Odciągnęła zwykle srogiego mężczyznę i chłopcy, nie chcąc ryzykować utraty swoich lodów, pobiegli znaleźć pusty stolik. W parku było wiele rodzin, ale w końcu znaleźli pusty stół na skraju pobliskiego lasku.
- Tu – zawołał Jonah do reszty. Harry i Seth podbiegli, ale Seth natychmiast potknął się o korzeń drzewa i upadł.
- W porządku? – Harry zatrzymał się, by sprawdzić, co z młodszym chłopcem.
- Musisz patrzeć, gdzie idziesz – skarcił go Jonah, mimo to pomógł bratu wstać.
Seth wyrwał się, rumieniąc.
- Nic mi nie jest!
Jonah przewrócił oczami i wskazał na odrapane kolana chłopca.
- Tak, tak bardzo nic ci nie jest, że krwawisz – warknął. – Daj mi swoją chusteczkę to pójdę do fontanny i zmoczę ją, żeby wyczyścić to, zanim Brunhilda zobaczy.
- Sam to zrobię – zaprotestował Seth, ale Jonah tylko pchnął go na ławkę piknikowego stołu i odbiegł.
Seth skulił ramiona i wykrzywił się okropnie w kierunku stołu.
- Nie jestem dzieckiem! – mruknął. – Mogłem zrobić to sam. Nie potrzebuję niczyjej pomocy!
Harry usiadł obok niego i poklepał go ze współczuciem po ramieniu.
- Wiem, że mogłeś – zapewnił drugiego chłopca, – ale czasem dobrze jest pozwolić innym sobie pomóc. Wiesz, przez długi czas, musiałem wszystko robić sam, bo nie było nikogo, kto chciałby mi pomóc.
Oczy Setha rozszerzyły się i zapomniał tym, że miał się dąsać.
- Ale jesteś chłopcem, który przeżył! Jesteś sławny… wszyscy muszą chcieć ci pomagać!
Harry roześmiał się bez humoru.
- Nie jestem sławny w mugolskim świecie, a moi… ludzie, z którymi mieszkałem, nie lubili mnie ani trochę. Więc musiałem się nauczyć robić wszystko samemu i nie polegać na niczyjej pomocy. – Spojrzał na młodszego chłopca. – Teraz mam tatę i czasami nie pozwala mi robić wielu rzeczy, które wiem, że potrafię zrobić. Mówi, że jestem zbyt młody albo że jest to zbyt niebezpieczne albo cokolwiek innego. – Seth skinął głową. On też tak miał. – Ale wiesz, tak bardzo, jak czasami mnie to złości, wciąż jest dużo lepiej, gdy ma się ludzi, którzy się o ciebie troszczą i chcą cię chronić i pomagać w różnych sprawach. Tak pokazują, jak bardzo cię kochają, tak?
- Ta-ak – powiedział powoli Seth.
- Czasami trudno jest pozwolić komuś innemu pomóc, zwłaszcza, jeśli jest się przyzwyczajonym nie ufać nikomu albo nie dopuszczać nikogo do siebie – kontynuował Harry, bardziej do siebie niż do Setha, – ale to naprawdę dobre uczucie, gdy się to zrobi, kiedy pozwoli się innym ludziom zaopiekować sobą. Ponieważ, choć nie znoszę przyznawać tego mojemu tacie, naprawdę nie jesteśmy na tyle duzi, by sami o siebie dbać i miło jest, kiedy już się tego nie musi robić. Musisz pozwolić innym na pomoc i nie trzymać cały czas pewnych rzeczy w sobie albo próbować naprawić coś samemu. Jeśli tak zrobisz, najprawdopodobniej wszystko zepsujesz i sprawisz, że inni ludzie też będą się źle czuć. Znaczy, Jonah nie poszedłby po wodę, gdyby naprawdę nie chciał, żebyś poczuł się lepiej, prawda?
Seth uśmiechnął się krzywo.
- Chyba nie – przyznał. – A moje kolana naprawdę pieką.
- Woda pomoże, a gdy zmyjemy krew, może nikt nie zauważy, aż nie skończymy lodów – uśmiechnął się szeroko Harry.
- Mam. – Jonah właśnie wrócił i pochylił się, by obmyć kolana Setha. Był nieco zaskoczony, kiedy jego brat nie zaprotestował ani nie próbował go kopnąć, tylko pozostał nieruchomo.
- Dzięki – powiedział cicho Seth. – To pomaga.
Jonah zamrugał ze zdumieniem.
- Nie ma za co – zdołał powiedzieć. – Jestem twoim starszym bratem; powinienem ci pomagać, wiesz?
Seth uśmiechnął się, choć nie uniósł głowy.
- Dobrze, że wasza matka chrzestna nie jest zbyt gderliwa – powiedział Harry, gdy usiedli i czekali na lody. – Nie sądzę, że mój tata pozwoliłby nam na słodycz, gdyby nie ona.
- Twój tata jest dość surowy – zauważył Jonah.
- Tak, naprawdę poważnie traktuje sprawy związane z bezpieczeństwem – przyznał Harry. – Naprawdę nic ci nie jest, prawda? – zapytał Setha.
Najmłodszy skinął głową.
- Byłem tylko trochę przestraszony – przyznał, rumieniąc się. – Znaczy, wtedy, gdy spadłem.
- Żartujesz? Myślałem, że upadnę, gdy to się stało! Nie sądzę, że byłem tak przestraszony nawet wtedy, gdy widziałem samego Voldemorta! – wykrzyknął Harry.
- Naprawdę? – Oczy Setha rozszerzyły się.
- Tak, a twój brat chwycił mnie za ramię tak mocno, że chyba zostały mi siniaki – dodał Harry, ku przerażeniu Jonah.
Seth odwrócił twarz ku bratu.
- Naprawdę? Też się martwiłeś?
Jonah wymyślnie wzruszył ramionami.
- Cóż, znaczy, przyzwyczaiłem się do ciebie, wiesz? Byłoby… dziwnie… gdyby coś ci się stało. To wszystko.
Seth rozpromienił się. To było najbardziej ckliwe oświadczenie, jakie otrzymał od brata oraz deklaracja, że też się przestraszył. Nagle Seth przestał się czuć aż tak dziecinnie.
- Co ja ci mówiłem, Igor? – Przemówił dziwny głos od strony lasu, zaskakując chłopców. – To jest Harry Potter i jest całkiem sam. Żadnych aurorów w pobliżu.
Dzieci okręciły się i dostrzegły dwóch mężczyzn, stojących przy stole, patrzących na Harry’ego ze złym błyskiem w oczach.
- Jak myślisz, ile jest wart? Carrowowie chcieliby mieć go w swoich rękach.
- Żywego czy martwego? – odpowiedział drugi mężczyzna ze swobodą, która wysłała dreszcz wzdłuż kręgosłupa Harry’ego. – Znaczy, dużo łatwiej będzie go przetransportować martwego.
- Biegnijcie po pomoc – syknął Harry do dwóch chłopców, stając między nimi a mężczyznami. Potrząsnął nadgarstkiem i poczuł się nieco lepiej, gdy różdżka wleciała w jego dłoń z kabury. Wiedział, że nie powinien używać magii przez wakacje, ale podejrzewał, że jego tata nie miałby nic przeciwko w tych okolicznościach.
- Och, spójrz, Igor. Mały bachor myśli, że jest duży i chce walczyć – zadrwił pierwszy.
- Jak powiedziałem, łatwiej otwarcie go zabić.
To go przekonało. Harry przypomniał sobie, co profesor Flitwick mówił mu o walce w większymi przeciwnikami i posłał oszałamiacz w drugiego mężczyznę, po czym rzucił szybkie Protego, kiedy pierwszy się zemścił. Drugi mężczyzna pochylił się i chwycił ramię Harry’ego z różdżką, po czym krzyknął zaskoczony, gdy Jonah uderzył go w brzuch.
- Zostaw go! – wrzasnął Jonah, uderzając czarodzieja pięściami i stopami.
Tymczasem pierwszy mężczyzna wymówił zaklęcie lewitujące na ławkę obok Harry’ego i użył ją, by powalić go.
Harry z trudem podniósł się na nogi, jednak dostrzegł, że jego ramię znajduje się w żelaznym uścisku, podczas gdy jego druga zaciska się na jego ustach, uniemożliwiając mu krzyk o pomoc.
- Chodź! Mam go! Idziemy! – krzyknął agresor do drugiego czarodzieja, pociągając Harry’ego w stronę lasu. – Wyjmij świstoklik!
- Tylko sekunda – burknął drugi mężczyzna. Trzymał Jonah za kark i odsunął pięść w przygotowaniu do uderzenia walczącego chłopca.
- ZOSTAW JONAH W SPOKOJU! – krzyknął Seth i nagły wybuch czystego,  białego światła wstrząsnął ziemią.
Kiedy ich wzrok wrócił do normy, Harry i Jonah odkryli, że są po drugiej stronie przewróconego stołu piknikowego, tuż obok trzęsącego się Setha, podczas gdy dwaj napastnicy byli zgniecieni, nieprzytomni u podstawy pobliskich drzew. Zerwane gałęzie wykazywały niemy dowód, że mężczyźni zostali ciśnięci w drzewa z niewiarygodną siłą.
Drugi raz tego popołudnia nadbiegli całkiem bladzi Snape i Brunhilda.
- Co się stało? – sapnęła kobieta.
- Próbowali porwać Harry’ego! – wydyszał Jonah, podczas gdy Seth powiedział:
- Zamierzał uderzyć Jonah! – i wybuchnął płaczem.
Snape nie czekał na wyjaśnienia i użył różdżki, by związać dwóch czarodziei.
- Nie mogliśmy was znaleźć – powiedział do Harry’ego, gdy upewnił się, że zagrożenie zostało zneutralizowane. – Musieli użyć na waszą trójkę zaklęcia Kameleona. Póki nie zostało złamane, nie zdawaliśmy sobie sprawy, co się dzieje. Nic ci nie jest?
Harry skinął drżąco głową.
- Mówili, że zabiorą mnie i wyślą do Sparrowów*, i starali się zdecydować, czy zabić mnie najpierw, czy nie. Powiedziałem chłopakom, żeby uciekali i starałem się chronić, ale Jonah przyszedł z pomocą, a potem jeden z nich go złapał i drugi złapał mnie, a potem Seth uratował nas obu.
- Ciii, wszystko w porządku – Brunhilda uspokajała najmłodszego, który wciąż szlochał. – Nikomu nic nie jest.
- Tak, Seth. Dlaczego płaczesz? Uratowałeś mnie i Harry’ego – powiedział Jonah tonem niezwykłego szacunku, klepiąc brata po ramieniu.
Seth pociągnął na nosie i uniósł wzrok.
- Tak?
- Tak! – zgodził się Harry. – Spójrz… pokonałeś ich obu.
Seth wytarł oczy i zaczął się uśmiechać.
- Ja to zrobiłem?
- To był jeden z najpotężniejszych wybuchów niekontrolowanej magii, jaki wydziałam – powiedziała Brunhilda, przytulając go.
Seth otarł twarz i wyślizgnął się z uścisku. Nie chciał, żeby pozostali chłopcy myśleli, że potrzebuje rozpieszczania!
- To, jak twój brat nas uratował, było całkiem odjazdowe – powiedział Harry do Jonah, podczas gdy Seth przyglądał się dwóm nieprzytomnym mężczyznom, teraz bezpiecznie związanym. – Znaczy, tak naprawdę chronił ciebie.
Jonah spojrzał na młodszego brata z nowoodkrytym uznaniem.
- Tak. Naprawdę, nie jest taki zły.
Seth złapał aprobatę i uśmiechnął się szeroko. Ten dzień zmieniał się w najlepszy w jego życiu! Nieczęsto jego bardziej podziwiany starszy brat raczył zauważyć jego istnienie, nie mówiąc o korzystnym skomentowaniu go, a teraz nawet zdołał zaimponować Harry’emu Potterowi!
Snape zabrał trójkę chłopców z powrotem do bardzo strzeżonego domu Syriusza i Remusa, podczas gdy Brunhilda wezwała władze i wyjaśniła, co się stało. Dorośli zgodzili się, że lepiej będzie, gdy obywatelka Szwajcarii złoży skargę, podczas gdy Snape był w lepszej pozycji, by bronić dzieci, gdyby nastąpił kolejny atak.
Remus i Syriusz byli w zrozumiały sposób przerażeni na bliskie spóźnienie i zgodzili się zabrać chłopców na mugolski film, kiedy przybyły władze, by pomówić ze Snapem. Nawet Snape musiał przyznać, że sam Czarny Pan musiałby się pojawić, by wyrwać Harry’ego i resztę z rąk rozwścieczonego wilkołaka i byłego aurora, a teraz byli na ich ziemiach i raczej mało prawdopodobne, że większość śmierciożerców w ogóle pomyślałoby, żeby szukać Harry’ego na terenie mugoli.
W końcu, po całej papierkowej robocie i gdy dwóch niedoszłych porywaczy zostało dopuszczonych do procesu, Brunhilda i Snape opadli na kanapę.
- Czy to często zdarza się tobie i Harry’emu? – zapytała zwykle opanowana czarownica tonem przerażenia.
- Częściej niż bym chciał – przyznał Snape. – Może następnym razem ty z chłopcami powinniście odwiedzić nas w Hogwarcie, gdzie osłony są jednymi z najsilniejszych na świcie. Chyba że – dodał, odwracając wzrok, – wolisz już nam nie towarzyszyć.
Brunhilda uśmiechnęła się i sięgnęła po niego.
- Skoro chłopcy są daleko, pozwól mi cię uspokoić.
^^^
Po tym doświadczeniu, Snape, Black i Lupin zdecydowali, że lepiej jak najszybciej wrócić do Hogwartu. Harry nie miał nic przeciwko. Świetnie bawił się w Szwajcarii, ale nie umiał się doczekać, aż jego ojciec chrzestny zamieszka w zamku i będzie mogła rozpocząć się wojna na żarty.
Jedynym problemem, z jakim zmierzyli się mężczyźni było to, co zrobić z Dursleyami. Trudno będzie Huncwotom wciąż prześladować mugoli, gdy tylko uczniowie wrócą do Hogwartu i ostatniego wieczora przed powrotem Harry’ego i Severusa do zamku, mężczyźni zostali do późna, starając się zdecydować, co zrobić.
Rozważyli świstokliki, wielosokowy i pelerynę niewidkę Harry’ego i odrzucili je, a potem Syriusz zaczął się szczerzyć.
- Mam! – wykrzyknął.
- Co masz? – zapytał z irytacją Snape. – Pchły?
- Idealne rozwiązanie naszego problemu – zapewnił go nonszalancko Syriusz. – Co jeśli razem z Lunatykiem oddalibyśmy nasze zadanie komuś innemu?
Mistrz Eliksirów przewrócił oczami na ten kolejny przykład idiotyzmu Blacka.
- A co jeśli ta osoba zdradzi nas władzom? Albo zacznie współczuć „biednym mugolątkom”? Co wtedy?
- Mogę zagwarantować, że to się nie stanie – wyszczerzył się Syriusz. – Stworek!
Ku zaskoczeniu Snape’a, pojawił się przy nich mały, odrażający skrzat.
- Czego teraz żąda okropny, nikczemny, odrażający mistrz Zdrajca Krwi? – zapytał Syriusza tonem całkowitego wstrętu.
- Powiedziałem ci, że masz mnie tak nie nazywać! – wykrzyknął zirytowany Syriusz.
Stworzenie zaśmiało się szyderczo.
- Tak, mistrzu Zdrajco Krwi.
Black wyglądał, jakby go kusiło, by kopnąć skrzata w ścianę, ale ostrzegawczy dźwięk od strony Lunatyka powstrzymał go i przywołał go do zadania.
- Stworku – zaczął, skupiając się na tym, by jego ton był inteligentny i rozochocony, – mam dla ciebie zadanie.
Skrzat splunął na bok, ledwo mijając stopę Snape’a.
- A co Stworek może zrobić dla podłego mistrza Zdrajcy Krwi i jego bezużytecznych, głupich przyjaciół?
- Co ty na to, żebyś poszedł torturować dla mnie mugolską rodzinę? – zapytał nęcąco Syriusz.
Stworek zamrugał zszokowany.
- Czy mistrz Zdrajca Krwi w końcu ujrzał światło i naprawił swoje niegodziwe zachowanie? Och, pani będzie tak zadowolona! – Mały skrzat przerwał z uśmiechem, który był nawet bardziej przerażający niż jego krzywienie. – Tak, Stworek z chęcią będzie torturować mugoli! Jak miło ze strony mistrza, że pomyślał o Stworku! Co Stworek może zrobić, by podziękować mistrzowi?
- Posłuchaj, to tylko jedna rodzina – ostrzegł Syriusz. – Nie będziesz torturował żadnych innych mugoli… przynajmniej nie do czasu, aż nie udowodnisz, że dobrze sobie radzisz. Zrozumiano?
Stworek pokiwał gorączkowo głową, przypominając oszołomionemu Snape’owi (bardziej) obłąkanego Zgredka.
- Tak, mistrzu. Tak, tak, tak! Stworek rozumie! Stworek dobrze się sprawi! Stworkowi można ufać, że będzie za mistrza torturować paskudnych mugoli!
- Dobrze – Black rozsiadł się z zadowolonym westchnięciem. – Sam ich torturowałem przez te miesiące i zrobiłem się nieco zmęczony.
- Och, Stworek może pomóc! – obiecał szybko stary skrzat. – Stworek jest bardzo, bardzo dumny z mistrza! Mistrz torturował mugoli od miesięcy, a zły, wstrętny Stworek wciąż pluł mu do drinków i nazywał go Zdrajcą Krwi. Zły, zły Stworek!
- Tak, no to idź przynieść nam ognistej whiskey, ale tym razem żadnego plucia! – pouczył go Black.
- Och, nie, mistrzu! Żadnego więcej plucia! A potem czy mistrz powie Stworkowi wszystko o tych złych mugolach i o tym, co mistrz chciałby, żeby Stworek im robił?
- Tak przypuszczam… - pozwolił Black, i ze skowytem radości, skrzat domowy zniknął.
- Pluł ci do jedzenia? – zapytał Snape, czując mdłości.
Black wzruszył ramionami.
- Tylko po tym, jak próbował mnie otruć. Choć to szybko odkryliśmy – to jedna z zalet posiadania współlokatora z nadnaturalnym węchem – skinął na Remusa, który machnął skromnie ręką. – Więc, jakieś pytania?
Snape musiał przyznać, że to wydawało się rozwiązać problem.
- Dobra. I dołączycie do nas w Hogwarcie za kilka tygodni?
Oboje skinęli głowami.
- Nic wam nie będzie do tego czasu? – zapytał Remus. – Jasne jest, że śmierciożercy wciąż chcą schwytać Harry’ego.
- Zacznę z chłopcem letnie zajęcia, gdy tylko wrócimy. Będzie zbyt zajęty, żeby się martwić.
Syriusz zadrżał.
- Letnie zajęcia! Naprawdę jesteś draniem, Snape!
Mistrz Eliksirów uśmiechnął się ironicznie z dumą. Wciąż miał w sobie to coś.

CDN



* W oryginale: „They were saying they were going to take me away and sell me to some sparrows…” ale jako że nie da się przetłumaczyć tej „gry słów”, bo  sprrow to wróbel, więc uznałam, że Harry musiał oglądać choć jedną część Piratów z Karaibów XD Tym sposobem mamy podobieństwo do nazwiska Carrow, a i charakterystyczne dla Harry’ego przekręcenie wyrazu ;) 

czwartek, 16 listopada 2017

SR - Rozdział 19 – To, co nieuniknione

Gdy światło zniknęło, Harry rozejrzał się i dostrzegł, że są na środku cmentarza, niedaleko którego stał ciemny kościół. Patrząc dokładniej, nie znalazł żadnych śladów zamku albo czegokolwiek choć trochę podobnego do błoni Hogwartu. W jakiś sposób przemieścili się dość daleko, ale jak? Kto zrobiłby coś takiego? Kto użyłby klątwy Imperius na Viktorze? Tak mocno, jak Harry'emu nie podobało się to, jak wszystko się potoczyło, wiedział, że jest w to zamieszany Voldemort. To nie był przypadek. Ktoś chciał go tu sprowadzić.
Harry wstał i pomógł Cedricowi zrobić to samo. Cedric wydawał się kompletnie zdezorientowany i bardziej niż lekko zdenerwowany. To tylko sprawiło, że Harry poczuł wyrzuty sumienia. Cedric też został w to wciągnięty. Gdziekolwiek byli, Harry wiedział, że nie mogą stać w taki sposób na otwartej przestrzeni. Musieli iść i znaleźć jakiś sposób, by sprowadzić pomoc.
- Eee... co się właśnie stało? – zapytał nerwowo Cedric.
- Wiesz tyle, co ja, ale mam przeczucie, że już dłużej nie jesteśmy w Hogwarcie – stwierdził oczywiste Harry, wyciągając różdżkę z kabury. – Chodź, musimy stąd iść. Musimy znaleźć kryjówkę. Stanie na otwartej przestrzeni czyni nas celem.
Cedric spojrzał na Harry’ego z przerażeniem.
- Czego celem? – zapytał szybko. – Jesteśmy na jakimś zadupiu!
Harry spojrzał na Cedrica ze zirytowanym wyrazem twarzy, zmuszając starszego nastolatka do zamknięcia buzi.
- Słuchaj, już w tym momencie mogę ci powiedzieć, że to nie jest część zadania – stwierdził. – Dumbledore nigdy by nie pozwolił nam opuścić błoni Hogwartu. Po ataku w zeszłym miesiącu sądzę, że lepiej dmuchać na zimno. – Odwrócił się, by iść i przerwał. – Byłoby też lepiej, gdybyśmy byli jak najciszej – powiedział przez ramię do Cedrica. – Nie wiadomo, kto może obserwować.
W momencie, gdy słowa opuściły jego wargi, Harry wiedział, że nie powinien ich wypowiadać. Rozległ się szelest za nimi, zmuszając chłopców do odwrócenia się. Harry wyciągnął różdżkę z kabury i wskazał nią w ciemność, a Cedric zrobił to samo. Czternastolatek mógł poczuć, że jego umysł pracuje na najwyższych obrotach. Był uwięziony między chęcią ucieczki a próbą oszołomienia tego, cokolwiek ich obserwuje. Biegnięcie oznaczało odwrócenie głowy od zagrożenia, podczas gdy oszołomienie oznaczało atakowanie, prawdopodobnie czyniąc zagrożenie jeszcze gorszym.
- Mam co do tego złe przeczucia – mruknął Cedric.
Harry został ocalony od odpowiedzi przez hałas zza jego pleców, odwracający ich uwagę. Odwrócił się częściowo, by mógł mieć oko na oba zagrożenia i zobaczył niską postać, noszącą płaszcz z kapturem, który zasłaniał jego twarz. Wydawał się nieść mały tobołek, który mógł być tylko dzieckiem albo jakimiś szatami, ale Harry wątpił w obie wersje. Harry naprawdę chciał uciekać, ale jego stopy nie mogły się poruszyć. Obserwował, jak postać staje przed wielkim marmurowym nagrobkiem, zaledwie sześć stóp od nich.
Nagły ból uderzył go w czoło, przez co Harry potknął się i musiał zostać złapany przez Cedrica. Jego blizna nigdy wcześniej tak strasznie nie bolała. Zamykając oczy, Harry starał się skupić na czymkolwiek oprócz bólu. Działało to w przeszłości, więc czemu nie mogło teraz? Czuł się tak, jakby ktoś spróbował przepołowić mu czaszkę wzdłuż blizny. Nie czujesz bólu. Nie czujesz bólu. Nie ma go!
Zimny, wysoki głos uciszył agonię Harry’ego.
- Zabij niepotrzebnego – syknął.
Harry nie miał czasu myśleć, kiedy kolejny głos krzyknął:
- Avada Kedavra!
Wiedząc, do kogo przeznaczony jest czar, Harry użył całej swojej wagi, by pchnąć Cedrica na ziemię, a podmuch zielonego światła przeleciał nad nimi oboma. Adrenalina przelała się przez jego ciało, nagle odpychając wszelki ból. Nie chcąc zostać w miejscu dłużej, Harry szybko zerwał się na nogi i pobiegł, pociągając Cedrica ze sobą.
- Zatrzymaj ich! Zatrzymaj ich! – krzyczał piskliwy głos.
Harry poczuł krzyk w głowie i upadł na ziemię, po raz kolejny pociągając ze sobą Cedrica, kiedy inne kolorowe światło przeleciało nad ich głowami. Szybko przeczołgali się do dużego nagrobka i ukryli za nim. Harry niemal czuł bicie swojego serca i starał się coś wymyślić, cokolwiek, co pomogłoby im uciec. Słyszał dwie zbliżające się osoby. Musieli ruszać, ale to oznaczało zostanie celem. Co się robi, gdy lekcje są sprzeczne?
- Dzięki, Harry – powiedział szybko Cedric.
Harry spojrzał na siedemnastolatka z uniesioną brwią. To z pewnością była ostatnia rzecz, jaką spodziewał się usłyszeć w środku ataku, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że to nie Cedrica szukali.
- Nie jesteśmy jeszcze bezpieczni, więc nie dziękuj mi – wyszeptał.
- Nie utrudniaj sobie życia, Potter – rozbrzmiał głośno trzeci głos, który brzmiał jakoś znajomo. – Nikt nie wie, że tu jesteś. Tym razem nikt cię nie uratuje. Opóźniasz to, co nieuniknione.
Spoglądając na Cedrica, Harry wiedział, że muszą stworzyć dywersję. Ci mężczyźni musieli być śmierciożercami i chcieli tylko jego. Nie mógł wystawiać Cedrica na niebezpieczeństwo.
- Cokolwiek zrobisz, nie ruszaj się, póki nie będzie bezpiecznie, a potem biegnij tak szybko, jak potrafisz i znajdź pomoc – wyszeptał Harry. – Nie szukają ciebie… tylko mnie. – Jak najszybciej, Harry okręcił ciało i wskazał różdżką w kierunku głosu. – Drętwota – powiedział, po czym zerwał się na nogi i pobiegł.
Przeskoczył nad nagrobkami, unikając trafienia przez zaklęcie czy klątwę, która była wystrzelona w jego stronę. Jego plan zadziałał. Oboje podążyli za nim, dając Cedricowi czas na ucieczkę i znalezienie pomocy. Ich stopy uderzały głośno o ziemię, ostrzegając Harry’ego, że dystans między nimi zmniejsza się. Złapią go, jeśli czegoś wkrótce nie zrobi.
- Ja złapię tego bachora! – krzyknął drugi śmierciożerca. – Znajdź drugiego!
NIE! Będzie musiał atakować. Nie miał teraz wyboru. Harry zwolnił kroku i pozwolił prześladowcy nadrobić odległość. Gdy tylko dotarł do nagrobka o odpowiedniej wysokości, Harry wskoczył za niego, po czym ponownie wyskoczył, odwracając się i kopiąc śmierciożercę w zakapturzoną twarz. Śmierciożerca potknął się, kiedy Harry wylądował na nogi i wskazał różdżką w napastnika.
- Drętwota! – krzyknął Harry.
Śmierciożerca zablokował zaklęcie i bezdźwięczny wystrzał zmusił Harry’ego do zanurkowania za nagrobek. Zaklęcie uderzyło w kamień, powodując jego rozbicie. Harry zerwał się na nogi i pobiegł, rzucając przez ramię kolejne zaklęcie oszałamiające. Wiedział, że musiał coś wymyślić, by się stąd wydostać. Śmierciożerca miał rację. Nikt nie wiedział, gdzie był, więc nikt nie przyjdzie po niego. Był w pułapce.
Unikając kolejnego czaru, który ledwo minął jego głowę. Harry przekoziołkował nad nagrobkiem i zmienił kierunek, skręcając w prawo. Pobiegł za muzoleum i ukrył się, mając mimo wszystko nadzieję, że śmierciożerca przebiegnie obok niego. Oddychał krótkimi sapnięciami. Pot spływał po jego czole, kiedy powoli poruszał się dookoła potężnej budowli. Dotarł do brzegu ściany i wyjrzał za narożnik, ściskając tak mocno różdżkę, że jego dłoń się trzęsła.
Nie widząc nic, Harry powoli poruszał się wzdłuż tyłu muzoleum, ostrożnie rozglądając się we wszystkich kierunkach, żeby nie zostać zaskoczonym. Był niemal na rogu, gdy Harry poczuł, jak coś chwyta go wokół środka ciała i pociąga go mocno na prawo. Przeleciał przez powietrze i moment później uderzył mocno plecami o drzewo. Upadając na ziemię, Harry starał się odetchnąć, ale okazało się to niemożliwe. Jego płuca nie chciały pracować.
Dłonie chwyciły go szorstko za tył swetra i pociągnęły przez czas, który wydawał się Harry’emu godzinami, kiedy próbował oddychać. Powietrze w końcu zaczęło wypełniać płuca Harry’ego w krótkich wdechach, za każdym razem wywołując kłujący ból w jego piersi. Ledwo zdawał sobie sprawę z tego, że został pchnięty na nagrobek i przytrzymany w miejscu, gdy ciasne więzy owinęły się wokół niego, przywiązując do kamienia.
- Znalazłeś drugiego? – zawołał śmierciożerca, wycofując się.
Harry powoli uniósł wzrok, patrząc przez swoje przekrzywione okulary i zobaczył, jak w jego pole widzenia wchodzi niższy śmierciożerca, popychając przed sobą Cedrica. Cedric miał związane ręce i wyglądał na wykończonego, kiedy zmuszono go do klęknięcia. Starszy nastolatek dostrzegł Harry’ego i starał się przesunąć, ale niższy śmierciożerca przytrzymał go w miejscu. Harry zauważył brakujący palec w jego dłoni.
Niższym śmierciożercą był Pettigrew, co oznaczało, że ten drugi to Barty Crouch Jr.
W głębi duszy Harry wiedział, co nadchodzi. Starał się uwolnić, ale zbyt mocno był związany. Najmniejszy ruch sprawiał, że sznury wbijały się w jego ciało, ale to było jego najmniejszym zmartwieniem. Harry patrzył, jak Crouch unosi różdżkę, kierując ją w Cedrica. Starał się krzyknąć, ale jego głos był uwięziony w gardle. To nie mogło się dziać. Musiał coś zrobić.
- Avada Kedavra! – syknął Crouch.
- NIE! – wrzasnął Harry, widząc grot zielonego światła, wychodzący z różdżki Croucha i uderzający w Cedrica. Wszystko zdawało się zwolnić, gdy Cedric upadł na ziemię i znieruchomiał. Część Harry’ego chciała, żeby Cedric zaczął się ruszać, by udowodnić, że nie widział, jak mordercze zaklęcie zostało użyte na jego przyjacielu. Część niego nie chciała zaakceptować, że ktoś, kogo znał, nie żyje.
Harry bezradnie obserwował, jak Pettigrew łapie Cedrica za tył koszulki, pociąga go do Pucharu Turnieju i zostawia tam, jakby był czymś nieważnym. Strach, który wypełnił Harry’ego, był niewyobrażalny. Jego oczy wydawały się nie być w stanie oderwać się od ciała Cedrica. Nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy coś zostało wepchnięte w jego usta, by powstrzymać go przed mówieniem. Zamknął oczy tylko wtedy, gdy fala bólu uderzyła w jego głowę od blizny.
Pomimo bólu, Harry zmusił się do otwarcia oczu i zobaczył, że Pettigrew ponownie ma w ramionach zawiniątko. Poruszało się. Coś było w tych szatach. Crouch wszedł w pole widzenia Harry’ego, ostrożnie lewitując olbrzymi kocioł. Widząc Croucha z różdżką, Harry zorientował się, że nie ma swojej. Rozejrzał się, ale brak jakiegokolwiek światła uniemożliwił mu próbę znalezienia małego kawałka drewna.
Dźwięk kotła uderzającego o ziemię, przyciągnął uwagę Harry’ego z powrotem do tego, co się działo. Spoglądając na prawo, Harry zobaczył pod kociołkiem ogień, a wąż wyszedł z ciemności i zatrzymał przed kotłem. Para zaczęła unosić się z kotła, ostrzegając Harry’ego, że płyn w środku już był ciepły. Kilka sekund później, Harry zobaczył, że zaczyna się on gotować, wysyłając w górę dziwne iskierki, których żaden płyn nie powinien wystrzeliwać.
Cała powierzchnia lśniła, gdy Pettigrew zerknął na zawiniątko.
- Mistrzu, gotowe – powiedział, po czym odsunął szaty, by pokazać to, co trzymał. Miało to kształt ludzkiego ciała, ale nie mogło z niego pochodzić. Było ciemno czerwone – niemal czarne i pokryte czymś, co wyglądało jak łuski, jeśli to możliwe. Nie miało włosów na żadnej części, a jego oczy były czerwone, źrenice w szparki, jak u węża.
Harry poczuł, że zaraz zwymiotuje, gdy Pettigrew uniósł rzeczy do kotła. Zamykając oczy i odwracając głowę, Harry usłyszał głuchy odgłos i wiedział, że stworzenie uderzyło o dno kotła. Ponownie wznowił próbę uwolnienia się z więzów, milcząco błagając, by nienaturalna istota utonęła.
Głos Pettigrew wdarł się w myśli Harry’ego.
- Kości ojca, nieświadomie dana, odnów swego syna!
Ziemia pod Harrym poruszyła się. Szybko otworzył oczy i zobaczył niewielką ilość pyłu, wznoszącą się przez szparę w ziemi i przemieszczającą się do kotła. Iskry poleciały we wszystkich kierunkach, kiedy pył wpadł do kotła, a chwilę później powierzchnia zmieniła się na głęboko niebieską. Skomlenie dobiegające od strony Pettigrew zwróciło uwagę Harry’ego. Spoglądając na mężczyznę, Harry dostrzegł, że Pettigrew wyciągnął długi, błyszczący, srebrny sztylet.
- Ciało… sługi… z ochotą dane… wskrześ… swojego mistrza – powiedział Pettigrew między przerażonymi szlochami, po czym uniósł prawą rękę, tą z brakującym palcem.
Kiedy Pettigrew uniósł sztylet w lewej ręce, Harry zamknął oczy i odwrócił wzrok. Wiedział, co się stanie i nie chciał tego widzieć. To nie powstrzymało krzyku bólu, który rozdarł noc. Rozległ się głuchy odgłos, jakby coś upadło na ziemię, a zaraz za tym plusk. Harry usłyszał, że ktoś podchodzi i otworzył oczy, dostrzegając, że Crouch klęczy ze sztyletem we własnej ręce.
- K-krwi wroga… odebrana siłą… wskrześ swego… przeciwnika – wyjąkał Pettigrew.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się z przerażeniem. Czy to oznaczało to, co myślał, że oznaczało? Próbował się wyrwać, gdy silna dłoń chwyciła go za ramię i przytrzymała w miejscu. Harry powstrzymał skomlenie bólu, gdy ucisk zacieśnił się. Nie mógł nic zrobić, by powstrzymać noża przed przecięciem mu ramienia. Harry krzyknął, ale materiał w jego ustach uniemożliwił usłyszenie jakiegokolwiek dźwięku. Krew szybko przesiąkła przez rękaw i sweter. Szklana fiolka była dociśnięta do przecięcia, by wypełnić się krwią.
Kiedy jego głowa opadła do przodu, Harry usłyszał, że Crouch wstaje i podbiega do kociołka. Krew wlano do mikstury, zmieniając ją z czerwieni na czystą biel. Harry zmusił się do otwarcia oczu i zobaczył, że Pettigrew leży na ziemi, trzymając się za krwawiące ramię i szlocha. Crouch klęczał przed kociołkiem, czekając, aż coś się stanie.
Przez kilka minut nic się nie wydarzyło. Harry mógł mieć tylko nadzieję i modlić się, że coś poszło nie tak, ale iskry zniknęły z kotła, gasząc tę myśl. Natłok pary zebrał się nad kociołkiem i wzniósł się, pokrywając przestrzeń wokół niego. Przez mgłę, pojawił się zarys wysokiego i niezwykle chudego mężczyzny, stojącego w kociołku. Strach i przerażenie przepływające przez Harry’ego zwiększyły się, kiedy patrzył na rozgrywające się zdarzenie.
- Odziej mnie – powiedział wysoki głos, dochodzący od… tego czegoś za mgłą.
Crouch wstał i chwycił kupkę czarnych szat, po czym wszedł w mgłę. Ubrał mężczyznę, po czym odsunął się, pochylając głowę. Chudy… mężczyzna wyszedł z kotła i przeszedł przez mgłę w stronę Harry’ego. Kiedy wszedł w jego pole widzenia, Harry mógł tylko patrzeć ze strachem na ten widok. Skóra mężczyzny była zbyt biała, by być ludzka. Jego szerokie, czerwone oczy z pewnością nie były ludzkie, a jego nos był płaski z wąskimi szczelinami na nozdrza, niemal jak u węża. W umyśle Harry’ego nie było wątpliwości, kto przed nim stał.
To był Voldemort. On powrócił.


Dzisiaj dość krótki rozdział, ale na początku przyszłego tygodnia postaram się dodać rozdział NDH :D Zamierzam też zmienić nieco wygląd zakładki z one-shotami yaoi i posegregować je według par. Mam nadzieję, że tak będzie nieco przejrzyściej ;)


niedziela, 12 listopada 2017

Krew na spierzchnięty język


Autor: Amanuensis
Oryginał: Blood For a Parched Tongue
Zgoda: jest
Rating: +18
Pairing: Snape/Black
Ilość części: miniaturka
Opis: Snape wykorzystuje szansę na małą zemstę.
Notka: przekleństwa, jako tako można powiedzieć, że gwałt, BDSM, znęcanie się seksualne nad człowiekiem (no to już wiecie, czego się spodziewać ^^)


- A to – powiedział Snape, unosząc kulkę z piankowej gumy, – jest moją pierwszą i jedyną litością w twoim kierunku.
Usta Black cofnęły się, jakby przygotowywał się do plucia w jego stronę kolejnymi plugawościami, a to było zgubą sukinsyna; jednym ruchem, Snape wepchnął kulkę między te obnażone zęby. Ściśliwość piankowej gumy sprawiła, że potrzebował tylko małego otwarcia ust, by ją wepchnąć, ale także rzecz rozszerzyła się maksymalnie, gdy tylko wsunęła się do jamy ustnej. Black jej nie przełknie i, dzięki jedwabnemu paskowi, który Snape przewlekał za szyją Blacka i zawiązał tuż przed kulką, nie mógł jej też wypluć.
Zabezpieczenia nadgarstków i kostek, które przymocowywały Blacka do łóżka musiały być magiczne – koniecznie, by upewnić się, że nikczemnik się nie przemieni – ale czasami mugolska pomysłowość była bardziej satysfakcjonująca.
- Mam ci powiedzieć, dlaczego jest to litość, kundlu? – wycedził Snape, siadając na stopach na łóżku, jednocześnie wzruszając ramionami, by uwolnić się z koszuli, rozkoszując się stłumionym szaleńczymi nieścisłościami, które wydawał z siebie wściekły Black. – Ponieważ pragnę, żebyś miał ten luksus, by nie wydawać z siebie głosu, kiedy zdecydujesz już dłużej nie grozić mi albo mnie przeklinać, albo przezywać mnie najbardziej obelżywymi zniewagami, jakie możesz wymyślić, ale zamiast tego będziesz chciał błagać, żebym nie przestawał robić to, co robię. Oszczędzę ci tego upokorzenia. – Pozwolił, by jego zęby ukazały się w jednym z rzadkich, autentycznych uśmiechów. – Na jakiś czas.
Snape miał wrażenie, że dzisiaj zaprezentuje sporą ilość takich uśmiechów.
Choć bez słów, Black przekazał mu, co myśli o tym pomyśle. Parsknięcie było parsknięciem, nawet zza knebla i gdy był zalany wściekłością. Black miał bardzo ekspresyjne parsknięcia.
To bez znaczenia. Snape nie potrzebował tego, by drań błagał o to, by być pieprzonym, by było to satysfakcjonujące. Chociaż Black nie będzie w stanie powiedzieć, że marzył o czymś innym niż ucieczka, gdy to się skończy. Snape był tego pewny.
Koszula opadła na bok; nie czuł jeszcze impulsu, by pozbywać się czegokolwiek innego. Na własną rękę. Z drugiej strony, Black miał na sobie bardzo za dużo. Wszystkiego poza jego własnym oburzeniem było zbyt wiele.
Snape usadowił się tak wygodnie, jak tylko mógł, klęcząc okrakiem na biodrach Blacka – Black w końcu przestał starać się go zepchnąć – i sięgnął, z palcami jak chwytaki i zaczął rozpinać jego koszulę. To sprawiło, że Black ponownie zaczął się rzucać, ale nie był w stanie zrzucić Snape’a wcześniej i też nie utrudniał działań Snape’a. Nie miał ochoty pospieszać wszystkiego – mimo że już paradował z członkiem twardym jak klamka. Był taki od chwili, gdy wrzucił Blacka zaklęciem do pokoju.
Odpiął koszulę i odsłonił obie poły, pozwalając sobie spojrzeć chytrze, kiedy obnażył klatkę Blacka do kontroli. Usłyszał, że oddech Blacka przyspiesza na to jeszcze mocniej.
- Ach, pięknie. To nie to samo jak, gdy mieliśmy siedemnaście lat, ale najwidoczniej nie pozwoliłeś sobie zgrubnąć w międzyczasie. Co jest, Black, więzienna dieta i sporadyczny szczur nie są tak kuszące?
Zdjęcie koszuli z ramion mężczyzny mogło poczekać. To wymagałoby magii – albo noża, ale byłoby wtedy mniej precyzyjne – a skrócenie jej byłoby zbyt przyjemne.
Snape stłumił impuls mruczenia pod nosem, kiedy odpinał pasek Blacka. Zbyt aktorsko. Rozkoszował się uczuciem skóry pod palcami, kiedy go zwalniał – może go użyć później, choć skrupulatnie zaplanował swoje dzisiejsze zajęcia. Był elastyczny w swoich planach.
Tak jak teraz, na przykład. Miał zamiar popieścić członek Blacka przez ubranie, sprawić, by się naprężył i nieprzyzwoicie uniósł spodnie, ale przyszło mu do głowy, że bardziej interesujące byłoby obserwowanie, jak członek Blacka przechodzi od miękkości do sterczenia w całej swojej nagiej wspaniałości. Więc rozpiął zamek spodni z taką samą powolną ostrożnością, jak koszulę, chwycił po obu stronach talii i pociągnął materiał aż do kolan Blacka.
Oczywiście, żadnej bielizny. W głowie Blacka, z pewnością było to coś, co tylko kobiety noszą.
To oznaczało, że miał dobry widok na członek, gnieżdżący się w plątaninie czarnych włosów, nie jakoś twardy jak kamień w tym momencie, ale też nie całkowicie obojętny na to, co miał do zaoferowania. Och, tak, Snape widział drżenie pobudzenia i nie mógł się mylić. Żyła wzdłuż boku stawała się bardziej widoczna, kolor pogłębił się, jak całkiem inny rodzaj rumieńca… Nie, Snape się nie pomylił.
- Bardzo, bardzo piękny – powiedział Snape, przyglądając się bliżej, ze wzgląd na Blacka. – Bardziej niż znośny. Ach i spójrz na to. Nie, niewiele go obchodzi, kto go podziwia, prawda? – Ostrożnie nie bawił się w motyw musiałeś-chcieć-tego-od-zawsze; nie potrzebował kłamstwa, kiedy prawda działała, a kłamstwa tylko pozwoliłyby Blackowi poczuć się usprawiedliwionym i umęczonym. Nie, chciał, żeby mężczyzna się skręcał.
- A ty dobrze reagujesz na podziwianie, prawda? Patrz, jak sztywny się robisz. Nikt nawet cię nie dotknął, Black. A mimo to sztywniejesz tak, jakby jakaś dziwka śliniła ci się w krocze. Naprawdę jestem tak bliski twoich fantazji? No, no. – Powiedział to z chichotem, ale mówił prawdę; członek Blacka był teraz w pełnej erekcji, a jego czubek już ciekł. Błogosławmy wiecznie będące w rui psie serce kundla.
Wpływ rozebrania Blacka spełnił swój cel; teraz Snape chciał tylko, by był on nagi. Machnięcie różdżką, słowo i skończone, ubrania zniknęły, a więzy Blacka zostały nienaruszone.
Więzy były w porządku, jak na początku. Teraz czas na coś bardziej przykrego.
Snape sięgnął na podłogę. Wiedział doskonale, które chciał pudełko, ale nie omieszkał potrząsnąć nim dla efektu, by zawartość zabrzęczała metalowo i wymamrotał potwierdzające hymn satysfakcji. Udawał, że ignoruje sposób, w jaki Black nie spuszcza wzroku z pudełka, kiedy siadał i je otwierał.
Nie musiał też unosić jednej klamry z pudełka i przytrzymywać jej w górze, jakby ją krytycznie sprawdzał, ale chciał upewnić się, że to całkowicie wpłynie na Blacka. Była to delikatna rzecz ze skręcanego, srebrnego drutu, sprężyna wewnątrz wydawała się być częścią abstrakcyjnego projektu i miała kąsać jak cholera.
Snape uśmiechnął się, pochylając, zadowolony, że Black znowu walczy. Skupił oczy na spojrzeniu Blacka, pochylając się nad piersią mężczyzny – ostrożnie starając się nie dotknąć jego dolnej części ciała – wystawił język i jego czubkiem dotknął jednego z sutków, liżąc go raz, drugi, po czym zamknął na nim wargi, by go possać. Black nie wydał z siebie żadnego odgłosu – nic nie rozbrzmiało – ale Snape słyszał, że odgłos powietrza przebiegającego przez jego nos szybko przyspiesza tempo.
Black smakował słonym potem, a jego sutek zaczął napinać się pod pieszczotą języka Snape’a. Czy konieczne było użycie zębów, by unieść grudkę sutka Blacka na tyle wysoko, by przymocować zacisk? Nie, ale to było zabawne. Black jęknął głośno, kiedy Snape zamknął zęby wokół sutka, dręcząc węzełek ciała w przód i tył, aż poczuł, że Black jest wystarczająco torturowany, a potem puścił go i uniósł zacisk, układając metalowe szczęki wokół sutka i pozwalając im się powoli zwolnić. Sutek spurpurowiał, gdy tylko klamra całkiem się na nim zacisnęła, a z gardła Blacka wydobył się zdławiony, zdeprawowany odgłos. Tak, ta była jedną z najokrutniejszych z kolekcji Snape’a – metalowe zęby były na tyle tępe, by nie przeciąć skóry, ale ich zaletą była łagodność.
 Po tym, jak przygryzł drugi sutek Blacka, jako wystarczająca projekcja jego zamiarów, założył na niego drugi klips. Temu pozwolił zamknąć się z klapnięciem i delektował się nie tylko dźwiękiem, jaki wydał Black, ale też szokiem na jego twarzy.
Wiedział, że Black słyszał dźwięk, jaki wydało pudełko, gdy nim potrząsnął. Wyobrażał sobie, jak Black oblicza, ile jeszcze Snape’owi zostało.
Snape zaczął pod pachą, używając zacisku, by przyszczypnąć skórę tuż na wierzchu głowy tricepsu i podążył dalej, w dół boku Blacka, zarysem, który szedł w dół jego talii, każdy dzielił nie więcej niż centymetr nietorturowanej skóry i żadnemu z zacisków nie pozwolił uchwycić mięśnia, które mogłyby znieść naprężenie lepiej niż małe kawałki skóry. Ponownie Snape stłumił chęć mruczenia albo gwizdania, kiedy tworzył identyczny rząd po drugim boku ciała Blacka, a Black syczał, wił się i warczał obietnice mordu za kneblem w ustach.
W pewnej chwili Black zaprzestał walki, jakby zdecydował, że pozostanie nieruchomo, bez dźwięku, zmniejszy przyjemność Snape’a. Tempo oddechów Blacka wystarczyło, by powiedzieć Snape’owi, jaki był to dla niego wysiłek. Snape nie spieszył się, zakładając kolejny nacisk, obracając go, gdy był już nałożony i używając drugiej ręki, by przemknąć palcami po linii srebrnych potworów po drugiej stronie, sprawiając, że Black wygiął się w łuk i jęknął mimo swojej determinacji. Uśmiech Snape’a pogłębił się i mężczyzna kontynuował.
Zatrzymał się w pasie. Pozwolił, by zawartość pudełka ponownie zagrzechotała, kiedy odkładał ją na bok – niech Black wie, że jest ich o wiele więcej, och, tak i że nie skończyły się jeszcze Snape’owi. Niech się zastanawia, co Snape planuje, zamiast używać ich na tych innych, wrażliwych miejscach.
Sam Snape oddychał szybciej. Jego własny członek wpychał się w materiał jego spodni, pragnąc więcej nacisku, niż mogła mu dać zwykła tkanina, żądając, żeby się, do cholery, pospieszył. Warknął na siebie, by miał cierpliwość i kontynuował.
Ponownie przebiegł palcami po dwóch liniach klipsów. Teraz ból był szczególnie zły i Black go nie zawiódł, dławiąc się i walcząc, jakby mógł powstrzymać Snape’a przed dotykaniem ich. Oczywiście, napięcie mięśni pod skórą nie pomogło; to wysłało podobne iskry bólu. Snape pobłogosławił ignorancję Blacka.
W tym czasie erekcja Blacka nie zwiędła, ale nie była też purpurowa od żył i twarda jak żelazo, jak przed klipsami. To samo w sobie sprawiło Snape’owi przyjemność; nie chciał odkryć, że przez całe swoje życie Black był masochistyczną dziwką. Chciał, żeby kutas Blacka był twardy i cieknący pomimo zadanych mu krzywd, nie z ich powodu.
W każdym razie, na początku.
- Boli, Black? – powiedział, głaszcząc klamry w sposób, w jaki muzyk mógłby przebiegać koniuszkami palców po harfie. – Chcę, żeby bolało. Chcę, żebyś był zadowolony z knebla w ustach, bo w innym przypadku wiesz, że warczałbyś na mnie, żebym je zdjął, a oboje wiemy, że w twoim przypadku warczenie jest tylko tłumaczeniem błagania. Chcę, żebyś myślał, że nie ma niczego, co mogłoby rozproszyć ból, rozproszyć chęć zdjęcia ich. – Szczególnie mocno trzepnął paznokciem zacisk na sutku Blacka, słuchając satysfakcjonującego jęku Blacka. – Mogę się założyć, że słyszałeś, że cycki w końcu drętwieją, kiedy się je zakłada; że zdjęcie ich jest dużo, dużo gorsze, niż ciągłe noszenie. – Snape wziął oba zaciski między palec wskazujący a kciuk. – Błąd – powiedział, okręcając je, aż o trzysta sześćdziesiąt stopni od pierwotnej pozycji, a Black wygiął się na łóżku z wyciem, dygocząc i pocąc się, jednak mądrze nie starając się walczyć.
Kiedy Snape go puszcza, Black opada z powrotem na łóżko, dysząc i z mokrymi oczami. Bez wątpienia czuje ulgę, że pulsowanie w jego sutkach oznacza, że nie zostały one wyrwane z jego piersi. Snape wstał. Wciąż był ubrany w spodnie i pomyślał, że to może być dobry moment, by je zdjąć. Na wszelki wypadek, by Black nie pomyślał, że Snape ma zamiar wypuścić go bez niczego więcej poza lekkim szczypaniem i napastowaniem za jego wszystkie kłopoty.
Ha.
Kiedy się rozebrał i chwycił ponownie różdżkę w dłoń, Snape rzucił ośmio-słowowe zaklęcie, które przeniosło więzy kostek Blacka z podstaw oparcia na nogi na środek słupków ponad jego głową. Zaskoczenie Blacka nie mogło się równać z bólem przesunięcia klipsów, kiedy nagle został zgięty niemal na pół, z tyłkiem do góry i rozłożony tak ordynarnie, jak to tylko możliwe.
Chociaż Snape wiedział, że osłupienie Blacka z powodu nowej pozycji wkrótce przeważy nawet to.
Snape podszedł i zaczął cieszyć się dobrym widokiem. Naprężony penis Blacka leżał prawie na brzuchu, jego czubek ciekł preejakulatem praktycznie do pępka, jego tyłek był uniesiony z łóżka, uda rozłożone, pośladki rozpostarte, moszna ciężko leżała na kroczu, ale nie na tyle, by ukryć pomarszczone wejście, które teraz wydymało się sprośnie przed nim. A wszystko to pokryte było szorstkimi, prostymi, czarnymi włoskami. Pięknie.
Black wznowił walkę – aż do momentu, gdy Snape zbliżył się, by się przyjrzeć. Potem Snape zobaczył, jak jego kończyny sztywnieją, a kręcenie zmniejsza się do drgania. Blackowi musiało zaświtać w głowie, jak strasznie upokarzająco mogła wyglądać jego walka w tej pozycji. Tak długo, jak Black był tego świadom, Snape mógł zaakceptować utratę tej przyjemności.
- Cóż za doskonale lubieżny widok, taki wystawiony na pokaz. Tak bardzo wulgarny. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek pozwoliłeś komukolwiek widzieć się takiego? Czy ktokolwiek miał tak uroczo surowy widok? Założę się, że mogę uczynić go jeszcze surowszym. – Dotknął pofałdowanej skóry przy wejściu Blacka, okręcił nieco włosków wokół palca i szarpnął, zadowolony zarówno z uczucia wyrywanych włosów, jak i krótkiego okrzyku Blacka. – Tak, jestem tego pewny.
Strząsnąwszy włosy na podłogę, Snape odwrócił się, by podnieść ze stolika skrzynkę z marokańskiej skóry w kształcie książki, po czym otworzył ją. Prosta brzytwa, którą z niej wyjął, była wypolerowana na błysk.
- Wiesz chociaż, jak tego używać, Black? – powiedział, odwracając się, by Black nie mógł pomylić się, co do tego, co trzyma, oraz by krawędź złapała światło. – Wątpię. Eliksiry depilujące są tak powszechne. Sam ich używam. – Mówił Snape, biorąc wyposażenie: miskę wody, ręcznik, swoją różdżkę. – Co nie oznacza, że nie ćwiczyłem z brzytwą. Oczywiście, nie na ruchomym celu. – Cofnął się do nóg łóżka. – Co oznacza, że nie mogę ręczyć za wynik, gdybym był zmuszony pracować nad czymś, co nalega na poruszanie się. Doskonale się rozumiemy, prawda?
Black jęknął i zaprotestował przez knebel i ponownie spróbował wyrwać kostki z nowej pozycji, przeklinając swoją godność. Snape pozwolił mu na to, całkowicie rozbawiony. Podejrzewał, że Black w końcu przestanie nie dlatego, że zrozumie, że to nie zadziała, ale dlatego, że Snape zbyt dobrze się bawi, obserwując go.
Kolejne zaklęcie i mydło, którego miał pod dostatkiem rozgrzało się, dokładnie tam, gdzie chciał. Miał nadzieję, że to uczucie całkowicie Blacka zaskoczy i tak się stało. Członek Blacka stwardniał jeszcze mocniej w cieple, wytrzymując pomimo ostrza w drugiej ręce Snape’a.
Członek Snape’a dał mu znać, że do cholery, wciąż czeka na część swojej uwagi. Był boleśnie twardy, jądra mrowiły, preejakulat sączył się z niego, pokrywając cały trzon, ale dalej go zignorował – nie do końca, zignorował, ale namówił go cichymi obietnicami tego, co nadejdzie. Nie, nie mógłby oszukiwać siebie w takiej minucie. Nie po tak długim czasie.
Black nie zlekceważył ostrzeżenia Snape’a, kiedy Snape przyłożył brzytwę do krocza Blacka, tuż u podstawy jego członka, i pociągnął ostrze ze zgrzytem jak najbliżej uda mężczyzny, biorąc zarówno pianę, jak i włosy. Black był nieruchomy, tak mocno, jak mógł w tej naprężonej pozycji. Snape napotkał jego spojrzenie, które było niemal samymi źrenicami w tym momencie, rozszerzone i skupione na nim, jakby mógł zatrzymać rękę Snape’a dzięki sile swojego spojrzenia. Snape uśmiechnął się, przyłożył brzytwę do kolejnego kawałka skóry do ogolenia – spoglądając z powrotem na to, co robi – i powtórzył działanie. Raczej wyczuł niż zobaczył wzdrygnięcie w oczach Blacka, choć poza tym Black się nie poruszył.
Kiedy ogołocił krocze i brzuch Blacka aż do pępka, przeniósł się na uda, łatwo oczyszczając ich równiny energicznymi smagnięciami, czując drżenie ciała Blacka z każdym ruchem brzytwy. Co jakiś czas Snape musiał przerwać, by oczyścić brzytwę wodą i ręcznikiem, podziwiając ogromne ilości włosków, pokrywających powierzchnię miski z wodą. Myślał, że zatrzyma się w połowie ud, ale pozycja wydawała się tak dobrze przystosowana, by posunął się dalej oraz chciał, by Black poczuł się, jak brzytwa porusza się pod jego łydkach, goleniu, czując nie tylko skrobanie brzytwy, ale też wiedzę, że golenie tych konkretnych części było tak upokarzająco kobiece. Snape był rozbawiony, widząc, że Black nie boi się kręcić w tym momencie, skoro Snape odsunął się od jego bardziej delikatnych części. To nie przeszkadzało Snape’owi, choć uważał, że dobrze będzie zwolnić pracę, tylko dla zabawy. Nie zawracał sobie też głowy tworzeniem piany; miał jej dość dla swoich celów, na tej mniej delikatnej skórze. Kontynuował, aż brzytwa nie dotarła do więzów na kostkach i nie mógł posunąć się dalej.
Doskonale wiedział, co zostawić na koniec. Zdecydował dawno temu. To oznaczało, że brzytwa wróciła teraz do szczeliny tyłka Blacka, tuż poza pomarszczoną dziurkę, i zaczęła zdrapywać pęczki, które rosły między pośladkami, delikatnie i powoli na tyle, by wywołać pot na czole Blacka. Snape używał teraz samego czubka ostrza, uważając na każdą fałdę skóry, kierując się do środka, zamiast od zewnątrz, wiedząc, że to tylko mocniej zdenerwuje Blacka.
Kiedy z tym skończył, pozbył się brzytwą reszty drobnych włosków pokrywających tyłek Blacka. Snape dążył do tego, by dosięgnąć pleców, kuszony, by posunąć się dalej – w rzeczywistości kuszony tym, by zgolić każdy kawałek włosa poniżej jego szyi z jego ciała, ale to wymagałoby usunięcia wszystkich zacisków i kolejnej zmiany położenia więzów, gdyby chciał to zrobić brzytwą. Lepiej trzymać się planu; poza tym, na koniec zostawił najlepsze.
Snape wziął w dłoń giętki worek, ściskając lekko, by przetoczyć jądra, czując ich wagę. Black wydał przez nos sapiący odgłos; nie do końca krzyk, z pewnością nie coś, co przyznałby, że było błaganiem. Jednak gdy Snape uniósł brzytwę, Black podjął próbę wyszarpnięcia więzów z wezgłowia, czemu towarzyszył bardziej wyrazisty dźwięk; Snape wiedział, że większość z nich zmieni się we wściekłe przekleństwa, ale usłyszał w nim również panikę. Stał, trzymając w dłoni ciężką – i owłosioną – mosznę mężczyzny, z brzytwą trzymaną centymetr od niej, czekając, aż szarpanie ustanie.
Kiedy to nie stało się w ciągu paru chwil, wzruszył mentalnie ramionami i przyłożył brzytwę do luźnego ciała, używając kciuka i palca wskazującego, by rozciągnąć jedno sprężyste jądro i przysunął odsłoniętą krawędź brzytwy do powierzchni. Black zamarł, dysząc, jego pierś falowała, ale reszta była nieruchoma – całkiem nieruchoma. Snape uśmiechnął się i przeciągnął brzytwą po skórze, czując nieprzyzwoitą lekkość w sercu na jęk Blacka.
Praca nad tą wrażliwą powierzchnią zajmowała nieco czasu i Snape właśnie to robił, przesuwając i rozciągając każdy kawałek skóry jąder Blacka, żeby brzytwa mogła pracować w tych małych przesunięciach, aż do ostatniego włoska. Te, które rosły tuż przy podstawie, blisko krocza, były najłatwiejsze, więc zostawił je na koniec, choć Black nie czuł się tak komfortowo z tym, że Snape mocno unosi jego mosznę w dłoni, by wykonać zadanie. Dokładnie na to zaprotestował. Snape postarał się pociągnąć go nieco mocniej.
Kiedy skończył, Snape nie czuł się wyczerpany wykonaniem tak obszernej i delikatnej procedury – pragnął więcej. Przesunął palcem w dół bezwłosej szczeliny Blacka, zadowolony widząc, jak została pobudzona do drgnięcia, a mężczyzna wydał z siebie odgłos.
- Łysy, jak w dniu, kiedy twoja matka się oszczeniła.
Zapach potu Blacka przysłonił lekki, mydlany aromat piany. Snape znacznie wolał piżmo tego pierwszego. Wzrastał przez cały czas, kiedy zajmował się jądrami Blacka, sprawiając, że Snape był coraz bardziej chętny by kontynuować swój program.
Palec Snape’a powędrował po gładko ogolonym, wyeksponowanym odbycie Blacka, głaszcząc, okrążając go, chcąc, by Black poczuł ten inwazyjny dotyk całym swoim rdzeniem. Chciał, że pragnął więcej, żeby chciał, by ten palec otworzył go tak schludnie, może żeby dołączył też do niego język. Jednak Snape nie spieszył się, przedłużając to bliskie-ale-nigdy-dość-bliskie pieszczenie, aż do kiedy w końcu pozwolił czubkowi palca wsunąć się dokładnie w dziurkę, ledwo do środka, i mógł poczuć, jak Black sztywnieje i zobaczyć, jak kąt członka Blacka staje się jeszcze bardziej ostry, twardniejąc bez jakiegokolwiek dotyku, jądra podciągają się w ich worku, gdy główka wynurza się ze swojej pochwy. A to wszystko bez dotykania go.
Nieco większa uwaga mogłaby dostarczyć interesujących wyników… zwłaszcza w przygotowaniu na to, co miało dalej nadejść.
Pozwolił Blackowi patrzeć, jak się pochyla, wyciąga język w kierunku tego pomarszczonego otworu, ciesząc się skoncentrowanym zapachem męskiej rui – był pewny, że Black poci się jeszcze mocniej, obserwując go – i zastąpił palec koniuszkiem języka, wsuwając go do środka kanału Blacka. Nie przegapił jego jęku, ani tego, w jaki sposób dziura zacisnęła się wokół jego języka. Idealnie.
Jego dłonie uniosły się, by złapać boki tyłka Blacka i zaczął jeszcze gorliwiej otaczać dziurkę, uwielbiając każdy dźwięk, który wydawał z siebie drań, kiedy się w niego zagłębiał. Mokry język zajmował się pomarszczoną skórą i wnętrzem, a Snape wyobrażał sobie, jak wkrótce wciśnie własnego twardego kutasa do chciwej szpary Blacka oraz dźwięki, które z siebie wyda, bez względu na to, jak Black nienawidzi tego, kto mu to wszystko robi.
W końcu odsunął usta, ale tylko po to, by przesunąć się w stronę jąder Blacka, trącając je nosem u podstawy, po czym wciągnął każde jądro pojedynczo w usta, przetaczając je językiem, czując, jak drgają w mosznie, podciągając się wyżej pod z-powrotem-twardym-jak-skała członkiem.
Co oznaczało, że to czas na kolejną niespodziankę. Snape miał w dłoni uprząż na członek w momencie, gdy po nią sięgnął i zatrzasnął ją najpierw wokół członka, po czym zabezpieczył paski, które okrążyły i rozdzielały jądra. Black chrząknął, starając się odsunąć, ale uprząż była na miejscu, zanim mógł stracić erekcję. Snape zacisnął główny pasek jeszcze mocniej.
- No i jest. Nie podobałoby mi się to, gdybym stracił twoje zainteresowanie, gdy tylko będzie ci jeszcze lepiej. – Snape sięgnął i chwycił zaciski na sutkach Blacka, po raz kolejny je okręcając. Wycie Blacka było zduszone, ale szkarłatna erekcja w ogóle nie opadła.
Snape uniósł pudełko, które zawierało prostą brzytwę i wyjął smukły mandryn* z jednej z przegródek. Był tak długi, jak dłoń mężczyzny, wykonany ze stali i zwężający się ku końcowi, gdzie zakończony był małym, okrągłym supełkiem.
Czy powinien powiedzieć Blackowi, do czego się to używa? Dlaczego nie. To doda oczekiwania.
- Wiesz, co to jest? – zapytał Snape, przytrzymując to bliżej, by Black mógł zobaczyć drobny obrys. – Małe, sprytne urządzenie, które ktoś wynalazł do czyszczenia kanału słuchowego z wosku. Stąd ten twardy supełek. – Odsunął się. – Mogłeś się domyślić, że to nie wejdzie do twojego ucha. Jednak mam na myśli inny, delikatny otwór.
Ku jego zaszczytowi, oczy Blacka były rozszerzone, a rozwścieczone warczenie zaczęło się, zanim Snape dotarł do słowa nie.
Ale nie mógł zrobić nic, poza bezsensowną walką i warczeniem, nawet nie stracił erekcji, dzięki użytecznej, małej uprzęży. Snape udawał, że jest głęboko skoncentrowany, kiedy unosił z brzucha sztywny członek Blacka, aż nie był skierowany w sufit, masując napletkiem w górę i dół. Poprowadził koniec mandrynu zakończony supełkiem w pojedynczym okrążeniu między nim a żołędziom, tylko dlatego, że mógł. Potem pozwolił supełkowi musnąć cieknący otwór, dając Blackowi możliwość wyrwania członka na wolność (to oznaczało, że Snape musiał chwycić mocniej), a potem, z główką członka ściśniętą między palcem wskazującym a kciukiem, Snape włożył pętelkę w otwór i obrócił ją raz, świadom dreszczu Blacka, ale braku dźwięku. Potem, wykonawszy małe ruchy, Snape wepchnął całą długość mandrynu w cewkę Blacka, zadowolony, że dłużej nie musi patrzeć na to, co robi, więc może zobaczyć każdy moment, kiedy szyja Blacka wygina się do tyłu, aż wygląda tak, jakby jego kręgosłup miał pęknąć, jego szczęka rozsuwa się i kundel dusi się własną śliną. Wycie było idealne.
 Zakręcił raz mandrynem, wyjął go kilka centymetrów i odwrócił ponownie. Black wciąż denerwował się, bardzo rozpaczliwie; to wystarczyło, by każdy obserwator zapłakał. Zamiast tego, Snape uśmiechnął się. Ta rzecz sprawiała, że czuło się tak, jakby ktoś wpychał piekący pręt w dół, aż do jego jąder. Snape sam tego próbował; nie ma sensu stosować tortury, jeśli się nie okaże, że jest to tak złe, jak sobie wyobrażał. Trzepnął koniec palcem, wzdychając z zadowoleniem, kiedy krzyk Blacka zabulgotał poza kneblem.
Uwalniając całkowicie członek Blacka – oszczędzając moment na podziwianie tego, w jaki sposób erekcja zakołysała się pod wpływem ciężaru sondy – Snape uniósł pasek Blacka, rozważając go. Dlaczego nie. Pozycja była zbyt dobra, by ją marnować. I zadał sobie tyle trudu, uwrażliwiając skórę Blacka goleniem.
Snape odsunął pas i uderzył tyłek Blacka całą długością, nie kłopocząc się, by zacząć delikatnie, ale zamiast tego ciesząc się głośnym trzaskiem w pokoju, kiedy uderzył, jękiem Blacka i czerwoną smugą, pojawiającą się na jego skórze. Uderzył ponownie; nie potrzebował skupiać wiele uwagi na swoim celu; wystawiony tyłek Blacka nie mógł zostać przegapiony w tej pozycji i nie został, jakby Snape bał się uderzyć w coś bardziej bolesnego. Jak jego jądra. Tak, były w niebezpieczeństwie, prawda? Dobrze.
W kółko huśtał paskiem, początkowo w przypadkowym wzorcu, przewidując, że chce okryć wszystko, ale potem zdecydował, że przyjemniej będzie uderzać w jeden obszar na tyle długo, aż Black sam będzie się ruszał, starając się uniknąć coraz boleśniejszych uderzeń w jeden cel. Wybrał miejsce na najniższej krzywiźnie pośladków, przy połączeniu z udami i skoncentrował się, by zmienić je w szkarłat. Wywołało to całkiem pożądany efekt, ponieważ Black wkrótce próbował wykręcić się od ciosów, dociskając mniej sponiewierane ciało do paska. Musiał wiedzieć, że to nie pomoże, ale to nie powstrzymało go przed potrzebą poruszenia się. Snape cieszył się pokazem i przez dłuższą chwilę pręgował to samo miejsce, nie dbając o to, że od czasu do czasu moszna Blacka brała udział w ciosie – to tylko sprawiało, że poruszał się energiczniej, co było całym senesem.
W końcu – kiedy Black wydawał się poddać wyczerpaniu, a jego jęki wciąż były tak głośne, ale jego walka była mniej dramatyczna, pomimo niemal karmazynowego koloru tej części ciała – Snape poddał się i uderzył paskiem po całej powierzchni tyłka i ud Blacka, nie spodziewając się, że będzie miał dość cierpliwości, by cała skóra przybrała ten odcień karmazynu – był skłonny wypieprzyć drania – ale nie chciał zostawić czegoś nieoznakowanego. Black teraz dyszał, nie zabierając wiele głosu, ale wciąż zbyt mocno go bolało, by siedział cicho. Snape wydobył z niego więcej dźwięków, przerywając, by poruszyć mandrynem albo jednym z zacisków.
Zanim upuścił pasek, Snape dłużej nie rozpoznawał na powierzchni pośladków Blacka jakiegokolwiek odcieniu związanego z ludzką skórą. Szczególnie ucieszył się z rozkwitających purpurowych siniaków, które miejscami przebijały się przez czerwień.
Bezwonny olej, który już miał przygotowany – Snape nie chciał, by cokolwiek maskowało zapach męskiego potu i podniecenia – był tylko nieco chłodny w jego dłoni i ogrzał się, gdy rozsmarował go po swoim opuchniętym, lepkim członku. To, z jakim zainteresowaniem podążał każdym krokiem swojego postępowania było na tyle intensywne, że powstrzymało go od wybuchu przez cały ten czas – co zrobiłby przynajmniej tuzin razy, gdyby nie miał tak jasno sprecyzowanego planu, którego nie chciał skrócić. Nawet dźwięk szlochającego Blacka pod jego fiutem, który wpychałby się w jego dziurę, nie wystarczyłby, żeby doszedł przed zrobieniem tego, co chciał. Snape nawet nie rozważał użycia eliksiru, który by to przedłużył. Po co, do licha?
Choć nie musiał używać kciuków do otworzenia wejścia Blacka – szeroko przytrzymujące go więzy zrobiły to za niego – rozkoszował się wciskaniem paznokci w obolały tyłek Blacka. Miał wiele oleju; nie miał powodu przygotowywać go palcami. Wciąż kontrolując swoje własne pożądanie, obserwował z zainteresowaniem, jak drgające wejście otwiera się na niego, gdy jego cieknący członek wsuwa się do środka, jak rozszerza się, kiedy wpycha się do wnętrza. Wziął kciuki, kiedy główka wślizgnęła się do środka, dłonie przeniosły się, by chwycić pośladki Blacka – ściskając umęczone ciało – i obserwował, jak powoli pcha biodrami, nabijając na siebie Blacka na całą żyłkowaną długość naoliwionego członka.
Spojrzał na twarz Blacka. Dostrzegł, że też go obserwuje. Jak miło.
Wbijając palce – paznokcie – w każdy pośladek, rozkoszując się jękiem, który sam wywołał, Snape przeciskał się przez ciasny kanał Blacka, czując, jak pierścień mięśni chwyta coraz wyżej jego członek, aż w końcu oplata podstawę, a jądra Snape’a są wciśnięte bezpośrednio w szczelinę tyłka Blacka. Westchnął, poruszając dłonią i po raz kolejny okręcając mandryn wciśnięty w cewkę moczową Blacka, kilka razy przesuwając nim w górę i w dół, by poczuć, jak odbyt Blacka zaciska się za każdym razem. To była przyjemność, której nie da się kupić, czy sprzedać, szczególnie w towarzystwie mokrych, zdławionych dźwięków, dochodzących z gardła mężczyzny.
Snape nie wyjął mandrynu, ale zdecydował, że na chwilę zostawi go w spokoju. Wepchnąwszy go z powrotem do środka, wycofał członek z tyłka Blacka na kilka centymetrów, starając się znaleźć właściwy kąt, by musnąć jego prostatę. Tu, pomyślał, kiedy się ustawił; ponownie pchnął, poczuł, jak odbyt Blacka się kurczy i był pewny. Więc tylko tego potrzebował.
Nie potrzebował się rozpraszać, gdy już ustanowił; musiał po prostu obserwować twarz Blacka. Twarz mężczyzny nie była tak czerwona, jak jego tyłek, ale była ciemna jak opalenizna i ociekała potem. Snape miał nadzieję, że część z tego to łzy, ale nie mógł być pewny. Obserwował znaki, że uderza w prostatę Blacka, raz za razem, wyciągnął jedną rękę i przeniósł ją z powrotem na członek, zataczając kółka po purpurowej żołędzi, ostrożnie omijając przeszkodę, która z niej wystawała. Chociaż nie mógł sobie wyobrazić, by twarz Blacka wyglądała na bardziej nieszczęśliwą, niż teraz, Snape pomyślał, że dostrzega coś w sposobie, w jaki marszczy brwi, różniącym się od wszystkich wyrazów nieszczęścia i gniewu, które miał na twarzy od kiedy więzy przywiązały go do łóżka. Snape zwiększył ruchy dłoni, przyspieszył tempo bioder.
Jego nagła potrzeba ciągłego dochodzenia sama go zaskoczyła. Zwalczył ją. Nie jeszcze, nie jeszcze, zdecydowanie nie jeszcze. Skupił się na pieprzeniu tyłka Blacka, wpychając główkę członka w jego prostatę, wykorzystując to rzetelne centrum przyjemności.
Dźwięki Blacka zbiegały się z tymi pchnięciami; Snape się nie mylił. Wciąż pieścił zarówno jego członek i jądra, kiedy druga jego ręka podążyła do przodu, by rozwiązać pasek jedwabiu i wyciągnąć ociekającą piankową piłkę z ust Blacka. Black zawył, niezdolny jeszcze do mówienia, a ślina natychmiast spłynęła po jego brodzie. Snape ponownie wepchnął się w niego, mocno.
- Achhhh! – krzyknął Black. – Ty piep-pieprzony draniu, wyjmij to, wyjmij to!
Snape wiedział, że nie odnosił się do jego członka.
- Zaraz dojdziesz, prawda, Black? – powiedział z kolejnym pchnięciem. Nie miało znaczenia to, że Black tak naprawdę nie błagał go, by kontynuował. To było więcej, niż wystarczające – była rozkosz. Szarpnął napletek Blacka, przesuwając go w górę i w dół w tym samym czasie, gdy wsuwał swojego własnego członka w krótkim, szybkim rytmie głęboko w tyłek Blacka, słysząc, jak mężczyzna warczy przez zęby, próbując trzymać je zaciśnięte, starając się milczeć, a więc i pozbawić Snape’a jakiejkolwiek więcej satysfakcji.
Ale i tak przegrał tę walkę. Black niemal zawył, kiedy sperma wysączyła się przez przeszkodę w jego członku, zwalczając ten torturowany kanalik, by uciec w niechlujnych, krótkich strugach, skrapiając główkę jego prącia i dłoń Snape’a, która kontynuowała poruszać się, by wysączyć kropelki z niego, aż już więcej nie mogło ich być – zajęło to więcej niż minutę.
Niemal jako refleksja, zdecydował, że mógłby pozwolić sobie teraz dojść. Przed tym, nie pozwolił sobie myśleć o zrobieniu czegoś więcej, niż dojściu w tyłek Blacka, pieprząc go – wierzył, że będzie w stanie się powstrzymać, aż nie zmusi Blacka do przeżycia swojego własnego rozdzierającego orgazmu, ale nie był tak arogancki, by myśleć, że w stanie doświadczyć czegoś znacznie więcej. Ale teraz wyciągnął swojego członka z przytulnego kanału Blacka, owinął go ręką – wciąż była pokryta sokami Blacka – i stanął dokładnie przy wezgłowiu łóżka.
Ze swoim członkiem unoszącym się niedaleko ust Blacka.
- Chcesz, żebym to wyjął? Teraz? – Oczy Blacka nie były zamknięte, nawet jeśli Snape podejrzewał, że naprawdę nie widzą, tak jak jego dyszące usta. – Mogę to zostawić tam na cały dzień, Black. Zrobię to. Chcesz, żebym to wyjął?
- Tak! – krzyknął. – Tak, ty pierdolony pojebie! Pieprzona kupo gówna, wyjmij to!
- Więc wiesz, czego chcę. Ssij mnie, ale zrób to dobrze, a od razu to wyciągnę. Spróbuj ugryźć, a zastąpię mandryn swoją cholerną różdżką; przysięgam ci to. – Pchnął biodrami i członkiem o wiele bliżej ust Blacka. Black mógł go dosięgnąć, jeśli by uniósł głowę.
Na początku tego nie zrobił. Ale zajęło mu to znacznie mniej czasu, niż Snape miał nadzieję.
Snape nagle odsunął się.
- Nie. Myślę, że musisz zarobić sobie na tą szansę, gdy to przemyślałem. – Snape uniósł pokrytą nasieniem dłoń i sięgnął nią między swoje nosi, rozsmarowując spermę po własnym odbycie, po czym uniósł nogę na łóżko. Musiał dać nura pomiędzy więzy zabezpieczające nogi, ale wkrótce przykucnął nad twarzą Blacka. – Liż, kundlu. Wyliż do czysta swoje własne, brudne nasienie i jeśli będę zadowolony, wtedy będziesz mnie ssał. Nie wcześniej. – Nie zadawał sobie trudu, by powtórzyć jakąkolwiek groźbę albo formować nową.
Język Blacka, kiedy w końcu zaczął lizać jego odbyt, był najsłodszą rzeczą, jaką mógł sobie wyobrazić. Język Blacka był jak chłodna woda w gorący dzień, był momentem, gdy człowiek dowiaduje się, że jest czarodziejem, był niczym pierwszy lot na miotle. Język Blacka był pieprzonym niemowlęcym gruchaniem i pocałunkiem ukochanego, i cielesnym patronusem w jednym.
Snape zmusił go do kontynuowania tego dłużej, niż się spodziewał, biorąc pod uwagę fakt, że następne na liście było ssanie jego członka, ale ostatecznie jego jądra ponownie zaczęły protestować i okręcił się, by Black mógł wziąć jego członek w usta i ssać. Nie obyło się bez ryzyka – jeśli Black wybrałby ugryzienie, Snape byłby w poważnej agonii, zanim mógłby rzucić zaklęcie uzdrawiające, niezależnie od zemsty na cewce moczowej Blacka. Jednak Snape nie miał zamiaru rzucać zaklęcia, które mogłoby powstrzymać Blacka przed gryzieniem; chciał, żeby Black przypominał sobie, że miał w tej sprawie wybór. I Black nie ugryzł, a ten cudowny język pieścił spód członka Snape’a, usta rozciągały się wokół niego w doskonale poniżającym okręgu i pracowały nad orgazmem Snape’a tak szybko, jak to możliwe, chwytając ustami, otulając – Snape nie próbował zmusić go do zwolnienia, za bardzo potrzebując dobrego, mocnego orgazmu i nie będąc w stanie myśleć o czymkolwiek innym, ani przedłużać to jeszcze bardziej.
Miał jeszcze na tyle rozumu, by wycofać się tuż przed dojściem i strzelić nasieniem w twarz Blacka. A Black nagrodził go, wyglądając na zaskoczonego, mały drogi skurwysyn.
Nie opadł na łóżko, świadomy tego, że mogło to wystawić na próbę wytrzymałość Blacka, pomimo obietnicy, że wyjmie mandryn. I wyjął go, natychmiast, nawet nie wykręcając go po drodze. Black zobaczy, że Snape dotrzymuje obietnic.
W tym tą, którą właśnie skończył spełniać.
Stanął z dala od łóżka i wymamrotał zaklęcie, by usunąć więzy przytrzymujące Blacka w łóżku – nie zniknęły jednak z kostek i nadgarstków Blacka. Te trzymały Blacka z dala od animagicznej formy – drań mógł je zrzucić z siebie, gdy dotrze ba przyjazne terytorium i dostanie swoją różdżkę.
Pokryty potem i nasieniem Black nie mógł od razu się podnieść. Jednym ramieniem otarł twarz, kiedy próbował się podnieść, ale jego nogi poddały się, kiedy wstał z łóżka i musiał użyć jego krawędzi, by się podciągnąć do pionu.
Snape uniósł w niego różdżkę. Black, naturalnie, wyglądał jakby miał wyskoczyć, jak kundel, którym był, niezależnie od skóry, którą nosił.
- Spróbuj tylko – powiedział Snape. – Nie masz różdżki. Jeśli cię pokonam, włożę cię z powrotem do tego łóżka i spróbujemy ponownie. Jeśli wyjdziesz, pozwolę ci na to i będziesz mógł lizać rany i planować swoją cholerną zemstę. Jestem całkiem pewny, że nie przemyślisz tego, choć ja, choć raz, myślę, że właśnie popełniłem błąd w obliczeniach tego, ile mi jesteś winny przez te wszystkie lata. – Nie powiedział, pomyślał to. Chciał, żeby Black wyszedł.
Choć nie wątpił, że Black będzie planował zemstę, Snape wiedział też, że Black nie mógł zrobić czegoś, co mogłoby zmodyfikować wspomnienie tego, co Black właśnie przeżył. Przeżył i koniec.
Ale nawet po tym, jak drzwi zatrzasnęły się za Blackiem, różdżka Snape’a pozostawała skierowana dokładnie w nie przez długie minuty.
Kiedy w końcu opadła do jego boku, ta ręka była pewna.
Black będzie się mścił.
Być może nawet Snape nie umiał się tego doczekać.



*Mandryn – metalowy drucik, stosowany w medycynie, np.: do wenflonu, rurek do punkcji itp. (biol-chem pozdrawia XD)

niedziela, 5 listopada 2017

NDH - Rozdział 52


Podczas gdy Harry wszedł w ostatnie tygodnie swojego pierwszego roku, Snape zdecydował się zorganizować bardzo potrzebne odwiedziny. Chciał uniknąć opuszczania Hogwartu pod koniec semestru, kiedy nie tylko Harry, ale wszyscy uczniowie będą w podekscytowanym stanie, a jego praca Opiekuna Domu i nauczyciela eliksirów osiągnie szczyt. To oznaczało, że lepiej pójść wcześniej, niż później, a szczerze mówiąc, nie miał ani powodu, ani ochoty tego odkładać. Wysłał sowę Harry’ego z listem i nie był zaskoczony, gdy otrzymał zwięzłe zaproszenie w odpowiedzi.
- No, no, Severus… co za zaskoczenie – wycedził Lucjusz Malfoy, gdy nauczyciel przeszedł przez fiuu i w wyznaczonym czasie stanął w gabinecie Lucjusza. – Co sprowadza cię do mojej skromnej siedziby?
Snape przewrócił oczami na fałszywą skromność Lucjusza. Dwór Malfoyów nie był bardziej skromny niż jego właściciel.
- Zakładałem, że zechcesz ze mną porozmawiać.
Lucjusz zmarszczył brwi.
- O czym?
- O zniszczeniu twojego małego planu, by przetestować Pottera.
Oczy Lucjusza jeszcze mocniej się zwęziły.
- Jakiego testu?
Snape westchnął i usiadł, nie czekając na zaproszenie.
- Pamiętnik, Lucjuszu. Musimy grać w te nużące gierki? Prosisz, żebym uwierzył, że Mroczny artefakt po prostu pojawił się w szkole w tym samym czasie, gdy musiałeś porozmawiać z Dumbledorem?
Lucjusz uśmiechnął się ironicznie.
- Och, mój drogi! Mroczny artefakt w Hogwarcie? Nie słyszałem nic o tym. Czy jakiś biedny, mały Gryfon został mocno ranny? Może sam drogi Harry?
- Nie, nie usłyszałbyś o tym, ani cała reszta ludzi też. Nie ma powodu, by rozprzestrzeniać panikę teraz, gdy artefakt został zupełnie zniszczony.
Tym razem Lucjusz nie potrafił zamaskować zaskoczenia.
- Potter zniszczył Dz… Mroczny artefakt, o którym wspominałeś? – próbował ukryć swoje potknięcie.
- Na litość Merlina, Lucjuszu, musisz zrozumieć, że nie jesteś tak inteligentny, jak lubisz udawać – warknął Snape. – Naprawdę wyobrażałeś sobie, że nie zorientuję się, że dziennik, który należał do Czarnego Pana, kiedy ten był chłopcem, musiał przyjść od kogoś z Jego wewnętrznego kręgu? Albo że zapomnę, jak się chwaliłeś, że twój dwór posiada jedną z największych kolekcji Mrocznych artefaktów w Europie?
- Nie, żebym cokolwiek przyznawał – odparł ostrożnie Lucjusz, myśląc szybko, – ale co dokładnie stało się z tym przedmiotem?
- Został zniszczony, wraz z Nagini i zwierzakiem Salazara Slytherina, który został wybudzony z hibernacji.
Ostre ogłoszenie zniszczyło jakąkolwiek nadzieję, że Malfoy zamaskuje swoje uczucia. Popatrzył na Snape’a, zszokowany.
- Nagini nie żyje?
Snape pociągnął w dół swój wysoki kołnierz, ukazując leczące się znaczki od kłów.
- Przyszła po mnie. Harry zaprotestował.
Lucjusz przełknął ślinę. Głośno.
- Ona… ty… i chłopak uratował cię?
- Tak. A potem ruszył do Komnaty Tajemnic Slytherina, gdzie Dziennik i bazyliszek zostali zniszczeni. Nawiasem mówiąc, wszystko przed kolacją.
Lucjusz nawilżył wargi. Może  mimo wszystko to, że bachor Pottera pokonał Czarnego Pana nie było takim szczęśliwym trafem. Podszedł i wlał nieco ognistej whiskey do szklanki.
Snape pochylił się.
- I Lucjuszu, żeby było jasne, nie doceniam twoich małych gierek.
Malfoy zdołał parsknąć.
- Od kiedy obchodzi mnie to, czy coś doceniasz? – Ale szybkość, z jaką przełknął whiskey przeczyła jego aroganckiemu tonowi.
Snape zignorował kpinę.
- Co więcej, stajesz się niechlujny. Żeby zostawić Dziennik, żeby ktokolwiek go wziął?
Lucjusz wzruszył ramionami.
- Nie mój problem. Upewniłem się, że Draco wie dość dużo, żeby nie dotykać niczego podejrzanego.
- Nie wszyscy twoi sprzymierzeńcy byli tak ostrożni w wychowywaniu ich potomstwa – powiedział jedwabiście Snape, odchylając się na krześle. – Myślę, że Parkinsonowie mogą chcieć wiedzieć, jak Pansy weszła w posiadanie Dziennika, który niemal wyssał z niej magię i duszę.
Lucjusz niemal upuścił karafkę.
- Córka Parkinsonów go znalazła? Ale położyłem go… - urwał nagle.
- Mówiłem z nią, Lucjuszu. Wiem, gdzie go położyłeś, ale byłeś niechlujny. Nie upewniłeś się, kto będzie twoją ofiarą, a jedna z moich uczennic zapłaciła cenę za twoje niedbalstwo.
Głowa Malfoya szarpnęła się dumnie.
- Myślisz, że mnie to obchodzi? Parkinson może być, można powiedzieć, kolegą – ale raczej nie jest potężnym czarodziejem. Nie boję się jego gniewu. Powiedz mu to, jeśli chcesz.
Snape przyjrzał się jego złączonym w wieżyczkę palcom.
- Czystokrwiści zawsze tak interesują się rodowodem. Jak myślisz, kim jest babka Pansy od strony matki?
Lucjusz wzruszył ramionami, całkowicie obojętny.
- Jakaś czystokrwista… upewniłem się, zanim rozważyłem ją jako żonę dla Draco. Thistlethwaite, prawda?
- Tak. I wnuczka Anny Lucii Emilii Borgii.
Czekał.
Nastąpiła wyraźna pauza, po czym:
- Jedna z TYCH Borgiów? – zapytał słabo Lucjusz.
- Tak… jak rozumiem, są blisko z rodziną z Włoch i również bliżej spokrewnieni z de Medicis. – Snape posłał mu kpiące spojrzenie. – Oczywiście, wiedziałeś o tym o wiele lepiej niż ja.
Lucjusz zdołał odzyskać swoją zuchwałość.
- Więc? Wiem, że lepiej nie padać ofiarą trucizny.
Snape wyglądał nieco figlarnie.
- Dlaczego wyobrażasz sobie, że ty byłbyś celem, Lucjuszu? Z pewnością Borginsowie, biorąc pod uwagę fakt, że niemal zabiłeś córkę ich rodziny, podczas jej nauki w Hogwarcie, ich logicznym wyborem byłby…
- Draco! – Teraz Lucjusz był autentycznie przerażony. Dla niego jedno to wykrycie eliksiru poza osłonami dworu – co innego dla Draco bycie bezpiecznym bez doświadczenia ojca i ochronnych zaklęć dworu.
Snape obserwował to z satysfakcją. Malfoy był typowym czystokrwistym rodzicem. Był surowy, odległy, powściągliwy i mógł spoliczkować i dać lanie, jeśli wierzył, że jego syn nie żył według jego wysokich standardów. Miał też wybuchowy temperament i najwyraźniej jego syn nauczył się go bać. Ale mimo tego wszystkiego, kochał Draco i nie tylko z powodu przedłużenia rodzinnej linii.
Snape przypomniał sobie dumę Lucjusza, gdy narodził się Draco – mężczyzna był tak bliski soczystego, szerokiego uśmiechu, jak jego aroganckie cechy mu na to pozwalały, kiedy pierwszy raz trzymał niemowlaka, a Snape był całkiem świadom, że mimo wszystkich swoich wad, jako rodzica, Lucjusz ubóstwiał chłopca. Oczywiście, przylgnął do kodeksu czystokrwistego, który nalegał, że jakiekolwiek okazanie emocji – nawet rodzicielskiej miłości – było niegodne, więc miał tendencję demonstrować swoją miłość przez dobra materialne, surowe komentarze i używanie kapcia, by pokazać niezadowolenie, zamiast Crucio, którego preferował jego własny ojciec.
Snape wiedział, że tyłek Draco, po karach, był naznaczony i szczypał, ale był daleki od płaczącego, drżącego wraku, którym był Lucjusz po tym, jak zajął się nim jego ojciec. Poza tym, klapsy, które dawał Lucjusz Draco nie były tak straszne, ani tak częste, jak lanie, które Harry otrzymywał z rąk swoich mugolskich krewnych, choć wciąż były na tyle okropne, by Draco czuł strach na myśl o rozgniewaniu ojca.
Snape pogardliwie pociągnął nosem. Najwyraźniej mężczyzna nigdy nie słyszał o pozytywnym motywowaniu!
Pomimo swoich licznych wad, Lucjusz kochał syna, a to była jego największa słabość. W związku z tym, Snape uderzył prosto w czułe miejsce.
- Słyszałeś, że Borginsowie utrzymują, że wynaleźli co najmniej dziewięć niewykrywalnych, potwornych eliksirów, które są odporne na działanie bezoaru? Oczywiście, ci cali Włosi są dość przebiegli. Nie byłbym zaskoczony, że rzeczywista ilość tych eliksirów była nawet większa.
Jak przewidywał, Lucjusz szybko skapitulował.
- W porządku, do cholery! Wyraziłeś swoją opinię. Czego chcesz za milczenie?
Zamiast odpowiedzieć na pytanie, Snape zadał kolejne. To była niebezpieczna część. Jeśli nie dostanie odpowiedzi takiej, jakiej szukał, będzie musiał zobliviatować Malfoya albo go zabić. Wciąż nie był pewny, co byłoby lepszą opcją na dłuższą metę.
- Wiesz, co to horkruksy?
Lucjusz zamrugał.
- Co takiego?
- Opowiedz mi o swoich długoterminowych planach, Lucjuszu. Kiedy dołączyłeś do Czarnego Pana i zostałeś członkiem Jego wewnętrznego kręgu, czy przypuszczałeś, że któregoś dnia odziedziczysz tron po Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać? Że możesz zostać następcą Czarnego Pana albo będziesz w stanie przygotować tą pozycję dla Draco?
Lucjusz zastanowił się, ale ostatecznie nie widział powodu, by nie odpowiadać na pytanie.
- Tak. Dlaczego nie? Kto inny miałby utrzymać taką pozycję? Szalona Bella? Carrowowie, którzy praktycznie dzielą między sobą jeden mózg?
- Czarny Pan jest nieśmiertelny – powiedział mu brutalnie Snape. – Używał horkruksów, by upewnić się, że nie może zostać zabity w normalnym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie umrze, więc nie będzie potrzebował dziedzica. Ani ty, ani twoja rodzina nie będziecie rządzić światem, ale będziecie niewolnikami Czarnego Pana na wieczność. Dumny Róg Malfoyów – kpił, – wiecznie płaszczący się przed niechcianym synem mugola.
Lucjusz był zbyt zdezorientowany, by zaatakować Snape’a za bluźnierstwo. Jeśli Mistrz Eliksirów wiedział, o czym mówił – a Snape miał paskudny zwyczaj miewać rację – to wspieranie Czarnego Pana nie było drogą do władzy, której tak długo poszukiwał. Raczej to doprowadzi do szybkiej śmierci, jeśli Potter uśmierci Voldemorta, a następnie zaatakuje jego zwolenników, albo tego ociągającego się, a jeśli nieśmiertelny Voldemort uśmierci Pottera, to będzie traktował Crucio i Avadą wszystkich dookoła niego przez następne milenium lub dłużej. Wcześniejsza służba Malfoya wykazała, że lojalność była koncepcja Voldemortowi obca, a dzięki niemożliwie wysokim standardom Czarnego Pana i całkowitej nietolerancji na porażkę, jego zwolennicy czuli jego gniew znaczenie częściej i boleśniej niż ktokolwiek inny.
Jeśli Voldemort był naprawdę nieśmiertelny – albo próbował być – to mogło wyjaśnić, dlaczego zawsze mamrotał o tym, że Potter jest Wybrańcem. Nic dziwnego, że Voldemort bał się go, nawet jako niemowlaka, bardziej niż aurorów i Ministerstwa. Żeby wygrać z niepokonanym wrogiem potrzebował proroctwa, nieprawdopodobny bohater ze specjalnymi mocami… kompletny pakiet, jako określenie mitów i historyjek. A Harry Potter z pewnością pasował do tego rachunku, co wzmacniało siłę stwierdzenia Snape’a.
I jeśli te twierdzenia były prawdą… Nagle Lucjusz zaczął czuć się przytłoczony sentymentem do obecnego systemu. Ministrowie byli stale głupi i posłuszni, a on nie przewidywał żadnych trudności w pozostawieniu mocy za tronem. I jednego dnia, jeśli on – albo Draco – zmęczy się tą rolą, co go powstrzymywało, by zostać samemu Ministrem? A nie marionetkowym Ministrem pod władzą niezniszczalnego Czarnego Pana, ale samodzielnym, Mrocznym i potężnym Ministrem działającym na własną rękę. To zdecydowanie miało większy urok niż granie pachołka – nawet pierwszego pachołka – do rozchwianego półboga.
Malfoy przełknął ciężko.
- A jeśli zdecyduję się z nim zerwać? Gwarantujesz bezpieczeństwo moje i mojej rodziny?
Snape posłał mu długie, kalkulujące spojrzenie.
- Nie daję ci gwarancji, szczególnie w odniesieniu do twojego własnego życia, ale obiecuję, że zrobię wszystko, co mogę, by ochronić twojego syna i utrzymać go z daleka od uchwytu Czarnego Pana.
Lucjusz był daleki od satysfakcji, ale wiedział, że to najlepsze, co mógł dostać.
- Dobra. Wchodzę w to. – Nieświadomie potarł lewe przedramię i zadrżał ze strachu. Kara Czarnego Pana dla zdrajców była legendarna. Jeśli Voldemort ponownie urośnie w siłę, podpisał właśnie swój wyrok śmierci i prawdopodobnie zapewnił sobie likwidację całego Rodu.
- Doskonale – powiedział chłodno Snape, nie pozwalając sobie ukazać radości. – A teraz, za cenę mojego milczenia…
- CO? – wybuchnął Lucjusz. – Czy nie przysięgłem ci wierności, ryzykując wszystko, co mam w życiu? A teraz chcesz więcej?
- Zachowaj swoją historyjkę dla kogoś, kto da się im przekonać. – Ton Snape’a był znudzony. – Oboje wiemy, że podjąłeś decyzję na podstawie własnego interesu. Nie oczekuj, że będę pod wrażeniem twoich wysiłków w naprawieniu bałaganu, który narobiłeś. Rzuciłeś się na najsilniejszą stronę i masz szczęście, że cię przyjmiemy.
Lucjusz zamrugał. Nigdy dotąd nie miał kogoś, kto byłby więcej niż niewolniczo wdzięczny za łaskawą pomoc. Knot praktycznie zmoczył się, kiedy Malfoy zgodził się poprzeć go jako Ministra. A teraz ten póółkrwisty facet o haczykowatym nosie mówił mu, że on ma szczęście?
 Niejasno, ofensywny ton Snape’a sprawił, że poczuł się lepiej. Mistrz Eliksirów widocznie zachowywał się, jakby jego strona z pewnością wygra, a już – w pewnym sensie – pokonali Voldemorta… Może on i jego rodzina przeżyją nieuchronny konflikt.
- W porządku – powiedział spokojniejszym tonem, – czego chcesz?
- W zamian za to, że nie ujawnię źródła pojawienia się Pamiętnika rodzinie Parkinson – odpowiedział Snape, – dasz mi swojego skrzata domowego, Zgredka.
Lucjusz wewnętrznie zinwentaryzował zawartość jego krypt i zastanawiał się, jak wiele mógł stracić bez wspominania o tym Narcyzie, a skromne żądanie Snape’a o skrzata domowego i to tego konkretnego, sprawiło, że jego szczęka po raz drugi tego dnia opadła.
- Zgredka? – powtórzył oszołomiony. – Dlaczego, do licha, o niego prosisz?
- Chcę go – nadeszła mało pomocna odpowiedź.
- Ale dlaczego? – zapytał Lucjusz tępo.
- Potrzebuję skrzata domowego. Ty jednego masz.
- Mam kilka – zaszydził automatycznie Lucjusz. – Ale dlaczego chcesz jednego z moich? Dlaczego nie kupisz sobie swojego własnego? Zgredek jako jedyny wie, jak dobrze zrobić moje koktajle i zawsze robi nam zapasy. Nigdy nie znajdę moich letnich szat bez… - Dostrzegł piorunujące spojrzenie Snape’a i zgodził się zrzędliwie. – Och, w porządku.
- Teraz.
- Dobra – nadąsał się Lucjusz. – Zgredek!
Mały skrzat domowy pojawił się z trzaskiem w pokoju i natychmiast skulił z daleka od swojego pana.
- Mistrz wzywał Zgredka?
Lucjusz spiorunował go wzrokiem.
- Właśnie oddałem cię profesorowi Snape’owi. Od tego momentu należysz do niego.
Oczy Zgredka rozszerzyły się jeszcze mocniej.
- N-należę teraz do pana Mistrza Eliksirów? – westchnął z niedowierzaniem.
- Tak – warknął z rozdrażnieniem Lucjusz.
- Idź do moich kwater w Hogwarcie i czekaj tam na mnie – rozkazał szybko Snape. Nie chciał, żeby obłąkany skrzat wypaplał coś niedyskretnego.
- Och, dobrze, panie Mistrzu Eliksirów! Zgredek już idzie! Zgredek jest…
- IDŹ! – Ryk Snape’a zabrzmiał ponad paplaniną skrzata i z piskiem, Zgredek zniknął.
Lucjusz uniósł brew.
- Wydaje mi się, że będziesz  w stanie nieźle poradzić sobie ze skrzatem domowym, Severusie – powiedział z mieszaniną zaskoczenia i aprobaty. – Przez te wszystkie lata źle cię oceniłem.
- Mmm. Niektórzy ludzie są bardziej spostrzegawczy niż inni – zauważył dosadnie Snape. – A niektórzy są lepiej dostosowani do realizowania planów niż tworzenia ich. Wkrótce będę w kontakcie z twoim pierwszym zadaniem.
- Zadaniem? – wypluł Lucjusz. – Jestem teraz twoim chłopcem na posyłki?
Snape przewrócił oczami.
- Po prostu uważaj się za szczęśliwca, bo już dłużej nie musisz nosić śmiesznego stroju albo całować splamionej szaty szaleńca. – Na prawdziwie uwłaczający wyraz twarzy Lucjusza, zmiękł. – Mogę obiecać, że to zadanie cię ucieszy. Możesz uciec się do swojego… dobrego smaku – zaoferował, rzucając Lucjuszowi znaczące spojrzenie.
- Och? – Lucjusz zaczął odzyskiwać animusz. Nawet bez powrotu Voldemorta, zdawało się, że będzie miał okazję torturować kilka osób. Wszystko wyglądało bardziej obiecująco. – Więc w porządku – zgodził się udobruchany.
Snape parsknął do siebie, kierując się w stronę fiuu. Nawyk Czarnego Pana do rzucania Crucio na podwładnych dla podłego posłuszeństwa nagle stało się dużo bardziej sensowne.
Wrócił do Hogwartu i sprawdził Pansy w ambulatorium. Dziewczynka spała, ale pani Pomfrey była pewna, że wyzdrowieje. Byli tam oboje rodzice i – jak Snape się spodziewał – byli wścieli.
- Kto jest za to odpowiedzialny? – krzyknął z furią pan Parkinson. – Sprawię, by marzył o tym, żeby nigdy się nie narodził!
- Chcę imię, profesorze Snape. – Pani Parkinson była cichsza, ale nie mniej straszna.
Snape rzucił wokół nich zaklęcie prywatności.
- Obawiam się, że obrażenia Pansy były spowodowane przez kogoś, kogo znacie… i komu służycie.
Krzyki Parkinsona urwały się z sapnięciem przerażenia. Mógł nie być zbyt bystry, ale nie był aż tak głupi.
- C-chodzi ci o Sam Wiesz Kogo? O-on powrócił? I zranił naszą córeczkę?
Snape wyglądał na pełnego współczucia.
- Potrzebował siły życiowej i czyjegoś magicznego rdzenia. Pansy była tym kimś – wyjaśnił, ostrożnie pomijając wielkie szczegóły historii.
- Ale jesteśmy czystej krwi! – niemal zawył Parkinson. – Nie powinien atakować nas! Popieramy go!
Wyraz twarzy Snape’a był pewnego rodzaju łagodnym zaskoczeniem.
- Nigdy nie byłeś obecny przy tym, jak Czarny Pan uznał za stosowne „udzielić nagany” jakiemuś swojemu zwolennikowi? – zapytał, wiedząc doskonale, że mężczyzna widział wiele takich przykładów.
Snape zwalczył śmiech na widok niedorzecznego przerażenia na twarzy Parkinsona. Dobrze, że Voldemort traktował swoich śmierciożerców z tak przypadkową brutalnością. Gdyby zarezerwował tortury dla mugolaków i mugoli, Parkinson nigdy by nie uwierzył w jego twierdzenia.
Twarz pani Parkinson skręciła się z wściekłości.
- Mówiłam ci, że on jest niestabilnym szaleńcem! – syknęła do męża. – Nikt nigdy nie wiedział, skąd się wziął! Jaki czystokrwisty w taki sposób ukrywałby swojego potomka?
- Ale powiedział, że jest Dziedzicem Slytherina – zaprotestował nędznie Parkinson. Jego świat zawalił mu się na głowę i kiepsko radził sobie z tym stresem. Wolał krzyczeć i rzucać klątwy na rzeczy, aż nie znikną. – Wszyscy myśleli, że jest Blackiem przez sposób, w jaki Bella się przed nim płaszczyła…
- Nawet Blackowie nie uprawiają takiego kazirodztwa! – splunęła zjadliwie pani Parkinson. – A jeśli Blackowie byli potomkami Salazara Slytherina, nie sądzisz, że chwaliliby się tym przez ostatnie dziesięć wieków?
- Och, nie wiecie? – Ton Snape’a był całkiem niewinny. – Czarny Pan jest dzieckiem mugola i ostatniej z Gauntów. Meropa użyła eliksiru miłosnego, by złapać w sidła swojego męża i to ona była spokrewniona ze Slytherinem.
- Eliksir miłosny! – Twarz pani Parkinson zamarła z pogardy. – Jaka kobieta używa eliksiru miłosnego?
- Prawdopodobnie była szalona – zaproponował pomocnie Snape.
- To jest twój wybawca? – Pani Parkinson odwróciła się do swojego męża. – Półkrwi? Wytwór szalonej wiedźmy, zbyt słabej, by złapać męża w pułapkę bez mrocznych sztuczek? Ktoś, kto poświęca dzieci swoich własnych lojalnych wyznawców?
- J-ja… - Parkinson popatrzył bezradnie na wynędzniałą, białą twarz swojej własnej córki. – Nie wiem.
- Poprosimy moją rodzinę o pomoc – powiedziała mu pani Parkinson tonem, który nie pozwalał na kłótnię. – Nie będę służyć temu… - wyrzuciła z siebie włoskie przekleństwa.
Przez kilka chwil Snape słuchał z podziwem, po czym powiedział łagodnie:
- Sądzę więc, że będziecie zainteresowani sprzymierzyć się z grupą poświęcającą się ostatecznemu pokonaniu Czarnego Pana?
- Nie z tymi cholernymi idiotami z Zakonu! – Parkinson momentalnie zdołał dojść do siebie. – Są tylko bandą pieprzonych Gryfonów!
Snape spiorunował go wzrokiem.
- Czy ja wyglądam na Gryfona?
Pani Parkinson uniosła brew w stronę męża, uciszając go.
- Proszę wybaczyć, profesorze. Teraz rozumiemy, dlaczego zaakceptował pan opiekę nad bach… chłopakiem Pottera. Żałuję, że tak wolno zrozumieliśmy pana strategię. Oczywiście, może pan liczyć na nasze poparcie, a także rodziny mojej matki. – Pochyliła dumnie głowę.
- Żaden z Mistrzów Eliksirów nie jest nieświadomy umiejętności pani rodziny – odpowiedział uprzejmie Snape. – Miło mi powitać takich sojuszników.
- Moja rodzina też jest potężna – zauważył nieco zazdrośnie Parkinson.
Jego żona przewróciła oczami.
- Tak, oczywiście odnosiłem się do bogactw obu waszych rodzin – schlebił Snape.
- Niech pan nas wezwie, kiedy będzie pan potrzebował – doradziła pani Parkinson, po czym odwróciła się do swojej córki.
Snape wymienił z Parkinsonem skinięcia na pożegnanie, po czym opuścił ambulatorium. Zdołał powstrzymać się przed pocieraniem rąk z radości, ale w duchu był zadowolony. Jego plany działały wspaniale!
Skierował się do swoich kwater, mając zamiar uczcić sukces ognistą whiskey, jednak zatrzymał się w progu obróconego w ruinę salonu.
- Cześć, tato! – Harry pomachał do niego.
- Cześć, profesorze! – zawołała Hermiona Granger, a jej powitanie powtórzyli Ron Weasley, Draco Malfoy i Neville Longbottom.
Skrzat domowy dopadł do jego kolan i przytulił jego nogi z pasją.
- Oooooch, pan Mistrz Eliksirów jest w domu! Co Zgredek może przynieść dla wspaniałego pana Mistrza Eliksirów? Czy pan Mistrz Eliksirów chce herbaty?
Wykorzystując ogromne moce wewnętrznej dyscypliny, Snape zdołał zignorować natrętnego skrzata.
- Co tu się dzieje? – zapytał Harry’ego.
- Uczymy Zgredka grać w Eksplodującego Durnia – wyjaśnił niewinnie Harry. – Próbowaliśmy grać w Szachy Czarodziejów, ale nie podobało mu się to, jak kawałki na niego krzyczały.
- Tak! Wszystkie je zniszczyliśmy za to, że były niegrzeczne! – zarechotał Ron, wskazując na rumowisko stworzone z niedawno kosztownych szachów Snape’a, zanim złapał kolejną garść chipsów z jednej z wielu misek z przekąskami, zaśmiecających pokój.
- Próbowałem użyć Reparo, ale nie zadziałało dobrze – wyznał przepraszająco Neville, zerkając na trzy poszarpane poduszki teraz oparte o pozostałości szachów.
- Jak to możliwe, że Zgredek jest teraz pana, profesorze? – zapytał z ciekawością Draco. – Był mojej rodziny od, jakby, zawsze!
- Wie pan, profesorze, zniewolenie skrzatów domowych to straszna tradycja – powiedziała sentencjonalnie Hermiona. – Mugole zrezygnowali z niewolnictwa wieki temu.
Draco wydał z siebie niegrzeczny odgłos, dziewczyna odwróciła się do niego ze złością i nie minęła sekunda a już głośno się sprzeczali. Harry, Neville i Ron starali się pomóc i poziom decybeli wzrósł.
- Kawę cappuccino? Lemoniadę? Sok dyniowy? – Zgredek wciąż starał się zamówić napój od swojego nowego pana.
- WYSTARCZY! – ryknął Snape i natychmiast zapadła cisza. – Panno Granger, nie będę w tym momencie angażować się z panią w debatę nad etyką własności skrzata domowego, ale powinna pani wiedzieć, że przed zajęciem stanowiska lepiej zrobić konkretne badania. Natura więzi między czarodziejem a skrzatem domowym jest znacznie inna niż ta w mugolskim niewolnictwie. – Hermiona opadła, wyglądając na zamyśloną.
- Panie Malfoy, pana ojciec był mi winien dług, który spłacił tym skrzatem domowym. Sugeruję, by pan nie pytał w przyszłości o prywatne sprawy pana ojca i żeby pan uważał, żeby nie wymknęły się panu takie niechlujne przemówienia po powrocie do domu. – Draco zbladł i skinął głową.
- Panie Longbottom, proszę uprzejmie nie ćwiczyć swoich zaklęć na moich rzeczach. Ma pan przyjść do mnie po kolacji, by godzinę ćwiczyć Reparo pod moją ścisłą kontrolą. – Neville rozpromienił się. W końcu ktoś zamierzał dać jemu specjalne traktowanie.
- Panie Weasley, ponieważ wyraźnie przez kilka godzin zajadał się pan niezdrowymi przysmakami, chcę zobaczyć, jak zjada pan  podwójną porcję warzyw albo owoców przy każdym posiłku przez następny tydzień. – Twarz Rona wykrzywiła się, jakby miał zaprotestować. – Oczywiście, jeśli uważa pan, że pana apetyt nie podoła temu zadaniu, zawsze może pan obejść się bez deseru przez ten sam okres czasu. – Ron szybko zamknął usta i energicznie potrząsnął głową.
- A co do pana, panie Potter, zostanie pan tutaj, po wyjściu reszty. – Ostre spojrzenie w kierunku reszty dzieci nie pozostawiło żadnych wątpliwości, że oczekiwał, że wyjdą teraz.
Przy drzwiach szybko nastało poruszenie i wkrótce Harry, Snape i Zgredek zostali sami w zabałaganionym pokoju.
- Posprzątaj tu – warknął do skrzata, a Zgredek radośnie zaczął świstać dookoła, czyszcząc i naprawiając pokój.
- Jesteś zły? – zapytał ostrożnie Harry, zerkając na tatę.
Snape posłał mu Spojrzenie.
- Za wrócenie do domu i dostrzeżenie, że mój salon jest w ruinie? Dlaczego miałbym być zły?
- Chcieliśmy tylko upewnić się, że Zgredek poczuje się tu jak w domu – zaprotestował Harry. – Draco powiedział, że powinniśmy zamknąć go w komórce, póki nie będziemy go potrzebować, ale… - urwał, odwracając wzrok.
Snape prychnął ze złością.
- Co za niedorzeczny pomysł – burknął, siadając na kanapie obok Harry’ego i automatycznie otoczył barki chłopca ramieniem.
Harry przytulił się bliżej ojca. Nie znosił przypominać sobie o czasach z Dursleyami.
- Nigdy nie zamkniemy go w komórce, prawda, tato? – powiedział zaciekle.
- Chyba nie. Zgredek!
- Tak, panie Mistrzu Eliksirów? – zapytał Zgredek, pojawiając się przed nimi. – Czy chce pan herbaty? Kawy? Soku dyniowego?
- Zgredku, jesteś teraz ze mną związany, prawda?
- Och, tak, panie Mistrzu Eliksirów! Zgredek jest teraz pana skrzatem domowym. Zgredek już nie należy do pana Malfoya.
- Dobrze. A teraz ja daję cię Harry’emu. Należysz teraz do niego.
Dźwięk dławienia się Harry’ego był niemal zagłuszony przez wrzask zachwytu Zgredka.
- Należę teraz do pana Harry’ego Pottera? – Rzucił się w stronę kolan Snape’a. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję, panie Mistrzu Eliksirów!
- Tato! Nie wiem, czy chcę skrzata – Harry pociągnął gorączkowo za rękaw opiekuna i w końcu zdołał sprawić, żeby był słyszany. – Eee, nie żeby Zgredek nie był super i w ogóle. I gdybym chciał skrzata domowego, jestem pewny, że byłby nim Zgredek, ale nie chcę…
- Więc to dobrze, że nie skonsultowałem tego z tobą – powiedział mu surowo Snape. – Skrzat domowy jest teraz związany z tobą. Będzie cię chronił…
- Och, TAK! – zgodził się z zachwytem Zgredek. – Zgredek dobrze, bardzo dobrze się zajmie panem Harrym Potterem!
- …i będziemy mogli kontrolować jego ekscesy. – Na widok zakłopotanego wyrazu twarzy Harry’ego, Snape zmiękł. – Kiedy dorośniesz, będziesz mógł go uwolnić, Harry, ale skrzat raczej nie jest niezadowolony ze swojej obecnej sytuacji.
Nawet Harry musiał przyznać, że mały skrzat, który tańczył dookoła mieszkania w napadzie radości, nie był ani trochę nieszczęśliwy.
- No, dobra… - zgodził się niechętnie. – Ale naprawdę nie wiem, co robić ze skrzatem, tato.
- Rozkaż mu słuchać mnie tak samo, jak ciebie i upewnię się, że będzie trzymał się z dala od psot – powiedział mu Snape. – Może pomagać szkolnym skrzatom, ponieważ przez większość czasu nie będziemy potrzebowali jego usług.
- Okej. – Harry zrobił, co mu kazano i Snape znowu musiał słuchać zapewnień skrzata o swojej lojalności, radości i posłuszeństwa.
- Tak, dobra. – Zdołał w końcu uciszyć małe stworzenie bez konieczności uciekania się do klątw. – Idź pomówić z hogwardzkimi skrzatami i jestem pewny, że coś dla siebie obmyślisz.
- Dobrze, panie Mistrzu Eliksirów! Dowidzenia, panie Harry Potter! – Zgredek zniknął, a Harry oparł się o swojego ojca.
- Fiu! Strasznie mnie zmęczył, tato!
- Tak, ale jest wyraźnie tobie oddany, a to znaczy, że może być dobrym… - Snape złapał się. Niemal powiedział „obrońcą”, ale nie chciał, by chłopak zorientował się, że, przez polowanie na horkruksy, niebezpieczeństwo, z którym się mierzą może dramatycznie wzrosnąć. Jeśli Voldemort zrozumie, co starają się zrobić, uderzy już teraz – tak mocno i brutalnie, jak tylko może. Snape miał na calu zapewnienie, że Harry jest tak dobrze chroniony, jak to możliwe, a skrzat domowy mógł być dzikim obrońcą, kiedy się go pobudzi. -… dobrym skrzatem domowym.
- Hermiona mnie znienawidzi – westchnął Harry.
- Jeśli będzie robiła trudności, powiedz Zgredkowi, że ona nie chce, żebyś już dłużej był jego właścicielem – zasugerował sucho Snape. – Podejrzewam, że absolutnie wyraźnie wyrazi swoje niezadowolenie z powodu jej wtrącania się.
Harry parsknął.
- Tak, mogę się o to założyć. – Urwał. – Hej, zapomniałem zapytać. Miło spędziłeś dzień, tato?
Snape odchylił się na sofie, pyszniąc się w myślach tym wszystkim, co zrobił.
- Tak, Harry. Raczej tak.

CDN…