sobota, 23 września 2017

Twoje liczne wdzięki


Autor: Amanuensis
Oryginał: The Many Charms About You
Zgoda: jest
Rating: +18
Pairing: Harry/bliźniacy
Ilość części: miniaturka
Opis: Nie, nie chcesz być obiektem testów Magicznych Dowcipów Weasleyów. Zaufaj mi.
Notka: Ostrzeżenie przed gwałtem. Nie lubisz, nie czytaj. Mogę jednak przyznać, że złagodziłam większość przekleństw, żeby nie wyszło to tak drastycznie ;)


- Jest genialne – powiedział Harry.
I tak było. Prawda, rozmiar mieszkania sprawiał, że Nora wyglądała luksusowo, ale był tam pokój do spania i pracy – no, prawie – a Fred i George podejmowali potencjalnych klientów na lunch, więc jakie miało znaczenie to, czy rozmieszczenie krzyczało: brud początkującego biznesu. I było ich, a Harry oddałby wszystko, by mieć tak samo.
Fred i George nazywali go swoim „cichym partnerem”, ale to nie była część, której zazdrościł. Ich maleńkie mieszkanie nie było nawet gustownie urządzone, a w ich kuchni było tyle półproduktów, że pomysł gotowania tam jedzenia był nieco zbyt przerażający – puste pudełka po curry na wynos wypełniały cały kąt – ale Harry nigdy nie był tak chętny do odwiedzin. I ciężko o to walczył – letni dzień, poza ochroną Dursleyów albo nawet ukrytym bezpieczeństwie Grimmauld Place 12. Harry wiedział, że w pobliżu było przynajmniej trzech członków Zakonu, cmokających językiem nad jego głupotą. Harry’ego to nie obchodziło.
Fred wyszczerzył się do niego znad curry z wołowiną (George ciągle zadręczał tym Freda – pomysł, że jeden mógł mieć „curry z wołowiną” oznaczał, że było dalekie od autentyczności, jak tylko można sobie wyobrazić, a Fred ciągle powtarzał, żeby się wypchał, kiedy George poparł danie zwane „Kurczak z Cesarską Sałatką z Curry”, bo raczej nie był tym, który mógł mówić o autentyczności).
- Mamy masę projektów do opracowania. Druga fala Bombonierek Lesera wyjdzie jeszcze przed początkiem roku szkolnego…
- Musieliśmy wymyślić kilka nowych chorób, żeby nauczyciele zbyt szybko się nie zorientowali.
- Ta partia ma Lizaki Zapalne Krtani, Migrenowe Miętusy…
- Słodkie wszy są moje ulubione. Po tym, jak pielęgniarka cię wypuści, wyjmujesz je z włosów i zjadasz. Fred poszedł po nie. Znajdź całą garść do spróbowania, Fred. – Fred przeszukiwał liczne miski, tacki i słoiki na szafce. Wydawało się cudem, że może znaleźć cokolwiek w tym bałaganie. – I zaczęliśmy produkty na święta. Halloweenowa linia już została wyprzedana w przedsprzedaży.
- George planuje już linię na Święta i Walentynki. Ach, znalazłem je. – Fred pochwycił papierowe pudełko ze środka blatu, a robiąc to, jego ramię trąciło buteleczkę różowego płynu na krawędzi. Harry zobaczył, jak się trzęsie; wyciągnął rękę, by ją przytrzymać w momencie, gdy Fred zrobił to samo. Zderzyli się, fiolka zaczęła się przechylać – a Harry chwycił ją i wyprostował tuż przed upadkiem. Róż zalała jego rękaw.
Harry wyciągnął ramię.
- Muszę zdjąć to szybko, zanim wypali mi skórę?
- Uch, nie sądzę. – Fred chwycił ramię Harry’ego, spoglądając na plamę. – George, który to już raz? – To nie sprawiło, że Harry poczuł się pewnie i zastanowił się, czy i tak nie powinien ściągnąć koszuli.
- To miało być na Walentynki, ale dodałem zbyt wiele skalnicy. Trzymaliśmy to, żeby zobaczyć, czy możemy coś z tego odzyskać. Nie wiem, co to teraz robi.
Dobra. Zdecydowanie powinien ściągnąć koszulę.
Jednak Fred nie puścił jego ramienia. Jego dłoń ześlizgnęła się w dół, aż złapał rękę Harry’ego. Harry uniósł wzrok i zobaczył, że Fred patrzy na niego dziwnym spojrzeniem. Wyglądało to tak, jakby Harry właśnie ściągnął na siebie coś zgubnego przez różowy płyn.
- Harry – powiedział Fred. – Wiesz, że jesteśmy… naprawdę szczęśliwi, że jesteś naszym przyjacielem, prawda?
Zamrugał. To był jeden z tego rodzaju momentów, których nie spodziewał się od bliźniaków. Sentymentu, tak, ale nie spojrzenia i nie uścisku dłoni. Bo to był uścisk, nie tylko chwycenie, palce splotły się z jego własnymi.
George wstał.
- On ma rację. – Harry zerknął na niego i zobaczył to samo spojrzenie dziwnego… pragnienia, był to jedyny sposób określenia tego, co było na twarzy George’a. – Bardzo nam na tobie zależy, Harry.
Harry nie wiedział, co powiedzieć. George podszedł bliżej i położył dłoń na ramieniu Harry’ego. Coś było nie tak. Harry nie był osobą, która lubiła dotyk, a bliźniacy o tym wiedzieli.
A potem George pocałował go.
I Harry czekał, aż zmieni się w żabę albo papużkę o wysokości dwudziestu stóp, albo pokryje olbrzymimi purpurowymi pryszczami, a Fred i George upadną na ziemie, śmiejąc się z ich najnowszego udanego wynalazku w postaci szminki albo czegokolwiek innego oraz zażenowanego spojrzenia Harry’ego.
Żadna z tych rzeczy się nie stała. Zamiast tego, George wsunął język do ust Harry’ego. Chłopak odskoczył, zbyt zszokowany, by pluć czy przeklinać. Ręka Freda znalazła się na jego plechach.
- Ciii. Nie bój się.
- Co do cholery… - Jego głos powrócił.
- Nie! Nie, naprawdę, Harry, wszystko gra. To tylko… oboje…
- …kochamy cię…
- …tak bardzo…
Jedna para rąk była na jego ramionach, druga trzymała go od przodu. George ponownie starał się go pocałować.
- Nie! Kuźwa, odczepcie się…
- Wszystko w porządku, Harry.
- Nie zranilibyśmy cię. Nie bądź zły. – Ale wciąż go dotykali, wciąż go trzymali, a George całował go w szczękę, zanim mógł uciec i chwycił przód koszulki Harry’ego.
- Przestań. Po prostu przestań!
I wtedy George powiedział:
- Chwyć jego ręce.
Harry nie mógł uwierzyć, że to słyszy. Nie, do momentu, gdy Fred chwycił jego nadgarstki i pociągnął je na jego plecy, pochylając się, by od tyłu pocałować policzek Harry’ego, a palce George’a zacisnęły się na guzikach koszuli Harry’ego. Chłopak poczuł, że przez jego żołądek, dopiero co zjedzone curry na kolację zmierza do ucieczki. To nie mogło się dziać.
- Potrzebujemy go…
- … jest tak piekielnie seksowny…
- …Boże, tak…
Koszula Harry’ego została odpięta, a George strząsnął ją z jego ramion.
- Spójrz na siebie. Cholera. Jest tak śliczny… - Pochylił się, a Harry wepchnął się do tyłu we Freda, gdy George docisnął Harry’ego i polizał jego sutek. Potem wziął go w usta, a jego oczy rozbłysnęły w kierunku twarzy Harry’ego, jakby pytając, czy mu się to podoba.
- Pieprzone pedały! – Harry szarpnął się w zakleszczonych nadgarstkach. – Puśćcie mnie, do cholery! – To coś na jego rękawie. Musiał rozebrać koszulę. To ich zatrzyma. To musi ich zatrzymać.
- Nie przezywajmy się, Harry.
- To nie miłe – powiedział George, liżąc go. Przeniósł usta do drugiego sutka Harry’ego, jęcząc, gdy possał.
Harry nie jęczał. Było mu niedobrze. Byli jego przyjaciółmi. Byli jego przyjaciółmi, a próbowali… nie, nie może o tym myśleć.
- Najpierw buty. Potem spodnie – powiedział Fred.
- Nie! – Fred oparł się o ścianę z nadgarstkami Harry’ego w dłoniach, a żadne z prób Harry’ego, by kopnąć George’a nie były w stanie wyprowadzić z równowagi Freda. W momencie, gdy George zdjął buty i skarpety, przeniósł się do zamka Harry’ego.
Harry ponownie szarpnął się; jedyne, co zrobił to wepchnął biodra bliżej dłoni George’a.
- Popatrz, Fred, on naprawdę tego chce.
- Oczywiście, że chce. Nie skrzywdzimy go. Nie zrobilibyśmy tego, gdyby tego nie chciał. – Głos Freda w uchu Harry’ego był lekko chrapliwy. Pragnący. Harry wydał z siebie odgłos, którego nigdy się od siebie nie spodziewał, nie wierzył, że mógł pochodzić od niego, nawet gdy George zahaczył palce o jego pas spodni i pociągnął je do jego kolan.
- Jezu Chryste, on jest wspaniały. – George nie dotknął go. Nie dotykał jeszcze, och, kurcze. Tylko patrzył. – Musimy to z niego zdjąć. Chcę go widzieć nagiego.
- Zaklęcie wiążące. Szybko.
- Tak. – George pogmerał w rękawie za swoją różdżką.
- NIE! – krzyknął Harry. – ODPIEPRZCIE SIĘ ODE MNIE!
- I zaklęcie wyciszające – powiedział Fred.
- Pieprzyć zaklęcie wyciszające. – George, tak zaradny jak zwykle, chwycił jedną z odrzuconych skarpetek Harry’ego i wsadził niezbyt smaczny zwitek w usta Harry’ego. Harry zadławił się, spróbował ugryźć, ale zrobił to za późno. George rozciągnął drugą skarpetkę na ustach Harry’ego, by nie wypluł zwitka. Musiał zawiązać jej końce za szyją Harry’ego, ale nogi chłopca zostawały uwięzione w połowie ściągniętych spodniach i spudłował, kiedy próbował kopnąć kolanem w krocze George’a.
- Przestań, Harry – powiedział uspokajająco George, kiedy ostatnia część ciuchów Harry’ego została szarpnięta. – Jesteś strasznym malkontentem, wiesz?
- Zaklęcie wiążące – ponaglił Fred, a srebrzyste liny wystrzeliły z końca jego różdżki i otoczyły tors Harry’ego, przytrzymały jego ramiona przy bokach i uformowały pierścienie wokół jego kostek. Harry spróbował krzyknąć przez knebel. George pogładził jego włosy.
- Cii. Nie bój się. Spodoba ci się.
To tyle, jeśli chodzi o pomysł, że efekty eliksiru znikną, gdy zdejmie koszulę. Kuźwa, kuźwa, kuźwa.
- Sypialnia?
- Sypialnia. Mobilicorpus.
Przez zaklęcie, Harry został pociągnięty do sypialni, gdzie George zniósł je i pozwolił Harry’emu opaść na łóżko z łomotem i podskokiem. Momentalnie bliźniacy znaleźli się na nim. Fred zawisł nad jego kroczem, wzdychając.
- Chryste. Tak piękny. Mszę…
- Spróbować go. Wiem.
- Zróbmy to jednocześnie.
Jeden z nich przyszpilił jego nogi; Harry chciał walczyć, ale nie mógł, a mógł tylko dźwignąć głowę, by zobaczyć, co robią. To był błąd. Harry zobaczył, jak dociskają usta do podstawy jego członka, ich języki rozciągają się w dwa różowe wiry, liżące jego członek. Harry zadrżał. Nie mógł już dłużej patrzeć, opuścił głowę i ścisnął oczy, żeby nie mógł widzieć twarzy jego przyjaciół, gdy go lizali. Ale to nie pomogło, ani odrobinę, mógł ich poczuć i wyobrażać sobie, jak wyglądają. Otwarte usta, wysunięte języki, ich własne oczy zamknięte w odpowiedzi na te pełne zachwytu małe jęki, które wyrywały im się, gdy go lizali.
- Mmm – powiedział George. – Wyssę go całego.
- Oboje wyssiemy. Twoja kolej.
- Tak dobrze smakuje.
Nie, starał się krzyknąć Harry przez knebel. Nie było sposobu, by tworzony przez niego hałas mógł być wzięty za cokolwiek innego. Ale nie przestali; jeden z nich się roześmiał.
- No i jest.
Co jest? Och, kurcze. Harry zdał sobie sprawę – niemożliwe, że zrozumienie tego zajęło mu tak długo – że robił się twardy. Mimo że wszystko w nim krzyczało, że to tylko reakcja, fizyczna reakcja. Niech to szlag trafi. Mdłości chwyciły go podwójnie, zwłaszcza, że bliźniacy nie przestawali o tym mówić.
- To takie pociągające.
- Nie powinniśmy pozwolić mu szybko dojść, wiesz?
- Tak. Utrzymamy go takiego przez godziny. Chcę widzieć, jak go tak boli.
Harry otworzył oczy, posyłając w ich kierunku tak wściekłe spojrzenie, jak tylko potrafił. Fred dostrzegł to, ale nic się nie zmieniło. George zamknął usta wokół końca członka Harry’ego, a Fred posłał mu najbardziej grzeszny z uśmiechów, zanim trącił językiem jego jądra, unosząc je i biorąc w usta z kolejnym dźwiękiem satysfakcji. Zdesperowany Harry wydał z siebie kolejny pomruk, ale Fred tylko zaczął ssać, a George odsunął usta na tyle długo, by powiedzieć:
- Ach, ostrożnie, Harry… nie chciałbym, żebyś się skrzywdził.
- Może to lubi – powiedział Fred między uwalnianiem jednego jądra Harry’ego, a braniem drugiego w usta.
- Może tak. Powinniśmy się dowiedzieć. – Usta George’a prześlizgnęły się w dół członka Harry’ego do podstawy, zasysając go tak mocno w gardło, że Harry nic nie mógł na to poradzić; jego pośladki zacisnęły się, a biodra uniosły, jego członek był boleśnie twardy, nie mógłby tego chcieć. Nie przez ten śmiech, który był w gardle bliźniaków.
Poczuł nagły ból w kroczu, jak ugryzienie, ale nie aż tak intensywne. Fred uszczypnął skórę jego moszny, mocno, ale tylko skórę – nie było to tak złe, jak mogło być.
- Podoba mu się to? – zapytał Fred.
- Mmmm. – George zsunął usta z członka Harry’ego z wielką powolnością. – Musi. Wciąż jest twardy jak skała – powiedział, zerkając na wymuszoną, zdradziecką erekcję.
Nie! pomyślał Harry, czemu towarzyszył kolejny odgłos i nawet bardziej wściekłe spojrzenie, gdy Fred uszczypnął go ponownie.
- Nawet, jeśli nie myśli, że mu się to podoba, odpowiada tak przyjemnie. Powinniśmy się upewnić, by ciągle był zainteresowany.
George uniósł się na łóżku.
- Och, Harry. Podoba ci się to? Lubisz lekki ból? Hymm? – Pochylił głowę, a jego usta zbliżyły się do sutka Harry’ego. Harry jęknął i spróbował się odwrócić, ale pierwsze ssanie zmieniło się w ugryzienie i George gryzł tylko mocniej, gdy Harry walczył. Usta Freda wciąż znajdowały się na jego jądrach i Harry nie miał pojęcia, kiedy Fred zdecydował gryźć go również tam. Skomląc, znieruchomiał.
George nie znieruchomiał. Jego ugryzienie zelżało, a potem zmieniło się w żucie – króciutkie ugryzienia od irytujących do okrutnych. Harry wciąż protestował mimo knebla, starając się znaleźć ton, który przebiłby się przez zaklęcie i sprawił, żeby Fred i George zrozumieli, że nie podoba mu się to, nie lubi tej brutalności i chciał, żeby przestali tak mocno, że mógłby obiecać, że już nigdy nie opuści Dursleyów ponownie, gdyby tylko mógł się stąd wydostać w tym momencie.
Taki ton nie istniał. Fred zdecydowanie uznał, że jego bliźniak wyglądał tak, nie podobała mu się ta asymetryczność i przeniósł się w górę łóżka, by skupić się na drugim sutku Harry’ego. Chłopak odkrył, że Fred gryzie mocniej. Na tyle mocno, że Harry znowu zaczął się szarpać, ale bliźniacy przyszpilili go swoimi ciałami i zdołał tylko jeszcze mocniej docisnąć swoje sutki do ich zębów. Opadł bezsilnie, wściekły i chory z mdłości, zastanawiając się, czy wkrótce go wypuszczą i dadzą szansę na uwolnienie.
Zastanawiał się, czy ma na to większą szansę, jeśli przestanie walczyć. Jeśli… jeśli będzie udawał, że…
Nie. To nie byli Fred i George, których znał. To wina tej pieprzonej różowej rzeczy i nie zamierzał obwiniać ich za cokolwiek on sam zrobił. I wiedział, że nie potrafiłby udawać, że mu się to podoba.
Jedna z rąk Freda znalazła się na kroczu Harry’ego, pieszcząc go i nie był przywiedziony, by dojść właśnie teraz – sprytne paluszki, przesuwające się w górę i w dół jego członka i muskały szczelinę – och, kurcze, ciekł, mógł to poczuć. Fred poczuł lepkość na swoich palcach i rozsmarował ją na dłoni. Nie chciał tego, naprawdę nie chciał; nie potrafił powstrzymać dłużej tej reakcji tak, jak nie powstrzymałby krwawienia, gdyby go rozcięli. To nie oznaczało, że tego chciał. Nie ważne, co mówili.
- Zobacz, jaki jest sztywny. Jaki purpurowy.
- Piękny.
- Dajmy mu to, co obiecaliśmy.
Jednocześnie przesunęli się i przewrócili go na brzuch. Jego dłoń prześlizgnęła się między jego tyłkiem.
- I co? Podnieca cię to, Harry?
Mógł pokręcić głową – zrobił to, na tyle mocno, by załatwić sobie wstrząs mózgu – i mógł tylko wymamrotać coś poza kneblem, ale nie przykładali do tego żadnej uwagi.
- Zerknijmy.
Poczuł szarpnięcie w kostkach, a potem liny wokół nich opadły. Harry natychmiast próbował podciągnąć kolano, potrzebując dźwigni, by sturlać się z łóżka, ale Fred i George nie pozwolili mu na to. Jego nogi zostały rozdzielone, a jego łydki przyszpilone po jego obu stronach. Ręce pieściły jego jądra, wyciągnęły jego erekcję spod brzucha z nieczułą prędkością, przez którą jęknął. Dłonie przemieściły się w to miejsce, przesuwając napletek w uzdolnionych palcach, a Harry po raz kolejny zacisnął pośladki i poczuł, jak fala przepływa przez jego biodra do członka.
- Och, tak – westchnął George. – Mocniej, Fred.
Fred ponownie klepnął go w tyłek. I znowu. Każdy klaps był jak lód, sprawiając, że krew odpływa z kawałka skóry o wielkości dłoni, a potem w ciągu uderzenia serca wraca pulsującym paleniem. Harry jęknął ponownie, spróbował uwolnić nogi i poległ. Kolejny klaps. I następny. Palce na jego członku wciąż ciągły, wciąż gładziły.
- Patrz, jaki rumieniec. Och, tak.
- Będę patrzył; twoja kolej. Boli mnie już dłoń.
Zmienili się. Dłoń Freda na jego członku była mniej pieszcząca, a bardziej szarpiąca, a George dociskał dłoń do tyłka Harry’ego przez sekundę po każdym klapsie. Żaden sposób nie wydawał się mniej bolesny.
Klapsy przeniosły się na szczyt jego ud, a Harry zaprotestował i szarpnął się na wzmożony ból.Było coraz gorzej. Fred i George zdawali się dojść do tego samego wniosku w tym samym momencie – że mogę mieć obie ręce zajęte i czerpać podwójną radość. Każdy jedną dłonią gładzili jego udo, bolące jądra i członka, a drugą uderzał jego tyłek i uda ciężkimi ciosami – szybkimi klapsami, które nie miały rytmu, nie dało się na nie przygotować.
Jego skóra paliła od kości ogonowej do kolan i pomyślał, że nie może być gorzej, kiedy paznokcie przeciągnęły się od jego pośladków do kolan, powoli przeciągając je w dół. Harry zawarczał w proteście przez charczące gardło i zawył.
- Rozgrzaliśmy go dla nas.
- Jakie miłe uczucie. – W odpowiedzi pogładzono go w tyłek.
- Myślisz, że to jego pierwszy raz?
- Założę się. – Dwa kciuki rozchyliły pośladki Harry’ego. Potem kciuk przeniósł się głębiej w jego szczelinę, tuż po bokach jego zaciśniętego odbytu – który próbował zacisnąć, kręgosłup wygiął w łuk, ramiona uniósł ponad łóżko, gdy kciuki wepchnęły się w niego.
- Nnnn! – krzyknął Harry. Nie. Z pewnością nie zamierzali… naprawdę nie zamierzali tego zrobić, prawda?
Poczuł oddech, a potem był pieprzony przez język, wbijający się w niego, wycofujący i liżący wokół wejścia, a potem dołączył do niego palce, wilgotny, jakby został possany. Wsunął się w niego, kręcąc się, kiedy wszedł i uderzył w coś wewnątrz, przez co zadrżała cała jego skóra.
- Och, poczuj, jak to robi. Będę go miał. Chcę, żeby robił tak wokół mnie.
- Przyjemność po twojej stronie. I jego, oczywiście. Mówiąc o tym, nie chcę, żeby doszedł, zanim oboje nie spróbujemy, prawda?
- Kuźwa, nie sądzę, żebyśmy chcieli, by doszedł do końca tygodnia.
- Wspaniałe. Załapałeś.
Harry pomyślał, że ponownie zostanie uściśnięty, ale wtedy został ściśnięty. I jeszcze mocniej. Fred zacisnął coś – pewnie jeden z tych magicznych wiązań – wokół podstawy jego członka i jąder. Gdyby zmiękł, pomyślał, mógłby wyślizgnąć się na wolność. Ale że były magiczne, nie wątpił, że zacisną się, jeśli zmięknie. Cholera.
- Accio olej. – Chwilę później coś uderzyło w dłoń, a Harry nie miał czasu, by zastanowić się, jaki to był olej, zanim nie prześlizgnął się w jego szczelinę. Nie szczypało, a tylko tyle mógł zauważyć, zanim nagie kolana George’a dociskające się do tyłu jego własnych. Harry nie mógł wymyślić, jak tak szybko zdjął spodnie. Kciuki ponownie rozdzieliły jego pośladki i poczuł dłoń George’a i coś, co mogło być jego członkiem gmerały w nim. Zaciskanie nic nie pomogło, a pulchna główka wsunęła się w niego. To było całkiem złe. Czuł się zbyt pełny, zanim był w nim głębiej niż na cal, ale George pchnął mocniej i, do cholery, był rozciągany, paliło. Zmusiło go do krzyku przez knebel, żeby przestał, jednak nie był w stanie…
Był moment, gdy uderzyło w niego ponownie to drażniące skórę uczucie, kiedy członek George’a poruszył się w tym samym miejscu w jego wnętrzu, co wcześniej palce, ale George pieprzący jego tyłek nie wydawał się ani trochę milszy, niż George naciskający na jego otwór kciukami. Członek Harry’ego zmiękł, nie w oczekiwaniu na orgazm, jak się przechwalali – a liny wokół jego jąder i członka zacisnęły się tak, jak sądził. Dochodzenie było ostatnią rzeczą, która pojawiła się w umyśle Harry’ego. Albo ciele.
Ale potem George doszedł – Harry nie potrafił nawet powiedzieć, że doszedł, poza tym, że przestał w niego wchodzić – i wyszedł z niego, zostawiając Harry’ego z takim uczuciem, że pomyślał, że jego wejście wciąż jest szeroko rozwarte – a Fred i George odwrócili go i wrócili do pracy nad jego miękkim członkiem. Dłonie, usta – zarówno zęby i język – wszystko, co mogli zrobić, by jego członek stanął z uwagą owinięty srebrnym, magicznym pierścieniem. Jego jądra były niemal tak twarde, jak jego członek i kompletnie nie mogły być inne, ze względu na wiązanie. I wtedy ponownie został obrócony, nogi rozchylone i przytrzymane, kiedy Fred radośnie zaczął wykorzystywać tyłek Harry’ego motywował swojego bliźniaka i nazywał Harry’ego najwspanialszą, pragnącą szmatą.
Kiedy Fred skończył, George wrócił do siebie. I ponownie był gotów na swoją kolej.
^^^
Bliźniacy zasnęli, zanim przybył Lupin.
To były godziny. Godziny, podczas których Fred i George wykorzystali go, poklepali, wyssali i posiedli w każdej możliwej pozycji i kilku takich, których Harry sobie nie wyobrażał, mówiąc mu, jak bardzo go kochają przez cały czas i jak Harry’emu spodoba się to bardziej, jeśli jeszcze powstrzymają go przed dojściem, jeszcze trochę, och, zdecydowanie jeszcze nie. Dopóki nie opadł w kompletnym wyczerpaniu, dwa piegowate śmiertelnie ciężkie ciała zabezpieczyły swoją zabawkę na późniejszą zabawę. Harry nie ośmielił się poruszyć. Gdyby się obudzili, chcieliby więcej. Wiedział to.
Ale nie obudzili się, gdy Lupin otworzył drzwi do sypialni z różdżką w dłoni.
- O kurwa. – Harry nigdy nie słyszał, by Lupin to mówił. Uniósł głowę, mruknął w kierunki Lupina słabo i poczuł coś przy piersi, kiedy Lupin ukląkł obok łóżka – odsuwając różdżkę – i wyciągnął skarpetkę z ust Harry’ego. Chłopak wypluł wilgotną, zwiniętą skarpetkę dzięki językowi i odrobinie pomocy Lupina.
- Harry – powiedział Lupin, dotykając twarzy chłopca wierzchem dłoni, jak rodzic sprawdzający gorączkę.
- Pomóż – tylko tyle Harry zdołał powiedzieć.
- Nrf? – Fred przeturlał się, ale nie obudził się. – Whz… - Chwilę później znów był nieruchomo.
- Tak. Tak, oczywiście – powiedział Lupin, szepcząc, jakby rozumiał potrzebę nie budzenia ich. – Oczywiście, że ci pomogę. Wiesz, że nie chciałbym, żeby coś ci się stało, Harry.
I pochylił głowę, całując Harry’ego w usta.
Harry zamarł.
Jakby z daleka, usłyszał głos George’a.
- Och, cześć, Remus. Przyszedłeś do nas dołączyć?
- Tak – mruknął Lupin, jego oczy były nieco szkliste i całkiem przerażające. – Myślę, że tak.


środa, 20 września 2017

NDH - Rozdział 49


Ostatecznie Snape zdecydował nie rozmawiać z Albusem.
Podczas gdy był całkiem pewny, że dyrektor chciałby wiedzieć, że chłopiec, który przeżył zdaje się wykazywać pierwsze symptomy poważnej choroby psychicznej, Snape nie był tak pewny, czy mądre było już teraz dzielić się tą informacją. Nie otrzymał jeszcze formalnej opieki nad chłopcem, a gdy Harry będzie miał formalnie zdiagnozowany problem, nieważne, czy jego korzenie były mugolskie czy magiczne, szanse, że to się stanie będą minimalne. Nie, Harry zostanie wplątany w każdy program, który Albus uzna za najlepszy do wyleczenia chłopca, a Snape nie był chętny ryzykować ponownie osądu Dumbledore’a. Lepiej poczekać, aż zakończy się formalna adopcja, a wtedy będzie mógł szybko zabrać Harry’ego na badania – może gdzieś za granicę – przed podjęciem decyzji, co robić i komu powiedzieć.
To tylko oznaczało, że musiał bliżej obserwować chłopca, żeby mógł dostrzec pogarszające się objawy. Przekonał Minervę, by dawała chłopcu dodatkowe lekcje transmutacji pod pretekstem, że chłopiec pokazał wyjątkową obietnicę. Była sceptyczna, ale zgodziła się. Powiedział Harry’emu, że były to przygotowania do jego lekcji animagii z Syriuszem, gdy będzie starszy, a bachora zakochał się w tym pomyśle.
To oznaczało, że większość czasu, Harry był pod okiem członka kadry lub prefekta, a Snape dalej asekurował się proszeniem Hagrida, żeby miał na chłopca oko. Jak oczekiwał, półolbrzym był podekscytowany perspektywą spędzania czasu z Harrym, a Harry zdawał się w niewytłumaczalny sposób uwielbiać przygłupa i jego nadmiernie śliniącego się psa gończego. Zwykle jakieś inne dzieci towarzyszyły Harry’emu w odwiedzinach chatki Hagrida, ale okazjonalnie Harry przychodził sam, gdyż wtedy łatwiej było wsunąć niejadalne, kamiennie twarde ciastka Kłowi, żeby Hagrid nie zauważył.
Oczywiście, podczas gdy Hagrid bez wątpienia oddałby Harry’emu życie, jego osądy często pozostawiały wiele do życzenia.
- Tato! Zgadnij, gdzie dzisiaj zabiera mnie Hagrid!
Snape zmarszczył brwi w kierunku bachora, który właśnie wpadł do jego dotychczas cichych kwater.
- Dobry wieczór, panie Potter.
- Och, przeprasza. Cześć, tato. Miałeś dobry dzień?
- Ta…
- Zgadnij, gdzie zabiera mnie dzisiaj Hagrid!
- Zakładam, że starasz się poprosić o zgodę o to, żeby Hagrid mógł cię gdzieś dzisiaj zabrać?
Harry przewrócił oczami.
- Och, tatoooo! – jęknął. – Nie utrudniaj tego! Wiesz, że w końcu powiesz tak.
- Nie mam takiego przekonania, panie Potter, a przy każdym nieprzyzwoitym wybuchu, jeszcze bardziej zmniejszasz szanse na taki rezultat – powiedział posępnie Snape.
Harry zadrżał i rzucił się na kanapę naprzeciw ojca, nie mniej skonsternowany.
- Dobrze. W porządku. Po prostu ci nie powiem!
- Harry Jamesie…
- Dobra, dobra – Harry poddał się. – Zabierze mnie do Zakazanego Lasu, żeby zobaczyć na maleńkie  jednorożce! Czy to nie świetnie?
Snape zmarszczył brwi.
- Do Zakazanego Lasu? Nie sądzę, żeby to było właściwe miejsce na wycieczkę dla pierwszaka. Niebezpieczeństwa Lasu…
- Och, tato! – Harry wyrzucił ramiona z irytacji. – Przecież nie pójdę sam! Będę z Hagridem, pójdziemy za dnia i będziemy szukać jednorożców, nie jakiś Mrocznych stworzeń. Proszę, powiedz, że mogę iść, proooooooszę?
W ciągu najbliższych dziesięciu minut, Snape odkrył, jak mogło być nieprzyjemne nużące dokuczanie jedenastolatka.
- Och, w porządku! – wybuchnął w końcu. – Możesz iść, ale jeśli usłyszę, że nie zrobiłeś dokładnie tego, co kazał ci Hagrid, będziesz pilnowany przez resztę roku. Rozumiesz?
Wygrywając, Harry uśmiechnął się promiennie z radością.
- Dobrze, tato – odpowiedział posłusznie.
Drogie Kroniki Nauki Czarodziejskiej, pomyślał z urazą Snape.  Chciałbym zaproponować dochodzenie w sprawie wycieńczającej mocy dziecięcych jęków na system nerwowy dorosłych. Jako ktoś, kto skutecznie wytrzymywał kary Czarnego Pana, włącznie z powtarzającymi się atakami Cruciatusa, nie potrafiłem jednak wytrzymać jęczenia nastolatka. Sugeruję, że pewnie te dźwięki zawierając jakiegoś rodzaju mieszaninę kontroli umysłu i stymulatorów receptorów bólu. Proszę to zbadać i doradzić, czy są jakieś metody ochronne, od noszenia kapeluszy z folii aluminiowej do uderzenia siebie kijem do nieprzytomności.
^^^
Harry stwierdził, że Zakazany Las jest jednym z najbardziej ekscytujących miejsc, w jakich był, choć widząc rozmiar niektórych sieci akromantul, czuł lekkie mdłości. Postanowił nie dzielić się tą częścią przygody z Ronem, bo inaczej rudzielec obudzi całe dormitorium swoimi koszmarami.
Mimo to, biegnąc obok Hagrida, łatwo było poczuć i niezniszczalnym. Nie tylko z powodu niesamowitej wiedzy olbrzyma o mieszkańcach Lasu, ale dodatkowo był z większością z nich w dobrych stosunkach.
- Więc, jak ci się podoba w szkole, Harry? – zapytał w końcu Hagrid, gdy ostatecznie skończyły mu się nowe rzeczy, które mógłby pokazać chłopcu.
- Uwielbiam ją! – wykrzyknął Harry, praktycznie tańcząc pod ramieniem Hagrida.
Półolbrzym posłał mu zadowolone spojrzenie.
- Więc dobrze sobie radzisz na zajęciach? Nauczyciele nie krytykują cię za bardzo? Zdobywasz przyjaciół i w ogóle?
Harry pokiwał energicznie głową.
- Mam całe mnóstwo przyjaciół, choć Ron był moim pierwszym – dodał skrupulatnie. – I lubię wszystkich nauczycieli – cóż, przynajmniej teraz. Naprawdę nie lubiłem profesora Quirrella albo Umpi… eee, profesor Umbridge, ale teraz odeszli i dyrektor uczy OPCM-u, przez co jest zabawnie. – Harry zachichotał. – Jednak strasznie złości mojego tatę, ponieważ daje nam cytrynowe dropsy na równi z punktami, kiedy zrobimy coś dobrze, a mój tata nie lubi, kiedy jem zbyt wiele słodkości, ale również nie może też nakrzyczeć na dyrektora. – Harry wyszczerzył się do Hagrida.
Hagrid wybuchnął śmiechem.
- Och, rozumiem, w porządku. Dyrektor czasami doprowadza profesora Snape’a do szaleństwa. – Urwał, posyłają Harry’emu zmartwione spojrzenie. – I Harry, powiedziałbyś mu, gdybyś nie dogadywał się z profesorem Snapem, prawda? Bo widzisz, tak jakby to ja zaprowadziłem cię do czarodziejskiego świata, więc czuję się jakby odpowiedzialny za ciebie. Dogadujecie się, prawda?
Harry skinął głową.
- Jest świetny, Hagridzie – naprawdę! Naprawdę dobrze o mnie dba. Znaczy, nie pozwoli nikomu mnie skrzywdzić i pozbędzie się każdego, kto spróbuje – te inne dzieciaki z Ravenclaw, Quirrell, szczur, który zdradził moich krewnych, potem Umpicz i nawet ten dziwny skrzat domowy Zgrabek – sprawił, że wszyscy odeszli. I dzięki niemu dyrektor obiecał, że nigdy nie odeśle mnie z powrotem do Dursleyów, bez względu na wszystko, dał mi najfajniejsze prezenty na Święta i jest po prostu najlepszym tatą na świecie! Wiedziałeś, że pomagał mi nawet, gdy byłem dzieckiem? Tak było! Szpiegował Voldesnorta, żeby moi rodzice i ja byliśmy bezpieczni! I…
Hagrid rozpromienił się, gdy Harry radośnie paplał o tym, jak wspaniały jest profesor Snape. Z tego, co słyszał, biedny chłopiec miał się okropnie z mugolami, ale jeśli jego błyszcząca twarz była jakąkolwiek wskazówką, to wszystko było przeszłością. Wtedy Kieł zaszczekał, wskazując, że złapał ślad stada jednorożców i olbrzymi mężczyzna oraz mały chłopiec przyspieszyli, by go dogonić.
Za nimi, unosząc się pomiędzy poskręcanymi drzewami Lasu, bardziej cielesny niż chmura, cień Lorda Voldemorta zatrząsł się z wściekłości.
Wystarczające już było to, że szczeniak odpowiedzialny za jego obecny niematerialny świat wciąż był wśród żywych. Upokarzające było myślenie, że ten mały potwór pomógł mu zniknąć po raz drugi, osłabiając go tak bardzo, że mógł jedynie unosić się nad jednorożcami, pustosząc ich mózg tak mocno, że mógł stać się cielesny na tyle, by pożywić się na nich. Ale słysząc, jak został zdradzony przez jednego ze swoich śmierciożerców…! To była koronna zniewaga i sam Voldemort przysiągł, że zobaczy za to swoją zemstę.
Ten zdrajca Snape, nie zadowolony ze szpiegowania Dumbledore’a, stał się teraz opiekunem tego samego przyrządu, który zniszczył jego zaprzysięgłego Lorda. Nie było przekleństwa na tyle bolesnego, żadnej śmierci aż tak odrażającej, która byłaby wystarczająca dla zdrajcy jego wielkości.
Oczywiście, nawet gdyby takie było, sam Voldemort nie był w stanie rzucić żadnego zaklęcia – całą jego moc pobierało tylko przylgnięcie do tej niesatysfakcjonującej formy pół-życia. Ale daleki był od bezsilności.
- Nagini, moje zwierzątko – syknął. – Chodź do mnie, moja kochana. Mam dla ciebie zadanie…
- Tak, panie? – odpowiedział wielki wąż, posłusznie wyślizgując się z gniazda w zawalonym drzewie. Magiczne węże nie były zbytnio przejęte chłodem, ale Nagini wciąż wolała nie wychodzić na śnieżny, zimowy krajobraz, jeśli mogła tego uniknąć. Wezwanie jego mistrza było jednak potężne, a po tym, jak Voldemort był zmuszony opuścić ciało Quirrella, przywołał ją.
Zbyt słaby, by opuścić najbliższe otoczenie Hogwartu, wiedział, że potrzebuje sojuszników do pomocy, ale w jego osłabionej kondycji, nie ośmielał się ufać nikomu, oprócz jego najbardziej lojalnych zwolenników. Niestety, Bellatrix Lestrange wciąż była uwięziona w Azkabanie – Voldemort nie był zadowolony, że jej kretyński kuzyn zdołał uciec, a Bella, którą dotychczas uważał za najbardziej zaradną czarownicę, wciąż pozostawała więźniem dementorów.  Voldemort pocieszył się myślą, że wypuszczenie jego zwolenników z Azkabanu będzie jego pierwszym ruchem, kiedy powróci do pełni mocy, a Bella była już tak stuknięta, że było nieprawdopodobne, że dementorzy zdążyli zrobić jej coś w międzyczasie.
Peter Pettigrew, podczas gdy nigdy nie był tak… zaangażowany… jak Bellatrix, niemniej jednak był rozsądnym drugim wyborem. Był zbyt tchórzliwy, by czegokolwiek spróbować, nawet mimo że Czarny Pan był zbyt słaby, by w tym momencie się ujawnić. Ale zanim Voldemort zdołał wezwać szczura z pobliskiego zamku, usłyszał o śmierci Pettigrew od małych hogwardzkich bachorów bawiących się na krawędzi Lasu. Nie wiedział, że Snape, ten drań, był odpowiedzialny za śmierć czarodzieja, ale teraz zostało to przyznane, przez samego Harry’ego Pottera, Voldemort zaczął jeszcze bardziej płonąć z potrzeby zemsty.
Nie mógł ufać żadnemu śmierciożercy wciąż będącemu na wolności, jak Lucjuszowi Malfoyowi. Jedynym sposobem, w jaki Malfoy zdołał pozostać na wolności było zrzeczenie się Czarnego Pana i/lub twierdzenie, że przez cały czas był niechętną marionetką. Podczas gdy Voldemort mógłby docenić przebiegłość mężczyzny, korzystającej ze skłonności Dumbledore’a do dawania innym drugiej szansy, co nie oznaczało, że mógł ufać Malfoyowi, biorąc pod uwagę jego aktualną słabość. Lucjusz najwyraźniej był zajęty jego własnymi interesami i jeśli myślał, że mógłby wykorzystać obecną sytuację Czarnego Pana, by z nim skończyć, zrobiłby to. Nie, Lucjusz Malfoy nie był kimś, na kim się polega, przynajmniej nie do czasu, aż Voldemort nie będzie w stanie rzucić na niego Crucio, aż nie będzie lojalny.
Voldemort zazgrzytał swoimi nieistniejącymi zębami, kiedy pomyślał, że, nie tak dawno temu, mógłby zwrócić się do samego Snape’a, jako jednego z najbardziej zaufanych śmierciożerców. Gdyby ten mały idiota nie przeszedł tuż obok niego, bezmyślnie paplając o zdradzie Snape’a, Voldemort mógłby nigdy nie dowiedzieć się o stopniu przewrotności jego sługi. Cóż, teraz, gdy wiedział, coś z tym zrobi.
Mógł zabić Snape’a w spektakularnie brunatny i bolesny sposób, nie zostawiając żadnych wątpliwości w innych umysłach, kto jest za to odpowiedzialny. To powinno przywrócić poczucie strachu do umysłów tych głupich owiec, które były czarodziejską publiką, nie wspominając o kilku mniej wiernych śmierciożercach. Po kilku bardziej przerażających morderstwach, nawet ktoś taki, jak Lucjusz Malfoy pomyśli dwa Ray, zanim będzie naśladować zdradzieckie zachowanie Snape’a.
- Nagini, moja silna i nieustraszona, mam dla ciebie ważne zadanie. Słuchaj uważnie, kiedy będę opowiadać ci o zamku Hogwart, żebyś mogła wślizgnąć się do środka i rozdzielić sprawiedliwość brudnemu zdrajcy…

CDN…



poniedziałek, 18 września 2017

SR - Rozdział 15 - Zgoda


Był strasznie wczesny sobotni poranek, gdy Harry cicho opuścił dormitorium z lusterkiem w ręce. Pamiętał, jak Syriusz opowiadał mu o pokoju ukrytym w zamku, który zapewniał to, co się potrzebowało, jeśli ujęło się to w poprawny sposób. Harry żałował teraz, że nie przykładał takiej uwagi do historii, w których występował pokój, potrzebny w żartach Huncwotów. Wydawało się to zbyt niemożliwe, by było prawdziwe, ale powinien wiedzieć lepiej. Syriusz nigdy nie kłamał. Jeśli nie mógł czegoś powiedzieć Harry’emu, przyznawał to.
Siadając naprzeciw ognia w pokoju wspólnym, Harry spojrzał na lusterko i zawołał Syriusza. Czekał przez kilka chwil, ale nie otrzymał odpowiedzi. Wciąż było wcześnie, więc Harry zrozumiał, że Syriusz musi jeszcze spać. Pamiętał ostatni raz, jak obudził wcześnie chrzestnego i poważnie rozważał poczekanie przynajmniej do południa, zanim ponownie spróbuje. Syriusz zawsze kochał spać, choć rzadko miał szansę, za co obwiniał Remusa, ponieważ mężczyzna był rannym ptaszkiem.
- Harry?
Wyciągnięty z myśli, Harry spojrzał na lusterko i zobaczył nie Syriusza, ale Remusa. Nie był zawiedziony, że go widzi, raczej zaskoczony. Syriusz zawsze mówił, że będzie miał lusterko w dłoni, na wypadek, gdyby Harry czegoś potrzebował.
- Luni, z Syriuszem wszystko w porządku? – zapytał natychmiast.
Remus uśmiechnął się.
- Nic mu nie jest – powiedział. – Wiesz, że rano Łapa jest całkiem martwy dla świata. A ponieważ wstaję o wschodzie słońca, to ja mam lusterko rankami, a Syriusz ma je przyczepione do biodra przez resztę dnia. Chcesz, żebym go obudził?
Harry potrząsnął głową. Wiedział, że Syriusz pewnie zbyt gwałtownie zareaguje w chwili, gdy Remus obudzi psiego animaga.
- Chciałem tylko zapytać go o coś, o czym wspominał w historiach o Huncwotach – powiedział Harry. – Syriusz mówił mi o pokoju, który zapewnia to, czego się potrzebuje. Nie pamiętam, jak się nazywał, ani gdzie jest.
- Pokój Życzeń – odpowiedział z szerokim uśmiechem Remus. – Jeśli pamięć mnie nie myli, jest on na siódmym piętrze, naprzeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem. Musisz przejść obok niego trzy razy, skupiając się na tym, czego potrzebujesz. Drzwi się pojawią, otwórz je i wejdź. – Dał Harry’emu chwilę, żeby to przetrawił, zanim kontynuował. – Więc, co takiego potrzebujesz, że tylko Pokój Życzeń  może ci to zapewnić?
- Eee, cóż, tak jakby muszę nauczyć się pływać przed drugim zadaniem – powiedział Harry ze skrępowaniem.
Remus westchnął, uderzając się dłonią w czoło.
- Oczywiście – powiedział cicho. – Przepraszam, Harry. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że nie wiesz, jak pływać, choć nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczony. Rozumiem, że Dursleyowie nigdy nie myśleli, by posłać cię na lekcje.
Harry niemal roześmiał się na te słowa. Myśl, że Dursleyowie  z chęcią wydaliby na niego pieniądze, była zbyt zabawna.
- Remus, pamiętasz ciuchy, jakie mi dali? – zapytał. – Były Dudleya. Nie byłem warty ich czasu ani pieniędzy. – Widząc, jak twarz Remusa twardnieje na jego słowa, Harry pożałował, że cokolwiek powiedział. Mimo że Vernon Dursley był w więzieniu, Syriusz i Remus wciąż rozważali przeklęcie ich za każdym razem, gdy Harry’emu wyślizgnęło się coś o nich. – Czy robię dobrze? – zapytał Harry, zmieniając temat.
- Co masz na myśli? – spytał zdezorientowany Remus.
- Powinienem w ogóle starać się wygrać? – wyjaśnił Harry. Ta myśl zaprzątała jego umysł, od kiedy stał się czwartym reprezentantem i teraz wyszła na powierzchnię przez artykuł o Hagridzie. W jakiś sposób Harry zawsze otrzymywał uwagę, choć inni bardziej na nią zasługiwali. – Nie powinienem być w turnieju, a jestem na pierwszym miejscu. Czuję się tak, jakbym odbierał coś tym, którzy zarobili sobie na swoje miejsca. Cedric powinien wygrać… nie ja.
Remus popatrzył na Harry’ego ze współczuciem.
- Rozumiem, szczeniaku, naprawdę – powiedział. – Powiedz mi coś… przedtem, podczas i po pierwszym zadaniu, czy myśl o wygraniu Turnieju w ogóle wpadła ci do głowy?
Harry potrząsnął głową.
- Bardziej skupiłem się na przeżyciu – przyznał. – Co to ma z tym wspólnego?
- Bardzo wiele – powiedział Remus. – To nie twoja wina, że prowadzisz w Turnieju, Harry, po prostu myślałeś o najlepszym rozwiązaniu zadania. Wciąż masz dwa do wykonania. Twoi przeciwnicy mają wiele możliwości, by cię wyprzedzić, zwłaszcza, jeśli nie umiesz pływać.
- Znam podstawy – powiedział obronnie Harry. – Rusza się ramionami i kopie nogami. Nie wiem tylko, czy zrobię to efektywnie.
Remus starał się powstrzymać śmiech, ale ostatecznie poległ.
- To nieco bardziej skomplikowane – powiedział szczerze. – Nie martw się. Jestem pewny, że znajdziesz kogoś, kto ci pomoże. Tylko bądź ostrożny, komu pokazujesz Pokój Życzeń. Nie sądzę, żeby twoi nauczyciele potrzebowali kolejnej pary intrygantów, którzy sprawiliby takie kłopoty, jak twój ojciec i Łapa, zwłaszcza, że odwiedzają was dwie szkoły.
Harry musiał przyznać Remusowi rację. Jeśli Pokój Życzeń zapewniał tego, czego osoba chciała, Fred i George Weasleyowie mogli mieć nieograniczone materiały do swoich żartów. Chociaż ostatnio byli raczej spokojni, jeśli chodziło o żarty, Harry wiedział, że profesor Dumbledore nie byłby zbyt zadowolony, gdyby zaczęli wojnę na żarty.
- Nie martw się, Lunatyku – powiedział poważnie Harry. – Nic im nie powiem. Obiecuję.
- I trzymam cię za słowo, nie ważne, co powie Łapa – powiedział z uśmiechem Remus, po czym spoważniał. – Jak się miewasz, szczeniaku? Nie bierz tego do siebie, ale wyglądasz na wyczerpanego. Śpisz chociaż?
- Starałem się rozwiązać wskazówkę – powiedział Harry, wzruszając ramionami. – Już wiem, jak zrozumieć, co mówią głosy z jajka. Przebrnąłem przez wszystko: transmutację, zaklęcia, eliksiry, by dowiedzieć się, jak oddychać pod wodą… Powinienem był wiedzieć, że jest prostsza odpowiedź, którą przeoczyłem. Nigdy nie pomyślałem, by zerknąć do zielarstwa.
- Ach – powiedział Remus z namysłem. – Odkryłeś skrzeloziele. Gratuluję, Harry. Jak do tego doszedłeś?
Harry wyjaśnił Remusowi, co się stało w sklepie z eliksirami. Nagle przypomniał sobie swoje spotkanie z Ritą Skeeter i urwał. Przypomniał sobie, co pisali w artykule w Proroku Codziennym i wewnętrznie przeklął się za to, że wcześniej nie skontaktował się z Syriuszem i Remusem. Ten artykuł był bardziej niszczący dla nich niż dla niego. Jak mógł być tak egoistyczny?
- Harry? – zapytał łagodnie Remus. – W porządku?
Wyciągnięty z myśli, Harry spojrzał w lusterko na zatroskaną twarz Remusa.
- Coś się wczoraj stało – powiedział, spuszczając wzrok. – Rita Skeeter przyparła do muru mnie i Hermionę. Wciąż pytała, jak to jest mieszkać z wilkołakiem. Nie powiedziałem jej nic, ale mnie zdenerwowała. Jak ludzie mogą być tacy okrutni? Czy oni naprawdę myślą, że Syriusz i profesor Dumbledore pozwoliliby ci być blisko mnie, gdybyś był niebezpieczny? Nigdy byś mnie nie zranił… wiem o tym.
- Harry, posłuchaj mnie – powiedział spokojnie Remus. – Nie możesz brać wszystkiego, co pisze Rita Skeeter do serca. Jej nie obchodzi to, że staramy się, bym był niegroźny podczas pełni. Po prostu stara się wywołać problem. Mam przeczucie, że stara się też cię zezłościć, żebyś powiedział jej jakieś rzeczy, żeby mogła przekręcić twoje słowa do następnego artykułu. Wczoraj dobrze zrobiłeś. Nie dawaj jej satysfakcji, niech nie wie, że trafiła. Zawsze będą ludzie, którzy będą się mnie bać, szczeniaku. Wiem o tym. Zaakceptowałem to. Rita Skeeter zwyczajnie pogrywa sobie tym strachem. Nie martw się. Nikt cię nam nie odbierze.
Harry westchnął ze zmęczeniem. Oczywiście, Remus miał rację. Bez względu na to, co powie Rita Skeeter, czy ktokolwiek inny, Harry był legalnym podopiecznym Syriusza, dzięki czemu Syriusz mógł pozwalać albo zabraniać innym zbliżania się do Harry’ego, kiedy tylko chciał.
- Wiem – powiedział cicho Harry. – Tylko… przez całe życie chciałem rodziny i teraz ją mam. Nie umiem tego wyjaśnić, ale…
- Czujesz, że to tylko kwestia czasu, zanim ktoś ci tę rodzinę z powrotem odbierze – wywnioskował Remus. – Chciałbym wiedzieć, co mogę powiedzieć, by cię zapewnić, że ja z Łapą nigdzie się nie wybieramy, szczeniaku. Gdy będziemy musieli z powrotem zamieszkać w Kwaterach Huncwotów, udowodnimy ci to. W końcu jesteś z nami, tam gdzie należysz… gdzie zawsze należałeś.
Harry nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Musiał przyznać, że czuł się dobrze z tym, że Syriusz i Remus są jego opiekunami. Nie wiedział, dlaczego czuł się tak, jakby znali i rozumieli tą część jego, którą widziało tylko kilka osób. Nie było łatwego sposobu, by ubrać to w słowa.
- Dzięki, Lunatyku – powiedział Harry z wdzięcznością. – Za wszystko. Mógłbyś powiedzieć Syriuszowi cześć ode mnie, gdy się obudzi?
- Pewnie – powiedział Remus, kiwając głową. – Wygląda na to, że zadbałeś o wszystko do drugiego zadania. Wciąż masz kilka tygodni, by nauczyć się pływać. Staraj się i odpoczywaj. Spróbuj się trochę zabawić.
- Spróbuję – powiedział Harry, mimo że wątpił, że będzie w stanie to zrobić przy tej ilości zadań domowych, które dawali mu nauczyciele. Nie znał pojedynczego czwarto rocznego ucznia, który nie byłby zestresowany. Po tym, jak pożegnał się z Remusem, Harry odprężył się przed ogniem, ciesząc ciszą i spokojem. W ostatnich dniach to było rzadkie zdarzenie. To dziwne, że coś, co w lecie go irytowało, teraz było tak kojące.
Odchylając się do tyłu na krześle, Harry zapatrzył się w ogień, tak naprawdę nic nie widząc. Czy to naprawdę było tak oczywiste, że nie sypiał? Oczywiste było to, że miał tak wiele na głowie, że czuł się tak, jakby miał zaraz eksplodować? Remus zawsze był spostrzegawczy, ale rzadko bywał tak szczery, jak przed chwilą. To zwykle była domena Syriusza.
Głęboko zamyślony, Harry nie zdawał sobie sprawy, że nie jest sam, aż dłoń chwyciła go za ramię, sprowadzając, że podskoczył zszokowany. Odwrócił się i zobaczył Rona, który przyglądał mu się z troską na twarzy. Harry natychmiast westchnął z ulgą i odprężył się. Nie wiedział, dlaczego tak się przeraził. Nikt z wieży Gryffindoru nigdy by go nie skrzywdził.
- Wszystko w porządku, Harry? – zapytał Ron. – Starałem się ściągnąć na siebie twoją uwagę od pięciu minut.
Harry potarł oczy pod okularami.
- Co? – zapytał zdezorientowany. Dlaczego Ron miałby próbować ściągnąć jego uwagę. Czy Ron nie był jeszcze na niego wściekły? – N-nic mi nie jest – powiedział cicho. – Wybacz, jeśli cię obudziłem.
Ron westchnął i usiadł na podłodze obok Harry’ego.
- Wiem, że byłem prawdziwym gnojkiem – przyznał. – Nie miałem prawa być zazdrosnym. Wiem, że nie mogę zrobić nic, by to naprawić, ale chcę spróbować.
Harry spoglądał na Rona przez dłuższą chwilę, zanim nie skupił spojrzenia na ogniu.
- Masz pojęcie, jak to jest czuć się, że nie ma się nic, że nie ma się nikogo, kto choćby w niewielkim stopniu się o ciebie troszczył? – zapytał. – Poza Hogwartem, naprawdę wierzyłem, że jestem dziwakiem. Wierzyłem, że Dursleyowie – którzy jasno pokazali, że mnie nienawidzą – są moją jedyną rodziną. Wierzyłem, że nie jestem wart miłości.
- Ale to…
- Daj mi skończyć – przerwał Harry Ronowi. – Kiedy Hagrid uratował mnie i wyznał prawdę, nie mogłem w to uwierzyć. Istniało miejsce, do którego mógłbym należeć, miejsce, gdzie mógłbym być sobą razem z innymi, którzy są tacy, jak ja… - Harry urwał, podciągając kolana do piersi. – Ale to szybko okazało się być kłamstwem. Nawet tutaj byłem inny. Nawet tu byłem dziwakiem, ale nie było tak źle, bo przynajmniej miałem tu przyjaciół, którzy nie patrzyli na mnie tak, jak reszta. Moich przyjaciół nie obchodziło to, co dawała mi blizna na czole, ale współczuli mi z tego powodu, co mi odebrała.
Zamykając oczy, Harry zmusił się do spokoju. Nie pomoże mu teraz krzyk.
- Nie sądzę, że muszę ci przypominać o wydarzeniach sprzed początku poprzedniego roku szkolnego – kontynuował Harry. – Nie wiesz, jak to jest żyć w ciągłym strachu, nie wiedząc, kiedy mężczyzna, który powinien zapewnić ci bezpieczeństwo, zacznie wyładowywać na tobie złość. Wciąż słyszę, jak krzyczy, mówiąc mi, że powinienem był umrzeć razem z moimi bezwartościowymi rodzicami.
Kątem oka, Harry zobaczył, że Ron patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. Najwyraźniej Ron nie kłopotał się zastanawianiem, co Vernon Dursley zrobił poza tym, co powiedział mu Harry.
- A potem spotkałem Lunatyka, który był chętny dać mi wszystko, czego kiedykolwiek chciałem… ale nie mógł z powodu uprzedzeń czarodziejskiego świata do wilkołaków – powiedział Harry spokojnie. – Robiłem wszystko, żebym mógł  myśleć o nas jako o rodzinie. Desperacko chciałem rzeczy, którą ty miałeś od dnia narodzin: prawdziwą rodzinę, która cię chroni i kocha bez względu na wszystko. Kiedy Syriusz i Remus zostali moimi opiekunami, nie potrafiłem w to uwierzyć. Czasami wciąż muszę sobie przypomnieć, że dom nie jest już miejscem, którego muszę się bać. Myślałem, że wszystkie moje problemy miną, ale tak się nie stało. Nie mogę wyjść, żeby ludzie nie chcieli wiedzieć wszystkiego o moim życiu, jak to jest mieszkać z byłym skazańcem i wilkołakiem.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytał cicho Ron.
- Co mógłbyś zrobić? – odparował Harry. – To jest cena sławy, której nigdy nie chciałem. Nie mam prywatności. Jestem ciągle obserwowany. Muszę być idealny, ponieważ wszyscy oczekują tego od chłopca, który przeżył.  Nie pomaga to, że cała szkoła wie wszystko o tym, co zrobiliśmy w przeszłości. Oczekują ode mnie niemożliwego, podczas gdy ja tylko  staram się zrobić wszystko, by przeżyć. Tego naprawdę chcesz?
Ramiona Rona opadły do przodu, kiedy pochylił głowę.
- Chcesz, żebym co powiedział? – zapytał. – Jestem idiotą. Powinienem wiedzieć, że nie wpadłeś w to całe podekscytowanie Turniejem. Byłem przestraszony. Myślałem, że gdy tylko zaprzyjaźnisz się z Krumem i Diggorym, nie będziesz chciał już ze mną spędzać czasu.
Harry popatrzył na Rona z niedowierzaniem. Hermiona go ostrzegała, ale wciąż czuł szok, słysząc, że Ron to przyznał.
- To sobie pomyślałeś? – zapytał Harry. – Ron, to nie jest rywalizacja. Byłem przyjazny do Viktora, ponieważ rozumiem, przez co przechodzi. Cedric pomógł mi odprawić Ritę Skeeter na ceremonii sprawdzania różdżek. Oni nie znają mnie tak, jak ty i pewnie nigdy nie poznają. Byłeś moim pierwszym przyjacielem w moim wieku. Poświęciłeś się dla mnie podczas gry w wielkie szachy, Ron. Nie odwracam się od ludzi, ponieważ inni pojawiają się w moim życiu.
Ron pozwolił pełnemu ulgi uśmiechowi pojawić się na jego twarzy.
- Naprawdę mi przykro, Harry – powiedział. – Co mam zrobić, by ci to udowodnić?
Harry pomyślał przez chwilę, po czym uśmiechnął się. Po prawdzie, tęsknił za Ronem tak bardzo, że był gotów zaakceptować to, że Ron może zawsze być zazdrosny o status gwiazdy chłopca, który przeżył tak, jak reszta uczniów Hogwartu. Nie zgadzał się z tym, ale wiedział, że nic nie może zrobić, by to zmienić.
- Umiesz pływać? – zapytał Harry z ciekawością przyjaciela.
^^^
Przez następne kilka dni Harry odpowiedział Ronowi, co odkrył na temat drugiego zadania. Hermiona była zachwycona, że Harry i Ron pogodzili się i chętnie skorzystała z okazji, by razem z Ronem nauczyć Harry’ego pływać. Cała trójka zgodziła się, żeby wymykać się do Pokoju Życzeń każdej nocy po tym, jak skończą zadania, aż Harry będzie pływał tak dobrze, żeby ukończyć zadanie.
Podążając za instrukcjami Remusa, odnaleźli Pokój Życzeń i ciężko było im uwierzyć własnym oczom, kiedy weszli. Pokój był ogromny z basenem w środku, większym niż w Łazience Prefektów. Stosy ręczników były ułożone na jednym końcu basenu i czekały na użycie. Ściany były udekorowane mieszaniną mugolskich i magicznych dziecinnych rzeczy do użycia w wodzie. Z tyłu pokoju były trzy drzwi podpisane „Harry”, „Ron” i „Hermiona”. Otwierały się, ukazując przebieralnie z kąpielówkami dla każdego.
Podczas czasu spędzonego w wodzie, Ron i Hermiona zauważyli błyszczący, czarny naszyjnik, który Harry nosił od Halloween. Ponieważ był wokół jego szyi tak długo, Harry kompletnie o nim zapomniał. Nie chcąc mówić im o swoim niekontrolowaniu magii, Harry był zmuszony skłamać i powiedzieć, że to prezent od Syriusza i Remusa. Nie znosił kłamstwa, ale właśnie pogodził się z Ronem. Nie miał zamiaru robić czegoś, co mogłoby odstraszyć jego albo Hermionę.
Większość czasu w Pokoju Życzeń spędzili pomagając Harry’emu ale z pewnością nie cały. Sprzeczki Rona i Hermiony zmieniły się w bitwy wodne, od których Harry trzymał się z daleka. Na którymkolwiek końcu basenu rozbryzgiwali wodę na siebie, Harry trzymał się tego przeciwnego. Harry odkrył, że kiedy Ron i Hermiona kłócili się, musiał rozstrzygać, co oznaczało, że musiał wybierać którąś stronę… a tego nienawidził robić. W ten sposób zawsze jedna ze stron była na niego zła.
Ponieważ drugie zadanie zaczęło się zbliżać, cała szkoła ponownie wybuchła entuzjazmem. Niekończące się teorie o to, jak będzie wyglądać drugie zadanie było głównym tematem rozmów. Niezliczeni uczniowie podchodzili do Harry’ego po wskazówkę, co takiego będzie musiał zrobić, zastanawiając się, czy to będzie coś podobnego do pierwszego zadania. Harry odmówił komentarza, utrzymując, że gdyby uczniowie mieli wiedzieć, ktoś by im powiedział. Ron i Hermiona zobowiązali się, by mówić o wszystkim, byle nie o Turnieju w obecności Harry’ego, żeby zdjąć z niego presję, którą inni na niego kładli.
Wieczór przed drugim zadaniem wydawał się być jednym z tych, kiedy czas się ciągnął. Mimo że Harry był przygotowany, nie mógł nie czuć zdenerwowania. Bez przerwy przechodził przez wszystko w głowie, tylko po to, by się upewnić, że jest gotów. Umiał pływać tak dobrze, jak Ron i Hermiona oraz przygotował skrzeloziele. Jedynym problemem, jaki mógł wymyślić było to, że nie wiedział, gdzie w jeziorze mogą być trytony. Ta myśl sprawiała, że Harry był jeszcze bardziej zdenerwowany. Jak on miał ich znaleźć?
Desperacko chcąc zrobić coś poza czekaniem, Harry zaczął przeglądać ponownie podręcznik do zaklęć. Po godzinie był zmuszony zrobić sobie przerwę przez Rona, który pociągnął go do najbliższego stolika, gdzie czekały szachy. Po długiej grze, w której oczywiście wygrał Ron, Harry już miał wrócić do książki z zaklęciami, kiedy zauważył, że w portrecie stoi profesor McGonagall i patrzy na nich.
- Panno Granger i panie Weasley, proszę ze mną – powiedziała surowo.
Harry, Ron i Hermiona momentalnie zaczęli wyglądać na zdenerwowanych. Co takiego mogli zrobić? Ron i Hermiona rzadko opuszczali bok Harry’ego w ciągu ostatnich kilku tygodni. Jedyną rzeczą, jaką robili to lekcje pływania w Pokoju Życzeń, a Harry też tam był, więc czy też nie powinien mieć kłopotów?
Widząc spojrzenia na ich twarzach, profesor McGonagall wypróbowała inne podejście.
- Nie macie kłopotów – zapewniła ich. – Zapewniam, że panu Potterowi nic nie będzie, gdy chwilę was przy nim nie będzie.
Hermiona dotknęła ramienia Harry’ego i poczekała, aż przyjaciel na nią spojrzy.
- Postaraj się trochę pospać, Harry – powiedziała łagodnie. – Pracowałeś nad zadaniem od miesięcy. Nie sądzę, że mógłbyś być bardziej przygotowany nie teraz jesteś.
- Ona ma rację, Harry – dodał Ron. – Nie możesz zasnąć w połowie zadania.
- Postaram się – powiedział Harry, choć czuł, że dzisiaj nie będzie w stanie zasnąć. Był po prostu zbyt zdenerwowany, by choćby to rozważyć. Gdy Ron i Hermiona wyszli z McGonagall, Harry usiadł przed kominkiem i wrócił do przeglądania książki. Podejrzewał, że jego przyjaciele niedługo wrócą i wiedział, że wtedy mu wszystko wyjaśnią.
Problemem było to, że nie wrócili.
Przed wschodem słońca, Harry był bardzo nerwowy, ale z kompletnie innego powodu. Ron i Hermiona powinni byli wrócić godziny temu. Profesor McGonagall powiedziała, że nie mają kłopotów, więc co mogło zatrzymać ich na tak długi czas. Nie spał całą noc, więc wiedział, że nie przyszli bez jego wiedzy.
Bojąc się, że coś im się stało, Harry pobiegł do dormitorium i wyciągnął z kufra Mapę Huncwotów. Gdy ją aktywował, Harry przejrzał ją i zobaczył Rona, Hermionę, Cho Chang i kogoś podpisanego Gabrielle Delacour w gabinecie profesora Dumbledore’a z profesor McGonagall, profesor Flitwickiem, Ludo Bagmanem i Percym Weasleyem. Harry chciał tylko pobiec do gabinetu i dowiedzieć się, co się działo. Dlaczego było tam tak wiele osób? Co się działo?
Gdy schował mapę, usiadł na łóżku i otarł zmęczone oczy. Wiedział, że zapłaci za nieprzespaną noc. Jego żołądek był zwinięty z nerwów, przypominając mu, co się wydarzy za kilka godzin. Nie chcąc siedzieć i rozwodzić się nad tym, Harry zmienił ciuchy, chwycił różdżkę i ruszył do Pokoju Życzeń. Nie było szans, by zjadł cokolwiek tego ranka, więc pójście do Wielkiej Sali było całkowicie bezsensowne.
Spędził godzinę w Pokoju Życzeń, ćwicząc rzucanie Lumos bez słów, ponieważ nie będzie w stanie mówić pod wodą. Udało mu się wydobyć małe światełko o wielkości piłki do tenisa, ale przynajmniej to już coś. Ćwiczył też zaklęcie uzdrawiające, które użył w zeszłym roku i odświeżył lekcje, które miał z profesor McGonagall tego lata przed trzecim rokiem o tym, jak transmutować ubrania. Nie sądził, żeby mądrze było wchodzić do jeziora w spodniach i swetrze.
Chociaż teraz Harry naprawdę nie chciał nikogo widzieć, kolejne półtorej godziny w odosobnieniu były jeszcze mniej kuszące. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał było rozwodzenie się nad sposobami, w jakie mógł spaprać zadanie. Spacerując przez korytarze, Harry starał się skupić na wszystkim, oprócz drugiego zadania, ale było to niemożliwe. Gdzie byli Ron i Hermiona, gdy ich potrzebował?
Ta myśl sprawiła, że Harry nagle zatrzymał się. Gdzie byli Ron i Hermiona? Dlaczego nie było ich prawie całą noc? Czy go szukali? Z pewnością profesor Dumbledore nie zatrzyma ich, by przegapili drugie zadanie, prawda?
Harry nagle przypomniał sobie, co mówiło jajko: „To my mamy to, co tobie brak”. Co, jeśli to odnosiło się nie do przedmiotu, a do osoby? W biurze Dumbledore’a byli trzej uczniowie i jedna osoba, której imiona nie rozpoznawał, czyli czterech… po jednym, dla każdego reprezentanta. Natychmiast strach zalał Harry’ego. Czy profesor Dumbledore był kompletnie szalony? Pewnie tak.
Zdesperowany, by udowodnić, że się myli, Harry zaczął biec do gabinetu profesora Dumbledore’a. Przebiegał przez uczniów idących do Wielkiej Sali, ignorując krzyki tych, którzy chcieli życzyć mu powodzenia. Zaakceptował to, że uczestniczy w Turnieju, ale to nie oznaczało, że Ron i Hermiona też muszą. Myśl, że któreś z nich mogłoby zostać ranne z jego powodu była nie do zniesienia.
Wybiegł zza róg i musiał się zatrzymać, niemal wpadając na profesor McGonagall.
- Har-panie Potter – zawołała, łapiąc się, zanim ktoś usłyszał, że mówi do Harry’ego po imieniu. – Co to ma znaczyć?
- Gdzie są Ron i Hermiona? – zapytał natychmiast Harry. – Nie wrócili wczoraj w nocy.
Twarz profesor McGonagall złagodniała, kiedy kobieta westchnęła.
- Za mną – powiedziała cicho, po czym odwróciła się i weszła do najbliższej klasy. Gdy Harry wszedł, zamknęła za nim drzwi i odwróciła się do niego. – Harry, nie powinnam ci tego mówić, ale wiem, że inaczej nie skoncentrujesz się na zadaniu. Twoi przyjaciele biorą w nim udział. – Harry zrobił ruch, by zaprotestować. – Są całkowicie bezpieczni – zapewniła go. – Profesor Dumbledore nigdy by nie pozwolił, by coś im się stało. Podjął środki, by to zapewnić.
Harry nie mógł się powstrzymać i popatrzył na profesor McGonagall z uniesioną brwią. Z jej tonu głosu wynikało, że chyba starała się mu coś powiedzieć, bez mówienia tego. Wiedząc, że nic, co powie nie wpłynie na nauczycielkę, by porozmawiała z dyrektorem, Harry pożegnał się i pobiegł do wieży Gryffindoru. Nie zatrzymał się, aż nie dotarł do kufra w dormitorium, który otworzył i wyjął scyzoryk, który otrzymał od Syriusza na gwiazdkę. Miał przeczucie, że może mu się przydać. Wyjął też skrzeloziele ze słoika i dał je do kieszeni. Z pewnością nie chciał go zapomnieć.
Kiedy zbliżył się czas drugiego zadania, Harry naprzemiennie denerwował się zadaniem i uczestnictwem Rona i Hermiony w nim. Wcześnie poszedł nad jezioro, siadając na piętach z pochyloną głową i zamkniętymi oczami. Wskazówka mówiła o jednej rzeczy, nie kilku. Czy to oznaczało, że będzie musiał wybrać między Ronem a Hermioną? Nie, Dumbledore nie pozwoliłby na coś takiego.
W gabinecie Dumbledore’a była czwórka osób. Oczywistym było, że Cedric musiał ocalić Cho Chang. Jeśli Harry dobrze pamiętał, Gabrielle Delacour miała to samo nazwisko, co Fleur. Musiał zakładać, że to siostry. Z drugiej strony, Viktor Krum rzadko bywał w towarzystwie innych, poza Balem Bożonarodzeniowym oraz momentami, kiedy siedział z trójką Gryfonów w bibliotece. Partnerką Bułgara była Hermiona. On musiał ocalić ją, co oznaczało, że Harry miał uratować Rona.
Delikatny, chłodny wietrzyk wyrwał Harry’ego z myśli. Otwierając oczy, Harry uniósł wzrok i zobaczył stojącego nad nim Cedrica Diggory’ego, przez co niemal nie podskoczył z szoku. Nie słyszał absolutnie nic, nie mówiąc o tym, żeby ktoś podszedł.
- Eee… dzień dobry, Cedric – powiedział Harry niepewny, co jeszcze miałby powiedzieć i wstał. – Jesteś na to gotowy?
Cedric nosił płaszcz, ale wciąż się trząsł. Harry mógł zakładać, że cokolwiek Cedric nosił pod, nie był do końca ubrany na lutową pogodę.
- Bardziej nie będę – powiedział szczerze Cedric. – Co oni sobie myśleli, planując coś takiego na luty?
Harry mógł tylko wzruszyć ramionami, ponieważ też się zastanawiał nad tym samym. Profesor Dumbledore chciał pewnie rozpocząć Turniej z wielkim hukiem, rozmyślał. Po rozejrzeniu się, by się upewnić, że nikt nie słucha, Harry zrobił krok bliżej Cedrica, by nikt nie mógł usłyszeć.
- Tak w ogóle to dzięki za podpowiedź – powiedział z wdzięcznością. – Nie mogę uwierzyć, że byłem tak tępy, by nie pomyśleć o zanurzeniu jaja w wodzie, żeby zrozumieć trytoński.
Cedric machnął ręką.
- I tak byłem ci to winny – powiedział. – Więc, co zaplanowałeś na to zadanie?
Harry sięgnął do kieszeni, wyciągnął skrzeloziele i pokazał je Cedricowi.
- Zrozumiałem, że to bardziej niezawodne od zaklęcia Bąblogłowy albo transmutacji ciała – powiedział. – Choć zajęło mi wieki znalezienie tego.
- Co to jest? – zapytał niepewnie Cedric, nawet nie starając się ukryć obrzydzenia na widok małej rzeczy w dłoni Harry’ego.
Harry’emu trudno było zachować spokojny wyraz twarzy, gdy Cedric zachowywał się w ten sposób. Dla jakiegoś obserwatora, mogłoby się wydawać, że Cedric obawiał się tego czegoś w ręce Harry’ego.
- To skrzeloziele – powiedział Harry, chowając je z powrotem do kieszeni. – Je się je i może się oddychać pod wodą. Znalazłem je podczas ostatniej wycieczki do Hogsmeade.
Cedric jęknął sfrustrowany, uderzając się dłonią w czoło.
- Kompletnie o nim zapomniałem – powiedział. – Uczyliśmy się o nim na zielarstwie w zeszłym roku. A myślałem, że będziesz się trudził przez cały Turniej. – Cedric wyciągnął rękę, by roztrzepać włosy Harry’ego, na co Harry warknął z irytacji. – Powodzenia dzisiaj, Harry, choć wątpię, że tego potrzebujesz.
Harry starał się przygładzić swoje włosy, ale wiedział, że tej bitwy nie wygra. Dlaczego wszyscy czuli potrzebę rozwalenia jego już i tak roztrzepanych włosów?
- Też życzę szczęścia – powiedział poważnie Harry. – Użyjesz zaklęcia Bąblogłowy?
Cedric skinął głową, ale słysząc, że inni się zbliżają, powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś więcej. Spoglądając przez ramię, Harry zobaczył Viktora Kruma i skinął głową na powitanie, otrzymując skinięcie w odpowiedzi. Następni nadeszli sędziowie i zajęli swoje oznaczone miejsca przy stole sędziowskim. Harry od razu dostrzegł obecność Percy’ego Weasleya i nieobecność pana Croucha. To było drugie wydarzenie Turnieju Trójmagicznego, które Crouch ominął, a pierwszym był Bal Bożonarodzeniowy.
Fleur przyszła krótko po sędziach, a zaraz za nią uczniowie, którzy wypełnili siedzenia, które były użyte podczas pierwszego zadania. Harry starał się zrobić wszystko, by zignorować rozbrzmiewające paplanie. Znowu nerwy wróciły do niego z pełną mocą, co zmalało lekko, gdy rozmawiał z Cedriciem. Nie był zbyt zaniepokojony tym, jak to zrobi, byle znalazł Rona na czas. „Profesor Dumbledore nigdy by nie pozwolił, żeby coś im się stało. Podjął środki, by to zapewnić.”
Słowa profesor McGonagall w kółko odtwarzały się w jego głowie, uciszając paplanie tłumu. Zrozumienie w końcu uderzyło w Harry’ego, jak podmuch wiatru. McGonagall starała się go zapewnić, że potrzebujący ratunku będą cali i zdrowi, bez względu na wszystko. Jeśli nie wykona zadania, Ron będzie bezpieczny. Jeśli któreś z reprezentantów nie poradzi sobie, ich zakładnicy też będą bezpieczni. Hermiona będzie bezpieczna.
Zauważając, że Cedric ściąga płaszcz, Harry zdjął spodnie i skarpety, zanim transmutował swoje ubrania w spodenki do pływania i obcisłą koszulkę z długimi rękawami, stworzoną specjalnie do wody. Potem rzucił na siebie zaklęcie ogrzewające, zanim schował swoją różdżkę z powrotem do kabury. Natychmiast otoczyło go ciepło, odpychając chłód powietrza.
Głośny głos Ludo Bagmana wdarł się w jego myśli.
- Witam na drugim zadaniu – ogłosił. – Gdy rozlegnie się gwizdek, reprezentanci będą mieć godzinę, by odzyskać to, co im zabrano. Reprezentanci gotowi? Trzy… dwa… jeden…
Rozległ się głośny gwizdek. Harry szybko wyjął z kieszeni skrzeloziele i włożył je do ust, wchodząc do jeziora. Woda była nieco zimna, ostrzegając Harry’ego, że naprawdę musiała być lodowata, skoro działało zaklęcie ogrzewające. Wchodził głębiej do jeziora, zaczynając rzuć skrzeloziele. Mówiąc szczerze, smakowało absolutnie okropnie i było nawet gorsze, gdy spłynęło w dół gardła.
Z wielką wiarą, Harry zanurkował w jeziorze, mając nadzieję, że skrzeloziele zadziała. Gdy zaczął płynąć, Harry nagle poczuł błysk bólu po bokach szyi, a potem ulgę. Mógł oddychać. Pod uszami miał teraz skrzela. Wiedząc, że ma mało czasu, Harry płynął dalej, zdumiony, jak łatwiej było teraz niż w Pokoju Życzeń. Zorientował się, że skrzeloziele musiało mieć coś z tym wspólnego i płynął dalej.
Otoczyła go ciemność. Instynktownie Harry machnął nadgarstkiem, nie zatrzymując się z różdżką w dłoni. Koncentrując się, Harry skupił się na zaklęciu Lumos i uśmiechnął, kiedy małe światełko pojawiło się na końcu jego różdżki, pozwalając mu widzieć przed sobą. Zobaczył długie, czarne wodorosty, błoto i błyszczące skały. Ryby zauważyły światło i szybko odpłynęły.
Wpłynął do miejsca, gdzie jasnozielone wodorosty zakrywały wszystko pod nim. Zaczął się poruszać, gdy nagle w jego głowie wrzasnęło. Harry szybko odwrócił się i wyciągnął lewą rękę, jakby chciał odepchnąć to, co mogło go zaatakować. Błysk światła wydobył się z jego rozpostartej dłoni, uderzając w druzgotka, wodnego demona z rogami, o których uczył się, kiedy Remus był nauczycielem obrony przed czarną magią. Oczy Harry’ego rozszerzyły się z przerażenia. Jak on to zrobił?
Skup się na zadaniu!
Nie chcąc wpaść na jakieś inne stworzenia, Harry odwrócił się i ruszył swoją drogą. Dostrzegł, że jego źródło światła zniknęło i ponownie skupił się na odpowiednim zaklęciu. Po raz kolejny światło rozbłysło na końcu jego różdżki. Rozglądając się, Harry zauważył nikłe światło z dystansu po jego prawej i zdecydował się za nim podążyć. Płynął jak najszybciej potrafił, na wypadek, gdyby się mylił. Jego mięśnie krzyczały w proteście, ale zignorował to. Nie miał pojęcia, ile zostało mu dozwolonego czasu, ale wiedział, że minęła przynajmniej połowa.
Zielone wodorosty pod nim zastąpione zostały czarnym mułem. Ciemne światło powoli rozjaśniło się, gdy dziwne głosy wypełniły jego uszy. Harry znał te głosy. Były takie same jak te z jajka. Wciąż forsował swoje ciało, wyciągając różdżkę z kabury. Nagle duża skała pojawiła się tuż przed nim w mętnej wodzie. Na całej były obrazy trytonów.
Przepływając obok, Harry podążył za głosami i światłem, dostrzegając, że jest otoczony przez rzeźbione skały z zielonymi skazami. To wtedy Harry zauważył poruszające się postacie, które nie wyglądały w ogóle tak, jak mity o trytonach je opisywały. Ich skóra była szara, włosy długie i zielone, oczy i zęby żółte, a ogony – srebrne. Wciąż płynął, ignorując pokazujące go sobie trytony, które unosiły się przed ich domami, ułożonymi w coś w rodzaju „wioski”. Mniejsza grupa trytonów śpiewała na środku, mówiąc reprezentantom, gdzie płynąć… dokładnie za nimi do ogona ogromnej figury trytona była przywiązana czwórka ludzi.
Gdyby to było możliwe, na ten widok oddech Harry’ego uwiązłby mu w gardle. Hermiona, Ron, Cho i dziewczynka, która mogła mieć tylko osiem lat i wyglądała dokładnie jak Fleur, wydawali się być w głębokim śnie. Bąbelki wylatujące z ich ust zapewniły Harry’ego, że wciąż żyli. Nie miał pojęcia, jak mogli oddychać, ale zdecydował się nie marnować teraz czasu na zastanawianie się nad tym.
Naciskając na swoje już obolałe ciało, Harry pospieszył do zakładników. Sięgając do kieszeni, Harry wyciągnął nóż, który dostał od Syriusza  i przybliżył ostrze. Jak najszybciej i najostrożniej odciął Rona i złapał śpiącego przyjaciela wolną ręką, podczas gdy drugą zamknął scyzoryk i włożył go z powrotem do kieszeni. Zerknął na Hermionę, westchnął z żalem i zaczął płynąć do góry, trzymając Rona pod pachami i kopiąc nogami, zmuszając je do mocniejszej i szybszej pracy. Czuł się tak, jakby poruszał się bardzo powoli, a Ron był okropnie ciężki.
Nagle gorąco wypełniło jego ciało, a zaraz po tym napłynęła energia, odpychając całe wyczerpanie czy ból. Nie musiał być geniuszem, by wiedzieć, co się działo. Wiedział, że to kolejny wybuch. Czuł, jak coś nie do kontrolowania wzrasta w nim, ale znika równie szybko, pochłonięta przez naszyjnik. Nie teraz! Proszę, nie teraz!
Ciemna woda nad Harrym powoli zaczęła się rozjaśniać. Nie przestawał kopać, jednocześnie trzymając ciasno Rona, jakby zależało od tego jego życie. Już prawie się udało. Wiedział to. Czuł to. Słyszał to. Chwila… słyszał?
Nagle jego uszy wypełniły głosy mówiące w języku (jeśli można to było tak nazwać), którego Harry nigdy wcześniej nie słyszał. Jednakże Harry wiedział, czego chciały. Nie chciały, żeby wypłynął na powierzchnię. Czuł to. Podążały za nim, czekając na odpowiedni moment, żeby zrobić to, czego pragnęły, a nie było to nic dobrego.
Była to taka motywacja, że Harry musiał kopać mocniej, niż to możliwe. Harry błyskawicznie dotarł na powierzchnię, a chwilę później Ron wypłynął z wody. Jego uszy wypełniły brawa, ale była to ostatnia rzecz, jaka go obchodziła. Oddychanie stało się trudne, póki Harry nie przypomniał sobie, że wciąż ma skrzela spowodowane przez skrzeloziele. Odpoczywając na plecach tak, by skrzela były pod wodą, Harry popłynął do brzegu, trzymając Rona jednym ramieniem. Nie dopłynął daleko, nim usłyszał jęk Rona.
- Harry? – zapytał Ron półprzytomnie, po czym rozejrzał się i dostrzegł, gdzie są. O chwili, Ron wysunął się z pod ręki Harry’ego, sygnalizując, że może płynąć sam resztę drogi. – Na co czekasz? – zapytał z szerokim uśmiechem. – Płyńmy!
Harry roześmiałby się, gdyby coś nie chwyciło go za prawą kostkę. Nagle zalał go strach, gdy coś chwyciło go za lewą kostkę.
- Ron! – krzyknął, zanim został pociągnięty pod wodę z niewiarygodną prędkością. Coś zacisnęło się na obu jego nadgarstkach, pociągając w dół jeszcze szybciej. Harry machnął nadgarstkiem i chwycił różdżkę. Musiał się uwolnić. Musiał się skoncentrować.
Zamykając oczy, Harry starał się skupić, ale dostrzegł, że to trudne, kiedy zalewa go kłujący ból z kostek. Ignorując to jak najlepiej potrafił, Harry skupił się na wszystkim innym, oprócz bólu. Ponownie Harry poczuł falę mocy przepływającej przez jego ciało i zaczął panikować. Nie mógł teraz stracić kontroli, nie kiedy trzej pozostali reprezentanci i ich zakładnicy wciąż byli w wodzie. Nie mógł ryzykować, że kogoś zrani… ale nie mógł też niczego nie robić.
Wskazując różdżką w prawą kostkę, Harry skupił się na zaklęciu oszałamiającym. Jego oczy były ciasno zamknięte, kiedy zmuszał moc do przepłynięcia przez jego różdżkę. Chwilę później uścisk na jego prawej kostce zniknął i Harry nie marnował czasu, zanim zrobił to samo z lewą kostką i lewym nadgarstkiem. Gdy jego kończyny były wolne, Harry zmienił dłoń i zrobił to samo z tajemniczym stworzeniem, które ciągnęło go w dół za prawy nadgarstek. Całkowicie wolny, Harry schował różdżkę do kabury i szybko popłynął na powierzchnię. Oddychanie stało się trudne, po czym znajomy ból uderzył w jego szyję. Wiedział, że skrzeloziele przestaje działać. Nagle poczuł wyczerpanie, które jeszcze bardziej utrudniło płynięcie, ale wciąż zmuszał się, by wypłynąć. Potrzebował powietrza. Chciał, by jego mięśnie przestały na niego wrzeszczeć. Musiał zemdleć.
Wypływając na powierzchnię, Harry wziął głęboki wdech powietrza, czując tak wielką ulgę, jak nigdy wcześniej. Czuł się tak, jakby jego ramiona i nogi miały odpaść, ale Harry desperacko chciał dotrzeć do brzegu i jak najszybciej wydostać się z wody. Zdawało się, że wieki zajął mu powrót na brzeg, gdzie szybko został wyciągnięty z wody przez profesora Dumbledore’a i Karkarowa. Harry skrzywił się z bólu, gdy jego prawa stopa uderzyła o kamień. Spojrzał w dół i zobaczył, że obje jego kostki szczodrze krwawią.
Profesor Dumbledore zdawał się też to zauważyć, bo szybko pociągnął czternastolatka do góry i zaniósł do namiotu, gdzie stacjonowała pani Pomfrey, tuż przy brzegu. Zbyt zmęczony, by zrobić cokolwiek, Harry poczuł, że jego głowa opada na pierś Dumbledore’a, a jego oczy zamykają się. Ciche głosy mówiły mu, że już wszystko będzie dobrze, gdy poczuł, że jest kładziony na coś miękkiego. Ból z jego kostek zniknął, zanim został okryty ciepłym kocem. Poczuł, że jego usta otwierają się, a coś chłodnego i gorzkiego spływa w dół jego gardła.
Harry powoli otworzył oczy i zobaczył Rona, owiniętego w koc i patrzącego na niego nerwowo.
- W porządku, Harry? – zapytał. – Próbowałem podążyć za tobą, ale nie mogłem cię znaleźć, więc Dumbledore wyciągnął mnie z wody, zanim popłynąłem głębiej. Co się stało?
- Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą Harry, starając się usiąść, ale jego ramiona nie chciały współpracować. Ron dostrzegł to i pomógł mu. – Dzięki – powiedział Harry, chwiejąc się lekko. – Nie wiedziałem, co to było, ale mam przeczucie, że druzgotki. Jeden próbował mnie zaatakować, zanim cię znalazłem… - Wspomnienie tego i jak poradził sobie z tym konkretnym druzgotkiem sprawiło, że Harry przestał wyjaśniać. Spoglądając na jezioro, Harry musiał się zastanowić, co się tam stało. Za pierwszym razem naszyjnik zadziałał, jednak za drugim nie. Harry musiał pomyśleć, czy mylił się, pokładając wiarę w biżuterii. To nie tak, że Harry był zdenerwowany tym, że naszyjnik zawiódł. Zwalczył to, co nadchodziło. Nie podobał mu się tylko fakt, że nie wiedział, co się mogło wydarzyć.
Harry został wyrwany z myśli przez powrót Cedrica i Cho, którzy od razu zostali owinięci w koce. W momencie, gdy weszli do namiotu, zauważyli Harry’ego, siedzącego na łóżku z ciasno obandażowanymi kostkami. Pani Pomfrey poszła za nimi i również zauważyła Harry’ego.
- Panie Potter – skarciła go. – Natychmiast proszę się z powrotem położyć. Pana reakcja na eliksir pieprzowy wystarczyła, by wiedzieć, że potrzebuje pan odpoczynku.
- Kiedy dała mi pani pieprzowy? – zapytał zdezorientowany Harry.
- O to mi właśnie chodzi – powiedziała pani Pomfrey, podchodząc do boku Harry’ego i popychając go z powrotem na plecy. – Stracił pan dość dużo krwi i z pana kondycją, zapewne pan coś złapie. Teraz proszę tutaj zostać albo spędzi pan tydzień w skrzydle szpitalnym.
Tylko tyle pani Pomfrey musiała powiedzieć. Ostatnią rzeczą, jakiej Harry pragnął, był tydzień w skrzydle szpitalnym. Koc ponownie został podciągnięty pod jego brodę. Poczuł, że kolejny jest układny na jego stopach, zanim dostrzegł, że pani Pomfrey podchodzi do Cedrica i Cho, by ich przegadać. Ron przyciągnął krzesło i usiadł u boku Harry’ego, nie będąc w stanie powstrzymać zmartwienia, by nie wkradało się na jego twarz.
- Pani Pomfrey, czy z Harrym wszystko w porządku? – zapytał cicho Cedric, ale Harry i tak go usłyszał.
- Gdy tylko jego kostki się uleczą i odpocznie, pan Potter będzie zdrów jak ryba, panie Diggory – zapewniła Puchona Pomfrey. – Myślę, że ten widok przestraszył nas bardziej, niż cokolwiek innego. Profesor Dumbledore chce się upewnić, że nie ma więcej ran.
- Widok? – zapytała zdezorientowana Cho.
- Zaczęliśmy płynąć do brzegu, gdy coś pociągnęło Harry’ego pod wodę – odpowiedział Ron z nutką irytacji w głosie. Jasne było, że nie podoba mu się to, że Cedric i Cho rozmawiają z panią Pomfrey, gdy był tam Harry. – Zniknął na dziesięć minut. Sędziowie mieli już odwołać zadanie, gdy Harry wypłynął na powierzchnię, chwytając oddech, z głębokimi cięciami na kostkach i siniakami na nadgarstkach.
Cedric przeniósł się do boku Harry’ego i usiadł przy jego nogach.
- Jak się czujesz, Harry? – zapytał.
Harry wzruszył ramionami. Wciąż czuł się tak, jakby jego mięśnie trawił ogień, ale nie miał zamiaru narzekać z tego powodu.
- Nie mogę poruszyć ramionami i nogami, ale to pewnie dobrze, bo pani Pomfrey nie chce, żebym się ruszał – powiedział szczerze.
Pani Pomfrey wybiegła z namiotu z dwoma kocami w ramionach, sprowadzając uwagę wszystkich. Chwilę później usłyszeli, jak pani Pomfrey wprowadza do namiotu przemokniętych Viktora i Hermionę. Hermiona zerknęła na tę scenę i pospieszyła do boku Harry’ego. Ron szybko wyjaśnił Hermionie, dlaczego Harry był w łóżku. Mimo że Harry starał się zapewnić Hermionę, że nic mu nie było i wszyscy tylko za bardzo się wczuli, wciąż czuła potrzebę pociągnięcia Harry’ego do stanowczego uścisku, przez co Ron i Cedric musieli ich rozdzielić.
Viktor zdecydował podejść i zatrzymać Hermionę z daleka od Harry’ego, podczas gdy Ron i Cedric ponownie zakryli chłopaka. Zostali ocaleni od rozmowy, kiedy usłyszeli głośną tyradę Fleur, Cedric i Cho wyszli z namiotu, by odkryć, co to za zgiełk i zaraz wrócili, by powiedzieć wszystkim, że Fleur nie znalazła na czas jej zakładnika i chciała wrócić poszukać siostry. Kilka minut później, Fleur przestała krzyczeć i weszła do namiotu, ciasno obejmując siostrę. Wszyscy zwyczajnie pozwolili jej zostać i pozostali przy Harrym. Wydawało się dziwne, że trzech reprezentantów zostało przyjaciółmi, a jeden nie. Harry nie potrafił powstrzymać lekkich wyrzutów sumienia, ponieważ to on starał się z Cedriciem i Viktorem. Może powinienem postarać się z Fleur.
Pogłośniony głos Ludo Bagmana wyrwał Harry’ego z myśli.
- Panie i panowie, nasi reprezentanci wrócili i teraz możemy wystawić oceny – ogłosił. – Panna Fleur Delacour użyła zaklęcia Bąblogłowy i została zaatakowana przez druzgotki, powstrzymując ją przed uratowaniem jej zakładnika. Zdobyła dwadzieścia pięć punktów. – Rozległy się oklaski. Kiedy ucichły, Bagman kontynuował. – Pan Harry Potter użył skrzeloziela i pierwszy powrócił ze swoim zakładnikiem. Pomimo że został zaatakowany przez druzgotki, powrócił w limicie czasowym. Pan Potter zdobywa czterdzieści siedem punktów. – Głośne okrzyki i oklaski rozbrzmiały z tłumu. Ponownie, kiedy hałas ucichł, Bagman kontynuował. – Pan Cedric Diggory użył zaklęcia Bąblogłowy. Wrócił jako drugi ze swoim zakładnikiem, ale pięć minut po czasie. Pan Diggory zdobywa czterdzieści pięć punktów. – Znów rozległy się oklaski. – Pan Viktor Krum wykorzystał transmutację, która była niekompletna, ale mimo to efektywna. Również wrócił ze swoim zakładnikiem, ale nie zmieścił się w czasie. Zdobywa czterdzieści punktów.

Rozległa się kolejna runda oklasków dla Viktora, ale tym razem podekscytowanie nadeszło i zniknęło. Harry po prostu zamknął oczy i pozwolił pochłonąć się wyczerpaniu. Ponownie zdołał znaleźć się na szczycie, kiedy jedynie starał się przeżyć. Wciąż był na pierwszym miejscu, ostatnim, na jakim chciał być. 

Wybaczcie za to, że w sobotę nie było tego rozdziału, ale nie wyrobiłam się. NDH w środę ;)

środa, 13 września 2017

Ucząc się od Orfeusza


Autor: Amanuensis
Oryfinał: Learning from Orpheus
Zgoda: jest
Rating: +18
Pairing: Harry/Syriusz/Remus/James
Ilość części: miniaturka
Opis: Jeden Zmieniacz Czasu i jeden zdesperowany Harry. Oraz trzej Huncwoci.

To nie było w żaden sposób podobne do jego pierwszej wycieczki z Hermioną. Nie, żeby tym razem wiedział, co robi, skąd; działał na wyczucie i miał sporo dobrych intencji, ale to nic, kiedy chodziło o użyteczny plan.
Ale ten Zmieniacz Czasu wracał po roku, nie godzinie. I Harry przeniesie się wystarczająco daleko, by uniknąć bałaganu z przepisem „nie pozwól sobie się zobaczyć” – dodatkowo, tym razem miał pelerynę niewidkę.
Więc musiał tylko znaleźć ludzi, z którymi potrzebował pomówić, gdy będą sami, powie im, co muszą zrobić, a czego nie mogą i upewni się, że mu uwierzą.
To było tak popieprzone.
Ale niemal nie było czasu na myślenie, ani na dyskutowanie; chwycenie Zmieniacza Czasu było momentem rób-albo-giń, a plan całkowicie uległ zmianie w jego umyśle, gdy zrozumiał, że może chwycić go i użyć do ucieczki. Mógł zrobić coś lepszego niż ucieczka.
Albo dużo, dużo gorszego.
Ale próbując  było wiele rzeczy, które był w stanie nazwać akceptowalną stratą. Mógł umrzeć. Mógł utknąć w przeszłości. Istniało pewne ryzyko, że może zrobić coś, co zapobiegnie jego narodzinom. Nic z tych rzeczy bardzo go nie przerażało. Wymienić niewinne życia za te, które próbował ocalić – to wywoływało ołowiane uczucie w jego wnętrznościach. Ale była szansa. Ziarno wiary mówiło mu, że może mu się powieść.
Głupia, idiotyczna, gówniana wiara.
Dziewiętnaście obrotów.
I pomyślał, że powietrze powinno pachnieć dziewiętnaście lat starzej, ale to było to samo hogwardzkie powietrze podczas jesieni – wilgotne i chłodne – a Bijąca Wierzba, tylko sześcio-, siedmioletnia, została posadzona, gdy już była ogromna, więc nie było wielkiej różnicy, a choć nie potrafił cały czas trzymać peleryny niewidki, miał mniejsze szanse, że będzie wyglądał dziwnie w swoich szatach, skoro czarodziejska moda nie zmieniała się tak szybko, jak mugolska. Choć… może jego dziwne ubrania dodałyby nieco wiarygodności jego historii?
Albo sprawiłyby, że wyglądałby jak kompletny wariat.
Jego plan, jako taki, zakładał, że porozmawia z Syriuszem albo Remusem. Znał ich. Nie znał rodziców a na myśl o wyjaśnianiu jego podobieństwa do ojca, jego ojcu, oblewał go zimny pot. Już złe było to, że będzie tłumaczył to Remusowi albo Syriuszowi. I w ogóle nie wiedział, jak rozmawiać z dziewczynami – jak miał sprawić, żeby uwierzyła mu jego matka?
Do wierzy Gryffindoru nie było trudno wejść, używając płaszcza i odrobiny cierpliwości, którą zdołał odgrzebać, czekał na ucznia, który poda hasło i wszedł. Przemknięcie przez pokój wspólny – nie rozpoznał w nim nikogo – było równie proste. Ale kiedy dotarł do dormitorium chłopców siódmego roku, odkrył, że są tam sami oboje Remus i Syriusz. Remus grzebał za czymś w swoim sekretarzyku, a Syriusz leżał na łóżku, wołając do Remusa, żeby „zapomniał o podręczniku; miał sześć eksplodujących Gniazd Węży, które zostały po wycieczce w Hogsmeade i nie umiał się doczekać, by je wypróbować – najlepiej w toalecie dziewczyn”.
Widząc ich, słysząc to, Harry zatrzymał się; ani z wyglądu nie wyglądali dużo starzej niż we wspomnieniach z myślodsiweni: twarze mieli tak beztroskie, postawy tak niedbałe, nie byli starsi niż sam Harry. Przypomniał sobie, że jego plan zakładał pomówić z jednym z nich. Czy tym sposobem było lepiej? Powinien poczekać, aż jeden z nich wyjdzie? Nie. Miał okazję; nie powinien jej marnować albo się czaić. Poza tym, co jeśli zobaczą go na mapie?
Pozwolił płaszczowi opaść, wiedząc, że jeśli poczekałby, aż odzyska odwagę, stałby tam zwyczajnie do końca świata. Syriusz dostrzegł ruch, zaczynając siadać.
- Rogaś. Powiedziałeś, że… - Zamrugał, jego usta zamarły. – Myślałem, że jesteś… kim jesteś?
Tak. Jak na razie wszystko było w porządku. Byli animagami. Syriusz i Remus wciąż mówili do siebie po żarcie na Snapie.
- Muszę… muszę z wami porozmawiać.
Remus gapił się na niego. Syriusz powtórzył:
- Kim jesteś? I jak się tu dostałeś? – Jego dłoń ruszyła w kierunku piersi, do tego samego miejsca, gdzie Dorosły Syriusz trzymał swoją różdżkę. Harry musiał odpowiedzieć.
Przez to wszystko nawet nie pomyślał o swoim pseudonimie.
- Harry. – Wyrwało mu się mimowolnie. Ale wszystko w porządku. Nie wiedzieli, kim jest Harry. Jeszcze.
- Harry jaki?
- Po prostu Harry. Posłuchajcie… możecie zaczarować drzwi? A może wolicie, żebym ja to zrobił? – Nie miał pojęcia, gdzie był Peter Pettigrew, ani jak długo go nie będzie. – Mam coś naprawdę, naprawdę ważnego do powiedzenia i tylko wam, nikt inny nie może słyszeć.
To brzmiało tak słabo. Schrzanił to po królewsku; Syriusz pewnie wyjmie różdżkę i przeklnie go w kijankę, a on klapnie na kamienną podłogę i może, tylko może, zlitują się nad nim i wrzucą go do jeziora, gdzie będzie mógł dorosnąć w żabę, wieźć spokojną żabią egzystencję i zaprzyjaźnić się z Wielką Kałamarnicą.
Syriusz wyjął różdżkę. Ale Harry o jednym zapomniał: podczas gdy inni byliby zwyczajnie podejrzliwi albo nieufni, Huncwoci – zwłaszcza Syriusz – nie mogliby się oprzeć obietnicy intrygi. Zaklęcie uderzyło w drzwi; zamek kliknął. Syriusz nie schował różdżki, ale pozwolił ramieniu opaść do jego boku.
- Więc mów.
Harry dostrzegł, że nie potrafi; gdy właśnie nadszedł ten moment, zbyt szybko połknął powietrze, by mówić. Remus wstał.
- Boże, wygląda zupełnie jak James. Co jest? Chcesz usiąść? – Harry nie mógł zaprotestować. Nie sądził, że to zły pomysł. Poprowadzili go na krawędź łóżka Syriusza, siadając po jego obu bokach.
Harry odetchnął głęboko, starając się wymyślić, jak zacząć. Jego serce waliło mu w gardle, ale musiał wydobyć z siebie słowa.
- Okej. Coś bardzo, bardzo złego wydarzy się w przyszłości.
Syriusz parsknął.
- Och, Merlinie. Mamy tutaj jakiegoś idiotę, który wierzy w te wszystkie bzdury, które uczą na wróżbiarstwie.
- Nie, zluzuj, Łapciu, spójrz na niego. On coś wie. – Puls Harry’ego nie zmalał, ale teraz z powodu ulgi. Remus dostrzegł to. A przynajmniej coś dostrzegł. Remus przybliżył twarz do Harry’ego. – Czy to… jedna z tych rzeczy, o których musimy wiedzieć? Więc możemy zrobić coś, by powstrzymać to, co ma się zdarzyć?
- Tak. – Harry skinął głową, zerkając na Syriusza, by sprawdzić, czy to zaakceptował. – Raczej, musicie czegoś nie robić.
Harry musiał być ostrożny. Peter był ich przyjacielem – był Huncwotem. Jeśli Harry zwyczajnie to wypapla, mogą odmówić uwierzenia w to i ponownie pojawi się wizja Żaby i Gigantycznej Kałamarnicy Jako Przyjaciół.
Ciężko było myśleć o czymkolwiek, gdy Syriusz i Remus siedzieli koło niego w taki sposób. Uświadomił sobie, że patrzy na Syriusza, spogląda na jego twarz, najpierw myśląc, że to doda mu odwagi, ale teraz tylko patrzył na młodego, wyluzowanego Syriusza z bólem ściskającym serce, który sprawiał, że miał ochotę chwycić go i przylgnąć do niego, jakby samo to miało zapewnić mu bezpieczeństwo. I Remusa też; Remus z bliznami, które nie były tak wyblakłe, włosami pozbawionymi pasm szarości, w ubraniach, które z pewnością nie były drogie, ale jednak nie były pozszywane przez ubóstwo. Remus dotknął jego dłoni. Harry nie tylko ją wziął, zacisnął na niej rękę.
- Dajmy mu chwilę – powiedział cicho Remus. – Powinieneś poczuć jego puls pod moją ręką. Jest naprawdę zdenerwowany.
- Sposób, w jaki na nas patrzy… - Harry’ego powinno zaniepokoić to, że mówią o nim, jakby go tu nie było. Jednak nie czuł tego. – Patrzy na nas tak, jakby nie mógł uwierzyć, że to my.
- Jesteś Jamesem, prawda? – Remus odsunął kosmyk włosów z oczu Harry’ego. – Jesteś jakiegoś rodzaju alternatywną rzeczywistością Jamesa i przeszedłeś do nas jakoś, by porozmawiać.
- To… - To zmusiło Harry’ego do mówienia. – To nie całkiem tak. To… - Skomplikowane, chciał powiedzieć. Trudne. Ale trudno było nawet o tym mówić. Jego druga ręka chwyciła dłoń Syriusza, niemal nieprzytomnie potrzebując analogicznego uścisku po drugiej stronie, który by go uziemił.
Ale gdy tylko ją miał, gdy ją złapał, było to jak zakończenie elektrycznego pasma. Nie mógł powiedzieć ani słowa więcej, ale przycisnął twarz do ramienia Syriusza, nie mogąc dłużej oprzeć się potrzebie. Poczuł, że niewielkie drgnięcie z zaskoczenia przeszło przez Syriusza, ale potem dłoń opadła na jego rękę, całkiem łagodnie, a następnie Harry usłyszał, że mamrocze, równie łagodnie:
- Cóż. Wydaje mi się, że w pewnym sensie jest jak James, nawet jeśli nim nie jest.
- Co?
- Powiedziałbym… - Syriusz zabrał rękę, która była na dłoni Harry’ego i przeniósł ją na jego brodę, unosząc ją na tyle, by spojrzeć mu w twarz, – że Harry czuje do nas miętę.
- Och, Syriuszu, nie… - Ale Remus urwał. – Och – powiedział, jakby to nie była najbardziej absurdalna rzecz, jaką mógł powiedzieć Syriusz. Harry wyczuł, że Remus czeka na jego odmowę. A może jednak na śmiech. Na coś, co pokazałoby, że uważa ten pomysł za okropny. – Um. Tak. Czy to jest jakaś część tego wszystkiego, Harry?
Harry nie mógł mu odpowiedzieć. Nie było to możliwe. Jak jego ojciec? Jego ojciec? My?
Dlaczego to nie było tak samo okropne?
Syriusz pochylił się i pocałował go.
Nie mógł wykrztusić słowa i był oszołomiony, jak wtedy, gdy Cho zrobiła mu to samo. Wyjątkiem było to, że tym razem, miał lepsze słowa niż „mokro”, by to opisać. To było odurzające, zapierające dech w piersiach. Szczere i bezwstydne. To było niemożliwe, a jednak wszystko było w porządku.
Nie był pewny, kiedy pocałunek urwał się, aż Syriusz nie przemówił.
- Och, Luni. On jest… milusi.
- Pozwól mi. – Palce pod jego brodą. Remus odwrócił jego głowę. Och, ten pocałunek był taki sam, a jednak inny na sposoby, w jakie musiał być inny. Ponieważ to był Remus. Harry nie miał słów, by zrozumieć, jak ich techniki się różniły, nie, ale był nikle świadomy tu, że tu nie chodziło o technikę; technika była czymś, o czym się strasznie dużo mówi, gdy się nie interesuje osobą, która całuje. To… tu chodziło o osobę. Osoby.
- Och, tak. – Remus miał ten sam lekko ochrypły ton, co Syriusz. – I jest słodki.
- Pomyślałem, że ci się spodoba.
- Nie oddał pocałunku. – To, oraz palce Remusa pod jego brodą, zwróciły jego uwagę. – Może jednak się myliliśmy? Nie chcemy cię wykorzystać.
- Chyba, że on tego chce! Zawsze opuszczasz tą część.
- Zamknij się, Syriusz. – Remus wziął dłonie Harry’ego w swoje. – Posłuchaj. Myślę, że bezpiecznie mogę powiedzieć, że to raczej my czujemy miętę do ciebie. I jeszcze nie powiedziałeś nam, żebyśmy się odwalili. Więc. Nie robimy czegoś, co zbyt cię przeraża, żeby kazać nam przestać, prawda?
- Może nie lubi się całować – powiedział Syriusz bardzo wesoło. – Możemy przejść prosto do wzajemnego rzucania się na siebie, jeśli wolisz.
- W ogóle nie pomagasz. – To było zastraszające spojrzenie, ale Syriusz nie wyglądał mniej radośnie. – Posłuchaj. Odpowiedzmy sobie na to pytanie. Czy znikniesz za godzinę albo coś w tym stylu, nie przekażesz wiadomości, jeśli nie powiesz jej teraz? A może jednak możemy mieć przyjemność z twojego towarzystwa nieco dłużej?
Harry w końcu odnalazł głos.
- Nie. Mam… cały czas świata.
Syriusz roześmiał się.
- Więc czyż nie jesteśmy szczęściarzami? – I ponownie odwrócił twarz Harry’ego, by na niego spojrzeć. – Więc spróbujmy jeszcze raz.
Tym razem Harry odpowiedział na pocałunek. Starał się nie martwić tym, co właśnie robi. Gdyby mógł zrozumieć tą rzecz związaną z techniką szybciej, bo z pewnością Syriusz i Remus już to wiedzieli. I podobał im się. Czuli do niego miętę.
Z pewnością nie zniechęcił Syriusza, ponieważ nie miał pojęcia, ile minęło czasu, zanim Remus – cierpliwy, ostrożny Remus – poklepał Syriusza po ramieniu i powiedział:
- W porządku, jesteś przekonany. Teraz moja kolej, czyż nie?
- Do diabła, tak – powiedział Syriusz, odchylając się oraz wyglądając na tak odurzonego i zziajanego, jak z pewnością musiał wyglądać Harry. – Och. On jest… Chryste. Moje spodnie już wyglądają jak namiot.
- To nic nowego, Łapciu. – I Remus pocałował Harry’ego. Teraz nie było w nim nic cierpliwego ani ostrożnego – Harry ledwie miał czas zacząć odpowiadać na pocałunek, zanim język Remusa wepchnął się między jego wargi, co było zaskakujące, ale przyjemne, zdecydowanie przyjemne i Harry pomyślał, że mogłoby być jeszcze przyjemniej, gdyby odpowiedział własnym językiem. To było sto razy lepsze od skromności słowa przyjemne. Remus jęknął, a to było sto razy lepsze niż wszystko inne.
Naciskali na Harry’ego z przodu i z tyłu, między siebie, a to sprawiło, że w głowie mu tak szumiało, że nie zauważył, kiedy popchnęli go na plecy, tak że teraz leżał w poprzek łóżka Syriusza. Syriusz miał dłonie na jego ramionach i mamrotał coś o tym, że szaty Harry’ego stoją mu na drodze, a Harry zdecydował, że tak właśnie jest, więc nie stało się nic peszącego, kiedy zostały zdjęte przez jego głowę. Za nimi, nieco później, podążyła jego koszulka, która mimo że nie stała bardzo na drodze, nie miał nic przeciwko temu.
Oboje, Syriusz i Remus byli już teraz bez koszulek. Byli… naprawdę wspaniali; określenie przystojni wcale ich nie umniejszało. Remus był chudszy, ale nie bardziej, niż sam Harry, a Syriusz miał ciemniejszą opaleniznę niż każdy z nich. Harry nie mógł powiedzieć, dlaczego pomyślał, że są wspaniali, poza tym, że widział ich tak młodych i w dobrej formie, co go przytłoczyło.
Oczywiście to oznaczało, że chciał ich dotknąć, a z tym nie było problemu, jako że interesowało ich to samo. Dziwne, jak niewiele wątpliwości go wypełniało: żadnych głupich obaw, które mogły się odnosić do jego preferencji. Łatwo było to wyłączyć. Mniej niż godzinę wcześniej, stawał przed własną śmiercią – zabawne, jak przez to pewne perspektywy wydawały się… miniaturowe.
Och. Ciepło skóry innej osoby pod jego własnymi dłońmi i to uczucie, gdy inne dłonie dotykały go w taki sposób… To wtedy przeszli od czegoś wolnego i błogiego do nagłego i pełnego potrzeby. Jego spodnie też teraz przypominały namiot, gdyby którykolwiek z nich zapragnął zerknąć, a nie wątpił, że to zrobią.
Jednak nie drażnili się z nim, czego spodziewał się po siedemnastolatkach. Remus tylko położył dłoń na tej bolącej wypukłości i pocierał, przykładając jednocześnie usta do ramienia Harry’ego, podczas gdy Syriusz zaczął pracować nad jego zamkiem, mamrocząc:
- Możemy to z niego zdjąć, prawda, Luni… - W odpowiedzi Syriusz otrzymał od Harry’ego tylko kilka głosek ”y”, kiedy uwalniał jego członka i powiedział: – Teraz już się tym nie martw – zanim pochylił się i possał główkę penisa Harry’ego ustami.
Harry otworzył usta, by powiedzieć Hej, nie… albo Nie spodziewałem się, że… albo Czy to oznacza…, kiedy zrozumiał, że Syriusz powiedział to z jakiegoś powodu i powinien podążyć jego radą. A potem jego usta nie były w stanie robić czegokolwiek innego oprócz sapania, kiedy Syriusz zasysał ciasne kółeczka wokół jego główki, prześlizgując się po jego trzonie płaskim językiem, aż od spodu.
- O, kurcze – wyszeptał.
Remus był za nim. Wsunął ramię pod barki Harry’ego, podtrzymując go, gdy usta Syriusza pełzały po jego członku, a kiedy wargi uformowały ciasne koło wokół samej nasady, zagnieżdżając się w ciemne kręcone włoski tuż u nasady, oczy Syriusza zamknęły się z pogodną satysfakcją na odpowiedź Harry’ego – to wtedy Harry sięgnął dłonią, by zacisnąć ją na pościeli pod nim, ponieważ był całkiem pewny, że nie zrobiłby dobrze, gdyby chwycił czyjeś włosy w tym momencie i pociągnął. Bardzo mocno.
Jednak nic nie mogło go powstrzymać od wyginania się w łuk przez to cudowne ssanie i nawet nie próbował się powstrzymywać. Syriusz wydał z siebie ciche mmmm i dał mu to, czego pragnął, prześlizgując się ustami w górę i w dół członka Harry’ego, aż nie odsunął się i nie wziął ust – poczucie rozrywania niemal doprowadziło Harry’ego nad samą krawędź – i zaczął lizać podstawę członka Harry’ego, sięgając niżej, a jego język przesunął się po skórze tuż przed jego jądrami. Harry wziął głębszy oddech i mocniej chwycił pościel.
- Zrobiłeś się zachłanny – powiedział Remus. – Teraz moja kolej.
 - Przestań… mmmm… jęczeć. Dostaniesz.
- Zanim on dojdzie, Syriuszu.
Syriusz mruknął coś zirytowany.
- Jest w naszym wieku, na litość Merlina. Będzie gotowy raz, dwa.
- Tak, mówisz tak za każdym razem, a po dwóch sekundach już chrapiesz. Przesuń się.
Syriusz wydał z siebie kolejny zirytowany odgłos, ale posłuchał, po czym rzucił się na miejsce obok Harry’ego, szczerząc się szeroko.
- Zignoruj go, Harry. Ja nie chrapię.
Remus subtelnie inaczej potraktował członek Harry’ego, unosząc go palcami obu dłoni, jakby był instrumentem, a potem zaczął drażnić językiem jego główkę, aż Harry trząsł się, a dłoń, która już nie zaciskała się na pościeli, zacisnęła się w pięść w jego ustach. Obok niego Syriusz pozbył się własnych spodni, odrzucił je i wziął dłoń Harry’ego w swoją.
- Tutaj. Tylko dotknij. Nie musisz jeszcze używać ust. Albo jeśli nie chcesz. – I owinął mocno palce Harry’ego wokół całej jego długości. – Och, tak. Przyjemnie. Nie martw się robieniem czegokolwiek – nie gdy Remus mizia cię językiem – tylko ściśnij lekko.
Syriusz miał rację; nie było możliwe, by skupić się na czymś więcej niż ściskanie, kiedy był tak ssany. Ale nie potrafił powstrzymać się przed patrzeniem na Syriusza, rozłożonego u jego boku, opalonego poza białą skórą na jego udach i tyłku, uśmiechającego się z zamkniętymi oczami, podczas gdy Harry trzymał jego twardość w dłoni, czując, jak cała długość pulsuje, a kilka kropelek wilgoci zbiera się na czubku. Kiedy nie mógł już znieść patrzenia na ten niezwykły widok, spojrzał na Remusa, który lizał go ze swobodnym skupieniem, nie uśmiechał się, ale był zadowolony, a jego wyraz twarzy był tak podobny do dorosłego Remusa, że to natychmiast go zrani i uleczy.
Właśnie wtedy drzwi się otworzyły.
Oczywiście wszyscy się wyprostowali; to był odruch. Zarejestrowali głos nowoprzybyłego, zanim go zobaczyli.
- To niby uczenie się, osły! Jesteście jak dwa pieprzone króliki; nie mogę… - urwał. – Chwila, kto to, do diabła, jest?
Jedyne, o czym Harry mógł pomyśleć, by zrobić, by powiedzieć, było przyłożenie pasa jego spodni i wyskrzeczenie:
- Myślałem, że zaczarowałeś drzwi.
Syriusz, który nie próbował się zakryć, parsknął:
- Tak, ale to nie zatrzyma Jamesa.
- Co, do diabła…? – zaczął powtarzać James.
Harry nie mógł powiedzieć kolejnego słowa. Jego ojciec. Jego-wersja-z-przemyślanymi-błędami.
- Zamknij znowu drzwi, Rogasiu. – Syriusz wciąż się uśmiechał. – Nie jesteś zbyt późno.
- O kuźwa. – Oczy Jamesa rozszerzyły się teraz, nie zwęziły z podejrzeniami, a Harry wiedział, że to nie tylko z powodu zobaczenia jego najlepszego kumpla w łóżku z innym chłopakiem. – Kim jesteś?
- Harry, James. James, Harry. Przyszedł od nas, by przekazać nam coś, co brzmiało na bardzo ważną wiadomość, ale my – i w tym momencie kąciki ust Remusa uniosły się, – nieco zboczyliśmy z tematu.
- On wygląda… - James miał kłopot z dokończeniem dużej większości jego zdań. – On…
- Chodź, Rogaś. Zobaczy, co dla ciebie mamy. – Syriusz potargał włosy Harry’ego. – Miałeś kiedykolwiek fantazję, by zrobić to samemu sobie?
Usta Jamesa otworzyły się.
Harry’ego nie, ale tylko dlatego, że zacisnął je i szczękę, nie wspominając o gardle.
- Uważamy, że to ty z alternatywnej rzeczywistości Przynajmniej to lepsze niż jego wyjaśnienie. Którego nie dał, ale wciąż bardziej lubimy naszą wersję.
- James… - Remus siedzący obok Harry’ego, owinął wokół niego ramię czule – albo troskliwie, Harry nie był pewny, – złapałeś go w niekorzystnej sytuacji. Nas wszystkich, po prawdzie. Zdejmij ciuchy i usiądź z nami na równej stopie.
- Seksiaście.
- Och, przestań, Łapo.
Jeden kącik ust Jamesa uniósł się.
Wtedy odwrócił się, wyjął jego różdżkę i zatrzasnął drzwi.
James zdjął jednym ruchem sweter i koszulkę, wydając się zastanawiać się nad spodniami, zamiast tego odwiązał i skopał buty. Harry mógł tylko obserwować w stanie oszołomienia, gdy wzrastało w nim coś, co nie było podekscytowaniem, ale też nie przerażeniem.
To był James. Nie znał Jamesa tak, jak znał Syriusza i Remusa. Był dla niego niczym więcej niż zdjęciem, wizją z lustra, kilkoma słowami z widmowego cienia. Jego wspomnienie, najlepsze, jakie miał, nie było nawet jego; było Snape’a, a wtedy James miał piętnaście lat i nie był jeszcze ojcem.
To był… on. Bardziej niż jego przyszłym ojcem, był nim. Było to bardziej, niż dziwaczne, ale pomysł, żeby James rozebrał się i dołączył do nich w łóżku nie był tak niepokojący, jak powinie być. To było przytłaczające, ale nie przerażające.
Harry nagle zdał sobie sprawę, że nie stracił erekcji.
- W porządku – powiedział James, ubrany tylko w spodnie, usiadł na łóżku obok Syriusza, – więc rozmawiamy, czy zaczynamy na nowo to, co przerwaliście?
- Rozmowa jest przereklamowana. Poza tym, wspominałem o „robieniem tego z samym sobą” i praktycznie tutaj skoczyłeś.
- Bądź miły. – Remus wciąż owijał ramiona wokół Harry’ego. – Rogaś, Harry jest nieco nieśmiały. Daj mu chwilę. – Pocałował Harry’ego w skroń. – Harry, chcesz, żeby teraz James się tobą zajął? Okropnie dobrze radzi sobie z ustami. I zignoruj to „jak króliki”; jest większym napaleńcem niż my dwaj razem wzięci.
James pochylił się i jeśli Harry pomyślał, że Syriusz jest w stanie uśmiechnąć się grzesznie, było to nic w porównaniu z uśmieszkiem Jamesa w tym momencie.
- Rozumiem, że przybyłem nieco późno, powinienem jakoś przeprosić. – Spojrzał w dół na erekcję Harry’ego, nie mniej się szczerząc. – Jestem ciekawy, czy smakuje choć trochę, jak mój.
- Skąd miałbyś wiedzieć? – zaśmiał się Syriusz.
- Och, bądź cicho, śmierdzielu, umiesz tylko mówić. Jakby Łapa nie spędził połowy nocy, pokazując nam, że może to zrobić. Więc, jak, Harry?
A Harry nie chciał powiedzieć nie, z większej ilości powodów, niż mógł uwierzyć. Mówił sobie, że najważniejszym było to, że musiało być jakieś wyjaśnienie, dlaczego był chętny rozebrać spodnie i brykać z Remusem i Syriuszem, a nie Jamesem. (Choć nie był pewny, że to była prawda.) I czy mógł to zrobić? Czy posłuchają go po tym; czy będzie musiał powiedzieć im wszystko i – i może obserwować, jak się od niego odsuwają, ponieważ musiał powiedzieć zbyt wiele?
Usłyszał, jak sam mówi:
- Właściwie… mogę zrobić to tobie?
James zamrugał. Syriusz ponownie roześmiał się. Nawet Remus zachichotał.
- Cóż. Już nie jest tak nieśmiały. Szybko poszło.
Harry oderwał uwagę od jego własnej erekcji i przesunął się do przodu, otwierając pasek Jamesa i zamek, ściągając spodnie i majtki w dół, w ten sam sposób, w jaki Remus zrobił jemu.
Członek Jamesa wyskoczył na wolność i, och, tak, już był twardy. Twardy i jeszcze twardniał, teraz, kiedy uwolnił się od ubrań, a kiedy Harry zbliżył do niego swoje usta, przyglądając mu się, jednocześnie zastanawiając, gdzie zacząć. Eksperymentalnie polizał od spodu, co zostało nagrodzone piżmowym, słonawym smakiem, który nie był całkiem nieprzyjemny, jak drgnięcie członka, które było jeszcze przyjemniejsze, a syknięcie Jamesa zaskoczyło ich obu.
Polizał ponownie, zaczął językiem śledzić linie jego członka od podstawy do jego szczytu. James jęknął, a jego dłoń opadła na głowę Harry’ego, palce prześlizgnęły się przez jego włosy i lekko zacisnęły, zachęcając Harry’ego, by został, ale nie w pięść. Och. Więc tak to się robi.
Nie mógł powiedzieć, dlaczego to brzmiało jak jedyna możliwa odpowiedź. Tylko że wiedział, że to prawdopodobne, że jeśli rezultaty ruszą tak, jak miał nadzieję, James pewnego dnia zda sobie sprawę, kim Harry był. I gdyby… gdyby James musiał to sobie przypomnieć, co pamiętał, że naprawdę nie zrobił nic Harry’emu… Harry zrobił to jemu. Dlaczego to było lepsze? Może nie było. Ale przynajmniej James nie będzie musiał się o to obwiniać.
- Luni, znam to spojrzenie na twarzy Jamesa. Sądzę, że nasze przejmowanie kolejki się skończyło.
- Na to wygląda. Cóż, jako tako zasługuje na to. Dalej, Łapo, wciąż organizujemy czas dla czwórki. To bułka z masłem.
I Harry – który miał teraz członek Jamesa w ustach, starając się uważać na zęby i uznał to za interesujące, jak jego główka zbija się w jego policzki od środka – dostrzegł, że dłonie ściągają resztę jego spodni, a potem popychają go na kolana i rozchylają je i ktoś – Syriusz – prześlizgnął się między uda Harry’ego, uniósł twarz i pochylił się, by wsunąć jego penisa w swoje usta. Harry jęknął z pełnymi ustami, a wtedy James jęknął głośniej, najwyraźniej to lubiąc, więc Harry jęknął ponownie, układając swój głos w serię jęków, które były bardziej niż z głębi serca, przez to, co niesamowite usta Syriusza robiły z jego członkiem, ssąc, liżąc, robiąc te ciasne kółeczka z ust wokół jego główki. James wciąż był coraz głośniej, wypychając biodra do twarzy Harry’ego, jego dłonie zacisnęły się na włosach, ale nie zbyt boleśnie – właściwie był to rodzaj przyjemnego bólu. Wtedy kolejne ciało zaczęło kręcić się u boku Harry’ego, a między jękami James wygiął tylko odrobinę swoje ciało tak, że mógł pochylić się, by wziąć członka Remusa we własne usta…
… i Harry zrozumiał, że Remus musiał w tym samym czasie pieścić Syriusza, wszyscy wykrzywiali się w jeden głodny okrąg ciał, i do cholery, nigdy nie marzył o czymś takim, było to szalone, bajeczne i to kompletnie zrujnuje jego seks z jedną osobą do końca jego dni. I, psiakrew, będzie posiadał to wspomnienie, nawet jeśli jego przyszłość będzie kompletnie inna i było to warte powrotu. Syriusz trącił jego jądra jedną dłonią, och, dochodził. Przytrzymał członka Jamesa i possał go, ponieważ to jedyne, co mógł zrobić. Dochodził w pośpiechu, fale zacisnęły jego jądra, brzuch i członek, kiedy wytrysnął, ściskał, opróżniał, w odpowiedzi wypełniony w usta nasieniem Jamesa, powstrzymując je, czując ciepło ich wszystkich wokół niego w poduszce ciał, które go otaczały, przytrzymujących go, powstrzymujących.
I opadli razem, nie rozdzielając się, nawet gdy się oddzielili.
Niemal zniszczyło Harry’ego pierwsze słowo, wymówione przez któregoś z nich:
- Kuźwa. Glizdogonowi będzie przykro, że to przegapił.
To było zbyt otwarte, by to zignorować. Harry niemal rozpłakał się, że musi zakończyć tą chwilę.
- Um. To jest coś, o czym nigdy nie możesz mu powiedzieć. Przenigdy.
Znieruchomieli, gdy James powiedział:
- Co masz przeciwko Peterowi?
Gdy Harry przygryzł wargę, zastanawiając się, jak mógł zwalczyć podejrzenie w głosie Jamesa, Remus przybył na ratunek.
- Czy… to część tego, co musisz nam powiedzieć? Czy to coś o Peterze?
Hary skinął głową w stronę pościeli, nie będąc w stanie jeszcze na nich spojrzeć.
Remus kopnął Syriusza.
- Nie zasypiaj, Łapo. Harry ma nam powiedzieć to, co zamierzał.
- Nie zasypiałem – powiedział Syriusz, ziewając szeroko. – Kontynuuj więc.
Więc im powiedział. Nie wszystko. Nic, co byłoby w najmniejszym stopniu wszystkim. Nigdy nie zamierzał powiedzieć im, kim jest, ani o ich złym przeznaczeniu, które na nich czekało – śmierć, Azkaban, izolacja. Ani nie planował ujawnić rzeczy, które były przyjemne albo neutralne, ale najlepiej, żeby zostało to niewypowiedziane. Gdyby był na ich miejscu, nie chciałby znać wszystkich niespodzianek ich życia – kogo poślubi, co będzie robił w życiu, to wszystko. Znienawidziłby to.
Ale przekazał im kluczowy element, przekazał im to, co muszą wiedzieć, co muszą usłyszeć, aż się o tym nie przekonają – James i ci, których kochał, będą musieli się ukryć za kilka lat. Nie czyńcie Petera Strażnikiem Tajemnicy. Będziecie myśleć, że to bystry pomysł, ponieważ Syriusz jest oczywistym wyborem – ale jeśli to zrobicie, wydarzą się straszne rzeczy. Pamiętał, by podzielić się tym, co Syriusz mu powiedział, tej nocy w Chacie – że Peter zaczął ich zdradzać rok przed… przed tym, jak wydarzyły się straszne rzeczy, że ich przyjaciel już mógł służyć, ale również, że sprawa ze Strażnikiem Tajemnicy była najbardziej morderczym zwrotem.
I uwierzyli mu. W ich postawach nie było ani trochę humoru, żadnej drwiny. Widzieli, że jest śmiertelnie poważny. James sposępniał, Remus zamyślił, a Syriusz wykazał całym swoim zuchwalstwem i ufnością. I wszyscy to zaakceptowali. Obiecali, że będą pamiętać, co powiedział i trzymać się tego.
I tylko tyle mógł zrobić. Tylko tyle mógł wymyślić. Cokolwiek więcej mogłoby zniszczyć to, co zrobił – teraz pozostaje tylko los.
I kiedy już się pożegnali, Harry, nie potrzebując ukryć przed nimi swoich działań, wyjął Zmieniacz Czasu i rozpoczął dziewiętnaście obrotów.
Był w połowie, kiedy przypomniał sobie o pelerynie niewidce, wciąż leżącej w kącie.
Och, do diabła. Nie, nie mógł próbować wrócić, nie w połowie obrotów; nie wiedział, co mogłoby się stać.
Ale jakie to miało znaczenie? Płaszcz – płaszcz Jamesa – będzie na niego czekał, dziewiętnaście lat od teraz. Ta myśl wyrwała z niego śmiech.
I z tym śmiechem, ruszył zmierzyć się z przyszłością.