poniedziałek, 27 czerwca 2016

Ty i ja



Autor: ObsidianEmbrace
Oryginalny tytuł: You and me
Zgoda: Czekam
Streszczenie: Syriusz pierwszy raz opiekuje się Harrym.
Notka: To część opowiadania „A life More Ordinary”, które nie jest niestety skończone i nie zamierzam go tłumaczyć. Autorka jednak zaznacza, że może być czytane bez znajomości tamtego tekstu.

~~~
- Będzie cały i zdrów – powiedział Syriusz już chyba pięćdziesiąty razy, ponownie wyciągając ramiona, ale Lily nie była całkiem gotowa, by go oddać.
- Jest po prostu taki mały… James, może powinniśmy…
- Będzie cały i zdrów – James powtórzył stanowczo słowa Syriusza, zbliżając się, by delikatnie zagarnąć Harry’ego z rąk żony. – Poza tym prawdopodobnie przez większość czasu będzie spał. A Syriusz potrafi trzymać go tak dobrze, jak my.
- Ale co jeśli…
- Syriusz karmił go mnóstwo razy. I choć to nie jest jego ulubiona czynność – powiedział James uśmiechając się ironicznie do przyjaciela, - potrafi nawet zmienić pieluchę. Czyż nie, Łapo?
- Lepiej niż ty.
James zachichotał.
- Możesz się tym zająć, kumplu.
Syriusz przyjął ciche zawiniątko od Jamesa, uśmiechając się zachęcająco do Lily, która nerwowo skubała wargę. Syriusz przyciągnął chrześniaka bliżej piersi.
- Będziemy się dobrze bawić – powiedział cicho, żeby nie obudzić dziecka.
Lily poprawiła z roztargnieniem szal, gdy James owinął nim jej ramiona.
- Remus jest w domu… gdybyś potrzebował pomocy?
- Nie będzie potrzebował pomocy – powiedział James. Pochylił się, by pocałować ją w policzek. – Przestań już drażnić… to tylko kolacja.
- Och… - Ale Lily pokiwała głową z determinacją. Stanęła na palcach i pocałowała policzek Syriusza. – Uważaj na niego.
- Będę go traktować jak własnego chrześniaka – powiedział z drażniącym uśmiechem.
Uśmiechnęła się i przeczesała palcami gęstą czarną czuprynę Harry’ego. Nadal niechętnie, cofnęła się. James objął ramieniem jej ramiona i z delikatnym naciskiem rywalizującym z Lily, skierował się w stronę drzwi.
- Dzięki, Łapo – powiedział, tuż przed tym, jak wymknął się za drzwi.
Gdy tylko drzwi za nimi kliknęły, Harry ziewnął i wyszczerzył się do wspaniałych zielonych oczu, tak podobnych do Lily.
- Niezły czas, dzieciaku.
Harry spojrzał na niego, jego usta ściągnęły się, a potem otworzyły w szerokim ziewnięciu.
- Nic z tego, Harry – powiedział Syriusz z miękkim śmiechem, - albo ja też zasnę i twoja mama nigdy mi już nie pozwoli z tobą posiedzieć.
Harry popatrzył uroczyście, zamrugał kilka razy i podniósł zaciśniętą pięść do ust. Syriusz pogłaskał palcami miękką skórę z tyłu pulchnej dłoni.
- Jesteśmy głodni?
W odpowiedzi, jego chrześniak kontynuował ssanie palców.
- Myślę, że mogę przygotować butelkę – powiedział Syriusz, odwracając się w kierunku kuchni. – Robiliśmy to wcześniej, prawda? – Pochylił się i pocałował czoło Harry’ego, szczerząc się, gdy puchowe włosy połaskotały jego skroń. – Nawet jeśli twój tata był tam wtedy z nami.
^^^
Godzinę później, gdy Harry był nakarmiony, przebrany i beknął, Syriusz zastanawiał się, czy może Lily miała rację i był kiepski w tych rzeczach ojca chrzestnego. Bezwzględnie kiepski. Dlaczego jeszcze Harry mógł nadal płakać?
Spojrzał na zegar, nadal kołysząc się w tył i przód, z Harrym bezpiecznie umieszczonym w zgięciu łokcia – dwadzieścia minut i nie było widać końca.
Twarz Harry’ego była jasno czerwona, zmarszczona w niedoli; wielkie łzy wpływały po jego policzkach. A Syriusz był całkiem pewny, że jego serce rozpadnie się na miliony kawałeczków, jeśli nie dowie się, jak wszystko naprawić.
Nie wspominając o jego bębenkach.
- No dalej, kochany – zanucił. – O co chodzi?
Ale oczywiście Harry nie mógł mu odpowiedzieć – nawet nie miał pojęcia. Wystarczał ten łamiący serce głośny płacz.
Syriusz spojrzał w kierunku kominka, w krótkiej, wykalkulowanym momencie desperacji, rozważając przeszkodzenie Remusowi – w jego końcowej redakcji pierwszej przyjętej powieści. I mimo, że Syriusz wiedział, że Remus przyszedłby od razu, westchnął i szybko pominął tą myśl. Potrafił sobie poradzić.
- Twoja mama uważa, że jestem trochę głupi, jeśli chodzi o dzieci – powiedział miękkim głosem, przesuwając Harry’ego w ramionach. Harry wywrzeszczał swoją zgodę. – No już, nie chcesz, żeby przyszła i dostrzegła, że miała rację, prawda?
Najwyraźniej jego chrześniak tego chciał.
- Hej, mały draniu – powiedział z czułym uśmiechem, - twój tata będzie mnie niemiłosiernie drażnić. – Syriusz zakołysał nim ponownie. Koc pofrunął na podłogę, gdy Syriusz podniósł Harry’ego w powietrze tak, że szkarłatna twarz jego chrześniaka znalazła się tylko centymetry od jego własnej.
Cisza była natychmiastowa.
Harry zamachał małymi rączkami i nóżkami, rzucając się odruchowo przy stracie kokonu, w którym Syriusz trzymał go cały wieczór.
- Oho – powiedział Syriusz, szczerząc się, gdy z rozkoszą obserwował zaskoczony wyraz twarzy jego chrześniaka. – W taki sposób, co?
Zielone oczy Harry’ego rozszerzyły się, gdy patrzył z nowej perspektywy. Upewniając się, by nie chwiać nim za bardzo, Syriusz podrzucił go ponownie, śmiejąc się na widok drugiej fali zaskoczenia. Przyciągną go bliżej i parsknął mokro na ciepły policzek, samemu się uśmiechając.
- Bardziej tak – powiedział wesoło. Podciągając lekko koszulkę Harry’ego nosem, pocałował okrągły brzuszek. Tym razem uśmiech rozjaśnił twarz Harry’ego, sprawiając, że zielone oczy zabłyszczały. Syriusz odbił się lekko na palcach. – Powinieneś mi powiedzieć, że jesteś po prostu zmęczony opakowaniem – upomniał, potrząsając głową. Harry zagruchał i Syriusz pokiwał głową. – Masz rację… to moja wina, że myślałem, że jesteś parówką.
Usiadł na sofie, układając Harry’ego na poduszce naprzeciw niego, łaskocząc trochę wystający brzuszek. Syriusz trzymał ręce po obu stronach Harry’ego, który machał dość szczęśliwie rączkami.
- Nie chcę, żebyś spadł.
Harry zagruchał w zgodzie. Syriusz uśmiechnął się i złożył kolejny pocałunek na jego czole, chichocząc, gdy Harry mocno klepnął go w policzek.
- Masz całkiem imponującą rączkę, dzieciaku. – Chwycił małą piąstkę, pomachał nią, a oczy szeroko otworzyły się, gdy zainicjował następne uderzenie w jego policzek. Harry uśmiechnął się.
- Tak – powiedział cicho Syriusz, - po prostu będzie dobrze. Ty i ja.
^^^
- Już jesteśmy – powiedział James, gdy stanął z Lily na ganku. - Nie było tak źle, prawda?
Niepokój Lily powoli rozproszył się, gdy wieczór się rozkręcał, a w końcu zrelaksowała się na tyle, by zjeść deser. Uśmiechnęła się do niego.
- Nie było całkiem nieprzyjemnie.
James pocałował ją, szczerząc się w jej usta,  gdy owinęła ramiona wokół jego szyi i przycisnęła go plecami do drzwi.
- Może powinniśmy poprosić Syriusza, by popilnował Harry’ego jeszcze przez godzinę…
Lily roześmiała się; oparła ręce na jego piersi i odsunęła się.
- Nie poproszę Syriusza, by zajął się Harrym, gdy my na piętrze będziemy uprawiać seks.
- Kto powiedział cokolwiek o byciu na piętrze? – szepnął James do jej ucha, przyciągają ją bliżej. Tym razem pocałował ją głębiej. Po kilku minutach trąciła jego szyję, gdy James wtulił twarz w jej włosy, wdychając jej kwiatowy zapach.
- Lepiej jak pójdziemy – powiedział w końcu z żalem. Pocałowała go w szyję.
- Harry teraz śpi całe noce – przypomniała mu i czując się podbudowany przez to – i niepisaną obietnicę Lily, - otworzył drzwi i ruszył pierwszy do środka. Zaśmiał się na widok, który ich powitał.
Syriusz zasnął na jednym z krzeseł z Harrym w ramionach – również śpiącym.
- Wyczerpał go – szepnął James, gdy podeszli bliżej.
- Po prostu dałem odpocząć oczom – wymamrotał Syriusz, uchylając oko. James uśmiechnął się ironicznie.
- Zasnąłeś.
Syriusz ziewnął.
- Nie… - Ale nasączone snem słowa zdradziły go. – Dobrze się bawiliście? – zapytał między kolejnym ziewnięciem.
- Tak – odparła Lily, poprawiając koc, by zakrywał ramiona Harry’ego. – Nie robił kłopotów, prawda? – zapytała z niepokojem.
Usta Syriusza uniosły się w sennym uśmiechu.
- To aniołek.
Napięte ramiona Lily opadły z ulgą
- Lepiej włożę go do łóżeczka.
- Ja to zrobię – powiedział Syriusz, otwierając w pełni oczy. – To go mniej rozbudzi. – Wstał powoli, trzymając rękę na plecach Harry’ego. Oczy jego chrześniaka zatrzepotały, ale jego oddech został głęboki i nawet, gdy szedł po schodach, tylko trochę poruszył się, gdy Syriusz położył go delikatnie w łóżeczku.
- Wracaj spać… właśnie tak… - zanucił cicho Syriusz; tonem ze słowami, których nie mógł sobie przypomnieć. Ale to załatwiło sprawę; oczy Harry’ego zamknęły się, a jego pięść jakoś trafiła z powrotem do jego buzi. Syriusz musnął kciukiem jeden z policzków, uśmiechają się.
- Branoc…
Lily i James stali ramię w ramię przy drzwiach. Oboje się do niego uśmiechali.
- Dzięki, że z nim posiedziałeś – powiedziała Lily.
- Dobrze się bawiliśmy – odparł Syriusz, gdy wyszli na korytarz, a James zamknął za sobą cicho drzwi.
Uderzył lekko w ramię Syriusza.
- Chcesz znowu z nim posiedzieć w przyszłą sobotę?
Syriusz uśmiechnął się.
- Będę tu.

Dzięki za każdą opinię

środa, 22 czerwca 2016

Nasz własny Syriusz Black




Oryginalny tytuł: Our Very Own Sirius Black
Autor: NotEven Here
Zgoda: Czekam
Pairing: Syriusz Black/Remus Lupin
Podsumowanie: Wydziedziczony przez rodzinę, Syriusz znajduje niespodziewane pocieszenie w znajomym miejscu.
Ostrzeżenie: slash, choć w sumie nie obrazowy,
Tłumaczenie: Ginger (wybaczcie za błędy, nadal szukam dobrej bety)


Część I

- Cholera – mruknął Syriusz, gdy górna część bramy Potterów zaczepiła się za jego koszulkę. Mrużąc oczy w ciemności, szarpnął, warknął pełne wulgaryzmu upomnienie i wreszcie wyrwał tkaninę na wolność. Gdy tylko brama została zamknięta i zatrzaśnięta za nim, przejechał ręką po swoich zdeterminowanych oczach i spojrzał na cichy dom. Tylko błysk lampy starał się z nim witać. A ponieważ było grubo po północy, nie spodziewał się niczego innego.
Prawdopodobnie w ogóle nie powinien przychodzić, ale jego stopy zdradziły go i był już w połowie drogi tutaj, zanim to zrozumiał. Nie żeby Potterowie mieliby coś przeciwko temu – przynajmniej nie mieli nigdy przedtem. Ale wcześniej Syriusz nigdy nie opuścił Grimmauld Place na stałe.
Uciążliwe, bezwartościowe dziecko…
Z pożegnalnymi słowami matki odbijającymi się echem w jego głowie, Syriusz ruszył kamienną ścieżką i wspiął się na trzy stopnie do frontowych drzwi. Mógłby wejść, powiedział sobie. Robił to już wcześniej, czyż nie? Bez ostrzeżenia, tak, ale nigdy w środku nocy. I nigdy w pierwszym dniu letnich wakacji.
To nie ma znaczenia, powiedział sobie, ale nawet głos w jego głowie zaczął się trząść. Chwycił różdżkę w bolącą pięść, ale nie podniósł jej do gałki. Wciąż stał niemy i zdezorientowany, gdy drzwi otworzyły się szerokim ruchem.
- Syriusz? – Głos pana Pottera, zamroczony snem, wypełnił nieruchome powietrze.
Nie będąc w stanie zwolnić uścisku na różdżce, Syriusz przycisnął ją do biodra, odpowiadając chropowato:
- Tak, proszę pana.
Brwi pana Pottera złączyły się razem.
- Wszystko w porządku? – zapytał cicho, właśnie wtedy, gdy zaprosił gestem Syriusza przez próg.
Syriusz tępo skinął głową.
- Nie masz płaszcza…
Syriusz spojrzał na swoją klatkę piersiową i zastanowił się, dlaczego nie było mu zimno. Nawet jeśli to był czerwiec, był środek nocy.
- Przepraszam – powiedział ochryple. Pan Potter skrzywił się z zakłopotaniem.
- Wejdź do środka – mruknął, prowadząc Syriusza w kierunku długiej sofy z ręką między jego łopatkami. Syriusz posłuchał nacisku, skrzywił się, gdy jego tyłek opadł na poduszkę. Przez te godziny, które przeszedł.
Wzrok pana Pottera wyostrzył się na widok grymasu.
- Ktoś cię skrzywdził? – zapytał, tak szczerze, jak robił wszystko; na dodatek delikatnie. A w szarych oczach pojawiła się dostrzegalna ulga, gdy Syriusz pokręcił głową. To się nie liczy, jeśli chodzi o jego brata.
- To był długi spacer – czuł się zobowiązany, by wyjaśnić. – Nie zdawałem sobie sprawy…
Siwiejące brwi złączyły się.
- Szedłeś całą drogę z Londynu?
Odwracając się od zaintrygowanego spojrzenia, Syriusz wzruszył ramionami.
- Błędny Rycerz zabrał mnie część drogi…
Podskoczył, gdy ręka opadła na jego własną.
- Syriuszu – poprosił pan Potter. Ścisnął go chcąc podnieść na duchu i Syriusz uniósł oczy. – Co się stało?
- Musiałem odejść. Nie… nie wiedziałem, gdzie indziej iść.
- Dobrze zrobiłeś przychodząc tu – zapewnił go pan Potter. – Choć, powinieneś użyć Fiuu. Szesnastoletni chłopiec nie powinien sam wędrować po ulicach o tej porze.
Twarz Syriusza ogrzała się na tą łagodną naganę.
- Nie mogłem.
Zaskoczenie pojawiło się w życzliwych oczach.
- Dlaczego nie?
Słowa wymknęły się Syriuszowi, przynajmniej słowa, które sprawiły, że pojawił się jakiś sens. Ale jak miał wytłumaczyć, że mógłby ponownie spotkać się z matką? Nie mógł znieść zobaczenia jej uśmiechu, gdy chwaliła się swoim nie bezwartościowym synem przed resztą rodziny.
Była tak dumna, jakby Regulus właśnie został mianowany Prefektem Naczelnym, a nie wprowadzony w szeregi Voldemorta.
- Regulus w końcu to zrobił. – Gardło Syriusza ponownie się napięło, ale przełknął to. – Przyjął Znak i w ogóle. Widziałem to. Cała rodzina widziała; Bellatrix też i ten głupol o twarzy szczura, którego dopiero co poślubiła. Nawet jego brat ma. Wszyscy się tym ekscytują.
- Och, Syriuszu…
- Jak to możliwe, że mogą być tacy głupi? – chciał wiedzieć Syriusz, zaciskając ponownie ręce w pięści. – Czarny Pan to, Czarny Pan tamto. Czczą jakiegoś faceta, który oczywiście jest stuknięty. Nawet mój ojciec, który nie jest w najmniejszym stopniu głupi. Poza tym, daje wiary tym bzdurom, że jesteśmy lepsi od mugoli. Czysta krew jest najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałem!
Syriusz nagle zacisnął wargi, gwałtowny rumieniec zapłonął mu na policzkach, gdy zrozumiał, co właśnie powiedział. Ale zanim zdążył przeprosić za wybuch – i wulgaryzm, - pan Potter objął go ramieniem.
- Oczywiście, że tak – powiedział cicho i jednocześnie stanowczo, poklepując ramię Syriusza. – Jestem z ciebie dumny, że to zrozumiałeś, Syriuszu. Twoi rodzice powinni się wstydzić za wspieranie Regulusa w stawaniu się częścią tego potwornego reżimu. Zrobiłeś bardzo dobrze przychodząc tutaj – powiedział znowu, ale Syriusz ledwie go usłyszał.
Jestem z ciebie dumny, powiedział pan Potter. I powiedział to bez myśli, jakby duma z Syriusza Blacka była najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
- Twoja ręka…
Szybko przywrócony do rzeczywistości, Syriusz tym razem na dobre się skrzywił, gdy pan Potter delikatnie zacisnął palce na różdżce.
- Co zrobiłeś?
- Wpadłem z Regulusem w małą bójkę.
Brwi pana Pottera uniosły się.
- Powiedziałem, co myślę o jego nowym tatuażu i nie docenił tego – wyjaśnił Syriusz. Nie wyjaśnił, że Stworek docenił to w jeszcze mniejszym stopniu. Miał dość Maści Na Siniaki, więc to i tak nie miało znaczenia.
Pan Potter już wyciągnął różdżkę. Skrzywił się, gdy machnął nią nad kostkami Syriusza – teraz wszystkie były głęboko fioletowe.
- Nie są złamane – westchnął w końcu, - ale potrzebujesz maści. I eliksiru na ból?
Skinął głową, zanim Syriusz zdążył odpowiedzieć.
- Siedź tu. Wrócę za momencik. – Pogładził włosy Syriusza, zanim wstał i odwrócił się do kuchni. Syriusz patrzył za nim, chłonąc zdecydowane kroki póki straszne węzły w jego brzuchu nie zapłonęły gorzej niż całą noc.
Jego własny ojciec widział obtarte kostki, tak jak i podbite oko; nie poświęcił im drugiego spojrzenia.
Zaciskając zęby na pozostałe swędzenie wspinające się w górę jego gardła, Syriusz obserwował ogień, które świecił szmaragdem tylko w przypadku, gdy gość chciał przez niego przejść.
Ciche kroki pana Pottera zbliżyły się. Syriusz szybko rozluźnił szczękę i przyjął ofiarowany eliksir przeciwbólowy bez protestu.
- Nie powinno boleć – mruknął pan Potter, siadając i obejmując posiniaczoną rękę Syriusza w swoje dłonie. – Będę szybki…
Syriusz zamrugał gwałtownie, gdy jego rany zostały obmyte tak starannie, jak zawsze.
- Będziesz musiał z tym spać – powiedział pan Potter, uważnie owijając okład wokół posiniaczonych kostek. Przymocował go zaklęciem i poprosił o drugą rękę.
- Tylko ta jedna.
Pan Potter spojrzał na niego przy tym ochrypłym proteście. Jego oczy złagodniały.
- Nie masz żadnych więcej urazów? W ogóle? – zapytał, a Syriusz pokręcił głową. – Regulus nie dosięgną cię nawet jednym ciosem?
- Dosięgnął – ustąpił Syriusz, wiedząc, że pan Potter nie zrezygnuje. – Zadbał o kilka zadrapań.
Pan Potter zacisnął usta.
- W porządku, ale jeśli czegoś potrzebujesz, powiesz mi od razu.
Syriusz pokiwał głową.
- Tak, proszę pana… dzięki.
- Oczywiście, możesz zostać tu, jak długo zechcesz. Przypuszczam, że twoi rodzice nie wiedzą, że tu jesteś?
Syriusz wątpił, że byli nawet świadomi tego, że odszedł. Nie żeby się martwili.
- Poślę im notkę, dobrze? – spytał pan Potter przez ciszę.
I choć było to standardowe pytanie – od lat, - Syriusz pokręcił głową.
- Syriuszu…
- Proszę, nie. Oni nie… - Przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz. – Nie chcą wiedzieć. Oni nawet nie… - Poddał się przez zbyt obolałe gardło. Potem milczeli, gdy Syriusz patrzył na zieloną poświatę w palenisku; mógł poczuć spojrzenie pana Pottera.
- Jesteś głodny? – zapytał go w końcu. – Podejrzewam, że wszystko zdarzyło się przed obiadem?
Syriusz spojrzał na niego; teraz to było łatwiejsze.
- Poczekam do śniadania – powiedział, mimo że jego żołądek skręcał się cały wieczór. Był wystarczającym kłopotem.
- Jadłeś?
- Nie, proszę pana, ale…
- Więc chodź – powiedział pan Potter stanowczo, już wstając i wskazując na Syriusza, by zrobił to samo. – Mieliśmy na obiad wspaniałą zapiekankę z mięsa mielonego i ziemniaków oraz pikantne ciasto, a wiem, że jest ono twoim ulubionym. Jeśli go nie zjesz, James to zrobi.
Pan Potter uśmiechnął się. Robiąc wszystko, by to odwzajemnić, Syriusz zaakceptował rękę na swoim ramieniu i pozwolił panu Potterowi poprowadzić się do kuchni.
^^^
Gdy następnego ranka Syriusz otworzył oczy, zajęło mu chwilę, by się zorientować, gdzie się znajduje. Oczywiście, ten pokój nie był w żadnym stopniu podobny do jego własnego. Zbyt wesoły, by być pokojem jakiegokolwiek Blacka. Nawet sufit był pogodny.
- Leniwy, Łapo; taki jesteś.
Syriusz odwrócił głowę. James, uśmiechając się, odchylał się na krześle przy biurku.
- Już prawie południe – powiedział i odrzucił czytaną książkę na biurko. – Masz szczęście, że mama tak bardzo cię lubi; nigdy nie pozwala spać mi po dziewiątej.
Ziewając szeroko, Syriusz uniósł się na łokciach i zerknął na Jamesa.
- To trochę straszne, że patrzyłeś, jak śpię.
- Byłem pod ścisłym zakazem budzenia cię. Tata zagroził, że mi wklepie, jeśli za mocno zamrugam w twoim kierunku.
Syriusz zrobił minę.
- Nieprawda.
- Na początku, nie – powiedział James z uroczystym skinięciem głową. – Powiedział, że zabierze mi miotłę na tydzień, ale udało mi się namówić go na klapsa.
Na jego twarz wpłynął powolny uśmiech.
- Jesteś stuknięty, kumplu.
- Co, do cholery, miałbym robić przez tydzień bez mojej miotły?
- Dla odmiany wytężać mózg?
- Nie ma szans. Lily nie zaszczyciłaby mnie spojrzeniem bez tego. – Zgiął rękę, szczerząc się do wywracającego oczami Syriusza. – Choć, Łapciu, ściśnij mocno a zobaczysz.
Parskając, Syriusz odepchnął go.
- Nie, dzięki. A właściwie, kiedy Evans na ciebie spojrzała?
- No dobra – przyznał James, - jeszcze nie spojrzała, ale spojrzy. – Poderwał się z krzesła z hukiem. – Więc muszę utrzymać mięśnie w dobrej formie, prawda?
- Tak – zgodził się Syriusz. – Bo dziewczyny zwyczajnie gardzą facetami z mózgiem.
- Może i masz rację. Dobra, w porządku. Zajmę się jednym i drugim – powiedział James z dramatycznym westchnięciem, opadając na łóżko i szturchając niecierpliwie nogę Syriusza.
- Mimo to nie mogę tego robić, gdy ty się wylegujesz. Wstawaj, leniwy draniu!
Jęknął, gdy Syriusz zrzucił go na podłogę szybkim kopniakiem.
- Cholerny…
- No kto? – zaśmiał się Syriusz.
- Sukinsyn – narzekał James pod nosem, wstając na nogi. – Zero wdzięczności, mówię ci. Siedziałem tu godziny, cicho jak należy.
Syriusz usiadł w pełni, podwijając nogi, gdy James ostrożnie usiadł.
- Trzeba było mnie obudzić. Twój tata by się nie dowiedział.
- Chcesz, żebym okłamał własnego ojca, Syriuszu? Jestem w szoku.
- Bo to byłby twój pierwszy raz? – zapytał słodko Syriusz.
- Oczywiście.
Syriusz wyszczerzył się, opierając o wezgłowie. To dużo lepsze niż wstawanie na Grimmauld Place. Jego szczęście zmniejszyło się lekko, gdy zauważył, że James nagle siada na baczność. Wyprostował plecy i nawet się nie skrzywił; okład pracował nad leczeniem.
- Więc, kto cię uderzył?
- Regulus – odparł Syriusz z tą samą przymusową niedbałością. Oczywiście, to nie było powodem posiniaczonej ręki, ale jakoś nie miał potrzeby tego wyjaśniać. – Głupek przyjął Znak.
Oczy Jamesa zaokrągliły się jak spodki.
- Cholera. Naprawdę?
- Najwyraźniej była tam cała kupa Ślizgonów, między innymi Snape i większość szóstego i siódmego roku. Bella pałała wiadomościami; poręczyła za Rega czy jakkolwiek to działa, całując dupę Voldemorta. Nigdy nie widziałem tak szczęśliwej matki.
Tak samo oszołomiony wiadomością jak Syriusz, James pokręcił głową.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek naprawdę to zrobi. I Snape?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Reg zrobił listę wszystkich nowych rekrutów, a Snape zdecydowanie był wśród nich. Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczony. Rzucał mroczne czary praktycznie zanim wsiedliśmy do pociągu, jako pierwszaki.
- Wiem, ale… - James zamachał rękami, najwyraźniej nie mogąc znaleźć słów i zamiast tego zamilkł. – Co się stało? – zapytał w końcu.
- Po prostu nie mogłem znieść bycia tam, wiesz? – powiedział Syriusz, koncentrując się na odwijaniu opatrunku.
- Więc jesteś tu na jakiś czas? – zapytał James z nieskrytym oczekiwaniem w głosie. Syriusz spojrzał na niego, uśmiechając się jak tylko potrafił.
- Tak, na jakiś czas. – Póki się nie zorientuję, gdzie idą osoby, które zostały wydziedziczone.
- No, dobrze – powiedział James stanowczo, teraz patrząc na niego groźnie. – Przede wszystkim trzeba było po prostu wrócić z nami do domu. Cholerne dranie…
Oburzone przekleństwo wywołało ciepło w piersi Syriusza, gdy odklejał okład od skóry i starał się nie wyglądać na zbyt zadowolonego.
- Może powinieneś po prostu zostać tu całe lato; mama i tata nie będą mieli nic przeciwko.
Syriusz spojrzał na niego szybko, zauważając, że jego najlepszy kumpel intensywnie wpatruje się w niego w zamyśleniu.
- Znaczy, jaki sens jest tam wracać? – zapytał James. – Po prostu zrobią coś innego równie głupiego. A jeśli połowa Slytherinu jest śmierciożercami, to nie chcesz tam być, prawda?
- Połowa moich krewnych to śmierciożercy – zauważył Syriusz. – W każdym wypadku będziemy musieli pójść do szkoły ze Ślizgonami. Nie jestem pewny, dlaczego Dumbledore na to pozwala.
Nie wiedział, dlaczego kłócił się o powrót do domu, podczas gdy nie miał żadnego zamiaru wracać – w rzeczywistości nie było sposobu, by mógł wrócić.
- W każdym razie nie zdecyduję teraz – powiedział lekceważąco. Zwłaszcza, że już podjęto decyzję za niego. Jego matka wypaliła jego nazwisko z drzewa genealogicznego, podczas gdy on stał tam i patrzył.
Zaciskając zęby, Syriusz odwrócił się i zsunął z łóżka. Włożył opatrunek do kosza i rzucił przez ramię coś w rodzaju uśmiechu.
- Zechcesz się zmyć, Rogacz? Dasz gościowi trochę prywatności na przebranie się? Chyba że masz jakieś fantazje…
- Ej, nawet nie kończ tej myśli, zboczeńcu! – jęknął James zeskakując z łóżka. – To nie tak, że nie ucieszę się widząc cię nago, rozumiesz, ale to jeszcze trochę za wcześnie.
Syriusz już ściągał koszulkę przez głowę James pisnął raczej dziewczęco i wypadł z pokoju, wołając:
- Moje oczy! Moje oczy!
Tym razem uśmiechając się naprawdę, Syriusz zamknął drzwi trącając je łokciem i zaczął grzebać w swoim kufrze.
Gdy wyszedł, James czekał na niego, opierając się o ścianę na korytarzu.
- No, nie wyglądaj tak uroczo – zacmokał James. – Choć myślę, że niebieski to nie jest najlepszy kolor.
- To pokazuje, jak wiele wiesz – mruknął Syriusz, wsuwając różdżkę do kabury. – Tak się składa, że Lunatyk powiedział mi w zeszłym tygodniu, że niebieski podkreśla moje oczy.
- Och, nie! – James spojrzał na niego. – Lunatyk tak powiedział, co?
Syriusz skrzywił się na niego.
- Tak, powiedział. I co?
James uśmiechnął się, ale zamiast kontynuować temat, zbiegł szybko po schodach.
- Zobaczcie, kto się w końcu obudził! Nasz własny Syriusz Black! – Wziął ciastko z tacy, którą jego mama wyciągała z pieca, z serią och, aj, auć, gdy próbował znaleźć chłodne miejsce.
- No naprawdę, James – westchnęła.
Ale on po prostu pocałował ją w policzek i powiedział biorąc ogromny gryz:
- Cóż mogę poradzić na to, że jesteś genialną kucharką, mamo?
- Nie ja je zrobiłam – powiedział, choć uśmiechając się. James posłał uśmiech równie wesołej skrzatce, która kroiła chleb na ladzie.
- W takim razie, dzięki, Tilly!
- Tilly jest najbardziej zadowolona robiąc herbatniki dla młodego pana i jego przyjaciela – powiedziała spokojnie.
- Dziękuję – powiedział Syriusz, gdy mama Jamesa zaproponowała mu ciasteczko.
- Jak spałeś? – zapytała, odstawiając tacę, by odgarnąć jego długie włosy z oczu. – Jesteś strasznie blady; mam nadzieję, że nie będziesz chory po tej nocnej przechadzce.
- Przyszedłeś tu? – James wytrzeszczył na niego oczy, po czym odwrócił się do ojca, który siedział przy stole w kuchni. – Nie mówiłeś mi, że tu przyszedł.
- Nie wiedziałem, że wszystko, co robi Syriusz, jest twoją sprawą.
- Oczywiście, że jest, tato. – James potargał włosy ojca w drodze do swojego krzesła. – Teraz powinieneś to wiedzieć.
Pan Potter zaczesał swoje ciemne włosy na miejsce i spojrzał na syna rozbawionym spojrzeniem.
- Będę o tym pamiętać. Na razie jednak cisza i pozwól Syriuszowi mówić.
Syriusz uśmiechnął się, chcąc złagodzić niepokój w czterech spojrzeniach.
- Nie czuję się chory. I zawsze śpię tu dobrze. Materace są kapitalne.
- Nawet lepsze niż w Hogwarcie – zgodził się James, przyjmując szklankę soku dyniowego od ojca. Drugą pan Potter napełnił dla Syriusza, który zsunął się na miejsce obok Jamesa.
- Zdjąłeś opatrunek – powiedział, mrużąc oczy, gdy spoglądał uważnie na rękę Syriusza. – Co z nią?
Syriusz pomachał palcami.
- Jest jak nowa.
Uśmiechając się, pan Potter zaoferował mu tacę z kanapkami.
- Jedzcie – powiedział, patrząc zarówno na obu chłopców, - a potem może weźmiecie po południu miotły na zewnątrz? – Mrugnął do Syriusza. – Nie miałem pojęcia, że James może tak długo siedzieć cicho.
- Hej – zaprotestował James. – Siedzę godzinami na lekcjach, prawda?
- Ale nie cicho – mruknął Syriusz do soku.
James kopnął go pod stołem, a pan Potter roześmiał się.
^^^
- Dobrze, że nie potrzebuję mięśni, by imponować panienkom – sapnął Syriusz parę godzin później, gdy on i James leżeli na trawie, a ich miotły krzyżowały się nad ich głowami.
- Ale potrzebujesz ich, by grać w Quidditcha, prawda?
- Byłem w zespole od trzech lat; kto chciałby mnie teraz wykopać? – odparował Syriusz. Jego nogi i ręce były jak z galarety. Jeśli kiedykolwiek wstanie z tego skrawka zieleni, to będzie cud.
- Nowy kapitan? – zaproponował James. – Kimkolwiek jest.
Syriusz spojrzał na przyjaciela; uśmiechnął się słysząc ten tęskny głos.
- Twoją jedyną konkurencją jest Podmore i to, jak spędza większość czasu płaszcząc się przed twoją egzystencją.
James nieprzekonany pchnął Syriusza za ramiona.
- Och, zamknij się, to nie prawda. A co z tobą? Czemu nie chcesz być kapitanem? Byłbyś lepszy niż Podmore.
- Jaki w tym sens? Remus już i tak pozwala nam korzystać z łazienki Prefektów.
- Prawda.
- A poza tym – Syriusz uśmiechnął się złośliwie, - szata kapitana marnowałaby się na mnie. Ty i twoje mięśnie potrzebujecie jej, by zaimponować Lily.
James uśmiechnął się powoli.
- Byłaby pod wrażeniem, co nie?
- Niewątpliwie.
James usiadł, wzdychając.
- Będzie musiała być w jakimś momencie. Nie mam już pomysłów.
- Nadal nie masz ochoty spróbować planu Remusa?
- Przestać być aroganckim gnojkiem? Brałem to pod uwagę…
- Przestać rzucać klątwy na Snape’a. – Syriusz usiadł obok Jamesa. – Mając na uwadze to, że teraz jest częścią… - zrobił minę, - elity Voldemorta, powinniśmy chyba tak zrobić.
- A co, kiedy on przeklnie nas?
Syriusz wzruszył ramionami; zwykle dyskusja o Snape’ie i jego klątwach – które w ciągu ostatniego roku stały się dużo bardziej pomysłowe, - oznaczała radosne planowanie zemsty. Teraz wydawało się to raczej bezcelowe.
I zbyt niebezpieczne.
- Bella omawiała jakiś trening z jednym z moich kuzynów… brzmiało strasznie.
James uniósł brwi.
- Jak starsznie?
- Coś w stylu zmieniania każdego w puszyste króliczki, które wylęgały się z czekoladowych jaj – prychnął Syriusz. – Co myślisz?
Ale James się nie uśmiechnął.
- Masz na myśli Niewybaczalne?
- Raczej jak najskuteczniej zabić mugoli. Lub zdrajców krwi.
James spojrzał na niego.
- Dyskutowali o tym w twojej obecności.
To nie był pierwszy raz. Ale ponieważ James wyglądał raczej chorobliwie blado, Syriusz postanowił się nie przyznawać.
- Ona jest szalona, kumplu.
James nie wyglądał na zapewnionego.
- Dlatego odszedłeś?
- Tak, między innymi.
Oczy Jamesa zwęziły się, ale zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, Syriusz zerwał się na równe nogi.
- Latamy czy nie? Nie zbudujesz mięśni siedząc jak leń.
James nie był zbyt skory, by dołączyć. Skinął jednak głową, ledwie byli obok siebie, już szybko wsiadali na miotły.
- Ścigamy się do tamtych drzew?
Syriusz zrobił minę wyrażającą chęć konkurencji, a James policzył do trzech i obaj odbili się od ziemi.
Wrócili na trawę dopiero, gdy wzmocnione wołanie Tilly na obiad dotarło do ich uszu.
Z szybko falującymi klatkami piersiowymi, podnieśli swoje miotły, zatrzymali się, by oddać je skrzatce, gdy zagoniła ich do środka.
- Mistrz Potter sugeruje, by młodzi panowie umyli się i ubrali – oznajmiał, gdy zdjęli buty i zrzucili lekkie płaszcze, które pani Potter kazała im ubrać.
- Zaraz, zaraz – narzekał James. Tilly pozbierała ich rzeczy i przegoniła ich do wnętrza korytarza. – Sugeruje, do cholery – mruknął, gdy byli poza zasięgiem słuchu i wchodzili po schodach.
Podczas gdy James rozkoszował się gderaniem, Syriusz dał nura przed niego i do toalety, zostawiając krzyczącego w proteście Jamesa. Korytarz był pusty, gdy ponownie wyszedł, już stosunkowo czysty, ale nadal zaczerwieniony od wiatru. Słyszał, że James krząta się w innej toalecie na drugim końcu korytarza; zanucił pod nosem.
Syriusz wszedł do pokoju, który pan Potter pokazał mu tego ranka. To był pierwszy raz, gdy nie był zakwaterowany z Jamesem, ale to chyba tylko dlatego, że pojawił się w środku nocy.
Jego kufer, który został powiększony zanim wpadł do łóżka, leżał w kącie. Jego dobry nastrój szybko zniknął, gdy przyjrzał się jego zawartości, swojemu całemu teraźniejszemu dobytkowi.
Choć nie wiedział, jak miało wyglądać to całe wydziedziczenie, był pewny, że jego rodzice nie kupiliby już mu spodni i zestawu do Quidditcha.
Nie nadajesz się, by byś Blackiem, powiedziała jego matka, jako pewien rodzaj deklaracji, gdy zwęglona tkanina zwijała się na krawędziach.
Prawdopodobnie nie podjęła kroków, by powstrzymać go przed dostępem do rodzinnego skarbca; formalne wydziedziczenie oznaczałoby spędzenie sporo czasu w Wizengamocie, a było to coś, czego w tych dniach jego rodzina starała się nie robić, a gobliny nie uznawały czarodziejskich tradycji.
Ale nawet, gdyby mógł używać ich pieniędzy, nie było mowy, że zamierzał to robić. Nie teraz.
Wołanie pani Potter zniechęciło Syriusza do użalania się nad sobą. Użył prostujących zaklęć na spodnie i koszulę – jak również na szaty. Wciąż szarpał się z krawatem, schodząc po schodach.
Idący za nim James, szturchnął go między łopatkami, by go pospieszyć.
- Dotknij mnie jeszcze raz, Potter, a wylądujesz na tyłku.
- Naprawdę? – zapytał James, a Syriusz niemal widział jego chytry uśmieszek. Zwolnił wystarczająco, by zirytować i uśmiechnął się do siebie, gdy łokieć wbił się w jego plecy. Obracając się, złapał zaskoczonego Jamesa wokół szyi i poczochrał go z wyszczerzem.
- Spadaj! – wycharczał James przez śmiech, na próżno próbując odsunąć Syriusza. - … Spa… daj, głupku!
- Nie, póki nie przyznasz, że jestem silniejszy od ciebie. Jak również mądrzejszy, skoro cię trzymam.
- Nigdy!
- Myślę, że lepiej jak będziesz trzymał się Quidditcha, staruszku – Ahhh!
Zatrzymany przez kostkę wbitą pod jego kolano, Syriusz przewrócił się i zrzucił ich obu z ostatniego stopnia i w splątanej, chichoczącej masie wpadli na podłogę kuchni.
- A co tu się dzieje? – Twarz pana Pottera pojawiła się nad nimi – do góry nogami. – Nowy manewr w Quidditchu?
- Syriusz zamierza startować na kapitana – powiedział usłużnie James, pozwalając ojcu, by podniósł go za łokieć.
Pani Potter spojrzała ponad ramieniem męża.
- Naprawdę? – spytała zaskoczona.
- Nie, jeśli nie zabiorą Remusowi odznaki – powiedział Syriusz, podnosząc się na nogi.
- Ach – mruknęła, jakby to była najbardziej naturalna przyczyna. Syriusz uśmiechnął się i odwrócił, by podążyć za Jamesem, zatrzymując się nagle, gdy pan Potter położył mu rękę na ramieniu.
- Pomóc ci trochę z krawatem?
- Och. Racja, przepraszam…
Pan Potter uśmiechnął się. Chwycił końce krawata i dzięki praktyce z łatwością związał go i wygładził.
- No i jest.
Poklepał ramię Syriusza i zajął miejsce przy stole. Ignorując irytujące drapanie w gardle, Syriusz dołączył do rodziny.
^^^
Gdy tylko obiad został zjedzony, a obaj Syriusz i James zostali pokonani przez pana Pottera w szachy, dwaj chłopcy przenieśli się na górę, gdzie leniwie przerzucali między sobą kafla.
- Idziemy jutro na Pokątną? – spytał James, posyłając piłkę w kierunku łóżka. – Tata już wyraził zgodę.
Myśląc o woreczku galeonów – resztkach z poprzedniego semestru, Syriusz zmarszczył brwi. Co, do diabła, miał zamiar robić dla pieniędzy? Same książki będą kosztować tak dużo, ile jest w tym pieprzonym woreczku.
- Nie chcesz?
Syriusz wygładził czoło i odesłał kafla.
- Tylko, jeśli spędzimy, co najmniej, godzinę u Zonka.
James uśmiechnął się ironicznie.
- Możemy przywlec Petera; przetestujemy na nim kilka nowych produktów.
- Szkoda, że pełnia jest za dwa dni – dumał Syriusz, przyciągając chwyconego kafla do piersi i ugniatając go opuszkami palców. – Jego mama nigdy go nie puści.
- Nie bądź tego taki pewny, kolego.
Syriusz uniósł brew.
- Nigdy tego nie zrobi. Nie wiem, co ona myśli, że Remus robi w Hogwarcie, bez niej, przytrzymującej go w łóżku.
- Oczywiście myśli, że żyje pod szatą Pomfrey. Podaj kafla!
Przepłynął gładko przez pokój, a James musiał się naciągnąć, by go złapać, przy okazji spadając z biurka.
- Nie zabawne, kapcanie – narzekał James, pocierając biodro.
- Twoja koordynacja jest kiepska – parsknął Syriusz. – Dobrze, że nie jesteś szukającym.
Ciche pukanie oderwało ich uwagę od niegrzecznego gestu Jamesa.
- Wszystko tu w porządku? – spytał pan Potter, wkładając głowę przez ramę drzwi. Spojrzał na syna, który wciąż w połowie leżał na ziemi. – Znowu Quidditch?
- Tak – powiedział James, unosząc kafla, by go pokazać. Pan Potter wyrwał go z jego uścisku i rzucił do Syriusza.
- Macie gościa – powiedział. Cofnął się, otworzył szerzej drzwi i odsunął na bok.
Zmarszczone w zdezorientowaniu brwi Syriusza natychmiast zmieniły się w uśmiech, gdy tylko gość wszedł do środka.
- Lunatyk, staruszku!
Remus uśmiechnął się na radosny okrzyk Jamesa. Przeniósł wzrok na Syriusza, unosząc brwi.
- Tylko James cieszy się, że mnie widzi?
- Jestem nieco zaskoczony, to wszystko – odparł Syriusz, wciąż z uśmiechem. – Czemu zawdzięczamy tę niespodziewaną wizytę?
- Muszę mieć powód?
- Oczywiście, że nie – powiedział mu James. – Poza tym, pomożesz kumplowi wstać, prawda? Syriusz nie gra fair, wiesz.
Remus podał Jamesowi rękę.
- A ty tak?
- On jest czegoś takiego świadom, Rogacz!
- Nie chodźcie za długo, chłopcy – pan Potter przerwał ripostę Jamesa. – Remusie, upewnij się, że wyłączyłeś światła na parterze zanim wyjdziesz, dobrze?
- Tak, proszę pana.
Pan Potter uśmiechnął się.
- Dobranoc.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, Syriusz złapał za jedną ze szlufek Remusa i pociągnął go w stronę łóżka.
- Więc, jak uciekłeś? – chciał wiedzieć, gdy Remus wylądował obok niego z cichym uhh.
Remus wygładził zgiętą koszulkę, a jego uśmiech był tak przebiegły jak jeden z tych od Jamesa.
- Moi rodzice chodzą spać wcześnie, zwłaszcza, gdy jestem w domu podczas pełni.
- Lunatyku Lupinie, dlaczego – wycedził Syriusz, - mówisz nam, że wykradłeś się z domu?
Remus uniósł brew, a jego oczy błysnęły psotnie.
- Wstrząśnięty, Syriuszu?
- Ja bardziej oszołomiony, osłupiały i przerażony – wtrącił James.
- Przerażony? – powtórzył Remus, coraz bardziej rozbawiony. – Myślałem, że to poprzesz.
- Wina, Lunatyku, poczucie winy – powiedział James, kładąc dłoń na sercu. – Twoi rodzice będą ci robić kłopoty i chcesz, żeby wisieli nad moją głową?
- Twoją głową?
- Cóż, to dzięki mojemu zaproszeniu przeniosłeś się przez kominek, czyż nie? – powiedział James ku zaskoczeniu Syriusza, powracając na swoje miejsce na biurku.
- Nie wiedzą nawet, że wyszedłem – zapewnił ich Remus, podczas gdy Syriusz rzucił Jamesowi pytające spojrzenie, unosząc brwi i znacząco marszcząc czoło. James wzruszył ramionami, wytrzeszczając oczy w stylu „czego się spodziewałeś?”
I właśnie z tego wyrazu twarzy, Syriusz zdał sobie sprawę, jak James musiał być zaniepokojony – i jak bardzo on sam był niedoświadczony w ukrywaniu swoich uczuć. Remus był tu jako pomoc psychiczna. Nie żeby Syriusz miał coś przeciwko łamiącemu reguły Remusowi, choć nieszczególnie chciał, by Lunatyk opiekował się jego umysłem.
Albo by Remus w ogóle się nim opiekował, do czego to doszło.
- Więc, jakie nielegalne działania knujecie? – zapytał Remus. – Mam nadzieję, że coś bardziej ekscytującego niż wykradanie się?
-Jesteśmy tak nudni jak para Krukonów – westchnął James.
- Niewątpliwie nie?
- James siedział cicho przez, co najmniej, dwie godziny – potwierdził Syriusz.
- Trzy – poprawił James. – Oglądanie śpiącego Syriusza nie jest tak ekscytujące, jak się wydaje – dodał, mrugając do Remusa; musiał uskoczyć przed kaflem wymierzonym w jego głowę.
- Idziemy rano do Zonka – powiedział Syriusz.
- Jeśli chcesz dwukrotnie ryzykować tyłkiem – dodał James.
Remus westchnął.
- Myślę, że zauważą, jeśli nie będę na śniadaniu.
- Cóż, chcę być wyspany dla naszych testów… Petera – wyjaśnił James Remusowi, - więc idę do łóżka.
- Jest zaledwie ósma – zauważył Syriusz, przechylając głowę w kierunku zegara na półce.
- Jestem wykończony – powiedział James. Ziewnął nazbyt szeroko, zsuwając się z biurka. – Całe to budowanie mięśni mnie wykończyło. Jutro musimy popracować nad mózgiem.
- Wyjaśnię później – powiedział Syriusz do Remusa.
- Lily? – zgadł, a Syriusz prychnął.
- Jest nieco przewidywalny, co nie?
- Nie jestem przewidywalny!
- Oczywiście, że nie – powiedział Syriusz uspokajająco. – I nie masz też obsesji.
Tym razem niegrzeczny gest został rzucony przez ramię, ale w połowie drogi z pokoju, James zatrzymał się i przyszpilił Remusa przenikliwym spojrzeniem.
- Tata musiał pytać, czy twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś… Dobry Boże, Lunatyku, okłamałeś go? – Pokręcił głową z wyrazem zdumienia na twarzy. – W końcu to zrobiliśmy, Łapo; w końcu go zdeprawowaliśmy.
Wciąż się uśmiechał, wyślizgując się z pokoju.
- W końcu – mruknął Syriusz, rzucając Remusowi spojrzenie z ukosa. – Myślę, że zapomniał, ile razy okłamałeś profesora któregokolwiek trzeba było okłamać w tym momencie, by uratować naszą skórę.
Uśmiechając się, Remus powiedział:
- To dlatego, że był zbyt zaangażowany emocjonalnie, by to później pamiętać.
- Prawda – uśmiechnął się Syriusz ironicznie. – Nie mogę uwierzyć, że się wymknąłeś – powiedział, patrząc, jak Remus zdejmuje buty i ustawia je starannie przy łóżku. – Twoja mama się zezłości.
- Nie martw się tym – powiedział Remus, przesuwając się do tyłu tak, że siedzieli ramię w ramię. – Jak na pierwsze wykroczenie, to dość łagodne, nie sądzisz?
- Pierwsze? – powtórzył Syriusz z powątpiewaniem. – McGonagall musiał napisać do twoich rodziców, co najmniej, sto razy.
- Tak, ale to zawsze było w stylu: „Remusowi będzie lepiej służyć towarzystwo mniej złośliwych przyjaciół.” Nie za bardzo zdaje sobie sprawę, jak zachwyca ich takimi listami – wilkołak ma przyjaciół; nie mogliby być szczęśliwsi.
- Nie jesteś „wilkołakiem” – Na wzruszenie ramion Remusa, Syriusz zapytał: - Nazywa nas złośliwymi? – Zmarszczył nos z niesmakiem. Remus zachichotał.
- Mogłem tu ubarwić.
Syriusz odchylił głowę, by lepiej przyjrzeć się twarzy Remusa.
- Coraz więcej kłamstw, Luni?
- Nie chciałbym, żebyś myślał, że was nie lubi.
- McGonagall nas uwielbia; tylko udaje, że nie – przyznał Syriusz.
- Nieźle udaje.
Syriusz szturchnął kolano Remusa swoim.
- Twoje zdeprawowanie czyni cię bezczelnym. – Uśmiechnął się, gdy Remus odtrącił jego kolano. – Powinieneś przekonać mamę, byś mógł uporać się rano z Zonkiem.
- Nie ma nadziei. Ona nie całkiem zdaje sobie sprawę, jak radzę sobie w Hogwarcie.
Syriusz westchnął.
- I zbyt martwiłbyś się jej zmartwieniem, by mieć jakąś zabawę.
- Yhym – zgodził się Remus. – Przypuszczam, że mogłem odziedziczyć ten gen po matce.
- Mogło być gorzej – powiedział mu Syriusz z półuśmiechem. – Nie jestem pewny, czy kiedykolwiek chcę wiedzieć, co ja odziedziczyłem po mojej.
- Nie jesteś ani trochę do niej podobny, Syriuszu – powiedział Remus głosem spokojnym i zdecydowanym.
Wiedząc, że to powinno go uspokoić, Syriusz wzruszył ramionami i spuścił wzrok na swoje ręce, leżące niespokojnie na kolanach.
- Wydziedziczyli mnie, wiesz – wyszeptał, a gdy tylko wypowiedział te słowa, nawet nie marzył, by mógł je cofnąć. Dziwny rodzaj ulgi uspokoił napięcie w piersi na ciche westchnięcie Remusa.
- Taa – mruknął Syriusz. – A to dziwne uczucie, być wydziedziczonym. Nienawidzę być w domu, a więc powinienem być dumny, prawda? Bo nigdy nie muszę tam wracać. Nie mogę tam wrócić. – Wziął rozedrgany oddech. – Wypaliła moje imię z drzewa rodzinnego; na moich oczach.
Remus wziął niespokojną rękę Syriusza, chwycił ją i jakoś palące uczucie złagodniało w gardle Syriusza. Rzucił mu szybkie spojrzenie; uśmiech Remusa był smutny, jego brązowe oczy łagodne.
- Nie potrafię dobie wyobrazić, jakie to musiało być straszne. I oczywiście, że się ze sobą kłócisz. Są twoją rodziną.
- Jakąś tam rodziną – zadrwił Syriusz, zamiast poddawać się przeszywającemu bólowi w pobliżu mostka.
- To nie jest straszne, że chcesz być przez nich akceptowany, Syriuszu.
Nie potrafiąc być nieruchomo, Syriusz zabrał rękę i odgarnął włosy z oczu, zanim objął zgięte kolana.
- Oni są szaleni, Remus. I po jakiego diabła Regulus przyjął Znak? Jak on może słuchać tego gówna, które rozpowiadają Snape i cała reszta o mugolach; Snape’a, który uwłacza dziewczynie, którą podobno się interesuje.
- Cóż – mruknął Remus, - był nieco podenerwowany…
- Nie ma znaczenia, co jest jego wymówką – przerwał mu szorstko Syriusz. – Myśli, że Lily jest od niego gorsza, nawet jeśli się mu podoba. Voldemortowi zajęłoby około pięciu sekund zabicie jej. To chore.
- Masz rację – zgodził się Remus. – Ale Regulus dokonał wyboru – zrobił to dawno temu, Syriuszu. Nie możesz zrobić nic, by to zmienić.
Syriusz położył nos na rzepkach Remusa i patrzył na jego spodnie aż tkanina się rozmazała.
- Byliśmy kiedyś kumplami, Lunatyku.
- Wiem…
Syriusz patrzył na jego zamglone spodnie przez dłuższą chwilę.
- Mówiłem ci kiedykolwiek o bazie, którą zrobiliśmy w ogrodzie? – spytał, odwracając głowę w stronę Remusa i kładąc policzek na jego kolanach; Remus potrząsnął głową. – Spędziliśmy na tym wiele godzin. Pojedynkowaliśmy się i tworzyliśmy mapy.
Uśmiechnął się, przypominając to sobie, a Remus uśmiechał się razem z nim.
- Myśleliśmy, że możemy zrobić jedną z Londynu do Bhutanu i zaczarować ją, by nas tam zabrała. Chcieliśmy spotkać Drunka, Grzmiącego Smoka…
Przełykając ciężko, Syriusz zacisnął usta.
- Naprawdę głupie – mruknął w końcu.
Ręka spoczęła na jego plecach.
- To nie jest w ogóle głupie.
Syriusz nie mógł się zdecydować, czy się zgodzić.
- Chciałem zrobić to wszystko, co robiłem – powiedział, unosząc głowę, by spojrzeć na kafla wciąż leżącego na biurku. – Nawet wtedy matka pytała mnie, dlaczego nie mogę być bardziej jak on. Więc nie wiem, dlaczego jestem zaskoczony, że wypaliła mnie z gobelinu. Merlinie – westchnął, chowając twarz w rękach, - była tak zadowolona, Remus.
Palce Remusa poklepały go chaotycznie po plecach.
- Nie zrobiłeś nic, by na to zasłużyć. Nie zrobiłeś – powiedział stanowczo, kiedy Syriusz pokręcił głową. – Nie możesz jej zadowolić, bo nigdy nie będziesz taki, jak ona. Jesteś dla nich za dobry, Syriuszu.
Syriusz wbił palce w skronie, chcąc w to uwierzyć.
- Mówiła tylko, że muszę przyjąć Znak, bo wiedziała, że nie mógłbym powiedzieć tak – wyszeptał. – Wiedziała to.
Ręka Remusa uspokajała. Jego głos zatrząsł się, gdy zapytał:
- Chciała, byś dołączył do Voldemorta?
- Wymagała tego – powiedział Syriusz ochryple, na próżno próbując powstrzymać falę bólu wzrastającą w jego piersi. – Powiedziała, że gdy nadejdzie czas będę prawdziwym Blackiem i jeśli nie pójdę za przykładem brata… - Wziął oddech póki nie przestał palić. – Wtedy nie byłbym tam mile widziany. – Wydał z siebie gorzki śmiech bez tchu. – Jakbym kiedykolwiek był. A Regulus po prostu tam stał; pieprzony drań nawet na mnie nie patrzył.
Syriusz oparł głowę o ścianę i ponownie zacisnął dłonie na kolanach.
- Prawdopodobnie kutas był rozradowany. Każdusieńki knut z Gringotta jest teraz jego.
- Wiesz, że to coś, o co nie musisz się martwić – powiedział Remus, dołączając do niego przy ścianie.
- Nie? Myślisz, że nadaję się do przestępczego życia, prawda? – Jak na próbę humoru, wyszło żałośnie. Remus i tak się uśmiechnął.
- W rzeczywistości myślę, że jest odwrotnie. Ale Potterowie nie pozwolą ci głodować.
Patrzą na wprost, Syriusz nie odpowiedział.
- Nie mogę tutaj zostać, Lunatyku.
- Dlaczego nie?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Bo to nie do przyjęcia. Odwiedzanie ich to jedno, ale nie mogę po prostu rzucić się na kanapę Jamesa i ogłosić, że się wprowadzam.
- Nie powiedziałeś im, że odszedłeś na stałe?
Syriusz odwrócił głowę na tyle, by zobaczyć zaskoczenie Remusa.
- Oczywiście, że nie – odpowiedział sam sobie Remus z dezaprobatą, - albo James by mi powiedział.
- Co dokładnie ten głupek ci powiedział?
- Nie zmieniaj tematu – zbeształ go Remus, uderzając go w nogę. – Dlaczego nie powiedziałeś panu Potterowi, gdy przybyłeś? Albo Jamesowi?
 Syriusz uderzył kilka razy głową o ścianę.
- Nie wiem. To nie jest do końca łatwa rzecz do powiedzenia, prawda? – Żaden z nich nie wspomniał, że łatwo było powiedzieć to Remusowi. Może Remus tego nie zauważył. Na chwilę ucichł. Syriusz spojrzał na niego; nie rozumiał spojrzenia, które posłał mu Remus.
- Rodzice Jamesa będą chcieli, byś tu został.
Niby dlaczego?
Remus zmarszczył brwi.
- Nie zamierzają wyrzucić cię na ulicę.
- Moja matka to zrobiła.
- Twoja matka jest podła – powiedział Remus patrząc na niego wilkiem. – I doskonale wiesz, że Potterowie cię uwielbiają. I nie w takim sensie, jak McGonagall.
Uśmiech rozciągnął się na ustach Syriusza.
- Mimo to, Remi, fakt, że mnie uwielbiają, nie oznacza, że chcą, bym tu mieszkał.
- To właśnie to znaczy. Chcesz słownik?
- Potterowie przenicowują Syriusza – taka jest słownikowa definicja, hymm?
- Tak – powiedział stanowczo Remus. – Właśnie tak.
Nawet rozbawienie nie wystarczyło. Kilka kolejnych głuchych dźwięków przerwało milczenie.
- Nie muszę się tym martwić przez, co najmniej, kolejne dwa lata. Nie ma prawa przeciwko porzucaniu własnych dzieci?
- Przypuszczam, że jest – powiedział Remus, pochylając głowę w zamyśleniu. – Tego właśnie chcesz? Jeśli twoja matka nie robiłaby kłopotów, wróciłbyś?
- Boże, nie – powiedział Syriusz, a dreszcz nie był do końca przesadzony. – Ale nie powiedziałbym nie na odrobinę sprawiedliwości.
- Tak, oczywiście.
Syriusz westchnął.
- Nawet bez zemsty, Lunatyku? Może właśnie to odziedziczyłem po matce. Miewa wtedy taki radosny błysk w oczach. Spójrz…
- Nie rób tego, Syriuszu.
Syriusz zamilkł na ciche słowa – kompletnie pozbawione humoru.
- W żadnym stopniu nie jesteś taki, jak oni – powtórzył Remus, pochylając się lekko, a Syriusz mógł poczuć przelotne gorąco na twarzy. – Jesteś do przesady lojalny, a tego twoja rodzina nie może o sobie powiedzieć i jesteś dużo bardziej życzliwy, niż ci się wydaje. Jak wiele razy mnie ochroniłeś? Albo Jamesa i Petera, choć nawet wątpię, że sobie to uświadamiasz. Nie musiałeś zostać animagiem, ale zrobiłeś to, bo wiedziałeś, że tego potrzebuję. Cokolwiek mogłeś odziedziczyć od rodziców, znalazłeś sposób, by nie pozwolić, żeby to cię określało.
Złapany między okropny wstyd i ostrożną euforię, Syriusz nie mógł znaleźć odpowiedzi, nawet dowcipnej.
Remus wziął oddech i zacisnął wargi, chwilkę zanim trącił kolanem Syriusza. Jego oczy były jaśniejsze niż zwykle.
- Wszystko jasne?
Odzyskują głos, Syriusz zmrużył oczy z namysłem.
- Jasne i może mógłbym zmienić moje poprzednie zdanie; demoralizacja zrobiła cię bezczelnym i despotycznym.
- To nauczyłem się od Jamesa.
- Cóż – zadeklarował Syriusz z szerokim gestem, - w takim razie, powiedz mi. Jakie jeszcze wielkie mądrości masz dla mnie? A jeśli mógłbyś ograniczyć się do miejsca, gdzie znalazłbym pokój za cenę kilku używanych magazynów Quidditcha, byłbym bardzo wdzięczny.
Oczy Remusa zmrużyły się w rozbawieniu, a Syriusz dostrzegł, że uśmiecha się szeroko.
- Powróżę ci z ręki… pobawię się w jasnowidza, mogę? – Otworzył dłoń Syriusza, owijając jego palce wokół swoich własnych i śledząc ścieżkę w dół najdłuższej linii.
Wstrząs przeszedł przez palce Syriusza. Przebiegł w górę jego ramienia i skradł mu oddech.
- Tu pisze, że powiesz panu Potterowi, że nie wracasz do domu. Rano, nie później.
Oczy Remusa teraz tańczyły, ale usta Syriusza były niezaprzeczalnie suche i nie mógł poruszyć językiem. Uśmiech Remusa osłabł.
- Naprawdę uważam, że powinieneś im powiedzieć – rzekł, teraz bardziej poważnie. – Zabrałbym cię do domu, ale myślę, że rodzice mogliby się raczej martwić, że mógłbym cię zjeść niż gdzie miałbyś spać… - Zamrugał, patrząc, jak Syriusz śmieje się, wyrwany nagle z oszołomienia.
- Nie sądzę, żebyś jadł ludzi, Remus, bądźmy poważni – zachichotał. – Gdyby tak myśleli, nie wysłaliby cię do Hogwartu. Poza tym, byłem już w twoim domu.
Relaksując się, Remus wzruszył ramionami.
- Jesteś całkowicie mile widziany w moim domu, choć musiałbym zmagać się z zazdrością Jamesa. Nie wspominając o pani Potter; prawdopodobnie będzie płakać.
Syriusz stłumił szczeniacką chęć wytknięcia języka, a zamiast tego, westchnął.
- Nie grasz fair, Luni.
- Nigdy nie twierdziłem, że będę. W takim razie będziesz rozsądny i powiesz im?
- Tak – odparł Syriusz, tylko w połowie z kwaśnym wyrazem twarzy. To naprawdę nie miało jakiegokolwiek znaczenia, póki Remus uśmiechał się z takim zadowoleniem.
^^^
Syriusz został bezceremonialnie wyrwany ze snu, gdy kilka godzin później coś nieznacznie połaskotało go w brodę. Poruszył się, po czym znieruchomiał. Remus półleżał na jego piersi i to jego potargane włosy go obudziły.
Jak udało im się zasnąć w tej dziwnej stercie – albo w ogóle jak zasnęli, to było pytaniem wartym odpowiedzi. A Syriusz przypuszczał, że może nawet rozstrzygnąć, co to znaczy, że jego serce bije tak nierówno. Nie sądził, że to dlatego, że przeszkadzał mu rozciągnięty na nim Remus – po prawdzie, może przeciwnie, co było zdecydowanie bardziej niepokojącą częścią tej sceny.
Jednak nie dano mu czasu na zastanowienie się nad którymkolwiek z tych pytań. Szum ryczącego na dole kominka wyrwał Remusa ze snu. Znieruchomiał, naśladując reakcję Syriusza, po czym bardzo powoli uniósł głowę.
Popatrzyli na siebie, a Remus wyglądał na tak kompletnie oszołomionego, jak czuł się Syriusz. Tyle tylko, że Remus wyglądał również na nieco zaniepokojonego. Zanim któryś z nich mógł uchwycić coś odpowiedniego do powiedzenia, gorączkowy głos przerwał ciszę.
- Remus! Nie ma go w łóżku…
- Cholera! – szepnął Remus, podnosząc się i gramoląc z łóżka, przy okazji niemal zabijając Syriusza. – Cholera, cholera, cholera, cholera – powtarzał kompletnie nieremusową mantrę. – Gdzie są moje cholerne buty?
Kompletnie oszołomiony i zaspany, Syriusz otarł ręką oczy i sięgnął po różdżkę. Mrucząc zaklęcie, by włączyć lampę, przechylił się przez krawędź łóżka i pomacał ręką dookoła tylko przez sekundę.
- Tutaj – powiedział, wręczając mu buty. – Uspokój się, Lunatyku – powiedział cicho, gdy Remus bezskutecznie próbował się w nie wbić.
- Uspokoić się? – powtórzył Remus z niedowierzaniem. – To wrzeszczała moja matka… mój tata mnie zabije.
- Nikt cię nie zabije… proszę, daj mi je – Syriusz wyjął buty z niezgrabnych palców Remusa i lekko pchnął go w ramię. – Usiądź i pozwól mi to zrobić. – Szybko rozwiązał sznurówki butów, podczas gdy Remus się na niego gapił.
- Która godzina… o cholera, jest trzecia!
- Dobra, może jest trochę późno – powiedział Syriusz, czując się dziwnie rozsądznie przy tym całym problemie. – Po prostu włóż buty i zaraz wyjaśnimy…
- Wyjaśnimy? – wychrypiał Remus, wsuwając nogi do butów i nie zatrzymując się, by je zawiązać, zamiast tego podnosząc się na nogi i kierując do drzwi. – Podejrzewana niewydolność serca mojej mamy, aughhh!
Zrywając się na zduszony okrzyk, Syriusz wypuścił sfrustrowany oddech, gdy tylko zobaczył przyczynę. Na korytarzu stał James, gapiąc się na nich.
- Hymm… chyba słyszałem twoją matkę.
- No co ty nie powiesz? – mruknął Remus i minął go, zanim James mógł poczynić jakieś kolejne błyskotliwe obserwacje.
James chwycił ramię Syriusza, gdy ten odwrócił się, by podążyć za Remusem.
- Co…?
- Nie teraz – powiedział Syriusz pod nosem. Z niewielkim wysiłkiem wyrwał rękę i ruszył w pogoń za Remusem.
Kroki Remusa zwolniły, gdy do niego podeszli, i zatrzymał się całkowicie, gdy pan Potter pojawił się na dole schodów; jego zmartwienie natychmiast zmieniło się w zaskoczenie. Wypalił wzrokiem Syriusza, mała zmarszczka na jego czole uniosła się, a żołądek Blacka zrobił fikołka.
Bez zwracania się do nich, pan Potter powiedział przez ramię:
- Jest tutaj, Melindo, – zanim odwrócił się z powrotem do schodów, tym razem patrząc ponad Syriuszem, zauważając pełną poczucia winy minę Jamesa.
- Remus – powiedziała pani Lupin drżącym głosem, wbiegając do środka, tuż przed panią Potter.
- Mamo – zaczął Remus, podchodząc bliżej, ale nie pozwoliła mu mówić, zamiast tego biorąc jego twarz w dłonie.
- Wszystko w porządku? – chciała wiedzieć.
Remus przytaknął. Ulga zalała jej twarz i przytuliła go mocno. Remus się nie opierał; poklepał ją po plecach, mamrocząc:
- Nic mi nie jest, mamo, naprawdę.
- Nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteś – powiedziała, nadal drżąco, gdy go odsunęła.
- Wiem, wybacz…
- Byliśmy chorzy ze zmartwienia – pani Lupin opuściła ręce, biorąc szybki oddech. – Twój ojciec… - Wyjęła różdżkę z kieszeni szlafroka i szybkim zaklęciem, wysłała mu Patronusa. – Poszedł przeszukać lasek – wyjaśniła. Schowała różdżkę i westchnęła. – Byliśmy rozgorączkowani, Remus – powiedziała z nutką nagany w głosie.
- To moja wina, pani Lupin.
Oczy wszystkich zwróciły się na Jamesa, który unosił się teraz stopień nad Syriuszem.
- Ja eee… poprosiłem go, żeby przyszedł.
- To nie była jego wina – zaznaczył Remus szybko, ale zanim ktokolwiek mógł coś powiedzieć, rozległo się ogłuszające pop zza drzwi, potykające się na schodach kroki i głośne pukanie. Pan Potter otworzył drzwi.
Na ganku stał pan Lupin, wyglądający na tak rozgorączkowanego jak jego żona. Jego oczy biegały dookoła, póki nie padły na Remusa, a wtedy wziął gwałtowny oddech.
- Jest cały i zdrowy – zapewniła pani Lupin; owinęła ramię wokół barków Remusa.
- To prawda – powiedział Remus szybko. Pan Lupin zacisnął ciasno usta i na gest pana Pottera, wszedł do domu.
- Naprawdę przepraszam – powiedział cicho pan Potter. – Nie wiedziałem, że nie daliście Remusowi pozwolenia. – Jego wzrok znowu śmigał między trzema chłopakami, zatrzymując się na Jamesie, który przesunął się i wyglądał, jakby chciał być wszędzie, byle nie tu.
Ale nawet odważnie… albo głupio, powiedział ponownie:
- To moja wina.
A ponieważ Syriusz był niemal tak głupi jak James, zebrał odwagę, by to znieść i powiedział:
- Po prostu próbował mi pomóc… myślał, że potrzebuję kogoś do rozmowy, eee… - Czy mogło to zabrzmieć bardziej idiotycznie? – Kogoś do rozmowy, eee… o pewnych rzeczach w domu? – Odchrząknął i zażyczył sobie, by co najmniej jedna osoba przestała się na niego gapić. – Jeśli to jest czyjąś winą, to moją.
- Cóż, czyjakolwiek to jest wina… - powiedział pan Potter, przyszpilając wzrokiem najpierw Syriusza, potem Jamesa, - załatwimy to rano, więc teraz wasza dwójka do łóżek.
- Ale tato…
Zwężone spojrzenie pana Pottera pożarło protest Jamesa. Westchnął głęboko i odwrócił się. Syriusz odwrócił wzrok od spojrzenia Remusa, ale zanim całkowicie się odwrócił, zatrzymał go napięty głos pana Lupina.
- Czy mógłbym zamienić słówko z Syriuszem, Charles?
Żołądek Syriusza szarpnął się, a stojący tuż nad nim James rzucił mu grymas przez ramię.
- Z Syriuszem? – powtórzył za nim pan Potter. – Cóż, tak, jeśli Syriusz nie ma nic przeciwko…
Czując lekki niepokój, Syriusz odwrócił się, mając nadzieję, że nie widać tego po nim. Remus z matką byli w połowie drogi do salonu, ale odwrócił się, gapiąc na ojca.
- Tato…
Pan Lupin spojrzał na niego i choć Syriusz nie sądził, by wyglądał na szczególnie złego, Remus nie kontynuował. Twarz pana Lupina złagodniała.
- Idź z matką – powiedział cicho. Ramiona Remusa opadły, ale skinął głową.
Nie odrywał wzroku od Syriusza, choć zaczął już schodzić po schodkach. Z brawurą, której nie czuł, Syriusz uśmiechnął się i mrugnął. Przynajmniej Remus wyglądał na trochę bardziej spokojnego.
Syriusz ruszył za panem Lupinem do biura.
Wiedząc, że w takich sytuacjach przeprosiny sprawdzają się najlepiej, tak gorliwie, jak tylko mógł, Syriusz powiedział:
- Przepraszam, że państwa przestraszyliśmy. Remus nie miał takiego zamiaru.
Brwi pana Lupina uniosły się.
- Cóż, doceniam twoje przeprosiny, ale nie jestem zły.
- Och.
Pan Lupin uśmiechnął się.
- Mogę śmiało powiedzieć, że nie byłem szczęśliwy znajdując puste łóżko mojego syna w środku nocy, ale nie jestem zły, zwłaszcza nie na ciebie, Syriuszu. Wiem, że Remus ceni cię bardzo wysoko i jeśli masz w domu problem… - Urwał, niezręcznie skręcając dłonie, przyciągając nimi uwagę Syriusza. – Właściwie to chciałem ci podziękować.
Syriusz spojrzał na niego w osłupieniu.
Pan Lupin wyprostował poły swojego szlafroka.
- Melinda i ja – powiedział cicho, - nie zamierzaliśmy wysyłać Remusa do Hogwartu. Jestem pewny, że o tym wiesz, prawda?
Nie mając pojęcia, dokąd to zmierza, Syriusz pokiwał głową.
- Jego stan sprawiał, że wszystko było trudniejsze i oboje czuliśmy ogromną ulgę, gdy staliście się mu bliscy, a potem wzięliście na siebie zostanie animagami… - pan Lupin odchrząknął, ale wciąż brzmiał ochryple. – Teraz to dla niego łatwiejsze, a dla nas to ulga nie do opisania. Jesteśmy ci bardzo wdzięczni; tak jak Jamesowi i Peterowi.
Dużo czasu zajęło Syriuszowi odzyskanie głosu.
- Nie ma za co, proszę pana. To znaczy, nie było to strasznie trudne. A Remus nas potrzebował, więc… - wzruszył ramionami.
Pan Lupin ścisnął jego ramię.
- Wiem – powiedział cicho. Łącząc brwi, wymamrotał: - Najlepiej jeśli wrócimy. Remus prawdopodobnie jest bardziej niespokojny niż to uzasadnione.
Syriusz musiał uśmiechnąć się na to.
- Jak zawsze.
Pan Lupin odpowiedział tym samym. Gestem wskazał Syriuszowi, by wyszedł pierwszy, a Syriusz zrobił to, bez drżących nerwów. W przedpokoju został tylko pan Potter.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Absolutnie – zapewnił go pan Lupin.
Ramiona pana Pottera rozluźniły się.
- W takim razie odprowadzę cię, John. Syriuszu – dodał, wskazując głową w stronę schodów, - do łóżka.
Syriusz posłuchał, schylając głowę na widok wciąż zmarszczonych brwi pana Pottera i ruszył na górę. A choć dom znowu był spokojny, lampy zgasły – i usłyszał świst kominka zabierającego tatę Remusa, - nie potrafił zasnąć.
Ale jeśli pozostawał bardzo nieruchomo, mógł jeszcze poczuć głowę Remusa na swojej piersi. Nawet mógł poczuć jego zapach – co to za zapach? Pergamin i stopione świece, stwierdził z uśmiechem. Pergamin pomarszczony przez cały czas, który Remus nad nim spędzał, pochylając się, usuwając i dodając słowa godzinami. Pisząc genialne rzeczy, które jakoś nie wydawały się należeć do Remusa. Cichego, ułożonego Remusa.
Syriusz uchylił oko, gdy drzwi się otworzyły. Ściemnione światło rzuciło cienie na twarz Jamesa, gdy wkradł się do pokoju. Opadł na łóżko i klepnął Syriusza po plecach.
- Wiem, że nie śpisz.
- Może spałem – narzekał Syriusz.
James to zignorował. Światło z jego różdżki unosiło się zbyt blisko i Syriusz jęknął ponownie, odwracają się.
- Czego chcesz?
Oczy Jamesa zwęziły się; równa imitacja jego ojca.
- Co to, do diabła, było?
Syriusz poprawił koc i nawet nie próbował udawać, że nie rozumie.
- Zasnęliśmy. To nie to co myślisz.
- Nie to… - James potrząsnął głową. – Czyli to nie… - skinął niejasno.
- Nie, co?
- Ty i Remus – zaakcentował James i westchnął. – Myślałem, że jesteście razem. Wiesz, nie mam nic przeciwko, ale przynajmniej powinniście mi powiedzieć w pierwszej kolejności.
Syriusz popatrzył na niego.
- Czy ty masz nie po kolei w głowie?
- Nie sądzę. Czemu?
Syriusz podniósł się.
- Jak mogłeś myśleć, że jesteśmy razem?
James zerknął na niego zza okularów.
- Och, w porządku – wycedził, przewracając oczami. – Jestem kompletnie szalony. W ogóle się nim nie interesujesz.
- Ja… - Syriusz zamknął powoli usta. Interesować się Remusem? Nie. Remus był przyjacielem. Ale przyjaciel nie mógł kraść mu oddechu tylko go dotykając, a zapach stopionych świec, którymi pachniał przyjaciel nie powinien pozostawać w jego nozdrzach. Nie powinien nawet wiedzieć, czym pachnie przyjaciel.
James uśmiechnął się do niego ironicznie.
- Sam do tego doszedłeś, prawda?
- Wynoś się z mojego łóżka.
James ułożył się wygodniej.
- Wiesz, Łapo, to genialne – dumał. – Tyle że teraz będziesz chciał szaty Kapitana i jesteśmy stworzeni do tego rodzaju rywalizacji, na której jest budowana historia. Oczywiście, zamierzam wygrać.
- Oczywiście – zadrwił Syriusz tak kwaśno, jak nie mógłby z Remusa.
- Ale nadal będziesz mógł korzystać z łazienki Prefektów, a prawdę mówiąc…
- Jeśli dokończysz to zdanie, natychmiast przeklnę ci jajca.
- Dobrze – powiedział James, unosząc ręce w geście poddania. – Tylko mówię… genialnie, prawda?
I mimo woli Syriusz uśmiechnął się. Ale zamiast odpowiedzi, stwierdził:
- Jeśli nie chcesz przez kilka tygodni być bez miotły, wracaj do łóżka.
James oklapł.
- Tata mnie zabije, zdajesz sobie z tego sprawę.
- No cóż, nie powinieneś mówić Remusowi, żeby się wymknął.
- Nie mówiłem! – James skrzywił się. – Nie zrobiłbym tego.
- A co myślałeś, że zrobi, głupku? Mówiąc mu, że stoję gdzieś na klifie…
- Cóż, stałeś – uparcie twierdził James. – A tak przy okazji, już nie stoisz, więc myślę, że Remus dobrze się spisał, nie?
- Idź sobie.
James prychnął.
- Dobra, dobra, pójdę, ale dopiero, gdy przyznasz mi rację. A jeśli to mi się dostanie, to co cię to obchodzi? Chyba że… jak źli byli rodzice Remusa? Groził ci jego tata przeklnięciem, czy coś?
- Nie. Właściwie to mi dziękował.
- Za co?
Syriusz uśmiechnął się do siebie.
- Za zostanie animagiem.
- No, to mi się podoba – mruknął James. – A co ze mną?
- To był mój pomysł.
- Och, jak miło. Ogólnie rzecz biorąc pominął mnie, tylko dlatego, że wpatrywał się w ciebie.
To było coś, czego Syriusz nie przemyślał. Nie żeby miał jakikolwiek czas, by cokolwiek przemyśleć.
- Zamierzasz dać mi spać? A może chcesz zostać i opowiedzieć mi dobranockę?
- Och, powinieneś wiedzieć, że opowiadam świetne – pokręcił nosem James.
- Wiem. Wynocha.
James w końcu wstał, ale nie bez klepnięcia Syriusza lekko w ramię.
- Wspaniale, kumplu, zobaczysz.
Wymknął się ponownie, zostawiając Syriusza, który zastanawiał się, co miał do diabła, zrobić z tym odkryciem. Ta rosnąca fala przerażenia, która ściskała mu pierś. To było coś wyzwalającego choć… coś mile widzianego, czego Syriusz nie mógł całkiem uchwycić. Miał spore doświadczenie z pocałunkami – randkom lub dwoma, - ale ani razu nie oczekiwał takiego uczucia.
Bezmyślnie, potarł wargi palcami, zastanawiając się, jakie to mogłoby być czuć usta Remusa. Ta myśl wywołała mrowienie w żołądku i jednocześnie zaćmienie umysłu. Chciał pocałować jednego ze swoich najlepszych przyjaciół. I na pewno cieszyłby się mając ciężar Remusa na swojej piersi.
Uśmiechając się jak głupek w sufit, Syriusz pozwolił strachowi i obawie mieszać się, aż pomyślał, że jego pierś może eksplodować.
^^^
Syriusz przebiegł wilgotnymi dłońmi po siedzeniu spodni, gdy następnego ranka on i James ruszyli w dół schodów. Całe to dziwne, bulgoczące oczekiwanie Remusa zostało przygniecione przez natychmiastowy lęk, że Potterowie powiedzą, że został wyrzucony.
Bez względu na to, co powiedział Remus, Syriusz nie mógł być pewny, że chcą, by został. Ale ponieważ obiecał Remusowi, że im powie, zrobi to.
Nie pomogło też to, że był w połowie przekonany, że pan Potter włączy go w kazanie Jamesa.
- Nie martw się – powiedział James pod nosem. – Powiem mu, że to nie twoja wina.
Syriusz spojrzał na niego, wdzięczny za to. Nie obchodziło go, że rodzice Jamesa są na niego rozgniewani; w ogóle go to nie obchodziło.
- Po prostu będziemy musieli na chwilę popracować mózgiem – powiedział, chcąc go zachęcić. James skrzywił się i z westchnięciem, przeszli przez kuchnię i do jadalni.
Pan Potter był przy stole. Spojrzał na nich znad Proroka.
- Dzień dobry.
Powitania obu chłopców były jednakowo stonowane. James wciąż obserwował ojca, nawet gdy Tilly ustawiła przed nim talerz. Zapach bananowych naleśników – ulubionych Jamesa, - wypełnił pomieszczenie.
Pani Potter uśmiechnęła się do nich po drugiej stronie stołu. Syriuszowi udało się zmusić do niewielkiego uśmiechu w odpowiedzi i podziękował Tilly, kiedy talerz pojawił się przed nim. Gazeta zaszeleściła, gdy pan Potter złożył ją i odłożył na bok.
- Dziękuję, Tilly – mruknął, po czym odwrócił się do Jamesa, który nabijał zęby widelca na puszyste ciasto. – Rozumiem, że nie chcesz opóźniać naszej dyskusji?
- Tato, posłuchaj – powiedział James, - wiem, że to było głupie, ale nie powiedziałem dokładnie Remusowi, żeby wyszedł… bez mówienia komukolwiek…
- To nie była jego wina – Syriusz czuł się zmuszony, by dodać; wiercenie Jamesa sprawiło, że miał ochotę uciec od stołu. – Próbował mi pomóc…
- To już wyjaśniłeś – przerwał mu pan Potter cicho; Syriusz przeniósł dłonie na kolana i zamilkł. – I nie mam zastrzeżeń, co do tego. Jednak kwestionuję to, że Remus skłamał mi i wymknął się, co pewnie musiał zrobić, by opuścić dom – powiedział do Jamesa. – Mylę się?
- Nie – westchnął James.
- Muszę przyznać, że rodzice Remusa są nazbyt niespokojni, jeśli o niego chodzi – powiedział pan Potter, powtarzając westchnięcie Jamesa. – Ale żaden rodzic nie chce obudzić się w środku nocy i zauważyć, że nie ich dziecka.
James spuścił wzrok.
- Wiem.
- Nie chcę, by to się znowu powtórzyło, James. Zwłaszcza, nie dlatego, że czujesz, że Syriusz potrzebuje pomocy. – Zerknął krótko na Syriusza, zanim skupił ponownie uwagę na Jamesie, który czujnie czekał. – Twoja matka i ja jesteśmy całkowicie zdolni do rozwiązania problemów, które macie. A jeśli czułeś, że Syriusz musi porozmawiać z Remusem, mogliśmy to zorganizować.
James zmarszczył brwi tak zaskoczony zmianą w wykładzie, jak Syriusz.
- Co do ciebie, Syriuszu – ciągnął pan Potter, zaskakując Syriusza, - chciałbym z tobą porozmawiać po śniadaniu.
Syriusz czuł, że jego uszy robią się gorące, ale przytaknął.
- Dobrze, proszę pana.
- Syriusz nie wiedział, że Remus przyjdzie – sprzeciwił się James, a jego oczy przemykały między jego ojcem a Syriuszem.
Pan Potter skinął głową.
- Wyjaśniłeś to zupełnie jasno, James. Nie ma żadnych kłopotów… - Uśmiechnął się lekko, unosząc widelec i nóż, - choć ponieważ nie pójdziesz dzisiaj na Pokątną, zakładam, że on również nie będzie chciał.
- Aww, tato…
- Chyba nie chcesz, żebym zabrał ci miotłę?
James zacisnął wargi, ciężko wypuścił powietrze przez nos i osunął się na krześle.
- Nie – wymamrotał w odpowiedzi na uniesione w pytającym geście brwi ojca.
Pan Potter wyciągnął rękę i zmierzwił włosy syna.
- Ty i Syriusz znajdziecie jakieś inne figle, gdy tylko przestaniecie myśleć o Znoku, nie mam co do tego wątpliwości.
James westchnął.
- Tak, chyba tak. – Posłał ojcu krzywy uśmiech. – Ale nie planowaliśmy żadnych figli, wiesz o tym.
- Mmm – było jedyną odpowiedzą pana Pottera, nie całkiem niedowierzającą, ale bardzo temu bliską; James uśmiechnął się ironicznie i ponownie uniósł widelec.
- Chciałbyś syrop, James? – spytał pan Potter, wyglądając na zadowolonego, że sprawa została zakończona. – Syriusz?
Syriusz skinął głową, przejął dzban pełen ciepłego syropu, gdy James pytał ojca, jakiego rodzaju sprawy wysłuchiwał dziś Wizengamot. Syriusz patrzył, jak syrop rozlewa się po naleśnikach, zbyt niespokojny, by przyłączyć się do rodzinnej paplaniny.
Pan Potter powiedział, że nie był w tarapatach, więc może to obietnica, którą złożył Remusowi sprawiła, że czuł się, jakby jego wnętrzności zostały zjedzone przez mole, choć nie miał pojęcia, dlaczego po prostu nie powiedział im tego teraz.
- Syriusz?
Spojrzał w górę, dostrzegając, że pan i pani Potter patrzą na niego z niepokojem.
- Źle się czujesz? – zapytała pani Potter.
James spojrzał znad swojego kęsa i zmarszczył brwi.
- Eee, nie – powiedział Syriusz, posłusznie unosząc swój widelec. – Jestem trochę zmęczony, to wszystko – wyjaśnił i wziął gryz naleśnika. Nikt nie wyglądał na przekonanego, ale zostawili w spokoju tą maskaradę, wszyscy oprócz Jamesa, który ściągnął brwi obiecując, że Syriusz wyjaśni wszystko bezpośrednio po śniadaniu.
Po licznych bezsmakowych gryzach, Syriusz odprężył się, gdy pan Potter potrząsnął głową do Tilly oferującej kawę, zaraz po tym, jak potrawy zniknęły. Odsunął krzesło i skinął na Syriusza, by podążył za nim do biblioteki.
Pan Potter usiadł obok niego na jednej z wygodnych kanap, ściągając brwi.
- Wysłałem list do twoich rodziców – zaczął bez wstępów. Syriusz mocno przyciągnął łokcie do boków i przytaknął, myśląc, że to prawdopodobnie gorsze niż bycie zbesztanym.
- Wiem, że nie sądziłeś, że to konieczne, ale może… - pan Potter zacisnął usta. Kiedy ponownie zaczął, jego głos był zaniepokojony, - wiem, że powiedziałeś, że nikt cię nie zranił, ale jestem zaniepokojony. Cokolwiek mi powiesz, możesz mi zaufać, że to nie opuści tego pokoju, Syriuszu – powiedział delikatnie. – Jeśli coś się stało i boisz się, że…
- Nie boję się – przerwał mu Syriusz, prawie z takim samym napięciem. Pan Potter przestał mówić, a jego twarz wyrażała wyczekiwanie; Syriusz powiercił się. – To nie było nic takiego, proszę pana. Nie żeby oni nigdy nie… eee, cóż, mam na myśli, że oni teraz nie… przedtem nie… - Poddał się i westchnął krótko z frustracji. – To Stworek zranił mnie w rękę.
To było wystarczająco bezpieczne, by to przyznać.
- Stworek?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Zawsze lubił Regulusa.
Pan Potter spojrzał na niego, zaciskając usta.
- Czy twoi rodzice kazali mu to zrobić? – spytał w końcu, zaciśnięte usta przeczyły spokojowi w jego oczach.
- Nie – powiedział Syriusz szczerze.
- I to wszystko, co się stało? Po tym odeszłeś?
Kłamstwo wciąż wydawało się łatwiejsze. Ale Syriusz pokręcił głową, a potem zastanawiał się, dlaczego pan Potter się napiął. I wtedy zdał sobie sprawę, że musi wiedzieć – musiał w końcu wysłać list. Jego matka musiała mu powiedzieć, że Syriusz nie jest już mile widziany na Grimmauld Place.
Syriusz spojrzał w bok na rosnące na półkach starodruki. Oczywiście, pan Potter nie był bardziej przejęty tą rozmową niż on.
- Myślę, że mam wystarczająco galeonów na kolejne kilka tygodni. Jeśli uda mi się znaleźć pracę na lato, to przetrwają do rozpoczęcia semestru, a Remus powiedział, że mogę zostać z nim…
- Syriusz, o czym ty, do licha, mówisz?
Syriusz zatrzymał się w połowie wędrówki wzrokiem dostrzegając, że pan Potter gapi się na niego.
- Ja…
- Co masz na myśli, mówiąc, że masz dość galeonów, by przetrwać kilka tygodni? I, do licha, dlaczego miałbyś musieć zatrzymać się u Lupinów?
Syriusz zrobił niejasny gest, czując, że jego gardło boli mocniej niż gdy pojawił się na progu Potterów.
- Ja… Zostało mi jedynie trochę galeonów z poprzedniego semestru. Nie wydałem dużo, ale myślę, że powinienem być bardziej ostrożny. To znaczy, nie sądzę, że formalnie mnie wydziedziczą…
Urwał, gdy pan Potter uniósł rękę.
- Chcesz mi powiedzieć – zapytał cicho, - że twoi rodzice wydziedziczyli cię, dlatego, że walczyłeś ze swoim bratem?
Teraz pan Potter wyglądał na naprawdę oniemiałego i Syriusz zaczął myśleć, że zbyt wiele zakładał. Więc zaczął od początku, potykając się w słowach i ogólnie robiąc z osła.
- Po tym wszystkim wróciłem do salonu – wymamrotał, w tym momencie koncentrując się na rękach. Słowa jego matki, stłumione, znowu z niego szydziły. – Poszedłem na górę… Nie wiedziałem, co robić i… nie wiem, po prostu skurczyłem mój kufer i odszedłem.
Cisza była ogłuszająca.
A kiedy pan Potter spytał o to, co nieuniknione, Syriusz skrzywił się; odważył się spojrzeć w górę. Twarz pana Pottera miała dziwny odcień czerwieni, jakby zapomniał o balsamie na oparzenia. I dostrzegł, że odpowiedź na pytanie, dlaczego nie powiedział o tym wcześniej okazała się dużo trudniejsza.
- Nie wiem… Nie sądziłem, że to ma większe znaczenie. To znaczy – dodał pospiesznie, gdy brwi pana Pottera się uniosły, - myślałem, że mógłbym zatrzymać się tu na kilka dni, a potem, jeśli rodzice Remusa woleliby, żebym nie zostawał z nimi…
- Kilka dni? – Powtórzenie nie pomogło karmazynowemu zabarwieniu na policzkach pana Pottera. – Gdy mówiłem, że możesz zostać tu, jak długo chcesz, to miałem na myśli, a teraz, w tych okolicznościach, zostaniesz z nami na lato i poczynimy potrzebne formalne umowy, a jeśli chodzi o pieniądze, nie są…
- Nie musicie państwo tego robić. – Syriusz nie cierpiał tego, że jego żołądek jest taki ciężki; nawet bardziej nienawidził tego kłucia w gardle. – Jeśli Lupinowie nie będą chcieli, bym został w ich domu, może choć pozwolą mi używać tej starej szopy, która jest na obrzeżach ich posiadłości, a gdy tylko znajdę pracę…
- Teraz mnie posłuchaj, młody człowieku, nie będziesz mieszkał w szopie.
Syriusz zamknął usta.
- Masz szesnaście lat – kontynuował pan Potter. – Nie poradzisz sobie samemu na ulicy. I z pewnością nie będziesz spał w gnijącej ruderze, która kiedyś była domem bydła.
Pan Potter westchnął, gdy Syriusz nie mógł znaleźć na to odpowiedzi.
- Bardzo mi przykro, że to się stało, Syriuszu – pogładził włosy chłopaka. – To, co zrobiła twoja matka jest niewybaczalne, oczekiwać, że weźmiesz udział w czymś tak ohydnym, a potem… - Zacisnął wolną rękę w pięść, w jakiejś wewnętrznej walce, a do splątanych emocji Syriusza dołączyła konsternacja; to była kolejna rzecz, której nie rozumiał.
- Jeśli tego chcieli od ciebie – powiedział pan Potter ponuro, - to najlepsze, co mogłeś zrobić, to odejść.
Syriusz przytaknął. Wiedział, że zrobił dobrze, ale to nie wyjaśniało pustki w jego piersi.
- Co… - Nie chciał, by to miało znaczenie. – Co matka napisała w jej liście?
Pan Potter patrzył na niego długi moment z zaciśniętymi wargami, po czym w końcu ścisnął lekko kark Syriusza.
- Sowa nie przyniosła odpowiedzi.
Tym razem Syriusz przytaknął automatycznie. Oczywiście, że matka nie odpowiedziała. Spaliła go z drzewa genealogicznego.
- Nie musisz się niczym martwić – mówił pan Potter. – Mimo wszystko, jesteśmy rodziną. – Jego uśmiech był zbyt wymuszony, ale Syriusz nie uważał, że to naprawdę jest o nim. – Dorea będzie zadowolona, że tu zostaniesz na lato. I oczywiście, ty i James pójdziecie razem kupić książki, a w sierpniu pani Potter będzie chciała zakupić ci nowe szaty i mundurki na nowy rok. Czy jest teraz coś jeszcze, czego potrzebujesz? Coś, czego nie zabrałeś ze sobą? Cóż, jeśli pomyślałeś o wszystkim – powiedział stanowczo, gdy Syriusz pokręcił głową, - ty i James możecie iść jutro na Pokątną. Być może, jeśli rodzice Remusa pozwolą, możecie go też zaprosić. Jeśli chcecie, może też Petera?
- Eee, pewnie – mruknął Syriusz, pocierając ręce o spodnie. Jego dłonie były zimne.
- W takim razie, w porządku. Jeśli chcesz zamieszkać z Jamesem, oczywiście nie ma sprawy, ale myślę, że wolisz mieć swój własny pokój. Może nawet chciałbyś ozdobić go jakimiś plakatami, które ci się podobają? Może Armatami, tylko po to, by rozdrażnić Jamesa? – Uśmiechnął się, tym razem z większym humorem. Syriusz bardzo próbował odpowiedzieć na jego uśmiech.
Uśmiech pana Pottera szybko zniknął.
- Wiem, że to trudne. Będziemy robić wszystko, by to ułatwić. I jesteśmy bardzo zadowoleni, że tu jesteś. Chcę, żebyś to zrozumiał.
- Tak, proszę pana – powiedział Syriusz szorstko. – Wiem.
Pan Potter poklepał go po kolanie.
- Może ty i James wyjdziecie polatać? Porobić trochę tych figli, eh? – Wstał z Syriuszem, ściskając go za ramiona. – Będę na zewnątrz.
Uśmiechnął się, a Syriusz, nie wiedząc, jak wypowiedzieć wszystko, co się kryje w jego sercu, wsunął ręce do kieszeni i wymamrotał:
- Dzięki.
- Nie musisz mi dziękować, Syriuszu. To robi rodzina.
Nie każda rodzina.
- I tak dziękuję. – Zanim pan Potter mógł odpowiedzieć, Syriusz pochylił głowę i wyszedł. James wciąż był przy stole, słabo imitując kogoś, kto czyta poranną gazetę. Poruszał brwiami w kierunku Syriusza, przerywając w połowie potrząsanie nimi, gdy Syriusz nie wyszczerzył się.
- O co chodzi?
Wtedy nadszedł pan Potter, z pergaminem w ręce, uśmiechnął się do chłopaków i wszedł do biblioteki. Pan Potter powiedział coś zbyt cicho do Syriusza, by James to usłyszał, po czym drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
- Wielki sekret? – zapytał James.
Syriusz nerwowo ruszył już do drzwi.
- Chcesz polatać?
- Zawsze.
Ich wyjście powstrzymał wybuch głosu pana Pottera dochodzący zza drzwi do biblioteki.
- To niewybaczalne!
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiła – doszedł ich głos pani Potter, tak samo zrozpaczony, ale nie tak głośny.
- Ta kobieta zawsze była okropna, ale wyrzucać Syriusza… wypalać go z rodzinnego drzewa i nawet nie odbierać listu… zachowywać się tak, jakby nigdy nie istniał…
- Może nadal coś pisze.
- Cholerne stopy sowy były prawie spalone!
- Ciii, Charles… Chłopcy cię usłyszą.
Nastała cisza. A potem:
- Merlinie dopomóż, jeśli ona zraniła tego dzieciaka, Doreo…
Kolejna brzęcząca, okropna cisza. A Syriusz nadal stał w drzwiach, z drgającymi palcami. James stał obok niego, patrząc na zamknięte drzwi.
W końcu zapytał cicho:
- Naprawdę cię wyrzuciła? – Odwrócił głowę, gdy Syriusz nie odpowiedział.
- Taaa.
James nie powiedział nic i Syriusz czekał na złość lub żal – pewnego rodzaju banał. Ale James tylko się uśmiechnął. Położył dłoń na potylicy Syriusza i lekko go pchnął.
- Chodź – mruknął.
Syriusz uspokojony w jednym kroku znalazł się przy nim i obaj wyszli na zewnątrz.

Część II

Pan Potter wyciągnął głowę ze szmaragdowych płomieni. Uśmiechał się, gdy usiadł na piętach.
James wyszczerzył się tryumfalnie.
- Widzisz?
- Tak – zgodził się jego ojciec, kręcąc głową z rozbawieniem. – Lupinowie zdawali się was spodziewać.
- Oczywiście. Czyż nie mówiliśmy ci?
- Mówiliście, ale biorąc pod uwagę…
- To nie ja skłamałem, tato – powiedział James, wciąż się szczerząc, gdy oferował panu Potterowi pomocną rękę. – Nigdy bym nie skłamał.
- Jestem o tym absolutnie przekonany – powiedział pan Potter sucho.
- Powiedz mu, Syriuszu.
- Ej – zbeształ go pan Potter, chwytając ramię Jamesa i odwracając go w stronę schodów, - nie każ Syriuszowi dla ciebie kłamać. Idź na górę się spakować.
James z rozmachem wyjął szczoteczkę z kieszeni.
- Już zrobione.
Pani Potter i Tilly wyjrzały z kuchni, obie niosąc plecaki.
- Tu je mamy – powiedziała, wręczając jeden Syriuszowi. – Czyste ubrania, kosmetyki.
- Przeszukałaś nasze szuflady, mamo? – narzekał James. Zrobił minę.
- Cicho. I pamiętajcie by zachowywać się jak najlepiej – powiedziała, zbliżając się, by poprawić krzywy kołnierz Jamesa. Westchnął i przekrzywił głowę, by mogła go wygładzić. – Żadnych psot – powiedziała kategorycznie. – Pan i pani Lupin są tak drażliwi.
- Obiecujemy – powiedział James uroczyście. – Żadnych psot.
- Można było pomyśleć – pani Potter westchnęła, - że będziesz chciał zostać w domu na kilka dni, zanim znowu gdzieś popędzisz. Strasznie za tobą tęskniliśmy.
- Wiem, mamo – powiedział James uspokajająco. – I obiecuję, że gdy wrócimy do domu, wpędzimy z tobą mnóstwo czasu. Pozwolimy ci nawet zabrać nas do Madam Malkin. – Zerknął ponad głową matki. – Prawda, Syriuszu?
Los gorszy od śmierci.
Ale Syriusz skinął posłusznie.
- Oczywiście.
- Czy to nie będzie piękne?
- Przypuszczam, że tak – zdecydowała pani Potter, teraz się uśmiechając.
James wyszczerzył się i pochylił się, by pocałować policzek matki. Wyglądając na zdecydowanie bardziej radosną, pani Potter odwróciła się, by zanalizować Syriusza.
- Nadal jeszcze jesteś zbyt chudy – oznajmiła. – Zatrzymamy się na obiad, gdy kupimy nowe szaty. – Wspięła się na palce i pocałowała jego policzek. – Bądź grzeczny.
Uśmiechając się lekko, Syriusz skinął głową.
- Będę.
- Ty też – powiedziała do syna. Dała mu całusa i odsunęła się, by umożliwić im wejście do kominka.
- Zachowujcie się – powiedział pan Potter poważnie.
- Będziemy, tato. – Z tymi słowami, James rzucił zielony proszek i krzyknął adres domu Remusa.
Syriusz próbował ignorować mrowienie w brzuchu z nerwów, gdy stanął w płomieniach. A gdy tylko sieć ich wypluła, jego oczy już skanowały gabinet. Jego ramiona opadły; nie było Remusa. Jego matka czekała z założonymi rękami. Westchnęła z ulgą.
- Remus będzie zadowolony, że jesteście. Zaraz wrócę. – Wyszła szybko z pokoju.
Na jednym z krzeseł Lupinów, siedział również Peter, wyglądający na tak nie na miejscu, jak Ślizgon w czerwieni i złocie.
- Co tak długo? – poskarżył się, gdy tylko wyszli z paleniska. James strzepał popiół z włosów w kierunku Petera.
- Lecieliśmy okrężną drogą przez Hogwart. McGonagall naprawdę oszałamiająco wygląda w stroju kąpielowym.
Peter zmarszczył nos.
- Zaraz zwrócę obiad.
- Syriusz już zwrócił – powiedział James wesoło. – Gdzie Remus?
- Na zewnątrz.
Pani Lupin wróciła ze stosem koców. Podała je Jamesowi, który uśmiechnął się do niej ośmielająco.
- Bądźcie ostrożni, wszyscy – powiedziała cicho.
- Zawsze jesteśmy – zapewnił ją Syriusz. – Chodźmy – powiedział do Petera i Jamesa. Idąc przodem, ocenił zachodzące słońce, dając im jakieś trzydzieści minut. Spojrzał na Jamesa, który skinął głową.
Syriusz zamknął oczy i wziął głęboki oddech, pociągając magię z rdzenia, aż poczuł, jak wibruje w jego palcach. Powoli pchnął ją na skraj swojej skóry, a gdy to zrobił, poczuł głęboką, pełzającą magię, biegnącą przez jego krew, rozchodzącą w jego mięśniach, napinającą je, póki wszystko nie zajaśniało bielą.
Łapa potrząsnął głową, odbierając nową perspektywę, chłodną trawę pod łapami, letnie powietrze. Rogacz parsknął koło niego, kręcąc swoim wielkim porożem na tle pomarańczowego nieba. A przewijający się między ich nogami, drgający ogon, był Glizdogonem. Stanął między łapami Łapy i cała trójka wpatrywała się w bardzo szarą szopę.
Kopyta Rogacza wgniotły trawę, grzebiąc w ziemi. Na ten sygnał, przeszli przez pole i weszli do szopy. Serce Łapy przyspieszyło, gdy zobaczył Remusa, leżącego na podłodze i zawiniętego w koc.
Lupin spojrzał w górę i mały uśmiech przedarł się przez błyszczący pot.
- Zrobiliście to.
Łapa trącił rękę Remusa nosem. Remus uśmiechnął się i przeczesał palcami jego futro.
- Cieszę się. – Trzymał rękę na ramieniu Łapy, gdy pies opadł koło niego. Glizdogon skulił się na skraju koca Remusa, podczas gdy Rogacz stał na straży.
Razem czekali na pełnię.
^^^
- Remus?
Znalezienie skrawka ramienia, który nie byłby zakrwawiony, okazało się dość trudne. Bezmyślnie, Syriusz odsunął spoconą grzywkę z czoła Remusa. Jego oczy zatrzepotały, otwierając się.
- Słońce wstało jakieś dziesięć minut temu, Luni. A James mnie nazywa leniem…
Wargi Remusa wygięły się, ale skrzywił się, nim skończył uśmiech.
- Masz paskudną ranę na piersi – powiedział cicho Syriusz. – Staraj się nie ruszać.
Z jakiegoś powodu, szkarłat zabarwił policzki Remusa i chłopak chwycił koc leżący w okolicy jego pasa, ale po pełni księżyca siła była tylko wspomnieniem.
- Zrobię to… - Syriusz podciągnął koc do góry, unosząc sardonicznie brew, kiedy schował go pod brodą Remusa. – Lepiej?
Remus zwilżył wargi i przytaknął.
- Przepraszam… po prostu mi zimno.
Syriusz wyjął różdżkę i machnął nią przed nosem Remusa.
- Rzucić zaklęcie ogrzewające?
- Już w porządku, moi rodzice zaraz tu będą… - wzrok Remusa przeniósł się na drzwi, - i nasz uzdrowiciel.
Uśmiechając się, Syriusz zapytał:
- Chcesz się mnie stąd pozbyć, Luni?
Oczy Remusa przeskoczyły z powrotem do Syriusza.
- Nie, oczywiście, że nie, to tylko…
- Remus.
Cichy głos Syriusza zatrzymał potok słów.
- Wiem, że robiliśmy to tylko kilka razy – powiedział Syriusz, robiąc wszystko, by jego głos był rozluźniony, - ale to nie ma dla nas znaczenia; dla żadnego z nas.
Dopiero po chwili Remus przytaknął.
- Wiem.
- Więc się odpręż, kumplu. To tylko my.
Przełykając, Remus ponownie skinął głową.
- Racja – powiedział tonem, który przekazał Syriuszowi, że nie jest przekonany. Znowu odwrócił wzrok. – Syriuszu, posłuchaj – powiedział, a napięcie w jego głosie sprawiło, że jego szczęka się zacisnęła, - przepraszam za… cóż, tamtą noc. Zabawne, że wcale nie chciałem zasnąć. – Zachichotał w napięciu. -… Było trochę niewygodnie.
Syriusz spojrzał na niego. Niewygodnie?
Oczy Remusa błyszczały lękiem, jego twarz była wymizerniała i blada – i tym razem Syriusz nie sądził, by to miało związek z pełnią. Przynajmniej nie do końca. I za co były te przeprosiny? Bo myślał, że Syriuszowi było niewygodnie? Albo ponieważ to Remus tak się czuł?
Niepewny, jak zareagować, Syriusz uśmiechnął się krzywo.
- Nie martw się – powiedział, odchrząkując. – Nie spałeś do późna, to wszystko. Wydaje mi się, że twoja matka dobrze wie, co robi, wysyłając cię do łóżka przed zmierzchem.
Remus uśmiechnął się blado.
Drzwi do szopy otworzyły się i oboje odwrócili głowy. Z dziwną mieszaniną ulgi i niechęci, Syriusz wstał. Pani Lupin uklękła obok syna, już zamartwiając się kocem i żądając zapewnienia, że wszystko w porządku; Remus nie wspomniał o ranie na piersi.
- Dziękuję – powiedział cicho pan Lupin, biorąc Syriusza za ramię i odciągając go. – Zeszłej nocy był dużo spokojniejszy – wymamrotał. – A fizycznie… - uśmiechnął się do Syriusza. – Wszystko jest łatwiejsze. – Ponownie zacisnął dłoń na ramieniu Syriusza, jego oczy znów powróciły do syna. – Nasz uzdrowiciel jest w drodze. Jestem pewny, że Remus ci o nim powiedział?
Syriusz był wdzięczny, że przytaknięcie wystarczyło.
- Był z nami, od kiedy Remus został ugryziony – powiedział mimo wszystko pan Lupin. – Mamy szczęście, że posiadamy kogoś zaufanego. – Odwrócił się do Syriusza. – Jeśli chcecie, idźcie coś zjeść, chłopcy.
Syriusz znowu przytaknął. Pan Lupin poklepał go po ramieniu i dołączył do żony. Nerwy sprawiły, że jego palce zadrżały zbyt mocno, ale Syriusz podszedł do pozostałych Huncwotów i trącił kostkę Jamesa palcem u nogi.
- … nie ruszę się…
- Ruszysz albo Łapa będzie miał przekąskę.
- Jest za wcześnie na pogróżki – narzekał James, ale uchylił oko. Poczochrał ręką głowę i w końcu klepnął Petera. – Wstawaj, głupku, albo Łapa cię zje.
- Nie krępuj się, do cholery.
- No, chłopaki – powiedział Syriusz, zmieniając ton, mając nadzieję, że jego rozleniwieni kumple zrozumieją, - Remus musi zobaczyć się z uzdrowicielem.
Słowa były dobrze dobrane.
Peter i James usiedli, oboje zerkając na Remusa, który starał się powstrzymać łzy matki.
- Jest ranny? – zapytał James, przyjmując rękę Syriusza, po czym wyświadczając przysługę Peterowi.
- Kilka cięć.
Spojrzenie Jamesa wyostrzyło się.
- Uzdrowiciel zadba o wszystko – zapewnił ich pan Lupin, nadal klęcząc koło Remusa. – Nie mogę przestać wam dziękować, chłopcy. Już powiedziałem Syriuszowi… - James wbił łokieć w żebra Syriusza, -… ale oboje jesteśmy bardzo wdzięczni.
- W ogóle nie mam nic przeciwko – powiedział James, a Peter przytaknął. – Będziemy czekać na ciebie za trzy dni na Pokątnej, Lunatyku. – James spojrzał na Syriusza. – Myślisz, że zwrócimy mamie dość czasu?
- Wątpię, stary – Syriusz przepuścił Jamesa i Petera, zatrzymując się w drzwiach. Wtedy Remus spojrzał w górę, łącząc ich spojrzenia; Syriusz dostrzegł, że sam się uśmiecha. Gdy twarz Remusa złagodniała, zastanowił się, czy jego serce jest przeznaczone do sprintu, za każdym razem, gdy Remus się do niego uśmiechnie.
- Tata nie spodziewa się nas przez kolejne kilka godzin – James odwrócił uwagę od drzwi.
Syriusz zamknął skrzypiące stare wejście i zmierzył Jamesa wzrokiem.
- Mam nadzieję, że myślisz o czymś lepszym niż Quidditch…
- Lepszym niż Quidditch!
- Przez ostatnie dni nie robiliśmy nic innego tylko graliśmy.
- To nie moja wina, że mieliśmy szlaban na Pokątną – powiedział James, wciąż wyglądając na bardzo obrażonego.
 - Właściwie to była twoja wina.
- Cóż, jeśli chcesz spojrzeć na to w praktyczny sposób…
- Jak dostaliście szlaban na Pokątną? – zapytał Peter z zainteresowaniem. – Wysadziliście kogoś w powietrze?
- Wysadzić kogoś? – powtórzył James. – Nigdy. Umiesz w ogóle powiedzieć, kiedy kogoś wysadziliśmy?
- Mnie! W zeszłym tygodniu!
- Och, racja – powiedział James, gładząc się po brodzie.
- Po prawdzie – powiedział Syriusz, wsuwając ręce do kieszeni i uśmiechając się pięknie, - nie do końca wysadziliśmy cię. Nawet my nie jesteśmy tak zaawansowani w rzucaniu Reparo.
- Moje spodnie – pokreślił Peter, robiąc minę. – Rozerwaliście moje spodnie na kawałki.
- Cóż, tak, myślę, że tak…
- I nawet nie użyliśmy zaklęcia Reparo, prawda? – spytał James, zaciskając usta w rozczarowaniu. Spojrzał na Syriusza. – Dlaczego?
- Kawałki były zbyt małe… myślę, że rozpadły się na kilka.
Skutecznie rozproszony od szlabanu na Pokątną, Peter skrzywił się.
- Mogłeś zdmuchnąć moje kawałki. Kto słyszał o takim sposobie używaniu Zaklęcia Wybuchającego?
- Cóż, zadziałało, prawda? – odparował James; tej samej logiki użył w zeszłym tygodniu. – Będziesz mi dziękował, gdy ktoś będzie próbował cię przekląć.
- Wygram pojedynek przez zdmuchnięcie czyichś spodni? – zapytał Peter kwaśno.
- Ich kawałków, kumplu, ich kawałków.
Peter rozważył to.
- Słuszna uwaga.
- Dobra, skoro wszystko wyjaśnione – powiedział dobitnie Syriusz do Jamesa, - to jaki jest twój genialny plan?
- Czy powiedziałem, że to plan? Czy w ogóle powiedziałem, że mam plan?
- Nie powiedział – powiedział Peter kiwając głową i wskazując kciukiem w kierunku Jamesa. Syriusz przewrócił oczami. – Powiedział, że mamy trochę czasu do zabicia. Cóż, ty i James macie tylko kilka godzin. Ja mam cały dzień; rodzice poszli do Marbury odwiedzić babcię.
Kontynuował, zaś James porównywał, jak mało obchodzi go babcia w porównaniu do kawałków Petera, ale Syriusz przestał słuchać. Widział Remusa przez małe okienko z boku szopy. Mógł go również usłyszeć, bo okna nie miały szyb od lat.
Był tam teraz uzdrowiciel, pomagając Remusowi siąść i machając nad nim różdżką.
- Nie, nie, naprawdę nie boli…
- Nie musisz być odważny, Remus. Oczywiście, że to boli…
- Jesteś ciągle z nami, Łapo? – zapytał James.
Syriusz odwrócił się niechętnie.
- Tak. – Odgarnął z oczu włosy. – Więc jaki jest plan?
- Mógłby zawierać jajka? – zapytał Peter. – Bo jestem głodny. Kilka kiełbasek byłoby w porządku.
- Śniadanie? – jęknął James. – To nasz genialny plan?
- Bycie szczurem jest męczące, wiesz.
- Jajka są w domu Jamesa – wtrącił Syriusz, zanim James mógł rzucić jakąś błyskotliwą ripostę. – Dlaczego nie pójdziecie, a ja zostanę póki Remus nie będzie ogarnięty. – Nie miało znaczenia, czy Remus może nie chcieć mieć nic do czynienia z tym, co wywołuje ból w klatce piersiowej Syriusza; byli Huncwotami w pierwszej kolejności.
Braciami krwi. To wszystko psuje.
- Nie potrzebuje nas. A ja potrzebuję śniadania – żołądek Petera zaburczał, dodając coś od siebie.
- Cóż, jeśli ty zostajesz, ja też – powiedział James.
Peter westchnął.
- Chcę do łazienki. I chcę ciasto, jeśli Lupinowi jakieś mają.
- Przynieś mi też! – zawołał James, gdy Peter potoczył się dalej. Pomachał przez ramię w potwierdzeniu.
- Myślisz, że wszystko z nim w porządku? – zapytał James, gdy Syriusz odwrócił się do obskurnego okna.
- Tak mi się wydaje – wymamrotał Syriusz. – Uzdrowiciel cały czas mu mówi, że zaraz wyda ostatni oddech.
- Remus chce go skarcić – przestrzegł James. Syriusz przytaknął, dochodząc już do takiego wniosku tylko z pełnego zapału układu ust Remusa i pozornie spokojnego brązu jego oczu.
- A ja myślałem, że Pomfrey jest irytująca… - Syriusz spojrzał przez ramię, gdy coś trąciło go w plecy. Uniósł brew. – Nie powinieneś być człowiekiem?
Rogacz trącił go ponownie i odsunął się tańcząco. Syriusz spojrzał na niego, złapany między konsternacje a rozbawienie. Jak na odwrócenie uwagi było to mało pomysłowe. Zwłaszcza, że Syriusz rzadko widywał Rogacza ludzkimi oczami. I nigdy nie widział, by tańczył.
- Zatem to jest jelenie zainicjowanie pojedynku? Śmierć przez poroże i w ogóle?
Rogacz prychnął; tupnął niecierpliwie kopytem.
- W porządku, w porządku – roześmiał się Syriusz. W następnej sekundzie odbił się jako Łapa i zatrzymał się tak szybko, że potknął się o swoje przerośnięte łapy i wylądowali na stercie na zimnej trawie. Pan Potter stał w połowie drogi między domem a szopą, mając usta otwarte z szoku.
Szok na widok czarnego, podobnego do ponuraka psa, to wszystko, powiedział sobie Łapa, gdy tylko się pozbierał.
I jelenia, dodał jego mózg usłużnie gdy Rogacz zamarł tuż za nim. Jeleń wyglądał jak bliźniak Patronusa pana Pottera.
- Ej, znalazłem całe ciasto, Rogacz! Wiśnie i… - Peter zagapił się między ich a pana Pottera. – Eee… Dzień dobry, panie Potter. Ja tylko, eee… myślałem… naprawdę lubię ciasto wiśniowe – dokończył, opuszczając rękę z ciastem.
Pan Potter nawet nie spojrzał na Petera. Ruszył naprzód, nie mniej zszokowany i tylko z początkami złości na brzegach ust.
- Jamesie Charlesie Potterze – powiedział, a jego głęboki głos szeleszczący jak poranna rosa, - w imię Merlina, co to jest?
Ani jeleń ani pies się nie poruszyli. Syriusz dlatego, że ten poziom przerażenia zdawał się wyłączać działanie jego kończyn.
- James – powiedział pan Potter ostro, po czym odetchnął głęboko. – Jakkolwiek surrealistycznie to zdanie brzmi, widziałem jak się przemieniałeś. Jestem całkowicie zdolny do rzucania Zaklęcia Zmiany w Człowieka* - ostrzegł, gdy napotkał ciszę.
Poddając się porażce, Syriusz zmienił się. Poczuł trzask magii Jamesa za nim, gdy jego kumpel zrobił to samo.
- Niespodzianka? – zaćwierkał Peter zza pana Pottera.
- Zamknij się, Pet – powiedział Syriusz, ponieważ James pozostał niemy pod wpływem zmarszczonych brwi ojca.
Pan Potter potrząsnął głową, teraz bardziej skonsternowany niż zły.
- Próbuję zrozumieć, dlaczego ukrywaliście to?
Biorąc pod uwagę to, jak James był niezwykle otwarty w stosunku do rodziców, ból w głosie pana Pottera nie był trudny do zrozumienia.
- To nie dokładnie tak – zaczął James. I choć naprawdę nie mieli wyboru, słowa przychodziły mu z ubolewaniem. – Trudno to wytłumaczyć…
- Teraz powoli, Remus… nie jesteśmy na wyścigu, drogi chłopcze.
Pan Potter odwrócił się na dźwięk głosu uzdrowiciela.
Jego ostre westchnięcie sprawiło, że James i Syriusz odwrócili się gwałtownie. Lupinowie i uzdrowiciel gapili się na nich. Czerwone szramy całkowicie przecinające bezbarwną twarz Remusa; wyglądała gorzej w świetle. I szaty kurczowo owinięte wokół trzęsących się ramion fruwały wokół bosych nóg.
- Charles – zaciął się pan Lupin, gdy pan Potter zażądał:
- Co tu się dzieje?
- To tylko mały wypadek – powiedział uzdrowiciel szorstko. – Nie ma się czym niepokoić.
- Nie ma się czym… - pan Potter zrobił krok do przodu. – Remus czy wszystko w porządku?
- Wszystko z nim będzie dobrze – powiedział uzdrowiciel. – Jeśli pozwolisz, zabierzemy go do środka…
- Chwileczkę – sprzeciwił się pan Potter, blokując uzdrowicielowi drogę ucieczki. – Jaki wypadek powoduje tak głębokie rany i sprawia, że chłopak nie może chodzić bez pomocy?
- To całkiem łatwo wyjaśnić…
- To proszę to zrobić – przerwał mu pan Potter, marszcząc brwi. – Wiem, że Remus jest dość często chory, ale to…
- Słuchaj – przerwał zirytowany uzdrowiciel, - zdrowie Remusa nie jest twoją sprawą. Gdybyś mógł teraz odsunąć się…
- Charles – pan Lupin w końcu odzyskał głos, - wiem, że to wydaje się dziwne, ale zapewniam cię, że nie dzieje się nic podejrzanego. Remus ma skłonności do nocnych wędrówek i czasem sam siebie rani – uśmiech pana Lupina był napięty. – Naprawdę musimy zabrać go do środka.
Orzechowe oczy pana Pottera uważnie przestudiowały drugiego mężczyznę. Ze skinięciem, odsunął się na bok. Nadal z napiętymi ustami, pan Lupin podziękował i razem z żoną i synem między nimi odszedł, a Remus wyglądał na tak niespokojnego, jak po tym, gdy James i Syriusz odkryli jego sekret.
Peter wydał z siebie dziwny odgłos, który mógł być próbą odchrząknięcia.
- Ja po prostu… zjem w środku – wymamrotał, gdy pan Potter spojrzał na niego. Oddalił się chyłkiem za Lupinami.
Minął długi moment zanim pan Potter odwrócił się. James skrzywił się, gdy zobaczył zmarszczone brwi jego ojca.
- Remus zranił się tak mocno, że potrzebował uzdrowiciela – powiedział pan Potter cicho, - a ty i Syriusz jesteście na zewnątrz przemienieni?
James przeniósł spojrzenie na Syriusza, póki Black nie spuścił wzroku.
- Co się stało, James? – zapytał pan Potter. –Remus zranił się, gdy lunatykował?
- Tato…
- Odpowiedz, James.
Syriusz poczuł, że determinacja Jamesa kruszeje. Nigdy nie miał zamiaru tak bardzo okłamywać ojca. Choć Syriusz nie mógł go winić, zaczął się przygotowywać. Zamrugał gdy James wychrypiał:
- Tak, ojcze.
Spojrzał w górę, zauważając, że James i pan Potter patrzą na siebie, a poczucie winy sprawiło, że twarz Jamesa zesztywniała. Zaciskając razem usta, pan Potter odwrócił się do Syriusza.
- Rano twój wuj Alphald wysłał mi sowę. Dlatego przyszedłem. Jedną wysłał do ciebie; a także jedną do mnie z pytaniem, czy może się z tobą zobaczyć tak szybko, jak to możliwe.
- Och. – Zbyt zaskoczony, by zaoferować coś więcej, Syriusz przytaknął. Trudno było patrzeć na rozczarowanie w oczach pana Pottera, ale wydawało się tchórzliwe odwrócić wzrok. Zwłaszcza, że to James się poświęcił.
- Jak tylko wrócimy – powiedział stanowczo pan Potter, - pójdziemy do Ministerstwa. Musicie być zarejestrowani.
- Ale…
Pan Potter odwrócił się. James przełknął, ale tym razem zrobił to po widocznej dezaprobacie i powiedział:
- Nie możemy. To znaczy, nie musimy…
- Musicie – przerwał pan Potter niezwykle szorstkim głosem. – Gdyby ktoś odkrył, że jesteście niezarejestrowanymi animagami, bylibyście w poważnych kłopotach.
Obaj to wiedzieli. James starał się nie patrzeć na Syriusza, w taki sposób, jak zawsze to robił pod podejrzliwym spojrzeniem McGonagall.
- Panie Potter…
- Co mogłoby zmusić was do zachowania sekretu? – chciał wiedzieć pan Potter. – To jest nielegalne, a nie jakiś dziecinny wybryk, za który będziecie mięli szlaban przez tydzień. To ma związek z Remusem, prawda? – zapytał, teraz ciszej, obserwując ich wiercące postawy. A gdy nie nadeszła żadna odpowiedź, postukał Jamesa pod brodą. – Co się dzieje?
Natychmiast policzki Jamesa spłonęły szkarłatem, ale nawet ostrzeżenie nie mogło zmusić go do odpowiedzi. Żołądek Syriusza skręcił się ze współczuciem.
Pan Potter westchnął i chwycił Jamesa za szyję, pochylając nieco,  by napotkać jego niechętne spojrzenie.
- Jeśli Remus prosił cię, byś zatrzymał to w sekrecie… wiem, jak wam na nim zależy, ale jeśli ktoś go rani, zatrzymywanie tego dla siebie mu nie pomoże, naprawdę.
James pokręcił głową. Jego głos był napięty do granic wytrzymałości.
- Nikt go nie rani, tato…
Pan Potter zamknął oczy i odwrócił się do Syriusza.
- Jeśli coś wiesz, Syriuszu…
- Nie pozwolilibyśmy zranić Remusa – powiedział cicho Syriusz. To przekonanie, gdzieś w jego wnętrzu, zaskoczyło go. Pan Potter patrzył na niego przez dłuższy czas, zmuszając Syriusza, by się nie kręcił. Ta kontrola nie była inna niż kontrola McGonagall, powiedział sobie, po czym szybko mianował siebie kłamcą.
Pan Potter odetchnął.
- Jeśli to nie ma nic wspólnego z Remusem to idziemy do Ministerstwa. A potem wasza dwójka spędzi następne kilka tygodni w domu. Chodźcie. Już – dodał, gdy James i Syriusz się nie poruszyli.
James wahał się tylko tyle by rzucić Syriuszowi spojrzenie, zanim ruszył za ojcem – spojrzenie, które powiedziało Syriuszowi, że James nie ma zamiaru się poddać, nie przy czymś tak ważnym. Ale to spojrzenie powiedziało mu, że nie ma sensu się teraz kłócić.
I Syriusz mógłby krok w krok za Jamesem, co byłoby prawdopodobnie bystre. Ale twarz Jamesa była tak zesztywniała, tak przepełniona niepokojem, jak nigdy przy jego ojcu. To był rzadki wyraz twarzy, jaki James miał w jakiejkolwiek sprawie.
Więc Syriusz nie podążył za Jamesem. Zrobił coś kompletnie głupiego i włożył ręce w kieszenie, w sposób, jaki jego matka najbardziej nienawidziła i powiedział cicho:
- Nie możemy pójść do Ministerstwa.
Brwi pana Pottera uniosły się powoli.
- To nie podlega dyskusji, Syriuszu.
- Wiem o tym, proszę pana – zgodził się Syriusz, ignorując Jamesa, z zapałem kręcącego głową. – Ale nie możemy powiedzieć nikomu więcej, że staliśmy się animagami. I wiem, że mamy szesnaście lat i nie można nam ufać w podejmowaniu takich decyzji, ale to jest jedna z tych ważnych rzeczy, że naprawdę nie mamy wyboru. Obiecuję, że nikt nie rani Remusa – dodał, gdy pan Potter otworzył usta, by zaprotestować. – A z wyjątkiem tego, że nie zarejestrowaliśmy swoich animagicznych form, nie robimy nic nielegalnego. Nie mógłby pan zwyczajnie nam zaufać?
Generalnie, Syriusz pomyślał, że brzmiał na doskonale dojrzałego i jak ktoś, komu można wyjątkowo zaufać. Raczej nie jak dokładny obraz Syriusza Blacka, ale czyż pan Potter nie powiedział tylko kilka dni temu, że jest z niego dumny? Zadowolony, że to może uratować zarówno Jamesa i Remusa od niebezpieczeństwa, Syriusz wybił spojrzenie w pana Pottera, obserwując wojnę toczącą się w piwnych oczach. A potem bez słowa uznania, czy czegoś innego, pan Potter odwrócił się i ruszył dalej – w stronę domu Remusa.
- Tato? – zawołał James. – Gdzie idziesz?
Ale pan Potter nie odpowiedział. James ruszył do przodu, tylko pół kroku za ojcem, a Syriusz nie miał innego wyboru, tylko musiał iść za nimi, gdy potworne motyle roiły się w jego brzuchu.
Dłuższe kroki pana Pottera nadgoniły ich krótsze, zostawiając ich na tyle daleko z tyły, że James brutalnie uderzył Syriusza w ramię.
- Co to, do cholery, było? – syknął. – Nie widziałeś, że kręcę głową?
- Nie możemy nikomu wyjawić naszych form – odsyknął Black, irytacja uderzyła w niego tak mocno, jak ręka Jamesa. – Komuś zajęłoby pięć sekund połączenie kropek, gdyby nas zobaczył na zewnątrz…
- Wiem o tym…
- Więc po kiego diabła na mnie warczysz?
- Ponieważ mój tata chciał się zezłościć, idioto – odparował James z kolejnym uderzeniem, które sprawiło, że zęby Syriusza zacisnęły się i prawdopodobnie zaczęłaby się mniej niż przyjazna szamotanina, gdyby James nie kontynuował, - chciałem mu dać czas na ochłonięcie. Nie sądzisz, że wiem, kiedy mój własny ojciec chce mnie zabić? A teraz on idzie do Lupinów, by zrobić Merlin jeden wie, co…
Czując się tak, jakby był skopany i bez pojęcia, dlaczego, Syriusz przytaknął sztywno.
- Racja. To było głupie. – Ruszył do przodu, zanim James mógł odpowiedzieć. Nie żeby miał jakiś powód, by iść za panem Potterem. Albo jakiś pomysł, co pan Potter zamierza zrobić, gdy tylko wyrwie drzwi Lupinów.
Poza tym, tylko James mógłby być zmuszonym do zgłoszenia swojego statusu animaga. Nie było nikogo, kto mógłby zmusić Syriusza. A gdyby odmówił, był niemal pewny, że pan Potter nie wydałby go. Nie, jeśli to oznaczało, że byłby w jakiś kłopotach, które zaangażowałyby magiczne prawo ścigania.
Nagle został wyrwany ze swoich bezsensownych myśli, gdy pan Potter zastukał w tylne drzwi. James wtedy dogonił Syriusza, przeszedł koło niego i szybko powiedział:
- Tato, myślę, że zajmują się Remusem…
Drzwi zaskrzypiały otwierając się. Pan Lupin zmarszczył brwi na ich widok.
- Charles? – spojrzał między Syriuszem a Jamesem. – Czy chłopcy czegoś zapomnieli?
- Czy wiesz – mówił pan Potter, zanim mięli szansę odpowiedzieć, - jaka jest kara za zaniedbanie rejestracji jako animag?
Syriusz mógł zobaczyć, że twarz pana Lupina blednie, nawet w cieniu drzwi.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Nie byłeś świadomy tego, że James i Syriusz mięli animagiczne formy? – zapytał pan Potter głosem obcym i niebezpiecznym.
- Ja…
- Przemieniali się na twoim podwórku, a jednak odmawiają rejestracji… powiedzieli, że to kwestia, czy im ufam – kontynuował pan Potter. – Ale myślę, że jeśli mój syn popełnia przestępstwa, za które grozi Azkaban, mam prawo wiedzieć, dlaczego.
- Charles…
- Nie pozwolę, by ani James ani Syriusz zostali zranieni – uciął pan Potter ochrypły protest. – Chcę wiedzieć, co się dzieje, John. Chcę to wiedzieć teraz.
Oczy pana Lupina biegały między nimi, rozgorączkowane i niezdecydowane. Stracił równowagę, gdy drzwi szerzej się otworzyły. Remus miał szeroko otwarte i zapadnięte oczy, gdy przeszedł pod ramieniem ojca.
- Remus…
- Wszystko w porządku, tato – szepnął Remus. Serce Syriusza zamarło w połowie uderzenia, gdy oczy Remusa się na nim zatrzymały. – On ma rację… Nikt nie powinien być ranny z mojego powodu. – Potrząsnął głową, gdy Syriusz otworzył usta, w jakiś sposób wiedząc, że Syriusz chce go poprawić.
Remus odwrócił się od pana Pottera, który obserwował go ostrożnie. Uśmiech Remusa był blady.
- Przepraszam za to wszystko. Nie chciałem, by robili dla mnie coś nielegalnego, ale po prostu starali się mi pomóc.
- Jak? – zapytał pan Potter, teraz łagodnie.
- To nie to, co pan myśli – mruknął Remus. – Próbowali mi pomóc, bo…
- Remus, nie…
- Pan Potter zachowa tajemnicę, tato – powiedział Remus, wyciągają rękę, by ścisnąć ramię ojca. Pani Lupin dołączyła do nich, ale nie protestowała, tylko krótko skinęła głową na spojrzenie Remusa. A wtedy Remus spojrzał na pana Pottera. – Jestem wilkołakiem.
Zajęło absurdalnie dużo czasu, zanim pan Potter zareagował – w trakcie, którego jego twarz przeszła kilka przemian.
- Zostałem ugryziony, jak byłem mały – zakwilił teraz niepewnie Remus. – Wilkołaki inaczej reagują na zwierzęta. Podczas pełni księżyca…
Pan Potter spojrzał na niego, gdy Remus przestąpił z nogi na nogę, po czym zwrócił swoją wściekłość na rodziców Remusa.
- Czy mam rozumieć – powiedział niskim głosem, - że zachęciliście Syriusza i Jamesa do zostania animagami, by mogli spędzać pełnię księżyca z wilkołakiem?
- Tato, oni nie…
Pan Potter uciął Jamesowi, przecinając ręką powietrze.
- Jak śmiesz. – Słowa wstrząsnęły. – Jak śmiesz im na to pozwalać! I nie obchodzi mnie, jak inaczej wilkołak się zachowuje albo jak bardzo się upierasz, że ich nie zrani. To mój syn!
- Wiem o tym – szepnął pan Lupin. Chwycił Remusa za łokieć. – Nigdy nie chciałem, by byli w niebezpieczeństwie. Ale zrobili to na własną rękę i to pomaga…
- Pomaga? W czym?
- Pomaga Remusowi nie rozrywać się na kawałki – wypalił Syriusz, zanim zdołał się powstrzymać; serce biło mu w uszach. Pan Potter odwrócił się, a Syriusz zrobił krok w tył.
- A co gdyby to ciebie rozerwał na kawałki? Albo Jamesa?
- On nigdy by…
- Jest wilkołakiem, Syriuszu! Nawet by nie wiedział, co robi!
- Tato…
- Nie – powiedział pan Potter. – Zabraniam tego. Nie pozwolę na to, nawet jeśli to Remus. – Chwycił nadgarstek Jamesa. – Wychodzimy. Syriusz…
Syriusz wyrwał się z uścisku pana Pottera i utkwił oczy w twarzy Remusa. Jego blade policzki dopiero zaczęły zakwitać karmazynowym wstydem. I ten błysk w oczach Remusa.
- Nie – powiedział Syriusz, nie dbając, jak rani odmową. – Nie rozumie pan…
- Rozumiem wystarczająco…
- Nie, nie rozumiesz! Jak, do cholery, potrafisz zrozumieć?
Oczy pana Pottera rozszerzyły się, a Syriusz mógłby poczuć zaskoczenie Jamesa, ale zmusił się:
- Nie masz pojęcia, jak on się czuł, miesiąc po miesiącu, samemu. A teraz, w końcu ma nas i nie obchodzi mnie, co myślisz, że wiesz, nie masz pojęcia, jak on się czuje albo my z nim. Nie jesteś tam. Jesteś taki sam, jak każda inna nietolerancyjna osoba, stojąc tutaj i wydzierając się na niego, gdy nic nie zrobił ani tobie, ani nikomu innemu. Nie masz żadnego prawa i nie obchodzi mnie, że ci się nie podoba, ale nie zamierzam go opuszczać.
Szczęka pana Pottera zacisnęła się; jego pierś unosiła się i opadała przy oddechach, gdy ciężko próbował zachować kontrolę.
- Zrobisz to, co ci kazałem – rzekł.
- Więc dobrze, możesz się po prostu odwalić.
Słowa wystrzeliły bez jego zgody, jedyna reakcja na podobne słowa do jego matki; lata, kiedy upewniała się, że wykonywał jej rozkazy, nie zważając na dumę Syriusza.
Ale w przeciwieństwie do jego matki, twarz pana Pottera zobojętniała, ale nie na tyle, by Syriusz nie mógł zobaczyć bólu w jego oczach. Wtedy Syriusz dostrzegł wyraz twarzy Jamesa, gdy przeszedł pod ramieniem ojca. Tak przerażony, jak James wydawał się wyglądać – tylko tego pierwszego razu, gdy widzieli dokładnie, co Remus sobie robi podczas pełni. Jego oczy przemykały między nimi, a jego usta rozchyliły się trochę.
Niepokój przeciął brzuch Syriusza. Gorący wstyd, który potem powoli wpłynął na jego szyję i twarz. Cofnął się i dostrzegł przerażenie Jamesa odbijające się na twarzy Remusa.
Tylko kolejna rzecz, którą Syriusz spieprzył.
Tłumiąc znajomy lęk, odwrócił się w stronę lasu. Nie miał pojęcia, gdzie idzie, nie miał celu, żadnego końcowego punktu, ale poszedł, ignorując ostry krzyk pana Pottera, odsuwając gałęzie z twarzy i zmuszając nogi do pozostanie w pozycji pionowej nad połamanymi gałęziami i śliskimi liśćmi, póki wokół niego nie było niczego, oprócz zieleni.
^^^
Syriusz patrzył na omszałe patyki pokrywające leśną ziemię, z pochyloną głową zwisającą apatycznie między jego kolanami. Jakim był zidiociałym głupkiem, że uciekał do lasu, niczym jakiś dzieciak wiejący z domu.
Nawet nie miał domu.
Cholera, zawsze to robił. Zawsze wszystko pieprzył. Nawet nie miało znaczenia, że nie chodziło mu o to, nie tym razem. Miał to na myśli dość często – przynajmniej, gdy chodziło o jego rodziców albo czasami profesora lub dwóch. Ale tym razem…
Ścisnął dłońmi pięty i przełknął gulę z gardła. W każdym razie nie oczekiwał, że zostanie z Potterami; opuścił dom wiedząc, że będzie bez stałego łóżka do września. To zaledwie dwa tygodnie.
Trzask gałęzi poderwał głowę Syriusza. Pan Potter westchnął, gdy napotkał jego spojrzenie.
- Masz pojęcie, jak długo cię szukałem? – zapytał, a jego głos zabrzmiał zbyt głośno w izolującej ciszy, do której Syriusz się przyzwyczaił.
Odsunął na bok kilka gałęzi, aż był na tyle blisko, by Syriusz mógł zobaczyć zmarszczki wokół jego oczu. Syriusz odwrócił wzrok na widok dezaprobaty i skupił się na liściach koło jego stóp, póki się nie rozmyły. Przełknął ponownie, ale kiedy przemówił, jego głos nadal był ochrypły.
- Odejdę, jak tylko dostanę swoje rzeczy… mogę odejść z tego miejsca, jeśli Tilly przyniosłaby mi kufer.
Szeleszczące kroki zatrzymały się, ale głos pana Pottera był blisko, gdy zapytał:
- O co ci, do licha, chodzi? Nie odchodzisz.
Syriusz spojrzał w górę, gdy kłoda została przesunięta; pan Potter siedział koło niego.
- Ale…
- Ale co? – zapytał pan Potter, wycofując się z obserwowania go. Syriusz zamrugał na to przypatrywanie się i w końcu pan Potter kontynuował, - Myślałeś, że wszystko, co mówiłem wczoraj, było nieważne? Że okłamałem cię, gdy powiedziałem, że twój dom jest z nami tak długo, jak tego chcesz?
Syriusz spojrzał na niego; nie mógł zrozumieć nic z tego, co Potter mówił.
- Ale ja…
- Powiedziałeś do mnie kilka niewybaczalnych rzeczy, Syriuszu, których zapewniam cię, nie cenię w żadnym stopniu.
Syriusz był zbyt odrętwiały nawet by się wzdrygnąć.
- Ale to nie znaczy, że dłużej nie jesteś mile widziany w naszym domu. – Chwycił jedno z kolan Syriusza.
A Syriusz nie miał zamiaru mówić tego, ale słowo pojawiło się, wychrypiane i żałosne,
- Dlaczego?
- Ponieważ tym jest rodzina.
- Nie jesteście moją rodziną – powiedział Syriusz surowo, - więc nie rozumiem, dlaczego wam zależy.
- Bardzo mi zależy, Syriuszu. A jeśli o mnie chodzi, jesteś częścią naszej rodziny, rozumiesz?
Pochylił się, ale Syriusz odskoczył.
- Moja matka nienawidziła mnie od kiedy pamiętam – wychrypiał. – Moja własna matka, która wypaliła mnie z drzewa rodzinnego, jakbym tam nie należał, jakbym nie miał prawa w ogóle tam być i to jest moja rodzina, nie wy i dlatego nie, nie rozumiem, w ogóle nie rozumiem… - przełknął, nie będąc w stanie nic więcej powiedzieć i choć pokręcił głową i próbował się wyrwać, pan Potter i tak objął go i pociągnął do siebie.
- Och, Syriuszu… - Delikatna ręka zaczęła gładzić jego włosy. – Ciii… już dobrze… już w porządku…
Czując panikę, Syriusz znowu pokręcił głową i próbował odepchnąć pana Pottera, ale silne ramiona nie ruszyły się, nieruchome i Syriusz w końcu przestał walczyć. Jego plecy wciąż były napięte, gotowe do wykręcenia się, gdy tylko pan Potter pozwoli, ale to trwało zbyt długo.
Pan Potter po prostu siedział, przeczesując jego włosy i mówiąc, że ma się nie martwić, aż potrzeba ucieczki wyparowała z mięśni Syriusza i niemal przychylił się do uścisku. I nadal pan Potter nie odepchnął.
- Wiem, że trudno ci zrozumieć – powiedział łagodnie, - bo twoi rodzice są opłakanym przykładem tego, jak powinna wyglądać rodzina, ale to właśnie rodzina oznacza… przynajmniej dla mnie. Dorea i ja myśleliśmy o tobie, jako o synu od lat. I wiem, że to nie to samo,  że chciałbyś, by twoi rodzice byli odpowiednimi rodzicami – westchnął. – Przykro mi, że nie potrafią być tymi, których potrzebujesz, Syriuszu. Ale jeśli nam pozwolisz, Dorea i ja możemy być tym dla ciebie, a James kocha cię jak brata.
Syriusz pozwolił słowom wsączyć się, chcąc im wierzyć. Nie chodziło o Jamesa; tak długo, jak to dotyczyło Syriusza, byli braćmi.
Ale nikt nigdy wcześniej nie twierdził, że go kocha. A pana Pottera nie obchodziło, że Syriusz był powalony, powiedział, że chce, by był częścią ich rodziny. Pan Potter nawet przyszedł po niego.
Pozwolił popłynąć łzom i ukoić ból w piersi. I mimo, że nie mógł znaleźć pomysłu na odpowiedź, pan Potter nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało. Ścisnął Syriusza za szyję.
- Będzie dobrze – powiedział cicho. – Obiecuję.
To nie sprawiło, że ból odszedł, ale w jakiś sposób pomogło.
A kiedy w końcu Syriusz sprzeciwił się uściskowi, pan Potter poklepał go po plecach i pozwolił mu się odsunąć. Syriusz szybko przetarł policzki ręką. Przyjął chusteczkę pana Pottera i uśmiech, który nadszedł razem z nią.
Zacisnął pięści na tkaninie, tym razem wytrzymując piwne spojrzenie bez większego wysiłku. Wiedział oczywiście, że to nie jest jeden z jego rodziców, ale nadal wydawało się obce nie znaleźć w nim żadnej zjadliwości, żadnej pogardy.
- Przepraszam – dostrzegł, że szepcze, coś, z czego dawno temu zrezygnował z mówienia rodzicom.
Pan Potter położył dłoń na jego głowie.
- Dziękuję za to, ale miałeś rację. Choć następnym razem wolałbym, byś wyrażał swoje uczucia w mniej obraźliwy sposób. I jeśli kiedykolwiek znowu tak uciekniesz – dodał z wygiętą brwią, - będę z ciebie bardzo niezadowolony.
- Dobrze, proszę pana. – Syriusz przyjął upomnienie szybkim skinięciem głowy i miał nadzieję, że jego uszy nie są tak czerwone, jak to czuje. Pan Potter posłał mu mały uśmiech.
- Nigdy nie uważałem się za uprzedzonego człowieka – kontynuował, krzywiąc się. – Przesiedziałem na większej ilości sesji Wizengamotu niż zależałoby mi opowiadać, pracując nad przepisami, które chroniłyby nie tylko wilkołaki, ale wszystkiego rodzaju czarodziejów, których społeczeństwo uważa za wygnańców. Byłem oszalały ze zmartwienia. Myśląc o tobie i Jamesie… że coś wam się stało, gdy zmieniliście się w animagów podczas pełni, to zbyt niebezpieczne. Nie podoba mi się to.
- Wiem – powiedział Syriusz. – Ale powinien pan zobaczyć, co się dzieje z Remusem bez nas. Rozrywał się każdej pełni. Teraz tego nie robi, nie, gdy tam jesteśmy i możemy się z nim komunikować. – Biorąc oddech, starał się wyjaśnić. – Kiedy jest tam z nami, jest po prostu jednym z nas, zwykłym zwierzęciem. Remus nie jest potworem.
- Nie jest – zgodził się pan Potter cicho. – Ale nadal mi się to nie podoba.
Syriusz wstrzymał oddech, czekając, aż zabroni im chodzić z Remusem podczas pełni – było to coś, na co Syriusz nie mógł się zgodzić.
Pan Potter pomasował skronie i westchnął głęboko.
- Nie zamierzasz mnie słuchać mnie, jeśli zabronię ci robić to ponowie, prawda? Ty i James?
I Syriusz mógł tylko szczerze odpowiedzieć:
- Nie, proszę pana.
- I zdajecie sobie sprawę, że nierejestrowanie swoich form w Ministerstwie jest nielegalne? I tak, rozumiem, że nie chcecie tego, by chronić Remusa – dodał, gdy Syriusz otworzył usta, by powiedzieć za dużo. – Możecie spędzić trochę czasu w Azkabanie.
- Wiem. Naprawdę sporo o tym myśleliśmy. – A ta myśl cholernie go przerażała. – Ale Remus nas potrzebuje.
Pan Potter rozważał to przez długi czas.
- Remus jest wart ryzyka. – Pomasował czoło. – Rozumiem to… Zastanawiam się, czy ty rozumiesz? – Podniósł rękę. – Wiesz, dlaczego tak mocno czujesz, że nie możesz go opuścić?
Syriusz przechylił głowę.
- Mówiłem panu… jest całkiem sam…
- I sam się rani – dodał pan Potter miękko. – Wiem i współczuję tego, tak jak wiem, że James musi. Ale czy uważasz, że twoje współczucie do Remusa biegnie nieco głębiej… z jakiś powodów?
Syriusz popatrzył na niego i gdy zalało go zrozumienie, jego policzki natychmiast poczerwieniały.
Pan Potter uśmiechnął się.
- Nie chcę cię zawstydzać. Razem z Jamesem mieliśmy podobną dyskusję na temat Lily, jeśli ci to pomoże. Jego uczucia do niej są również nieco oczywiste.
Bez żadnej nadziei na znalezienie słów, Syriusz tylko pokiwał głową. Najpierw James, teraz pan Potter. Co oznacza, że pani Potter też prawdopodobnie wie. I Tilly.
Ze swoim sercem pomiędzy butwiejącymi liśćmi, Syriusz zastanawiał się, czy Remus w jakiś sposób wiedział. A jeśli tak, dokąd to prowadziło?
Zdając sobie sprawę, że wygląda jak idiota, Syriusz podniósł głowę.
- Jest w porządku – powiedział, starając się wzruszyć ramionami. – Znaczy, nie jesteśmy… - Zamachał palcami. – Czymś tam.
- Ach. Dobrze – powiedział pan Potter uspokajającym tonem, który sprawił, że Syriusz pomyślał, że był śmiesznie przejrzysty, - skoro tak, rozumiem, dlaczego to jest dla ciebie tak ważne. Również dla Jamesa. Ale musisz mi obiecać, że obaj będziecie ostrożni i chcę usłyszeć od was o najbliższych pełniach w każdym miesiącu.
- Ale myślałem, że pan powiedział…
- Że mi się to nie podoba? Nie, absolutnie nie. Ale czasem, jako rodzic, trzeba pozwolić dzieciom robić rzeczy, na które się nie zgadzasz. W tej sprawie elegancko się poddaję. Nie ważne, jak bardzo mnie to przeraża. Gdybyście potrafili wymyślić jakiś sposób, by powiadomić mnie w awaryjnej sytuacji, byłoby idealnie – ciągnął w zamyśleniu. – I w żadnym wypadku pani Potter nie może wiedzieć.
- Dobrze – zgodził się Syriusz, kiwając głową. Mógłby sobie wyobrazić wyraz jej twarzy.
- Mam nadzieję, że Remus zrozumie, że zwyczajnie byłem zaniepokojony – westchnął pan Potter. – Jednak nadal jestem dość zły na jego rodziców. I nie jestem całkiem zadowolony, że ty i James nie przyszliście do mnie – powiedział, a jego uniesiona brew wyrażała to bardzo jasno. – Zwłaszcza, że nie mieliście żadnych kłopotów powiedzieć rodzicom Remusa.
Syriusz spuścił na chwilę oczy, trącając patyk palcem u nogi.
- Wiem… nie chcieliśmy ukrywać tego przed panem, ale wiedzieliśmy, że byłby pan zdenerwowany. Ale nie powiedzieliśmy rodzicom Remusa – dodał pośpiesznie, chcąc nagle, by było to jasne. – Remus powiedział im w chwili obłędu, ale naprawdę nie moglibyśmy mieć mu tego za złe.
- Nie – zgodził się cicho pan Potter. – Biedny chłopak wystarczająco już przeszedł.
- Zrozumie.
Usta pana Pottera uniosły się w małym uśmiechu. Potargał włosy Syriusza podniósł się i zapytał:
- Możemy znaleźć drogę powrotną? James się o ciebie martwi i śmiem twierdzić, że boi się również o własną skórę.
Syriusz przerwał otrzepywanie tyłka.
- Nie martw się – zachichotał pan Potter. – Rozważę wszystkie fakty zanim wydam wyrok.
Jakkolwiek zachęcająco to brzmiało, Syriusz nie kłócił się. Schylił się pod parasolem gałęzi, które pan Potter odsunął na bok i razem zaczęli długą powrotną drogę do domu Remusa.
^^^
Nastrój obu ojców był chłodny, choć bardziej od strony pana Pottera. Tata Remusa miał te same nerwowe linie wokół oczu, jakie zawsze miał jego syn. Poszło łatwiej, gdy pan Potter zapewnił ich, że nie wyda sekretu Remusa, co nie było zaskoczeniem dla Syriusza. James ostatecznie nauczył się znaczenia lojalności do rodziców.
- Remus będzie wdzięczny, że Syriusz jest bezpieczne – zapewnił ich pani Lupin, gdy pan Potter zaoferował swoje przeprosiny. – Chciał na ciebie czekać – wyjaśniła, - ale wziął już eliksir nasenny, a nie pozwoliłabym, by eliksir przeciwdziałał.
- Nie, nie – Syriusz odparł jej przeprosiny. – Najważniejsze, że odpoczywa. – A Syriusz potrzebował czasu, by zdecydować, co Remus może czuć, zanim ponownie się spotkają.
Uśmiechnęła się i poklepała go po ramieniu.
- Przyślę go do was pojutrze, jeśli będzie czuł się lepiej. Jeśli tak może być? – Skierowała to pytanie od pana Pottera.
- Oczywiście. Mam nadzieję, że rozumiecie, że po prostu się martwiłem. Remus jest zawsze mile widziany w naszym domu.
Pan Lupin całkiem się zrelaksował.
- Dziękuję. – Zawahał się; spojrzał na żonę. – Przepraszamy, że zatrzymaliśmy ich przemiany w sekrecie, ale to niemożliwe wiedząc… i jeśli ktoś powiedziałby Ministerstwu…
- Rozumiem – powiedział pan Potter cicho. Jego uśmiech złagodził zmartwione linie na twarzy pana Lupina. – Proszę pozdrowić od nas Remusa. Będziemy czekać na niego w poniedziałek.
Rozstali się w znacznie mniejszym napięciu, a gdy pan Potter pociągnął Syriusza bliżej do deportacji, chłopak dostrzegł, że jego oczy błądzą do okna sypialni Remusa, chcąc by był w nim Remus. Po pierwsze byli przyjaciółmi. I jeśli tylko tym mogli być, mógł z tym żyć.
Prawdopodobnie.
Świat zawirował nim mógł się zdecydować.
- W porządku? – zapytał pan Potter, zanim się cofnął. Aportacja nigdy nie przeszkadzała Syriuszowi, jednak w przeciwieństwie do niego, James nigdy nie wydawał się robić tego bez stracenia równowagi. Albo obiadu.
James chodził po salonie, gdy przyszli.
- Rety – eksplodował, gdy pan Potter zamknął drzwi. – Gdzieś ty poszedł? Do Hogwartu? Myślałem, że zjadł cię gnom
- Nie ma gnomów na podwórku Remusa – odparował Syriusz. – Idiota – dodał pod nosem. James skrzywił się.
- Cóż, nie musiałeś tak uciekać. Tata był oszalały.
Syriusz spojrzał na pana Pottera, który wieszał swój płaszcz na haczyk.
- Przepraszam – wymamrotał Syriusz.
- Wszystko w porządku. I myślę, że James był tak samo zmartwiony.
Syriusz odwrócił się do przyjaciela, który wciąż był naburmuszony i oburzony.
- Przepraszam – powtórzył. Grymas Jamesa pogłębił się na chwilę, ale potem uderzył Syriusza w czoło płaską dłonią i wzruszył ramionami.
- Po prostu nie bądź takim głupkiem w przyszłości.
Syriusz uśmiechnął się.
- To niezbyt prawdopodobne, wiesz.
- Wiem – skrzywił się James, szybko zmieniając miejsce, aż siedział na podłokietniku jednej z długich sof.  – Nadal jesteś wściekły? – zapytał ojca.
- Wściekły? Czy kiedykolwiek widziałeś mnie wściekłego?
James wzruszył ramionami, odpychając brawurę. Pan Potter westchnął.
- Nie jestem wściekły – obiecał. – Głównie jestem rozczarowany. Nie powiedziałem ci wczoraj, że chcę, byś przyszedł do mnie, gdybyś miał problem? Obawa o przyjaciela, który okazuje się być wilkołakiem też się kwalifikuje.
- Zabiłbyś nas.
- Nigdy bym tego nie zrobił.
- Mogłeś zamknąć nas w naszych sypialniach aż nie będziemy dorośli.
- James.
- W porządku – przyznał James. – Przepraszam, że ci nie powiedziałem. Chciałem, ale nie zrobiłem tego, bo myślałem, że mógłbyś wydać Remusa czy coś. Myślałem, że powiedziałbyś nam, że nie możemy.
- Kontynuowalibyście to, gdybym tego zabronił? – podważył pan Potter. Raniona Jamesa opadły. – Jeśli i tak byście mnie zignorowali, dlaczego mi nie powiedzieliście?
James przyglądał się kwiatowemu wzorowi sofy.
- Wiedziałem, że byś się martwił – mruknął w końcu. – Wiem, że to niebezpieczne i byliśmy kompletnymi idiotami, ale nie pozwolilibyśmy iść Remusowi samemu. Słyszałeś Syriusza. Kiedyś rozrywał się na kawałki.
Błagalny głos, głos, którego James używał tylko do rozmowy z ojcem, zawsze sprawiał, że wydawał się młodszy, jak siedmiolatek, którego Syriusz pierwszy raz spotkał Esach i Floresach – lata przed Hogwartem. Nadal działał doskonale, nawet jeśli pan Potter miał znacznie więcej siwych włosów.
- A teraz się nie rani?
James mógłby skłamać, sprawiając, że cała sprawa byłaby łatwiejsza. Spojrzał na Syriusza, unosząc brwi w przeprosinach, choć nie było takiej potrzeby.
- Nie tak jak kiedyś – odpowiedział James zgodnie z prawdą. – Tylko kilka ran. Obiecuję, że nie jesteśmy w niebezpieczeństwie. Możemy komunikować się ze sobą, słyszeć swoje myśli. Remus jest po prostu wokół nas, to ciężko wyjaśnić.
Pan Potter skinął głową.
- Myślę, że rozumiem. Czytałem również o badaniach i wydaje się, że wilkołaki reagują zupełnie inaczej na inne zwierzęta. Ale tak, jak powiedziałem Syriuszowi, nadal mi się to nie podoba.
James czekał, skręcając palcami kolana jego spodni.
- Powiedziałem mu, że rozumiem, dlaczego musicie to robić – dodał pan Potter, teraz rezygnująco. –I znajdziemy sposób, by było to bezpieczniejsze. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że nie będę spał każdej pełni. – Potrząsnął głową, prawdopodobnie dlatego, że James w ogóle nie ukrywał swojego uśmiechu. – To nie znaczy, że nie masz kłopotów.
James przytaknął, poważniejąc.
- Wiem. Naprawdę mi przykro, że ci nie powiedzieliśmy.
- Tak, wiem o tym. Chodź tu.
James ostrożnie się podporządkował. Gdy tylko dotarł do ojca, pan Potter chwycił go za ramiona.
- Zdajesz sobie sprawę, że udało ci się zarówno przerazić mnie i sprawić, że jestem ogromnie dumny? – spytał cicho. – W tym samym momencie. Niezłe osiągnięcie.
Coś ukuło Syriusza w pierś, gdy patrzył, jak pan Potter pociąga do siebie Jamesa, a James uśmiecha się w ramię ojca. Odepchnął od siebie to uczucie tam, gdzie jego miejsce i czekał na nieuniknione.
- Twoja miotła będzie raczej samotna w nadchodzącej przyszłości.
James jęknął, odsuwając się.
- Tato
- Twoja również, Syriuszu – powiedział pan Potter, ignorując prośbę. Oczekując już tego, Syriusz miał nadzieję na nie rozczarowujący pokaz.
- Tak jest.
- Tak jest? – powtórzył James, robiąc minę. – No proszę, tato. Nie mógłbyś dać nam w tyłek i mieć to z głowy? – Zignorował Syriusza poruszającego ustami: „Nam?”. – Potrzebuję miotły. Obiecuję że nigdy więcej nie będę miał przed tobą sekretów…
- Albo kłamał? – przerwał pan Potter. – Pamiętasz, że powiedziałeś mi, że Remus zranił się podczas epizodu lunatykowania?
- Eee, cóż… Nie mógłbym ci równie dobrze powiedzieć, że jest wilkołakiem, prawda?
- Nie podoba mi się bycie okłamywanym, James. Nie muszę ci tego mówić.
- Wiem, tato, ale miotła, naprawdę? Jak będziemy ćwiczyć Quidditch? McGonagall nie mianuje mnie kapitanem jeśli nie będę pamiętał, jak latać.
- Nie dramatyzuj, James. – Pan Potter odsunął go na bok w drodze do biurka w rogu, gdzie trzymał pocztę; podał Syriuszowi szczelny list.
- List twojego wuja. – A do Jamesa dodał stanowczo, - Kilka tygodni bez miotły cię nie zrujnuje.
- Ale może. Syriusza też. Naprawdę, możesz dać nam podwójne klapsy.
James pomachał ręką na otwarte w proteście usta Syriusza.
- Tato, no proszę…
Pan Potter nawet nie podniósł wzroku znad listu, który otwierał.
- Jęcz dalej, a kara będzie podwójna.
James zamknął usta. I tylko na wypadek, gdyby zmienił zdanie i znalazł nowy argument, Syriusz chwycił kumpla za nadgarstek i pociągnął go.
- Jesteś szalony – syknął Syriusz, ciągnąc go na górę.
Nadal trzymany przez palce Syriusza, James zawiesił głowę w dłonie.
- Moja cholerna miotła.
Syriusz przewrócił oczami i niezbyt delikatnie pchnął Jamesa przez próg do pokoju, gdzie trafił na łóżko Syriusza i kontynuował jęczenie o jednej prawie tak pięknej rzeczy jak Lily Evans, podczas gdy Syriusz przeczytał notkę wuja, po czym układał odpowiedź, zgadzając się na herbatę z Alphaldem tego samego popołudnia.

Część III

Następnego ranka, Syriusz otarł ociekające czoło, gdy przechodził przez ogród Potterów. Miał dość bezmietlnego Jamesa, którego zostawił tuż po śniadaniu, powodując niepokój pani Potter, która zachęciła go szybkim uściskiem.
James zamachał ręką w jego kierunku, podczas gdy grzebał w owsiance.
A teraz, gdy Syriusz wędrował przez trawnik, mógł obaczyć Jamesa, który był poza domem. Siedział na szczycie jednego z drzew w ogrodzie, patrząc w chmury.
- Hej! – zawołał Syriusz. – Wiesz, że naprawdę nie latasz!
Wzdrygając się, James spojrzał w dół przez liście.
- Co to, do diabła, jest?
Syriusz wyszczerzył się.
- Motocykl. – Poklepał skórzane siedzenie. – Piękny, prawda?
- Pię… - James zsunął się w dół z miejsca, spadając cicho na trawę i krążąc wokół motocykla ze zmarszczonymi brwiami z zastanowienia. – Kurcze, Syriusz, to jakiś pokręcony rower…
- To nie rower, cioto. To motocykl. Nie stój tak. Pomóż mi go przesunąć.
- Przesunąć? Co zamierzasz z nim robić?
Syriusz wskazał mu głową, by chwycił tylni koniec, co James niechętnie zrobił.
- Będę na nim jeździć – powiedział Syriusz, parskając, gdy manewrowali koło drzewa.
- Eee… dlaczego?
- Ponieważ jest genialny. – Syriusz przewrócił oczami. – Zeszłego lata w Londynie widziałem kilku jeżdżących mugoli… byli niemal tak szybcy, jak nowy Nimbus, choć nie tak cisi.
- Nie sądzę, by McGonagall pozwoliła ci latać na motocyklu podczas meczu, kumplu.
Syriusz klepnął szczerzącego się przyjaciela.
- Motocykle nie latają.
- Szkoda, bo tata zakazał nam tylko mioteł.
- Wiesz – sapał Syriusz, gdy szli pod małą górkę, - nie lubię wyjawiać ci tego, Rogacz, ale stajesz się okropnym nudziarzem.
- Nieprawda! To ty zeszłej nocy gderałeś, że nie możemy latać.
- Tak, ale znalazłem coś innego równie genialnego, prawda? – odparował Syriusz tryumfalnie, gdy weszli do lśniącej szopy zacienionej przez małą kępkę drzew jabłoni.
James posłał motocyklowi wątpliwe spojrzenie.
- To jest według ciebie genialne? Masz zamiar spędzić lato pchając dookoła rower?
- Motocykl. I nie bądź głupkiem. Jego się nie pcha. Jeździ sam… jak auto. Ci Mugole to geniusze.
- Więc czemu go pchaliśmy?
Syriusz przebiegł dłonią po kierownicy.
- Potrzebuje czegoś, co nazywa się benzyna. Skończyła się w połowie drogi. Choć działa i jest szybki. Pokochasz go.
James podniósł głowę, obserwując, jak Syriusz przykucnął, by zbadać srebrne rurki – zmęczony rury, albo przynajmniej kobieta powiedziała, że są wyczerpane; może po prostu chodziło jej o to, że są stare.
- Gdzie go dostałeś?
- Od kobiety na skraju wsi. Walczyła z kilkoma pudłami… czyściła garaż. Zaoferowałem jej pomoc.
- Słynna Blackowa rycerskość?
Syriusz wzruszył ramionami na dokuczający ton.
- Była stara. Tak czy inaczej, nie chciała motocykla i powiedziała, że wyglądam jak ten rodzaj chłopca, który powinien jakiś mieć. Nie wiem co to dokładnie znaczy…
James przyglądał mu się zza okularów.
- To musiał być komplement skoro dała ci tą rzecz. Chyba, że jest to jakiś rodzaj mugolskiej śmiertelnej pułapki – powiedział z nutą złośliwego uśmiechu.
Syriusz skrzywił się.
- Czy nie powinieneś być Huncwotem, poszukiwaczem przygód?
- Huncwotem, a nie majsterkowiczem bawiącym się mugolskimi śmiertelnymi pułapkami. Jak, do diabła, zamierzasz znaleźć… jak to nazwałeś? Benzynę.
- Nie zamierzam. – Syriusz wysunął różdżkę z kabury i wyszczerzył się. – Nie jesteśmy w niczym najlepsi w klasie, wiesz.
- Z wyjątkiem Lily – poprawił go James, ale z takim błyskiem w oku, że Syriusz odpuścił. – Co masz na myśli? – chciał wiedzieć, dołączając do klęczącego Syriusza.
- Tu jest gdzieś silnik – powiedział Syriusz, wskazując jedną ze srebrnych części. – Powiedziała, że działa wspaniale, więc liczę, że on całość poruszy, a tu… - Wskazał różdżką. - … jest klucz, który obracasz i motocykl jest głośniejszy niż Filch w jego najlepszych momentach…
- Naprawdę na nim jeździłeś?
Syriusz uśmiechnął się, w końcu znajdując w głosie Jamesa emocje, na które ta sytuacja zasługiwała.
- Nie bardzo daleko, ale tak. To lepsze niż miotła.
- Nic nie jest lepsze od miotły… no, może seks.
Syriusz przewrócił oczami.
- Gdyby faktycznie dziewczyna…
- Evans.
- Gdyby faktycznie Evans zgodziłaby się cię przelecieć, założę się, że przehandlowałbyś na to swoją miotłę.
James rozważył to.
- Powiem ci, gdy się dowiem – zdecydował w końcu. – Ale do tego czasu, nie ma możliwości, by motocykl choć zbliżył się do bycia w powietrzu.
Syriusz przygryzł zębami róg wargi. Naprawdę nie było nic lepszego niż moknąć w chmurach. Tygodnie bez miotły dla niego całkiem ekscytujące. Ale ten motocykl… był szybki. Wystarczająco szybki, by wiatr powiał w jego włosach, sprawiając, że serce biło.
Wystarczająco szybki, by sprawić, że zapomni o wszystkim innym.
Uśmiechnął się powoli.
- A co, jeśli moglibyśmy zaczarować go, by latał?
Brwi Jamesa uniosły się.
- Myślisz, że potrafilibyśmy? Oczywiście, że tak – odpowiedział sam sobie, już wyjmując różdżkę. – Zmodyfikowany urok latający powinien zadziałać, prawda?
- Ten sam, który jest używany do produkcji mioteł, ale musiałby być dużo mocniejszy…
- Nigdy nie mieliśmy problemów w mocnymi zaklęciami – wyszczerzył się James. – To nasza specjalność, powiedziałbym.
- Kawałki Petera zgodziłyby się z tobą.
James roześmiał się.
- Dowiedzmy się, co sprawi, że motocykl zadziała, co nie?
Wdzięczny za coś do robienia oprócz myślenia – o jego rodzinie, o nieco fałszywej radości jego wuja Aphalda na wieść o wydziedziczeniu, a przede wszystkim o Remisie, - Syriusz wyszczerzył się.
^^^
- To twoja wina – gderał James. Dzień był na to zbyt ciepły. Ostanie dwa dni były na to za ciepłe. – Mówiłem ci, żebyś zaczarował tą cholerną rzecz, by była niewidzialna.
- Nie miałem szansy. Twój tata był podejrzliwy o każdy nasz ruch, od kiedy dowiedział się, że Remus jest wilkołakiem. Przynajmniej go nie skonfiskował.
- Tylko dlatego, że nie ma pojęcia, że próbujemy sprawić, by latał.
- Nie sprzeciwiał się zaczarowaniu go, by działał bez benzyny…
- Czego nie robi.
Syriusz odsunął wilgotny kosmyk z twarzy nadgarstkiem.
- Gdybyś był cierpliwy. Udało mi się go uruchomić, prawda?
- Moim cholernym zaklęciem.
Krzywiąc się, Syriusz przesunął nowo zamontowaną przyczepę jednym mocnym kopniakiem.
- Merlinie, jesteś irytujący. To nie jest pierwszy raz, gdy zabrano ci miotłę.
Zamiast odpowiedzieć, James odetchnął i utkwił wściekłe spojrzenie w domu.
Syriusz przestał próbował wetknąć zatyczkę do baku i usiadł na piętach, studiując spojrzenie przyjaciela.
- Co z tobą?
James przycisnął kilka owadów na jego spodniach i nie odpowiedział. Odrzucając na bok flanelę, Syriusz zatrzymał się na skrawku trawy i szturchnął ramię Jamesa.
- Wezmę to do siebie, jeśli mi nie odpowiesz.
James spojrzał na niego z ukosa, westchnął i oklapł.
- Widziałem wczoraj Lily.
- Z jej mamą? – Syriusz zniknął na ostatnią godzinę zakupów, dziękując, że zabrał się z panem Potterem na herbatę do rozległej rezydencji Alphalda. Pan Potter nie chciał puścić go samego. – Nie próbowałeś już jej zaimponować mózgiem, prawda? Tylko kilka dni…
- Była z Finneganem.
Uśmiech Syriusza złamał się.
- Och.
- Trzymała go za rękę – powiedział James ponuro. Oderwał kępkę trawy i wysłał ją pod wiatr.
- To nie potrwa długo – powiedział Syriusz stanowczo. – Finnegan jest tak mądry jak trol. A jego uszy są zbyt duże.
James uśmiechnął się, ale nie długo. Oparł brodę na kolanach.
- Czuję się czasem niemożliwie, wiesz? Nawet nie wiem czemu nadal próbuję. Nie jest jedyną dziewczyną, sam to powiedziałeś. Alicja Longbottom pocałowała mnie na ostatniej imprezie w wieży.
- Nie mówiłeś mi, że to było jak całowanie ryby?
James zrobił ręką szeroki gest porażki.
- Ryby też ludzie.
- Nie jestem pewny, czy potrafisz coś poradzić na to, jak ludzie na ciebie działają.
Unosząc ciemne brwi, James spytał:
- Kiedy stałeś się taki mądry?
- Doświadczenie, stary. – Zwinął nogi jak precle i przyznał: - Nie jestem pewny, czy Lunatyk docenił zasypianie z moim łokciem w jego przeponie.
James zmarszczył brwi.
- Skąd wiesz?
- Wspominał, jak było niewygodnie – powiedział Syriusz, mrużąc oczy w słońcu.
Zanim marszczący brwi James mógł znaleźć głos, doszedł do nich dźwięk zamykanych tylnich drzwi. Kręgosłup Syriusza wyprostował się. Remus i pan Potter przemierzali trawnik w ich kierunku. Remus kiwał głową na coś, co mówił pan Potter. Pan Potter uśmiechnął się i poklepał ramię Remusa.
Syriusz zobaczył spojrzenie Jamesa, ale nie potrafił odpowiedzieć, nie z rojem motyli fruwających w jego brzuchu. Taka sama reakcja; to ciepło wspinające się po jego szyi, nieregularne bicie serca. Jego ciało najwyraźniej nie obchodziło, czy Remus zamierza odpowiedzieć tak samo.
Nagle poczuł współczucie do Jamesa.
- Jak idzie z zaklęciem?
- Nie idzie – odpowiedział James, ponieważ Syriusz nie potrafił. Machnął na Remusa. – Kilka dni snu uczyniło z tobą cuda.
- Pochlebny jak zawsze. – Rozbawiony uśmiech Remusa złamał się, gdy napotkał spojrzenie Syriusza i chwilę zajęło Syriuszowi zrozumienie, że na niego patrzy.
- Twoja matka wypuściła cię wcześnie – powiedział z uśmiechem, wstając i otrzepując palce od trawy. – Za dobre zachowanie?
- Bez waszej dwójki, zachowywanie się jest o wiele łatwiejsze. – Dokuczliwy ton absolutnie nie pomagał motylom Syriusza; Remus nie wydawał się trzymać urazy za niezręczny kontakt trzy noce temu. Linie wokół jego oczu pogłębiły się na moment i Syriusz zapomniał, że nie byli sami.
- Powinienem się obrazić, taak? – James złamał to złudzenie. Remus odwrócił swoje pomarszczone oczy od Syriusza i spojrzał z dezaprobatą na Jamesa.
- Co z tobą?
- Evans – zastąpił go Syriusz, gdy James tylko westchnął. Remus i pan Potter identycznie zmarszczyli czoła.
- Myślałem, że masz genialny plan zdobycia jej – powiedział Remus.
James skrzywił się.
- Nieco trudny, gdy kręci się koło Finnegana… ze wszystkich ludzi Puchona.
- Taak – dodał Syriusz, popierając go. – Czy ona nie wie, że jego uszy są za duże?
Tym razem westchnienie Jamesa było bardzo samotne.
- Już, już – mruknął pan Potter, - nie ma powodu, by przewidywać najgorsze. Nawet nie wiesz, czy Lily jest na poważnie z tym chłopakiem.
- Trzymała go za rękę.
Pan Potter uśmiechnął się.
- Ja trzymałem za rękę wiele dziewczyn, zanim chwyciłem twoją matkę. A teraz choć ze mną do środka – powiedział, oferując synowi ramię. – Popadanie w depresję nie pomoże.
- Ale nie zaszkodzi – mruknął James, ale pozwolił ojcu, pociągnąć się. Choć nie od razu za nim poszedł. Zamiast tego odwrócił się do Syriusza i spytał:
- Potrzebujesz z tym pomocy? – Wskazał na motocykl, ale Syriusz wiedział, że chodzi mu o Remusa.
Syriusz spojrzał na Remusa, znajdując tą samą ekspresje i ciepło w brązowych oczach; decyzja była prosta, nawet jeśli przerażająca.
- Dzięki, zadziałamy na własną rękę – powiedział.
Jedno zezujące oko Jamesa sprawiło, że się uśmiechnął.
- Bądźcie bardzo ostrożni, chłopcy – powiedział pan Potter nad głową Jamesa. – Krzyczcie, jeśli będziecie mięli kłopoty.
- I nie róbcie niczego genialnego beze mnie – dodał James.
- Nawet o tym nie marz – powiedział mu Syriusz.
James skinął głową z wielką powagą. Odwrócił się, poklepał ramię Remusa i ruszył krok w krok obok ojca. Pan Potter położył mu rękę na ramieniu, gdy szli z powrotem do domu.
- To jest twoja najnowsza psota, tak? – zapytał Remus, badając motocykl bardziej jak James wczoraj. Syriusz podążał za jego ruchami, sposobem, w jaki jego koszula rozciągnęła się na jego plecach, gdy pochylał się, by spojrzeć na różne mierniki. Remus spojrzał w górę, a Syriusz zamrugał; odchrząknął.
- To motocykl.
Remus uśmiechnął się.
- Wiem. Był na obrazku w jednym z mugolskich magazynów, które kupiłeś zeszłego lata.
- Och. Prawda – powiedział Syriusz, zaskoczony, że Remus to zapamiętał.
- Gdzie go dostałeś?
- Buchnąłem z czyjegoś podwórka.
Brwi Remusa momentalnie uniosły się w górę.
- Oczywiście, że tego nie zrobiłem – powiedział Syriusz, uśmiechając się, gdy Remus trącił go łokciem w bok, by mógł przysiąść na siedzeniu. – Nieco stara pani mi go dała; powiedziała, że do mnie pasuje. – Remus zmarszczył czoło. – Pomogłem jej przenieść kilka pudeł, - rozwodził się Syriusz. – Wiesz, że jestem bardzo uroczy.
- To dlatego nie zostałeś wydalony – zgodził się Remus z błyszczącymi oczami. – Co zamierzasz z tym zrobić? Poza używaniem tego jak jakiegoś rodzaju tronu?
- To nie wystarczy? – Syriusz uśmiechnął się, a Remus przewrócił oczami; nawet krzty wdzięczności. A Syriusz nie był Gryfonem bez powodu. – Więc dobrze – powiedział, obracając się i przerzucając nogę nad siedzeniem. – Chcesz się przejechać?
Remus za nim brzmiał na zduszonego.
- Myślałem, że nie dopracowaliście zaklęcia latającego? – Skinął niejasno w stronę kuchni, gdy Syriusz zmarszczył kwestionująco brwi. – Tata Jamesa mi powiedział.
- Technicznie, nie potrzebuje zaklęcia – wyjaśnił Syrusz. – Działa na benzynie… mugolskiej energii. Wskakuj, a ci pokażę.
- Ja…
Syriusz ocenił plamy koloru na policzkach Remusa i zdecydował, że to nie był niesmak i mrugnął.
- Chodź, Remus, trochę przygody dobrze ci zrobi.
- Miałem dość przygód na całe życie, dziękuję bardzo – odparował Remus. Jeśli już, jego policzki były ciemniejsze.
- Więc chodź, bo ja tego chcę.
Remus otworzył usta, prawdopodobnie, by przypomnieć Syriuszowi o momentach, gdy robił coś z tego powodu, ale zamiast tego zapytał:
- Gdzie mam usiąść?
Ignorując przypływ przyjemności rosnący w nim, Syriusz starał się utrzymać swój uśmieszek pod kontrolą.
- Odczepiliśmy przyczepkę. Więc będziesz musiał siąść za mną.
Remus zawahała się przez pół oddechu, zanim zamknął przestrzeń między nimi. Syriusz wbił w ziemię nogi, by ustabilizować motocykl. Słyszał szybki oddech Remusa, po czym robił wszystko, by się nie hiperwentylować, gdy noga Remusa musnęła jego tyłek i znalazła się za jego udami; tak samo jak druga.
Cholera.
I choć Syriusz był niemal pewny, że wybuchnąłby, gdyby więcej Remusa było wciśnięte w niego, siedzenie Remusa było zbyt niepewne.
- Obejmij mnie w talii – powiedział cicho. Obejrzał się przez ramię, gdy Remus się nie poruszył i uśmiechnął się na jego skamieniały wyraz twarzy. – Nie gryzę, Luni.
Wyciągnięty z oszołomienia, Remusa skinął stanowczo i wsunął ręce, owijając je wokół Syriusza. Ignorując oszałamiający wzrost tempa bicia jego serca, Syriusz chwycił dłonie Remusa i przyciągnął go, aż Remus przylegał mocno do jego pleców. Jego oddech połaskotał szyję Syriusza.
- Nie chcę, żebyś spadł – mruknął.
Jego oddech odwrócił się przeciwko niemu, gdy ręce Remusa przycisnął go mocniej. Zamykając oczy i modląc się, że pamięta, jak to robić, Syriusz przekręcił klucz. Silnik ryknął, a Remus podskoczył za nim, co niemal wyrwało Syriuszowi serce z piersi.
- Cholera…
Wyrywając się z chwilowej paniki, Syriusz roześmiał się.
- Wybacz… trochę głośno. Gotowy?
- Tak… - Nerwowe drżenie nie mogło ukryć wyczekiwania.
Uśmiechając się szeroko, Syriusz chwycił kierownicę i zawołał przez ramię:
- Nie puszczaj – gdy kopnął podpórkę pod nimi. Spanikowany krzyk Remusa koło jego ucha mieszał się ze śmiechem, gdy pędzili w kierunku dróżki.
Ale umysł Syriusza skupił się na wszystkim, tylko nie na prędkości. Czuł Remusa, jego dłonie zaplątane w jego koszulkę, palce wbijające się w jego żołądek. Twarz Remusa była w jego włosach i na moment, Syriusz chciał, by siedzieli odwróceni do siebie. Tylko że podobało mu się to uczucie; Remus potrzebował go, trzymając go w taki sposób.
To była ochrona, tylko nie był pewny, kto tu kogo chroni.
Nic innego nie miało znaczenie i zdał sobie sprawę, że zawsze czuł się tak, jak teraz, gdy był z Remusem. Tylko oni istnieli i nie obchodziło go, że jego rodzina go nienawidziła, że nigdy może nie być kimś więcej niż odrzuconym synem Blacka.
Remus myślał, że może i to właśnie się liczyło.
Domy i drzewa świstały obok nich, gdy pędzili zakurzonymi drogami. Remus pochylał się z nim, gdy naciskał więcej gazu. Remus cieszył się z tego.
Chcąc więcej, Syriusz zapytał, a motocykl dotrzymał słowa. Czując się wolnym pierwszy raz od dłuższego czasu, krzyknął radośnie. Śmiech Remusa wibrował w jego szyi.
- To jest genialne!
Syriusz wyszczerzył się.
- Będzie nawet lepiej, gdy pofrunie!
Celowa pauza.
- Pan Potter cię zabije!
- Wiem!
Ręka postukała go w brzuch, ale ostrzeżenie sprawiło tylko, że uśmiech Syriusza się poszerzył. Był bardziej zdeterminowany, by sprawić, by zaklęcie latające działało. Nie ma wątpliwości: nieskończenie lepsze niż miotła.
Ale gdy tylko przejechali koło stawu, gdzie James i Syriusz lubili brodzić, przypomniał sobie, że motocykl miał ograniczenia; zdecydowanie musiał udoskonalić to zaklęcie.
Nie chciał się zatrzymać, ale chcąc uniknąć długiej pieszej podróży do domu Potterów, gdy zabraknie paliwa, Syriusz krzyknął do Remusa kolejne ostrzeżenie, by się trzymał. Starannie odwrócił kierownicę – lata rdzenia sobie z miotłą. W następnym momencie nie byli już na drodze i krążyli koło stawu.
Zwolnił, z wyczuciem czasu, gdy zatrzymali się i motocykl zadławił się tuż koło płaczących wierzb, które Syriusz uwielbiał, jako dziecko.
- Cholernie spektakularne – oświadczył, adrenalina wciąż krążyła w nim.
Remus nie od razu zwolnił uścisk i wydawało się, że próbuje złapać oddech. Zaniepokojony Syriusz, odwrócił głowę i znieruchomiał, gdy jego policzek musnął policzek Remusa.
- W porządku? – zapytał cicho.
Remus przytaknął.
- Będzie dobrze… myślę, że po drodze zgubiłem brzuch.
Syriusz zachichotał.
- Posiedź chwilę. – Zadrżał, gdy Remus odetchnął.
A potem bardzo powoli, Remus odwinął palce od koszuli Syriusza, ale nie mógł wstać z siedzenia bez chwycenia ramienia Syriusza, co zrobił bez wahania. Gdy tylko Remus stał pewnie, Syriusz zeskoczył.
- Przynajmniej masz jakiś kolor na policzkach – powiedział, przechylając głowę, by dokładnie przyjrzeć się zaczerwienionej twarzy Remusa. Remus przyłożył dłoń do policzków.
- Brzmisz jak moja mama.
- Ćwiczyłem.
- Gdyby wiedziała, że jeździłem na mugolskim motocyklu, zabiłaby mnie. Albo raczej ciebie.
Machając beztrosko, Syriusz powiedział:
- Twoi rodzice mnie uwielbiają. Mówiłem ci, jestem uroczy.
Uśmiech Remusa powrócił.
- I wcale nie zarozumiały.
- Zdecydowanie nie. – Ten uśmiech zamierzał zniszczyć jego zdrowie. Żeby zdekoncentrować samego siebie, zapytał: - Ale matki na bok, jest spektakularny, co nie?
- Bardzo.
Syriusz uśmiechnął się promiennie.
Chichocząc Remus wskazał na motocykl.
- Pan Potter naprawdę cię zabije, jeśli rzucisz na niego zaklęcie latające. Zakładam, że już miałeś niezłe kłopoty za incydent z animagią?
- Nie ogromne. Zamknął nasze miotły.
- To wszystko?
- Nie wystarczy? – drażnił Syriusz. Remus odwrócił się z powrotem do niego ze śmiechem w oczach. Jednak spoważniał i pokręcił głową.
- Przepraszam za to…
- Ostatnio lubisz przepraszać.
Remus zacisnął wargi. Nie wiedząc, co sprawi wzięcie takiej taktyki, Syriusz i tak kontynuował udawanie nonszalancji.
- Najpierw za zaśnięcie na mnie, a teraz za incydent z ani magią, z czego nic nie było naprawdę twoją winą.
- Cóż… - Remus zrobił nieokreślony gest; jego policzki znowu zaczerwieniły się, a Syriusz uznał, że raczej cieszy się widząc speszonego Remusa. Chciał więcej.
Tylko mała zmiana w jego postawie i między nimi było bardzo mało miejsca.
- Oczywiście, jeśli nie… - powiedział cicho, - chciałeś zasnąć w moim łóżku.
- Ja… - teraz Remus był ciemnoczerwony, a jego były oszołomione, gdy się w niego wpatrywał. – Nie… - wyjąkał w końcu, -… oczywiście, że nie.
- Naprawdę myślisz, że było niezręcznie? – Syriusz usłyszał jak pyta, jakby jego mózg i usta już nie były połączone, ale gdy tylko słowa się wydostały, nie chciał ich cofnąć.
- Ja… - A potem Remus wyprostował się, ale jego głos zabrzmiał jak pisk, - A ty?
Pytanie za pytanie. Dość tego.
- Nie.
Ulga i szok nie powinny mieszać się tak dobrze, ale Remusowi się to udało. Był przerażająco blisko, za blisko.
Albo nie wystarczająco blisko.
Odzyskując głos i decydując nie być zawstydzonym, Syriusz mruknął:
- Chciałbym spróbować czegoś…
Jeszcze jedne krok i się dotykali. Serce Syriusza biło tak szybko, że był pewny, że Remus może je usłyszeć.
Ale kiedy otoczył ramionami Remusa, Remus wziął drżący oddech, a Syriusza dłużej nie obchodziło, jak wiele zdradzał. Pociągnął Remusa i zażądał tego pocałunku.

Koniec.

*Nie wiedziałam, jak to inaczej nazwać, moja wyobraźnia poległa (ang. Homorphous Charm)