piątek, 30 czerwca 2017

MNK - Na oślep do przodu


Autor: nieznany, znalezione na archiveofyourown.com
Rating: K
Pairing: brak
Notka: Nauczenie kogoś zaufania jest bardzo trudną drogą. Ale dla swojego chrześniaka, Syriusz jest gotowy wybrać się wybrać się w tą podróż.


- Nie mówię, że ona ma rację, Harry. – Hermiona miała napięty głos, próbując za nim nadążyć.
- Po prostu daj temu spokój, Hermiono.
- Ale to dopiero pierwszy dzień.
- On o tym wie, Hermiono – przerwał jej Ron, pewnie wyczuwając, że Harry jest bliski wybuchu. – Daj spokój, chodźmy na śniadanie. – Albo może po prostu chciał tylko dostać się do kiełbasek, które czuli z końca korytarza.
- Wiem, że on wie, Ron – warknęła Hermiona. – Mówię tylko, że Umbridge nie wydaje się osobą, której Harry nie chciałby przeprosić. Jest brutalna!
- Nie zauważyłem – powiedział Harry głosem ciężkim od sarkazmu. – Dzięki, że mówisz, że szlaban był tylko moją winą.
- Nie to powiedziałam! Oczywiście, że Umbridge była okropnie niesprawiedliwa…
- O co chodzi z profesor Umbridge?
Trio odwróciło się. Syriusz, wkładając szaty nauczycielskie, wychodził właśnie z klasy.
- Nic – odpowiedział Harry w momencie, gdy Hermiona rzekła:
- Harry zebrał od niej wczoraj szlaban.
- Dzięki, Hermiono – mruknął szeptem Harry.
- Cóż, nie zrobiłeś nic złego – obroniła się. – I mówiłam ci, że Syriusz będzie chciał wiedzieć.
- Dlaczego dała ci szlaban? – zapytał Syriusz, a jego oczy skupiły się tylko na Harrym. Zaczynając czuć się nieco zaczerwieniony pod wpływem tego zdecydowanego wzroku, Harry wzruszył ramionami.
- Doprawdy, Harry – zbeształa go Hermiona. Zarzuciła swoje włosy na ramię i wyjaśniła: – Harry powiedział jej, że Sami Wiecie Kto naprawdę powrócił, więc upierała się, że on kłamie.
- Dała ci szlaban za mówienie, że Voldemort powrócił? – Ciche pytanie było pełne niedowierzania. Kiedy Harry mruknął twierdząco, Syriusz westchnął. Zwrócił się do Rona i Hermiony: – Harry wróci do was za chwilę.
- Umbridge była niesprawiedliwa – powiedziała Hermiona uparcie. – Harry nie zrobił nic złego; był nawet w stosunku do niej grzeczny!
Syriusz uniósł brew.
- Nie wątpię – powiedział, a gdy Hermiona zmarszczyła brwi z nieokreślonym zdezorientowaniem, Syriusz chwycił Harry’ego, pchnął go przez próg swojej klasy i zamknął drzwi. – No, o co chodzi?
Naciągając rękaw na wciąż wrażliwą skórę, Harry odpowiedział:
- Zapytała mnie o Voldemorta i…
- Nie o to mi chodzi – przerwał mu Syriusz, – choć wrócimy do tego za chwilę. – Usiadł na jednym z biurek w ostatnim rzędzie i luźno skrzyżował ramiona na piersi. – Dlaczego mi nie powiedziałeś, że przydzieliła ci szlaban?
Harry spojrzał na swojego ojca chrzestnego, niezbyt pewny, co to znaczy.
- To był tylko szlaban – powiedział w końcu, sekundę później zdając sobie sprawę z tego, że pocierał palcem miejsce, gdzie pióro Umbridge przecięło skórę. Wcisnął zaciśnięte pięści pod pachy.
- Ale wczoraj wieczorem rozmawiałem z tobą na kolacji – naciskał Syriusz, pochylając się. – Dlaczego o tym nie wspomniałeś?
- Nie wiem… To był tylko szlaban…
- Za mówienie prawdy? – Syriusz uniósł głowę. – Czy to nie wydaje ci się dziwne?
- To nie pierwszy raz, kiedy byłem na niesprawiedliwym szlabanie.
Oczy Syriusza zwęziły się.
- Co dokładnie Umbridge powiedziała?
Kręcąc się, Harry starał się zdecydować, dlaczego to było takie ważne. Ale nie widział konkretnego powodu, tylko wyczekujące spojrzenie Syriusza. Westchnął.
- Powiedziała mi, żebym przyznał, że kłamałem o tym, że widziałem Voldemorta. I kiedy tego nie zrobiłem, dała mi szlaban.
- Co kazała ci robić?
Fantomowy ból przeszedł przez dłoń Harry’ego.
- Linijki – mruknął, przesuwając oczy na najwyższe okna pomieszczenia.
Syriusz nie odpowiedział natychmiast i Harry w końcu spojrzał na niego. Syriusz rozplótł ramiona i opierał kłykcie na biurku.
- Jest coś, o czy mi nie mówisz – powiedział.
- Nie, ja…
- Myślisz, że będę zły na Umbridge?
Zaskoczony tym pytaniem, Harry otwierał i zamykał usta, zanim potrząsnął głową.
- Nie…
- No więc, nie mógłbyś myśleć, że będę zły na ciebie – naciskał Syriusz, a jego głos był tak spokojny, jak kiedy zaczynali rozmowę. – Więc dlaczego mi nie powiedziałeś?
Harry nie odpowiedział, w większości dlatego, że nie wiedział, czemu.
Syriusz westchnął.
- Dobrze widać, że coś jest nie tak z tą kobietą. Chcę wiedzieć, czy ponownie będzie cię kłopotać.
Harry prześlizgnął się wzrokiem od wysokich okien wzdłuż najdalszej ściany, kiedy jego ojciec chrzestny starał się uchwycić jego spojrzenie. Drugi szlaban, który już został mu przypisany pewnie wchodził w tę kategorię.
- Harry. – Miękki głos Syriusza przywołał jego spojrzenie. Szare oczy były teraz z troską zmarszczone. – Co jest?
Harry skręcił rąbek koszulki, szarpiąc materiał, kiedy odpowiadał:
- Nie… Mam kolejny po śniadaniu.
- Co?
- No, zapytała mnie, czy chcę to cofnąć, a ja zaprzeczyłem – wyjaśnił szybko Harry.
Usta Syriusza zacisnęły się w ponurą linię, zanim mruknął:
- No, to już dość tych bzdur…
Palce Harry’ego zacisnęły się na rękawie Syriusza, kiedy wstał.
- Czekaj…
Syriusz zatrzymał się, jego brwi uniosły się wysoko, kiedy Harry gapił się na niego jak jakaś umierająca ryba.
- Eee – zaczął w końcu z błyskotliwością, – co zamierzasz zrobić?
- Zamieszam dać tej kobiecie trochę do myślenia.
- Nie musisz tego robić, Syriuszu…
- Harry, ona zachowuje się całkiem nieodpowiednio…
- Wiem, ale… - Jednak nie miał argumentu; przynajmniej nie takiego, który miałby jakikolwiek sens. Odsunął palce od rękawa Syriusza. – Nie musisz…
Syriusz zerknął na niego.
- Nie?
Ramiona Harry’ego wzniosły się i opadły w milczeniu. Jego żołądek zaczął skręcać się w nieprzyjemny węzeł. I jego ręce; zaciskały się w rytmie bicia jego serca.
- Nie pozwolę jej cię prześladować – powiedział cicho Syriusz. Spojrzał na rękę wokół jego nadgarstka i ponownie mu się przyjrzał. – I jest coś… - Opuścił nagle dłoń i uniósł podbródek Harry’ego. – Wspominałem, jak bardzo jesteś podobny do Jamesa, tak?
Harry zamrugał na to stwierdzenie bez związku.
- Masz też takie wyrazy twarzy jak on – mruknął Syriusz; trącił szczękę Harry’ego opuszkami palców. – Czego tak strasznie starasz się mi nie powiedzieć?
Harry chciał odwrócić wzrok, chciał nalegać, że Syriusz doszukuje się czegoś, czego nie ma, ale szare oczy były zbyt intensywne, by je zignorować.
- Posłuchaj, to nic…
- Jeśli to nic, to zwyczajnie mi powiedz.
Powalony cierpliwością w głosie ojca chrzestnego, Harry odsunął się.
- To nic takiego, okej?
Ale Syriusz nie przestał marszczyć brwi, a dłoń Harry’ego nie przestała palić.
- Czy powiedziała coś…
- Nie! – wybuchnął Harry. Cofnął się o krok i zmusił się, żeby nie drapać mrowiących blizn. – To był tylko szlaban! To nie ma znaczenia.
- Harry…
- Nie możesz tego po prostu zostawić? – zaskrzeczał Harry.
- Nie, nie mogę. Cokolwiek zrobiła, wyraźnie cię to zdenerwowało.
Harry potrząsnął głową. To tylko trochę bólu. Trochę bólu w zamian za mówienie prawdy. Żeby się upewnić, że śmierć Cedrica mogła coś znaczyć.
Harry odskoczył, kiedy Syriusz dotknął jego ramienia. Przełknął ciężko, chcąc, żeby Syriusz nie patrzył na niego w taki sposób. Z tą całą troską, której nie potrzebował.
- Posłuchaj, mam zadanie…
- Nie w sobotni poranek, prawda? – odrzekł wciąż cicho Syriusz. – I nie odejdziesz póki nie powiesz mi, co się dzieje.
Ale Harry nie mógł, więc odwrócił się; Syriusz złapał go za nadgarstek, zanim zdążył dojść do drzwi.
- No, jeszcze chwilę, to…
Harry okręcił się, żeby powiedzieć chrzestnemu, żeby się odczepił, ale Syriusz nie patrzył na niego. Jego oczy były utkwione w dłoni Harry’ego. W zaczerwienionej, rozciętej skórze.
Czując nagle upokorzenie, Harry spróbował się wyrwać, jednak Syriusz nie wypuścił go.
- Co to jest? – zapytał, w końcu unosząc wzrok. – Co się stało?
- Ni…
- Wystarczy.
Harry natychmiast przestał protestować. Oczy Syriusza były twarde, a ton absolutnie nieustępliwy.
- Dość tych bzdur – powiedział cicho. – Co się stało?
Harry czuł, że jego język był niczym papier ścierny, ale jasne dla niego było, że Syriusz go nie puści.
- Pisałem linijki – wyszeptał w końcu.
- Na szlabanie – powtórzył Syriusz. – I co to… - uniósł schwytaną dłoń, – ma z tym wspólnego?
- Pióro… wyryło słowa na mojej ręce…
Syriusz patrzył na niego, a jego usta otwierały się i zamykały bez dźwięku.
- Krwawe pióro? – zdołał w końcu powiedzieć przez zaciśnięte struny głosowe. – Używałeś krwawego pióra?
- Ja…
- Dobry boże… - Bez ostrzeżenia, Harry został pociągnięty w ramiona ojca chrzestnego, a Syriusz klepał jego plecy, mrucząc słowa nie do rozszyfrowania w jego włosy. Nieoczekiwana ulga złagodziła napięcie w kręgosłupie Harry’ego i choć nie miał takiego zamiaru, docisnął swoje czoło do ramienia Syriusza.
- W porządku – mruknął Syriusz po dłuższej chwili. – W porządku – powtórzył, a jego słowa były kruche i drżące, kiedy chwycił twarz Harry’ego. – Chodźmy więc do ambulatorium. Żeby Pomfrey mogła zerknąć na twoją rękę.
Ścisnął ramię Harry’ego i choć Harry’emu trudno było patrzeć na chrzestnego, pozwolił mu wyprowadzić się z klasy.
- Będzie dobrze – powiedział mu Syriusz, wciąż drżąco, kiedy przechodzili przez krótki odcinek drogi do szpitala.  – Będzie dobrze.
Pomfrey dawała instrukcję jednemu z nowych nabytków kadry na końcu pomieszczenia. Uniosła wzrok, gdy weszli, zmarszczyła brwi i skinęła na drugiego uzdrowiciela, by podszedł.
- Panie Potter – przywitała go z błyskiem irytacji. – Jest dopiero drugi dzień semestru.
Stojąc tuż za Harrym, Syriusz chwycił go za ramię.
- Harry został zmuszony do użycia krwawego pióra – powiedział bez zbędnych wstępów.
Kobieta odetchnęła ostro. Bardzo miękko, Syriusz powiedział:
- Pokaż jej rękę.
Zaciskając wargi, Harry posłuchał. Patrzył na miejsce na ścianie za jej ramieniem, kiedy uniosła jego palce.
- Och… - Jej oczy rozszerzyły się, po czym spytała, – Kto to zrobił?
Palce Syriusza zacisnęły się lekko.
- Dolores Umbridge.
- Dolores? Ale… została przysłana przez Ministerstwo… - Pomfrey zacisnęła usta, po czym najbardziej szorstkim tonem zwróciła się do nowego uzdrowiciela, - Podaj wywar ze szczuroszczeta, Cordan. I standardowy lek przeciwbólowy. Ma pan ból głowy, panie Potter? Albo brzucha?
- Nie.
Ścisnęła delikatnie końcówki jego palców.
- Syriuszu, zabierz go do pierwszego łóżka, jeśli łaska.
Harry podążył za naciskiem palców Syriusza; usiadł i pozwolił swoim nogom zwisać z wysokiego materaca, nie patrząc na nikogo. Syriusz wciąż trzymał rękę na jego plecach, kiedy Pomfrey do nich dołączyła.
- Cordan – powiedziała, kiedy wrócił z zamówionymi eliksirami. – Użyj fiuu i skontaktuj się z dyrektorem, proszę. A potem przynieś mi aparat z gabinetu. Byle szybko.
Harry uniósł głowę.
- Aparat?
- Jako dowód? – zapytał cicho Syriusz. Pomfrey podała Harry’emu eliksir przeciwbólowy i przytaknęła.
- Zakładam, że dyrektor natychmiast powiadomi PPC. Nie mogę użyć Wywaru, aż nie zobaczy ręki Harry’ego; będzie kolejnym świadkiem. Niech pan wypije eliksir, panie Potter. Pomoże.
Kiedy Harry nie przełknął eliksiru, Syriusz przycisnął palce do łopatek chłopca.
- Harry.
Miając ochotę wrócić z powrotem do dormitorium i zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło, Harry wypił eliksir; oddał go z powrotem Pomfrey, nie unosząc wzroku.
- Przykro mi – zaczęła, ale wtedy wszedł cicho Dumbledore, a tuż za nim Cordan.
- Poppy? – zapytał ostro Dumbledore. – O co chodzi z Dolores?
- Zmusiła Harry’ego do użycia krwawego pióra na szlabanie – powiedział Syriusz, zanim mogła kobieta. Owinął palce wokół nadgarstka Harry’ego i uniósł zranioną rękę, by dyrektor ją zbadał.
Oczy Dumbledore’a zwęziły się, a potem uniosły na twarz Harry’ego.
- Jesteś pewny, że to było krwawe pióro, Harry? – zapytał. – Absolutnie pewny?
- Ja…
- Jeśli oskarżasz Harry’ego o kłamstwo – uciął mu Syriusz, – nawet przez moment, Albusie…
- Nie – przerwał mu Dumbledore. Jego ostre spojrzenie powróciło z powrotem do Harry’ego. – Powiedz, co się stało, Harry.
Harry spojrzał na ojca chrzestnego, który piorunował dyrektora wzrokiem. Było między nimi napięcie, od kiedy sześć tygodni temu Syriusz wziął w swoje własne ręce sprawę opieki nad Harrym – i wygrał.
Gdy Syriusz skinął lakonicznie, Harry wyjaśnił szlaban z poprzedniego wieczora tak szybko, jak tylko potrafił. Gdy skończył, szczęka Syriusza była napięta. I nawet Dumbledore wyglądał na zaniepokojonego.
- Nie może pozostać w kadrze – powiedział po chwili ciszy Syriusz. – Jeśli zostanie, ja razem z Harrym wyjeżdżamy.
Harry pokręcił się na to oświadczenie, ale Syriusz ścisnął jego ramię, więc znieruchomiał.
- Oczywiście, że nie może – powiedziała zaciekle Pomfrey. – Władze sobie z nią poradzą. Krwawe pióra są nielegalne.
- Tak – zgodził się Dumbledore. – Zajmę się tym. Poppy – powiedział, wyprostowując ciemne szaty, – mogę użyć fiuu?
Pomfrey skinęła głową i kiedy kroki Dumbledore’a zniknęły w jej biurze, poprosiła Harry’ego by wciąż był nieruchomy i zrobiła kilka zdjęć.
Cordan wahał się za nią z maścią w ręku.
- Nie jeszcze – powiedziała mu cicho Pomfrey. – Jeśli Dumbledore szybko kogoś znajdzie, będzie lepiej jeśli będą mogli zbadać ranę. – Odwróciła się do Harry’ego i dziwnie łagodnym głosem, zapytała: – Boli cię?
- Nie – odpowiedział cicho Harry; chciałby móc odejść.
- Poppy, dasz nam chwilę?
Harry przeniósł wzrok na ojca chrzestnego, który, z całą pewnością, nie czytał w myślach. Syriusz uśmiechnął się, co nie powinno być aż tak uspokajające.
- Oczywiście… - Pomfrey i jej asystent odeszli ze spuszczonymi głowami. Syriusz opadł na materac. Zaczął masować ramiona Harry’ego, aż byli poza zasięgiem słuchu.
- Jeśli cię boli – powiedział w końcu, - nałożymy maść. Nie ma znaczenia to, czy chłopaczki z PPC muszą to zobaczyć.
Harry potrząsnął głową.
- To znaczy, że nie boli? – zapytał Syriusz. – Czy że nie chcesz maści, mimo że boli?
Harry spróbował oczyścić gardło, jednak nie udało mu się.
- Nie boli.
Syriusz przyciągnął głowę Harry’ego do swojego ramienia.
- Jak najszybciej sobie z tym poradzimy. – Ścisnął ramię Harry’ego i siedzieli tak, aż Dumbledore, otoczony przez dwójkę czarodziei ubranych w głęboko śliwkowe szaty z srebrnymi herbami na piersi. Żaden nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z przeszkadzania.
Pierwszy podszedł wyższy z nich. Miał nieprzyjemną twarz i włosy koloru piasku.
- Harry Potter? – zapytał. – Basil Rankien.
Syriusz ześlizgnął się z łóżka i wcisnął się między nich.
- Syriusz Black – przedstawił się, oferując drugiemu mężczyźnie rękę. – I tak, to Harry Potter, mój chrześniak.
Oczy czarodzieja przesunęły się na Syriusza.
- Nie wyglądasz jak na większości zdjęć, obok których przechodziłem – powiedział krytycznie.
- Trudno dobrze wyglądać, kiedy jest się oskarżonym o morderstwo.
Rankien patrzył na niego przez pół sekundy, a potem lekki uśmiech rozświetlił jego bladą twarz.
- Prawda – odpowiedział z krótkim skinieniem głową. – Jesteś opiekunem Harry’ego?
- Adoptowałem go tego lata.
- Więc dobrze. Harry musi zweryfikować opowieść profesora Dumbledore’a, a potem będziemy się zbliżać.
- Zbliżać?
- Oficjalnie, nie może my wyjawić naszych planów w odniesieniu do konkretnego oskarżenia – powiedział Rankien, – ale jeśli zadacie pytania dotyczące ogólnych procedur…?
Pozwolił pytaniu drgać, a z ponurym uśmiechem, Syriusz zapytał:
- Ogólnie rzecz biorąc, jeśli osoba oskarżona zmusiła dziecko do użycia krwawego pióra…
- Przeszukanie może być przeprowadzone przez kogoś z PPC – zakończył Rankien. – Jeśli zostanie znalezione krwawe pióro, osoba zostanie odeskortowana do Ministerstwa, gdzie prawdopodobnie przejdzie przez proces.
Syriusz skinął mocno głową. Odwrócił się do Harry’ego i chcąc tylko, by to się skończyło, Harry wyciągnął rękę.
- Jak pan otrzymał te znaki, panie Potter? – zapytał Rankien, podczas gdy jego partner położył pióro na małym pergaminie.
Harry ponownie opowiedział historię, a kiedy skończył z łokciami wciśniętymi mocno w żebra, piszący oficer zadał Pomfrey kilka pytań. Zdjął kilka swoich zdjęć, a potem dwóch czarodziei, za którymi tym razem podążył Dumbledore, wyszli z ambulatorium
Gdy tylko wyszli, Pomfrey zaoferowała maść. Nałożyła ją bez robienia zamieszania i podała słoik Syriuszowi.
- Wieczorem może potrzebować kolejnej dawki.
- Dziękuję, Poppy…
Uśmiechnęła się do nich i nietypowo klepiąc ramię Harry’ego, poprowadziła swojego asystenta z powrotem do gabinetu.
- Przegapiliśmy śniadanie – powiedział Syriusz, odnajdując spojrzenie Harry’ego. – Zjemy w moich kwaterach.
- Ale miałeś się dzisiaj spotkać z Remusem…
- Remus zaczeka – powiedział Syriusz. – To jest ważniejsze. I musisz coś zjeść.
- Nic mi nie…
- Nie przegapisz śniadania. Chodźmy.
Kiedy Harry nie poruszył się natychmiast, Syriusz skinął głową na drzwi. Więc Harry ześlizgnął się z pryczy.
- Umbridge nie przejdzie ponownie koło ciebie – powiedział Syriusz, kiedy szli korytarzem. – Upewnię się.
Harry skinął głową. Czuł na sobie spojrzenie Syriusza.
Dwa korytarze dalej, kiedy weszli do nowych kwater Syriusza, jego ojciec chrzestny powiedział cicho:
- Powinieneś mi powiedzieć.
Harry chciał skinąć głową, ponieważ widział, że Syriusz niezbyt dobrze znosi ciszę. Nie pozwolił mu milczeć na temat koszmarów, które czasem go nawiedzały. Albo o Dursleyach.
Syriusz wydał się na proces, żeby nie musiał do nich wracać.
Harry usłyszał swój własny pomruk:
- Wiem.
- Więc dlaczego tego nie zrobiłeś?
I znowu Harry nie miał odpowiedzi. Syriusz położył mu rękę na nadgarstku; Harry zatrzymał się i spojrzał na chrzestnego. Twarz Syriusza była zaciśnięta, jego oczy twarde.
- Ile ci zajmie – zapytał cicho, trzymając go za nadgarstek, – zdanie sobie sprawy z tego, że nie jesteś już sam?
Harry zamrugał szybko.
- Wiem o tym – próbował powiedzieć, ale jego gardło nie pozwoliło na nic więcej.
Głos Syriusza drżał.
- Nie miała prawa cię ranić, rozumiesz mnie?
Harry przygryzł mocno policzek i skinął niezgrabnie głową.
- I jeśli ktoś ponownie cię zrani, chcę o tym wiedzieć. Czy to jasne?
Oddech Harry’ego urwał się, kiedy wyszeptał:
- Tak jest.
Pierś Syriusza opadł i uniosła się. I gdy już Harry był pewny, że zostanie zwolniony, Syriusz powiedział chrapliwym głosem:
- Chodź tu. – Walcząc z kłuciem w gardle i zatokach, Harry podszedł na oślep do przodu, ale były tam ramiona Syriusza, więc nic innego nie miało znaczenia.
Nie chciał płakać, więc mocno zacisnął szczękę i zwyczajnie owinął ramiona wokół ojca chrzestnego. I kiedy nie mógł już dłużej znieść ciszy, wyszeptał:
- Przepraszam.
- Nie masz za co przepraszać – mruknął Syriusz w jego włosy. – Chcę tylko, żebyś zrozumiał, co to… - Jego ramiona zacisnęły się, – znaczy. Ty i ja.
Harry wyszeptał kolejne przeprosiny, mając nadzieję, że to pomoże. Nigdy nie obchodziło go, kiedy jego wujostwo było na niego złe, ale to było inne. Miał wrażenie, że ciężar w jego piersi może go połknąć.
Syriusz odetchnął głęboko.
- Wiem, Harry. Nie musisz brać wszystkiego na siebie. To dlatego tu jestem. – I mimo że to było niemożliwe, przytulił Harry’ego mocniej. – Obiecuję, że cię nie zawiodę.


wtorek, 27 czerwca 2017

SR - Rozdział 7 - Hogwart mówi


Odpowiedź od Syriusza i Remusa przyszła kilka dni później. Syriusz chciał wiedzieć, co dokładnie się stało, podczas gdy Remus spokojnie kazał Harry’emu poinformować profesora Dumbledore’a o zdarzeniu. Żaden nie wiedział, cz to „epizod” czy nie, ale wyraźnie nie chcieli ryzykować. Harry niechętnie wprowadził w to dyrektora, ale wiedział, że gdyby tego nie zrobił, Syriusz i Remus i tak by go powiadomiliby. Znając Syriusza, Harry wiedział, że miał kilka dni, zanim Syriusz wyśle sowę do Dumbledore’a z zapytaniem, czy Harry już z nim rozmawiał.
Harry nie docenił swojego ojca chrzestnego. Profesor Dumbledore odszukał go tego samego dnia, kiedy dostał odpowiedź. Nie wyjaśnił w żaden sposób tego zdarzenia, ale poprosił Harry’ego, żeby chłopak dał mu znać, jeśli coś takiego zdarzy się ponownie. Harry niechętnie zgodził się. Na szczęście, nie stało się to ponownie. Tygodnie mijały i wszystko zdawało się być normalnie.
Przynajmniej do momentu, kiedy profesor Moody ogłosił, że każdy uczeń będzie poddany klątwie Imperiusa, żeby zobaczyć, czy kto potrafi się jej oprzeć, a kto nie. Hermiona oczywiście sprzeciwiła się, twierdząc, że to nielegalne, ale Moody uciszył ją spojrzeniem i poinformował klasę, że jeśli ktoś nie chce wiedzieć, jak to jest, może wyjść. Nikt nie wyszedł.
Uczniowie po kolei byli wybierani i poddawani klątwie. Po raz kolejny, Harry poczuł, że coś jest z tyłu jego głowy, niemal jak irytująca obecność. Natychmiast to zwalczył i obserwował, jak jego koledzy robią, cokolwiek profesor Moody im każe. Nikt nie wydawał się być w stanie przeciwstawić. Nikt nie wydawał się chociaż próbować.
- Ty następny, Potter – burknął profesor Moody.
Walcząc ze zdenerwowaniem, Harry zajął miejsce na środku klasy, jak wszyscy inni przed nim. Patrzył prosto na profesora Moody’ego, mając nadzieję, że może zwalczyć klątwę.
- Imperio.
Po raz kolejny Harry poczuł, że opuszcza go wolna wola i zastępuje ją uczucie, jakby dryfował. Nie martwił się, ale czuł się źle. To było złe. Harry martwił się. Wiedział o tym. Miał sekrety. Zamykając oczy, Harry ledwie poczuł, że pochyla głową, walcząc o odzyskanie kontroli. Walczył z uczuciem, do którego tak desperacko chciał wskoczyć.
Jego głowę wypełnił głos profesora Moody’ego, mówiący mu coś, ale nie potrafił zrozumieć, co. Cokolwiek to było, Harry wiedział, że nie chce tego zrobić. On miał kontrolę, nie ktokolwiek inny. Jego oczy otworzyły się, kiedy uniósł głowę. Spojrzał prosto na profesora Moody’ego i zawalczył, by złamać zaklęcie. Poczuł, jak coś innego wzrasta w nim, kiedy pchnął, zrywając połączenie.
I to posłało Harry’ego i Moody’ego w dwóch przeciwnych kierunkach. Harry wylądował ciężko na podłodze, a jego prawe biodro upadło pierwsze. Powstrzymując jęk, Harry usiadł powoli, nie będąc w stanie stłumić grymasu, kiedy ból przeszedł przez jego ciało. Ręce natychmiast chwyciły Harry’ego, pomagając mu ponieść się na nogi. Spoglądając na profesora Moody’ego, Harry zauważył, że nauczyciel jest w takim samym stanie, jak on.
- Tego się nie spodziewałem – powiedział profesor Moody ze zdziwieniem. – Potter walczył i wygrał z zemstą. Spróbujmy jeszcze raz, Potter. Tym razem staraj się nie rzucić mną przez pokój.
Wszyscy cofnęli się. Harry ponownie znalazł się pod działaniem klątwy. Tym razem jego oczy pozostały otwarte, kiedy walczył z obecnością, która zabierała jego zmartwienia i strach. Walczył z głosem, który słyszał, mówiącym mu coś o biurku. Ponownie poczuł się, jakby coś urosło w nim i otoczyło go, odcinając go całkowicie od wpływu Moody’ego.
Tym razem, profesor Moody i Harry nie zostali pchnięci przez pokój, choć zrobili kilka kroków do tyłu, jakby ktoś ich pchnął.
- Bardzo dobrze, Potter! – wykrzyknął profesor Moody. – Kontrola i determinacja! Tego właśnie potrzeba! Jeszcze trochę praktyki, Potter, a ludzie będą mieć kłopoty, by nad tobą panować.
Do końca zajęć, Harry był jedyną osobą, która przeciwstawiła się zaklęciu. Mimo że profesor Moody nie powiedział nic, Harry mógłby przysiąc, że czuje, jak mężczyzna obserwuje go, gdy opuszczał klasę. Zdał sobie sprawę, że ma to coś wspólnego z byciem rzuconym przez klasę, ale Harry był zwyczajnie tak bezradny jak Moody. Nie wiedział, co się stało, ale tym razem Harry zamierzał zachować to dla siebie. Mimo wszystko, nikt nie został ranny, więc nie ma potrzeby martwić wszystkich dookoła.
Wraz ze wzrostem pracy szkolnej, było coraz mniej czasu, by robić coś innego. Wszyscy nauczyciele nalegali, że to ma przygotować uczniów do SUM-ów, które miały być w przyszłym roku, co tylko sprawiało, że wszyscy jęczeli z irytacją. Jeśli ten rok był tak zły, przyszły będzie jeszcze gorszy.
Kiedy nadszedł koniec października, wysłano przypomnienia uczniom, że studenci i nauczyciele z Beauxbatons i Durmstrangu przybędą trzydziestego o godzinie szóstej. Cała szkoła ledwo mogła się tego doczekać. Rozpraszało ich to w pracach szkolnych, czego tak desperacko potrzebowali, zwłaszcza, że tego dnia będą mogli skończyć zajęcia wcześniej. Harry, Ron i Hermiona z ledwością powstrzymywali podekscytowanie. Im mniej mieli spędzić czasu na eliksirach, tym lepiej.
- Możecie w to uwierzyć? – wykrzyknął zza Harry’ego Ernie MacMillin, Puchon. – Został tylko tydzień, aż zostaną wybrani. Mam nadzieję, że Cedric wie.
Harry spojrzał przez ramię na Erniego z uśmiechem na twarzy. Cedric Diggory był kapitanem puchońskiej drużyny Quidditcha i szukającym. Kiedy ZZHarry został ranny podczas gry w zeszłym roku, Cedric pierwszy przeprosił, kiedy Harry został zwolniony ze skrzydła szpitalnego.
- Cedric bierze udział? – zapytał Harry. Ernie skinął głową. – To dobrze. Jest niezłym wyborem dla Hogwartu.
Ernie był tak zszokowany, że niemal się potknął.
- N-naprawdę tak sądzisz, Harry? – zapytał i okrążył Rona, by podejść i spojrzeć na Harry’ego. – M-myślałem, że nie będzie ci się to podobało z powodu… no… tego co się stało podczas meczu w zeszłym roku…
- To była tylko gra – powiedział zwyczajnie Harry. – Ludzie zostają ranni. W szczególności szukający. – Nie mógł uwierzyć, że ludzie sądzili, że mógłby trzymać urazę za coś, co stało się podczas gry. Przecież nie próbowali go zabić czy coś. Ta świadomość była dowodem, którego Harry potrzebował, by wiedzieć, że nikt naprawdę nie wie, jaki jest. Był dla nich chłopcem, który przeżył nie Harrym.
Ernie wyszczerzył się.
- To świetnie, Harry! – powiedział radośnie. – Powiem Cedricowi. – Pospieszył do Wielkiej Sali w stronę stołu Puchonów, zanim ktokolwiek mógłby się sprzeciwić.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś, Harry – powiedział Ron, brzmiąc na kompletnie oszołomionego. – Jak mogłeś poprzeć tego idiotę?
- Właściwie, to zgadzam się z Harrym – powiedziała rzeczowo Hermiona. – Cedric Diggory jest dobrym uczniem i prefektem. Jest lepszy niż każdy Ślizgon, który mógłby chcieć się dostać.
Ron westchnął z porażką.
- Cóż, jeśli użyje się logiki…
^^^
Przez następny tydzień wszyscy mówili tylko o Turnieju. Lista tych, którzy chcieli się dostać zmieniała się każdego dnia. Zanim skończył się wtorek, Harry nie umiał już dłużej tego znieść i ostatecznie spędzał większość wieczorów w bibliotece z Hermioną. Ron został złapany w cały ten szum wokół Turnieju, więc Harry i Hermiona po prostu mu na to pozwolili.
Podczas pobytu w bibliotece, Hermiona wyjawiła mu różne wydarzenia, które miały miejsce latem w Norze, w tym ostatni pomysł Freda i George’a: Magiczne Dowcipy Weasleyów, sklep z żartami dla rzeczy, które wynaleźli. Harry powstrzymał śmiech, bo wyraźnie widział, że Hermiona nie pochwala tego, co robią. Wciąż mówiła, że to zbyt niebezpieczne i że powinni skupić się na nauce. Harry nie miał odwagi powiedzieć jej, że istnieje coś więcej niż szkolne życie.
Kiedy wreszcie nadszedł piątek, wszyscy byli tak podekscytowani, że nikt nie chciał skupiać się na zajęciach. Harry był w jednakowym położeniu, ale z kompletnie innego powodu. Od momentu, gdy się obudził, Harry’ego intensywnie bolały skronie, który tylko pogarszał się w ciągu dnia. Było to jakby przesadne szczebiotanie, które tylko Harry słyszał, ale nie potrafił zrozumieć, co było mówione. Nie zauważył zmiany dekoracji w Wielkiej Sali ani, że przez ostatni tydzień Hogwart stał się czystszy. Harry chciał tylko, by hałas w jego głowie zniknął.
Harry nie wiedział, jak przebrnął tego dnia przez lekcje, zwłaszcza eliksiry. Trudno było mu się skoncentrować na czymkolwiek wokół. Kiedy lekcje zostały skończone, głowa Harry’ego pulsowała tak mocno, że nie mógł tego dłużej znieść. Kiedy wszyscy odłożyli swoje rzeczy w poszczególnych wieżach, Harry opadł na łóżko, w końcu będąc w stanie westchnąć z ulgą i zamknąć oczy. Nie wiedział jak i dlaczego. Wiedział tylko, że potrzebuje snu, aż szaleństwo w jego głowie ustąpi.
- Eee, Harry? – zapytał niepewnie Ron. – Co robisz? Musimy spieszyć się do Sali Wejściowej.
Harry nie poruszył się. Musiał powiedzieć Ronowi coś innego od prawdy i coś, w co uwierzy Hermiona. Nie chciał, żeby przybiegał tu cały personel Hogwartu, kiedy przybędą dwie szkoły. Nie chciał niszczyć wszystkim nocy, ponieważ nie czuł się dobrze.
- Ból głowy – mruknął Harry. – Idź. Opowiesz mi o tym później.
Ron szybko podszedł do łóżka Harry’ego.
- Czy to blizna, Harry? – zapytał cicho, by nikt nie słyszał. – To Sam Wiesz Kto?
- Nie – jęknął Harry. – To tylko zwyczajny ból głowy. Potrzebuję snu. – Zrozumiał, że Ron musiał uwierzyć, bo kolejną rzeczą, jaką Harry wiedział jest fakt, że został sam w pokoju. Chwytając się za głowę, Harry zwalczył chęć krzyknięcia z bólu. Dlaczego to musiało się dziać akurat teraz? Chciał zobaczyć przybycie dwójki odwiedzających szkół. Remus powiedział, że to będzie niezłe widowisko.
Zbyt bolesne stało się myślenie czy zrobienie czegokolwiek poza leżeniem i czekaniem, aż ból przeminie. Minuty wydawały się godzinami. Nawet ból wywołany blizną nie był tak okropny. Przewrócił się na brzuch i otworzył częściowo oczy, natychmiast wiedząc, że to był błąd. Pokój był zbyt jasny, by ktokolwiek mógłby to znieść. Ponownie szybko zamknął oczy, cicho błagając, żeby ból ustał.
- Zdemaskowani… nigdy się nie zdemaskujemy… goście… nigdy nie pozwolimy na takich gości… musimy się umocnić… musimy chronić nasze dzieci…
Zbyt wiele wysiłku wymagało od niego utrzymywanie się z dala od odległych głosów i Harry nie miał już siły, by walczyć. Walczył cały długi dzień. Poczuł, jak jego ramiona słabną, a ręce opuszczają głowę. Ledwo zdał sobie sprawę z tego, że jego prawe ramię opada za krawędź łóżka. Jego oczy zdawały się otworzyć wbrew jego woli, kiedy leżał na prawym boku i patrzył w jasną, białą ścianę. Coś mokrego zaczęły wypływać z jego nosa, ale Harry nie mógł nic z tym zrobić. Nie mógłby się nawet ruszyć. Było tak, jakby był uwięziony we własnym ciele.
Nie słyszał nawet otwierających się drzwi ani dwóch osób wchodzących do środka i spieszących do łóżka z baldachimem. Jedyne, co rejestrował to, że oślepiająca światłość przygasa, kiedy został przewrócony na plecy. Ktoś zaczął trząść jego ramieniem, podczas gdy druga osoba sprawdziła jego puls. Harry nie mógł zobaczyć twarzy. Nie potrafił zrozumieć, co osoby mówią.
Dłonie dotknęły boku jego twarzy i odwróciły jego twarz na lewo.
- Legilimens – wyszeptał głos, jak samodzielne oczyszczenie w głowie Harry’ego. Szybko stało się to zbyt przytłaczające i osoba zakończyła zaklęcie.
- Severusie?
- Tam jest absolutne szaleństwo, Minervo – powiedział cicho profesor Snape. – Spójrz na jego oczy. Świecą. Uważam, że to jeden z epizodów, o których ostrzegał nas dyrektor. – Wsunął rękę pod ramiona Harry’ego, drugą pod jego kolana i podniósł nastolatka z łóżka. – Chodźmy do skrzydła szpitalnego. Musimy się spieszyć, zanim ktoś nas zobaczy.
Harry poczuł, że jego głowa spoczywa na piersi Mistrza Eliksirów, kiedy opuszczali wieżę Gryffindoru. Czarne szaty profesora Snape’a zapewniły mu ochronę przed jasnością zamku, dając mu nieco ulgi. Harry nie wiedział, czy zemdlał czy stracił poczucie czasu, ponieważ zanim się zorientował, został położony na łóżku i jasność wróciła.
Oślepiająca jasność zniknęła, kiedy miękka szmatka nakryła jego oczy, podczas gdy druga powoli obmyła dolną część jego twarzy. Uwięziony teraz w mroku, Harry czuł teraz obecność czegoś, co zbliżało się do Hogwartu, w końcu lądując przed oczekującymi uczniami. Jedna ze szkół przybyła w wielkim powozie z dwunastoma ogromnymi uskrzydlonymi końmi. Na powozie był herb szkoły, sześć gwiazd wychodzących z dwóch skrzyżowanych różdżek. W jakiś sposób Harry wiedział, że właśnie przybył Beauxbatons.
Minęło sporo czasu, zanim Harry wycził przybycie Durmstrangu na dość wielkiej łodzi, wypływającej z jeziora. Gdy obie szkoły były już obecne, Harry w końcu poczuł, że cały chaos w jego głowie powoli znika. Zamknął zmęczone oczy. Jego ciało zrelaksowało się, kiedy jęknął, po czym uległ ciemności. Ból w końcu się skończył.
^^^
Stłumione głosy powoli wyrwały Harry’ego ze snu. Jęcząc z irytacją, Harry ukrył twarz w poduszce i starał się je zignorować. Głowa go bolała i czuł się kompletnie wykończony. W pierwszym momencie był zdezorientowany, ale powoli wróciły do niego wydarzeni poprzedniego dnia, przypominając mu, dlaczego jego głowa wciąż bolała. Nie wiedział, dlaczego to się stało, ani co się wydarzyło. Był zwyczajnie wdzięczny, że to już koniec.
Teraz, gdyby tylko ci, którzy rozmawiali przy jego łóżku, uciszyli się, mógłby wrócić do spokojnego zapomnienia. Niestety głosy zdawały się tylko rozjaśniać niż zanikać. Harry jęknął ponownie. Nie chciał się budzić. Chciał tylko spać. Sen oznaczał brak bólu… cóż, przynajmniej przez większość czasu.
Nie mogąc dłużej z tym walczyć, Harry powoli otworzył oczy i zobaczył trzy dość nieostre twarze, patrzące na niego. Powoli zamrugał kilka razy, starając się zrozumieć, do kogo należą. Jego mózg zdawał się działać na trochę wolniejszych obrotach. Jego okulary zostały ostrożnie wsunięte na jego nos, pozwalając Harry’emu zobaczyć twarze profesora Dumbledore’a, McGonagall, pani Pomfrey i Snape’a. Harry nie potrafił powstrzymać zdezorientowania. Co oni robili w jego dormitorium?
- Dobry wieczór, Harry – powiedział uprzejmie Dumbledore. – Zeszłego wieczora dość mocno nas przestraszyłeś. Profesor McGonagall i profesor Snape znaleźli cię w twoim pokoju w swego rodzaju transie i mówili, że krwawiłeś z nosa. Pamiętasz cokolwiek?
Harry jęknął, pocierając prawą skroń.
- Ból – powiedział drżącym głosem. – I zbyt wiele głosów. Nie potrafiłem zrozumieć, co mówić. Chyba ktoś był niezadowolony z bycia zdemaskowanym czy coś takiego.
- Rozumiem – powiedział w zadumie Dumbledore, spoglądając na profesor McGonagall. – Harry, wydaje mi się, że w jakiś sposób zeszłej nocy słyszałeś jak przemawia Hogwart. Nie potrafię wyjaśnić, jak to się stało, ale wydaje mi się, że Hogwart nie jest zbyt zadowolony opuszczeniem osłon, co pozwoliło na wczorajsze wizyty. Obawiam się, że musimy wziąć sprawy w swoje ręce, żeby coś takiego nie stało się ponownie. Te wybuchy są po prostu zbyt potężne, byś mógł je kontrolować.
Dumbledore sięgnął dłonią w jego stronę i dotknął czegoś, co było jak naszyjnik. Nieświadomy dotychczas jego obecności, Harry również go dotknął. To nie był łańcuszek. Zdawało mu się, że są to małe, gładkie kwadraciki owinięte wokół jego szyi. Spojrzał na Dumbledore’a zdezorientowany. Po co to było?
- Ten naszyjnik jest dostrojony do twojej magicznej sygnatury, Harry – wyjaśnił Dumbledore. – Wchłania wszystkie wybuchy magii, które możesz poczuć i miejmy nadzieję powstrzyma przed ponownym takim zdarzeniem, przynajmniej do czasu, aż będziesz stanie kontrolować to samodzielnie. Muszę być z tobą szczery, Harry. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo z tak ciężkimi wybuchami. Przepraszam, że nie zrobiłem nic, by temu wcześniej zapobiec.
Harry westchnął i zamknął oczy. Pytania wypełniły jego umysł. Co to oznaczało? Czy to sprawia, że jest niebezpieczny? Że jest dziwakiem? Wiedząc, że nie będzie mógł znaleźć odpowiedzi, Harry otworzył ponownie oczy i spojrzał na profesora Dumbledore’a.
- To nie pana wina – powiedział, po czym odwrócił wzrok. – Nie wiedział pan.
- Ty też nie, Harry – powiedział łagodnie Dumbledore. – Muszę nalegać, byś powstrzymał się od obwinianie siebie lub rozważania, czy jesteś zbyt niebezpieczny dla swoich kolegów z klasy. Nie mogłoby byś gorzej. Kilka poprzednich wydarzeń zraniły tylko ciebie i dlatego podejmujemy takie środki ostrożności. Nie możemy ryzykować, że ponownie wydarzy się coś podobnego do wczorajszego zdarzenia. Ludzki umysł może znieść określoną ilość zdarzeń, zanim ulegnie szaleństwu, Harry.
Harry zamknął oczy i skinął głową. Wiedział, że profesor Dumbledore ma rację. Po ostatniej nocy, Harry nie wiedział, jak wiele mógłby jeszcze znieść. Publiczność zostawiła go, by odpoczął, żeby był w stanie uczestniczyć w dzisiejszej kolacji i zobaczyć, kto został wybrany do turnieju. Niestety, Turniej Trójmagiczny był w tym momencie ostatnią rzeczą, o której myślał Harry.
Patrząc w sufit, Harry dotykał naszyjnika, który musiał od teraz nosić. Naprawdę nie wiedział, co o tym myśleć. W głębi duszy, Harry wiedział, że to nie naprawi jego problemu. Była to jedynie kwestia opóźnienia sprawy. Nagle Turniej Trójmagiczny w ogóle się już nie liczył. Harry’ego nie mogłoby obchodzić mniej to, kto zostanie wybrany, by walczyć o tysiąc galeonów. Harry mógł tylko myśleć o słowach profesora Dumbledore’a. Co jeśli te wybuchy powoli robiły z Harry’ego szaleńca?

Rozdział NDH będzie dopiero koło przyszłego poniedziałku lub wtorku, z powodu tego, że w weekend idę na wesele i w tym tygodniu nie będę miała dużo czasu na cokolwiek. Może uda mi się dokończyć miniaturkę do Martwi Nie Krwawią, ale nie jestem pewna, bo mam nadzieję spróbować dopisać do końca rozdział PDP... Zobaczy się jeszcze, jak będę miała czas. 


piątek, 23 czerwca 2017

NDH - Rozdział 40


Później, tego samego popołudnia, Snape poprawiał papiery na swoim biurku w kwaterach, kiedy do środka wpadł Harry. Snape wstał, ale zanim mógł złajać bachora za to hałaśliwe wejście, Harry rzucił torbę na kanapę i złapał go w pasie.
- Udało się, tato! – zaskomlał radośnie mały potwór. – Dorwaliśmy go! Twój plan był genialny! Widziałeś, jak węże ścigały go po klasie? Widziałeś, jak wszyscy byli zaskoczeni? Jakiego zaklęcia użyłeś, żeby stał się człowiekiem? Nawet nie słyszałem, jak je wymawiasz! Widziałeś, że zrobiłem, co mi kazałeś i trzymałem się z daleka? Co się stało z eliksirem Neville’a? Powiedział, że ty powiedziałeś, że nie musi już chodzić na eliksiry, to prawda? A dyrektor nie zorientował się, co się stało? Nie sądzisz, że Lunatyk był świetny? Pani Bones jest straszna, prawda? Przez chwilę, myślałem, że cię przeklnie! Dlaczego cię nie lubi? A dobrze się spisałem? Huh? To dobrze, że Draco zaczął gwiazdorzyć, prawda? Wiedziałeś, że to zrobi? Co teraz się stanie? Czy Łapa będzie mógł przyjść do Hogwartu, by nas odwiedzić? A dobrze się spisałem? Widziałeś, że nic nie zrobiłem – nawet, gdy próbował mnie złapać? Po prostu stałem i grałem zaskoczonego jak wszyscy inni!
- Oczywiście, że widziałem wszystko, głupi dzieciaku. Byłem tam, prawda? – prychnął Snape, ale nie potrafił zmusić się, by dać chłopcu ostrą naganę za jego niestosowne zachowanie. Mimo wszystko, był pierwszą osobą, która naprawdę komplementowała przebiegły plan Snape’a. – Siadaj.
Harry posłusznie opadł na kanapę, ale był zbyt podekscytowany, by siedzieć nieruchomo. Zaczął podskakiwać w miejscu.
- Widziałeś, jacy Ron i Hermiona byli zaskoczeni? Ron wciąż jest zdenerwowany z powodu Parszywka, ale Percy jeszcze bardziej. Dyrektor przyszedł po Rona na zaklęciach, żeby porozmawiał z aurorami. I wiesz co? Zamierzają pomówić też z resztą Weasleyów. Nie będą mieli kłopotów, prawda? O co aurorzy będą ich pytać? Myślisz…
- Potter! – Snape usiadł obok bachora, a nieustające podskakiwanie sprawiło, że zrobiło mu się niedobrze. Jedno zaklęcie przylepca później i Harry znieruchomiał z komicznym wyrazem zaskoczenia.
- Hej! – zaskomlał, dostrzegając, że jego zadek niezachwianie przylega do ciężkiej kanapy. Okręcił się, ale nie potrafił uwolnić.
- Przestań się tak diabelnie kręcić – powiedział stanowczo Snape. – Muszę z tobą porozmawiać, a nie jestem w stanie, kiedy zachowujesz się tak, jakbyś siedział w gnieździe ognistych szerszeni. Doskonale wiesz, że to zaklęcie nie wyrządza żadnego bólu.
- Nie powiedziałem, że boli – zaprotestował Harry, a zaskoczenie słowami Snape’a skutecznie rozproszyło jego próby uwolnienia tyłka z kanapy. – Wiem, że mnie nie zranisz.
Snape odchrząknął, starając się jak najlepiej ignorować gulę, którą wywołała pełna ufności twarz chłopca.
- No więc, nie musisz się tak kręcić. Zniosę zaklęcie, kiedy pokażesz, że umiesz siedzieć jak młody gentelman i prowadzić cywilizowaną rozmowę.
- Tak jest. – Harry posłusznie usiadł i nawet złożył ręce na kolanach.
- Tak lep… - zaczął Snape, tylko po to, by Harry przerwał mu z oczami ponownie błyszczącymi z ekscytacji.
- Ale wiedziałeś, co się stało, prawda? Znaczy, jak Pettigrew próbował mnie złapać i w ogóle? To okropnie odważne, jak Neville złapał mnie i odciągnął, prawda?
Snape westchnął. Zaczynał mieć pewną sympatię do drakońskich metod Lucjusza Malfoya, jakimi uczył syna czystokrwistej etykiety.
- Tak, widziałem, co zrobił Longbottom. To było całkiem… pomocne. 
- Przyznasz mu punkty? – zapytał Harry z błyskiem psoty w oku. Wiedział, że jego ojciec ma reputaję takiego, co nie przyznaje punktów uczniom z innych Domów niż Slytherin.
- Nie – powiedział Snape, ucinając szereg pytań, zanim mogły pojawić się kolejne. – Jednak zamierzam wynagrodzić ciebie.
Pobudzone paplanie Harry’ego urwało się z sapnięciem zdziwienia.
- Mnie? Za co? – zapytał.
Snape skrzywił się. Głupie książki, nalegające na pozytywną motywację.
- Wypełniłeś moje instrukcje, prawda? I przeciwstawiłeś się jakimkolwiek zuchwałym, gryfońskim wyczynom? Nie próbowałeś samodzielnie chwycić Pettigrew, ani nie mieszałeś się w żaden sposób z dorosłymi w klasie.
Harry przytaknął z szeroko otwartymi oczami.
- Kazałeś mi tego nie robić.
- Zupełna racja. – Snape nie dodał, jak był zaskoczony tym, że chłopiec posłuchał. James Potter nigdy by nie był w stanie oprzeć się skokowi w powstały chaos, tak samo jak ten idiota Black. To dlatego – pomimo głośnych protestów kundla – tylko Remus brał udział w akcji. Snape nie wierzył, że Black jest w stanie pozostać na uboczu i wkroczyć tylko wtedy, kiedy plan zawiedzie i Harry będzie w bezpośrednim niebezpieczeństwie.
- A ponieważ zrobiłeś, co ci kazałem, dostaniesz nagrodę. – Zignorował pełną niedowierzania radość wkraczającą na twarz dzieciaka i przywołał małe pudełko. – Proszę.
Harry z zapałem rozerwał papier.
- Wow! – krzyknął. – Całe pudełko czekoladowych żab! Dzięki, tato! – Rzucił się na mężczyznę, nieco skrępowany przez wciąż działające zaklęcie przylepca.
- Tak, tak, nie ma za co – mruknął zakłopotany Snape. Bachor zachowywał się tak, jakby otrzymał jakiś bezcenny skarb, a nie tylko kilka słodyczy. Naprędce poklepał chłopca po ramieniu, po czym usadził go ponownie.
Harry gapił się na pudełko żab z mieszaniną niedowierzania i zadowolenia. Nigdy wcześniej nie otrzymał prezentu za dobre zachowanie. W jego przekonaniu, robienie tego, co mu kazano jest tylko sposobem na uniknięcie klapsa w tyłek albo wściekłej diatryby. Nigdy nie słyszał o otrzymywaniu za to prezentów!
Harry przełknął zły radości. Jego tata był niezwykle dla niego miły. Nie tylko dawał mu prezenty bez szczególnego powodu – jak miotła – i przypisywał tylko najlżejsze kary, kiedy Harry był niegrzeczny, ale też profesor dawał mu podarki za wykonywanie poleceń? Jak wiele dzieciaków miało szczęście być tak traktowanym?
Snape obserwował, jak chłopak z zachwytem gładzi pudełko, jakby było jakimś delikatnym kwiatem i starał się nie pokazać na twarzy żalu. To aż nazbyt oczywiste, że dzieciak w dotychczasowym życiu nie dostawał wielu prezentów.
- To, że trzymałeś się planu pozwoliło mi skoncentrować się raczej na schwytaniu Pettigrew, niż na bronieniu cię przed skutkami jakiś głupich działań – powiedział chłopcu. – Jestem z ciebie… zadowolony.
Harry uniósł wzrok, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Naprawdę? – Był tak szczęśliwy, że czuł się tak, jakby jego serce mogło wyskoczyć mu z piersi. Tata był z niego zadowolony! I nawet to głośno przyznał! Właśnie wtedy Harry złożył sobie obietnicę, że zrobi wszystko, by ponownie zadowolić swojego tatę. To uczucie było zbyt fantastyczne.
- Hmf. – Snape ponownie odchrząknął. – I instrukcje, które dałeś wężom były podobnie pomocne. Doskonale się spisały. Gdyby nie ich działanie, Pettigrew z pewnością by uciekł.
Harry rozpromienił się.
Potem Snape zdecyduje, że te zielone oczy tymczasowo wytrąciły go z równowagi, ponieważ nie miał zamiaru wypowiadać słów, które następnie wyszły z jego ust, ale oczywiście, kiedy już wyszły, nie miał nadziei na ich cofnięcie.
- I dlatego zdobyłeś dla siebie drugą nagrodę. Co byś chciał?
Szczęka Harry’ego opadła. DWIE nagrody? Dostanie DWIE? Tylko dlatego, że zrobił to, co profesor mu kazał? To genialne. Pewnie, wiedział, że Ron dostał od wujka Artura dodatkowego galeona do kieszonkowego, po tym, jak dobrze zrobił esej z transmutacji, a Hermiona powiedziała, że jej rodzice zwykle nagradzali jej dobre stopnie wycieczką do sklepu z książkami, ale on nigdy nie wyobrażał sobie, że może być podobnie traktowany – zwłaszcza nie wtedy, gdy jego opiekun nawet nie był w pełni przekonany tym, że Harry poprawnie zidentyfikował Parszywka! Było po prostu tak, że profesor Snape nie był skłonny ryzykować skutków tego wszystkiego, więc kłócił się z Lunatykiem i Łapą o to, po czym wymyślił swój nikczemny plan złapania szczura… Aa potem, kiedy zadziałał i słowa Harry’ego się sprawdziły, profesor naprawdę myślał, że Harry zasługuje na więcej nagród?
Harry czuł tylko ulgę z powodu tego, że ma rację. Co, jeśli by się pomylił, jak myśleli Remus i Syriusz? Zastanawiał się nad tym cały dzień. Co, gdyby pomieszał dwa podobne szczury? Profesor byłby wściekły za zmarnowane wysiłki. A gdyby dyrektor się dowiedział – Harry zadrżał. Z pewnością odesłałby Harry’ego z powrotem do Dursleyów za to, że był takim głupim, kłopotliwym idiotom i wywołał taką wrzawę.
Nawet jeśli profesor Dumbledore nigdy nie dowiedział się o sprawie, Harry wciąż zastanawiał się, że gdyby Parszywek okazał się być tylko szczurem, który był niezwykle podobny do starego kolegi Syriusza i Remusa, czułby się bardzo niekomfortowo. Jego ojciec chrzestny i Remus pewnie byliby zbyt mili, by powiedzieć Harry’emu: „a nie mówiliśmy?”, ale Harry wewnętrznie podejrzewał, że Łapa, przynajmniej, dokuczałby Snape’owi. I wiedział, że profesor nie lubił się mylić – nie mówiąc o błędach związanych z nim.
Harry myślał, że jego opiekun nie dałby mu klapsów podobnych do vernonowych, nawet jeśli były całkiem zasłużone, ale był mentalnie przygotowany na brutalne słowne lanie na temat tego, że tylko głupkowate chłopczyki dochodzą do takich wniosków. Tak naprawdę odprężył się dopiero, gdy gruby mężczyzna pojawił się nagle na biurku Snape’a.
Ale podczas gdy Harry czuł wielką ulgę z powodu swojej poprawnej identyfikacji, po prostu przypuszczał, że to oznacza, że nie zostanie zbesztany. Nigdy nie wyobrażał sobie, że mógłby zostać nagrodzony.
- N-nagrodę? – powtórzył z niedowierzaniem. – I mogę sobie wybrać?
Snape przewrócił oczami, wściekły na samego siebie. Kim ty jesteś, Puchonem? Już przytuliłeś i pochwaliłeś bachora! Zmarnujesz bachora przez takie niekończące się oferty! Tylko jeden Merlin wiem, jakiej ekstrawaganckiej nagrody bachor będzie żądał!
- Tak powiedziałem, prawda?
Zadrżał wewnętrznie, wyobrażając sobie, o jakich nagrodach mogli marzyć Weasley i Malfoy. Oczywiście, musiał dostać odpowiedź od Harry’ego, zanim ten będzie mógł skonsultować się z innymi chłopcami.
- No?
- M-moglibyśmy… - Harry przerwał niepewnie i spuścił wzrok. To zbyt wiele! To byłoby chciwe, prosić o coś takiego!
Zdenerwowanie Snape’a wzrosło na oczywistą autocenzurę chłopca. Jakby nie miał lepszych rzeczy do roboty oprócz siedzenia i czekania, aż mały zasmarkaniec wymyśli jakiś bardzo wyszukany prezent. Już żałował swojej hojności, a jeśli bachor myśli, że spędzi resztę dnia, starając się nakłonić go do odpowiedzi…
- Czego chcesz, Potter? – zapytał ostro. – Mówże!
Harry podskoczył zaskoczony.
- Eee… nie wiem – wyjąkał, wybierając łatwiejszą drogę.
Ku jego zaskoczeniu, poczuł na podbródku silne palce, zmuszając go do spojrzenia w oczy taty.
- Nie będę tolerował kłamstwa, młody człowieku – powiedział ze złością Snape. – To całkiem oczywiste, że o czymś myślisz. Wyduś to z siebie!
Harry przełknął ślinę. Będzie brzmieć tak zachłannie i niewdzięcznie!
-Eee, no, po prostu zastanawiałem się… czy nie byłoby zbyt dużym kłopotem… jeśli będziesz miał czas, moglibyśmy… znaczy, nic się nie stanie, jeśli nie będziemy mogli!
- CO? – zapytał Snape, a jego cierpliwość się skończyła.
- Moglibyśmyiśćznowunalody? – wypalił Harry, spuszczając wzrok mimo palców pod brodą. Naprawdę nie chciał widzieć zirytowanego wyrazu twarzy jego taty, kiedy zda sobie sprawę, jak wymagający jest Harry.
Snape zamrugał. To była prośba chłopca? Kolejna wycieczka do lodziarni? Tylko tego chciał? I to z nim? Czy większość dzieci w jego wieku wolało nie pokazywać się publicznie ze swoimi rodzicami?
Snape nie zamierzał pokazywać, jak wzruszyła go prośba chłopca.
- Dobrze, Potter. Znowu przejdziemy się na ulicę Pokątną i na lody pana Fortescue’a.
Błyszczące oczy przebiły jego własne.
- Dziękuję, tato! – Harry odetchnął. Merlinie, ale jego tata był dla niego dobry!
- Możesz dzisiaj uczestniczyć w uczcie pożegnalnej, choć podejrzewam, że będzie w jakiś sposób przytłumiona przez dzisiejsze wydarzenia. Jutro, wsiądziesz do pociągu Hogwart Express ze swoimi przyjaciółmi, kiedy pojadą do domu na zimowe ferie, a potem spotkamy się na stacji i zabiorę cię na wycieczkę, po czym wrócimy do Hogwartu.
- Dziękuję! – Harry wiłby się z radości, gdyby nie działające na poduszkach zaklęcie przylepca. Weźmie też udział w przejażdżce pociągiem z przyjaciółmi!
Snape pocieszył się myślą, że zawsze będzie mógł zebrać jakieś składniki eliksirów, których sklepy w Hogsmeade nie sprzedają. Podczas ich poprzedniej wycieczki bachor pokazał, że wyjątkowo cierpliwy podczas takich zajęć.
- Spodziewam się, że będziesz się dobrze zachowywał – ostrzegł surowo. – Jakiekolwiek psoty i szaleństwa w pociągu spowodują, że zabiorę cię prosto tutaj i spędzisz resztę dnia na pisaniu linijek.
- Tak jest – potwierdził posłusznie Harry, choć wewnętrznie naśmiewał się. Jakby Jones i inni prefekci pozwoliliby na żarty w Expressie! Poza tym, nadchodziły Święta i rodzice oczekiwali ich na stacji. Jaki uczeń mógłby być na tyle głupi, by w tych okolicznościach ryzykować złym zachowaniem?
- Dobrze. – Snape spojrzał podejrzliwie na chłopca, ale nie mógł znaleźć powodów, żeby podać kolejne mroczne groźby. Przerwał. – Jesteś już w stanie siedzieć normalnie?
- Tak. – Harry wytrzymał nieruchomo, podczas gdy tata machnął różdżką, po czym podskoczył lekko – tylko po to, by się upewnić, że jego tyłek jest już odklejony. – Eee, tato…
- Tak? – Snape spojrzał na niego złowrogo. Co tym razem? Skarga na to, że został przyklejony zaklęciem przylepca?
Nagle, Harry spojrzał na niego poważnie.
- Wiedziałeś, co się stanie dzisiaj w klasie? Chodzi mi o Pettigrew? Wiedziałeś, że skończy – w taki sposób?
- Że martwy?
Harry przytaknął poważnie.
Snape zastanowił się. Jak wiele wyjawić? Chciał, by chłopiec nauczył się myśleć jak Ślizgon – ponieważ powszechnie uznawano, że Gryfoni nie myślą; po prostu krzyczeli i skakali – ale jednocześnie, Harry miał tylko jedenaście lat. Czy to nie za wcześnie, by wyjaśnić komuś, jak planuje się czyjąś śmierć?
- A jak myślisz?
- Cóż – powiedział ostrożnie Harry, – myślałem o tym, co wcześniej powiedziałeś?
- Na temat…?
- Na temat tego, że jeśli ktoś chce cię zabić, musisz pierwszy wstać i zabić tego kogoś. I, cóż, Pettigrew tak jakby chciał mnie zabić, prawda? Znaczy, kiedy Voldesnort wróci… - Snape poczuł ból, zdając sobie sprawę, że Harry zaakceptował powrót Czarnego Pana  jako pewnik. Oczywiście miał rację, ale wciąż Mistrz Eliksirów odczuwał ostry ból, słysząc, jak chłopak mówi o tym z taką rezygnacją, – to zrobiłby wszystko, by pomóc mu mnie zabić, prawda? Oczywiście, wciąż są na mnie wściekli za to, że nie umarłem, gdy byłem dzieckiem, tak?
- Nie mam wątpliwości, że Czarny Pan wciąż pragnie twojej śmierci – powiedział Snape tak łagodnie, jak tylko potrafił. – I że skorzysta z pomocy swoich zwolenników, żeby osiągnąć swój cel.
Harry skinął głową.
- Więc wcześniej się podniosłeś i zabiłeś Pettigrew, zanim mógł zabić mnie – powiedział prosto.
Snape skinął głową w odpowiedzi, obserwując dokładnie chłopca.
- Tym sposobem, znika jedna z osób, które chcą pomóc Voldesnortowi mnie zranić – Westchnął, spuszczając wzrok. – Chciałbym, żeby nas zostawili. Przecież nie chcę walczyć ze starym, głupim Volauventem. Jestem tylko dzieckiem!
Snape poczuł ostry ból w piersi, kiedy po raz kolejny złapał podbródek Harry’ego, zmuszając chłopca do spojrzenia mu w oczy.
- Nie pozwolę, by ktokolwiek cię zranił! – powiedział ostro. – Zrobię wszystko, co jest konieczne, by zapewnić ci bezpieczeństwo.
Harry popatrzył na niego zaskoczony.
- Och, wiem o tym, tato. Mam tylko nadzieję, że następnym razem, biedny Neville nie znajdzie się pośrodku tego wszystkiego. Był po tym naprawdę zdenerwowany.
Snape zamrugał. Naprawdę nie pomyślał, jaka może być reakcja Longbottoma, gdy przypisze mu się etykietkę nieumyślnego spowodowania śmierci Pettigrew. Biorąc pod uwagę to, jak był nerwowy, dzieciak mógłby wymagać jakiegoś leczenia psychiatrycznego.
- Był zdenerwowany? – powtórzył, zastanawiając się z pewnym poczuciem winy, czy będzie musiał porozmawiać z babką chłopca i zasugerować wizytę w św. Mungu.
- Tak. Powiedział, że gdyby nakropił ten eliksir na Teodorę i rozpuściłby ją, czułby się okropnie.
- Longbottom niepokoił się swoją ropuchą? – powtórzył głupio Snape. – Nie Pettigrew?
Harry spojrzał na niego dziwnie.
- Dlaczego miałby się martwić Pettigrew? Nie wiesz, co się stało rodzicom Neville’a? On nienawidzi śmierciożerców.
- Longbottom powiedział ci o swoich rodzicach? – Snape wiedział, że brzmi jak idiota, ale wydawał się nie umieć się powstrzymać przed powtórzeniem tego, co właśnie powiedział Harry. Na początku roku, Dumbledore powiedział całej kadrze, że syn Longbottomów odmawia rozmowy o swoich rodzicach z kimkolwiek. Jego babka powiedziała, że ma praktycznie fobię na ten temat i zaczyna płakać, kiedy się o tym choć pośrednio wspomina. To dlatego, na rzecz wielu złośliwych komentarzy o kretynach, Snape z niezmierną ostrożnością wspominał jego rodziców, choć kuszące było pytanie, czy inteligencja Longbottoma jest genetyczna.
- No tak. Znaczy, wszyscy widzieli, jak pisałem moje 500 linijek o swoich krewnych, więc wiedzieli, że naprawdę nie byli mili czy coś i że teraz mieszkam z tobą. I Neville powiedział mi, że on mieszka ze swoją babcią i z dziadkiem wujecznym i czasami też chciałby mieszkać gdzieś indziej. Nie są tacy okropni jak wuj Vernon, ale po prostu czasem nie rozumieją, co dziecko potrzebuje, tak? – dodał Harry, poprawnie interpretując zaintrygowane spojrzenie opiekuna. – Więc zapytałem go, co stało się z jego rodzicami i mi powiedział. Naprawdę nienawidzi śmierciożerców, tato. Znaczy, to z ich powodu musi mieszkać ze swoją babcią i dlatego nie pamięta swoich rodziców, tak jak ja nie pamiętam swoich. Więc kiedy po zajęciach rozmawialiśmy i wszyscy mówili, że Pettigrew był śmierciożercą, a Syriusz jest niewinny, Neville powiedział, że naprawdę cieszy się, że Pettigrew się roztopił. Tylko martwił się, co eliksir mógłby zrobić Teodorze, gdyby najpierw nakropił go na nią.
Snape znowu zamrugał. Och. Cóż. To… dobra wiadomość.
- Rozumiem. Hymm. Cóż, zbliża się pora obiadu. Powinieneś już iść. Chciałbym, żebyś zaniósł coś do wieży Puchonów w drodze do Wielkiej Sali.
- Dobrze – zaćwierkał Harry ze zgodą. Uwielbiał robić dla taty różne rzeczy.
- Proszę. – Snape podał chłopcu zapieczętowaną rolkę. – Daj to pannie Bones.
- Susan? Dobrze. – Harry nagle posłał opiekunowi ostre spojrzenie. – To nic złego, prawda? Bo Puchoni strasznie łatwo zaczynają ryczeć.
Snape uśmiechnął się ironicznie. Z każdym dniem chłopiec brzmiał coraz bardziej jak on.
- Nie. To coś na kształt świątecznej amnestii. Zapewniam cię, że panna Bones będzie bardzo wdzięczna.
Wcześniej, tego samego dnia, dziewczyna ze łzami w oczach przyznała, że była w stanie przepisać półtora rozdziału swojej książki do eliksirów w wyznaczonym jej czasie. Biorąc pod uwagę długość każdego rozdziału, to więcej niż Snape oczekiwał. Podczas gdy on szydził, że najwyraźniej będzie bardzo zajęta podczas ferii, doskonale wiedział, że będzie musiał zwolnić ją z kary – jeśli tylko chce uniknąć, by jej ciotka wyskoczyła z kominka niczym obłąkany Święty Mikołaj i usunęła mu ręce zaklęciem.
Zwój, który dostarczył Harry, zawierał krótką notkę, informującą Susan, że dostała Wybitny podczas egzaminu końcowego. W tej sytuacji, oczywiste było, że podjęła zadowalające wysiłki w nauce materiału i zatem, ten jeden raz, zamierzał odstąpić od wymierzonej jej kary. Dodał również dopisek, żeby przejrzała strony 445-447 o różnicach między marynowanymi oczami traszek a marynowanymi oczami żab.
Był z Harrym szczery, kiedy mówił, że Susan z zadowoleniem przyjmie wiadomość, ale zarazem lekko nieszczery o prawdopodobieństwo łez. Mając wypracowaną koncepcję „łez radości”, którą pokazał mu Harry, Snape miał ponurą pewność, że Puchoni także często angażują się w takie wybuchy i nie miał zamiaru być w pobliżu, w wypadku, gdyby Susan Bones powitała ułaskawienie wybuchem smarków i innych płynów ustrojowych.
- Pa, tato. Zobaczymy się po uczcie! – zawołał Harry, wychodząc.
Snape patrzył za nim, zastanawiając się, czy chłopiec zamierza w ogóle zapytać o ich świąteczne plany. Podejrzewał, że Harry unika tematu, żeby się nie rozczarować, jak niewątpliwie było w poprzednich latach.
Jednak, Snape był – dzięki wkładzie Weasleyów – sensownie pewny, że bachor będzie zadowolony. Harry zostanie z nim w Hogwarcie przez Boże Narodzenie – Weasleyowie zaoferowali, że zabiorą go na całe ferie, ale Snape nie zamierzał na to pozwolić. Kilka tygodni z tymi rudymi zmorami zdeprawowałoby chłopca ponad wszelką miarę, wymagając od Snape’a zaangażowanie surowych środków zaradczych, by przywrócić właściwe wzorce zachowań. I oczywiście, kundel także chciałby zobaczyć się z bachorem. Biorąc wszystko razem, oznaczałoby to, że Harry dzieliłby czas między Hogwart, Norę i Szwajcarię.
To nie miało nic wspólnego z tym, że Snape był zdeterminowany, by bachor był z nim w świąteczny poranek. Sam – ha! Jakby Albus i reszta nauczycieli nie miała zamiaru stanąć w jego drzwiach tuż po świcie, tylko po to, by zobaczyć wyraz twarzy Harry’ego, kiedy dostrzeże prezenty pod drzewkiem.
Nie zamierzał dać chłopcu wszystkich prezentów, które dostarczyli członkowie kadry. Ten od Albusa był wystarczająco wielki, by pozwolić Harry’emu na założenie własnego sklepu z zabawkami. Pokój bachora już był wypełniony niepotrzebnymi drobiazgami. Pozwoli Harry’emu tylko na kilka dodatkowych zabawek – tych, które mają edukacyjne walory.
Na przykład, jego prezent dla bachora jest czysto edukacyjny w swojej naturze. Byłoby skandaliczne, gdyby podopieczny Mistrza Eliksirów nie górował nad wszystkimi w eliksirach, a luksusowy zestaw do warzenia, który kupił zapewni, że technika Harry’ego będzie bez zarzutu. A dodatek do gry w Quidditcha był tylko zabezpieczeniem, kiedy szczeniak będzie śmigał nad boiskiem, żeby Snape nie musiał marnować czasu na warzenie eliksirów uzdrawiających i Szkle-Wzro. A album fotograficzny, który odkrył na strychu Dursleyów, po cichej wizycie u Petunii zeszłej nocy tylko uniemożliwi chłopcu jęczenie, że nie był w stanie konkurować z Draco, kiedy mały czystokrwisty chwalił się swoją rodziną. To nie tak, że bawiło go używanie Legilimens na tej mugolce o końskiej twarzy… Cóż, właściwie to bawiło. Wiedza, że będzie cierpiała na oślepiające bóle głowy przez przynajmniej tydzień była całkiem kusząca, kiedy pojawił się pomysł dania Harry’emu zdjęć jego dziadków.
Ale było jasne, że jego prezenty dla bachora były motywowane koniecznością, nie sentymentem. Nawet czekoladowe żaby i certyfikat Fortescue’a były jedynie po to, by wytrzymać z dzieciakiem i skutkiem tego podtrzymać swoją surową reputację. Przecież nie zamierzał rzucić wszystkiego i zabrać bachora na ulicę Pokątną, kiedykolwiek będzie chciał tych śmiesznych lodów z bitą śmietaną i owocami, a im wcześniej Harry się tego nauczy, tym lepiej.
Nie, jego prezenty były wyraźnie przeznaczone do nauki chłopca posłuszeństwa i szacunku i by brał udział w szkolnej pracy. To Albus, kundel i wilkołak, nie wspominając o innych idiotach, naturalnie obdarzą go wielce bezużytecznymi towarami z przemytu. Snape przypomniał sobie, by sprawdzić wszystkie prezenty Harry’ego, zanim znajdą się pod drzewkiem. Biorąc pod uwagę (już udaremnione) życzenie Albusa, by dać chłopcu Pelerynę Niewidkę, nie miał wiary w zdolności innych do rozróżnienia właściwych i niewłaściwych prezentów i wolałby przechować gorszące prezenty, zanim zobaczy je Harry, niż wyrywać je z chciwego uścisku małego potwora po fakcie.
Snape westchnął. Już wystarczająco złe było to, że zgodził się zabrać Harry’ego do Nory w drugi dzień Świąt i na to, by dołączyć do rodziny na świątecznym obiedzie. Widocznie pan i pani Weasley początkowo myśleli, żeby zostawić ich najmłodszego syna w szkole, po czym odwiedzić Charlie’ego w Rumunii albo poszukać jakiegoś innego członka ich wielkiej rodziny, ale po wydarzeniach z ostatnich miesięcy, kiedy Ron był niemal potraktowany Crucio przez Krukona, a potem zmierzył się z Voldemortem w ambulatorium, zdecydowali, że lepiej będzie zabrać całą rodzinę do domu na ferie. Snape parsknął. Podejrzewał, że dzisiejsze wydarzenia – dowiedziawszy się, że przez dziesięć lat nieświadomie ukrywali niebezpiecznego uciekiniera – sprawią tylko, że Molly będzie bardziej zdeterminowana, by zebrać wszystkie swoje pisklęta pod skrzydła.
Poza tym, będzie pomocne, jeśli starsza dwójka pomoże swoim rodzicom wzmocnić osłony wokół Nory. Obecne osłony zostały rzucone, kiedy Pettigrew już był w ich domu, jako mile widziany członek rodziny. Teraz musiały być rzucone na nowo, pewnie po tym, jak aurorzy upewnią się, że nie ma żadnych śmierciożerców, którzy ukrywają się w ich piwnicy lub maskują się, upodabniając do gnomów ogrodowych. Snape podejrzewał, że Albus też odwiedzi Norę, by wzmocnić osłony – był to pomocny środek ostrożności i był przekonany, że nastąpi to przed wizytą Harry’ego.
Niechętnie zgodził się zostawić tam Harry’ego do Sylwestra. Molly wyśmiała wszystkie jego obawy o tęsknotę za domem, złe zachowanie i potencjalne sprawianie kłopotów, w końcu pytając bezpośrednio:
- Severusie… bardziej martwisz się, że Harry będzie tęsknił za tobą, czy ty za Harrym?
Snape oczywiście odrzucił taki absurdalny komentarz z pogardą, ale zdecydował też, że może jego obawy były nieco nadmierne. Zgodził się nawet, że wizyta u Weasleyów była dobrym czasem, w którym Harry mógł użyć ostatniego prezentu od Snape’a. Była to wycieczka dla pięciu osób na „Arenę Fantazyjnych Lotów Featherbee’a” – „przygodowy plac zabaw”, który, jak obiecała Hooch, Harry miał pokochać. Były tam różne zajęcia na miotle, magiczne pojedynki i wszystko inne, co mogłoby nadmiernie pobudzić podatnych na wpływy nastolatków. Harry bez wątpienia zaprosi Weasleya, Malfoya, Granger i Longbottoma, ignorując fakt, że dwójka ostatnich ledwo potrafi latać. Mimo to, Snape podejrzewał, że Granger i Longbottom raczej zaakceptują zaproszenie, zamiast zostać wyłączonym z (rzekomej) zabawy i podniecenia.
Był trochę zaniepokojony, kiedy Molly powiedziała mu, że wraz z Arturem, po tym, jak przyjdą pieniądze Dumbledore’a, które teraz były regularnie wpłacane na ich konto, kupią bilety dla reszty dzieci, żeby cała rodzina mogła bawić się podczas wycieczki razem z Harrym i przyjaciółmi. Snape z powątpiewaniem zapytał, jak Molly zamierza zachować porządek bez jego własnej, groźnej obecności, ale beztrosko zapewniła go, że będą tam Bill i Charlie, zauważając, że treser smoków i łamacz klątw powinni być w stanie zapanować nad kilkoma dzieciakami. Pozostał nieprzekonany, aż dodała, że Percy z pewnością zaprosi tą swoją słodką nową dziewczynę. Usłyszawszy, że będzie obecna Davidella Jones, Snape nie martwił się dłużej, że Malfoy, Weasley i bliźniacy sprowadzą Harry’ego na złą stronę swoimi złośliwymi skłonnościami.
Jeśli było to konieczne, Charlie i Bill nie mieli żadnych skrupułów przed daniem klapsa Ronowi czy bliźniakom – czy nawet panna Weasley chyba była podobna do swojego starszego rodzeństwa, czego Snape się nieco obawiał. Podobnie Jones nie wahałaby się użyć swojego statusu prefekta, by przywołać Draco do porządku, jeśli czystokrwisty zapomniałby się w miejscu publicznym. W takim wypadku zostawali tylko Granger i Longbottom i nawet pesymistyczna wyobraźnia Snape’a nie była w stanie stworzyć sytuacji, by oni wpadli w jakieś kłopoty. Molly obiecała mu że jeśli Harry źle się zachowa, skontaktuje się z nim natychmiast, ale był skłonny postawić Pottera obok Granger i Longbottoma. Mógł być „magnesem na kłopoty” ale w przeciwieństwie do bliźniaków, Potter zaczynał wywoływać zamętu. Snape był w pewnym stopniu pewny, że Harry będzie zbyt oniemiały obiema prezentami i swoim otoczeniem, by wpadać w kłopoty, więc niechętnie zgodził się na plan Molly.
W Sylwestra wróci do Nory i zabierze bachora, po czym natychmiast przeniosą się świstoklikiem do Szwajcarii, gdzie spędzą następne kilka dni na świętowaniu nowego roku z Blackiem i Lupinem. Snape mógł tylko wzdrygnąć się na myśl o tym, jakie skandalicznie głośne zabawy ta dwójka planuje i stanowczo odmówił, by zostawiać Harry’ego z nimi bez nadzoru. Oczywiście, ku jego wielkiej irytacji to oznaczało, że on także z nimi utknie. Wciąż było to lepsze niż powierzenie Harry’ego opiece jego ojca chrzestnego, a potem zmaganie się ze skutkami, od Blacka, który „zapodział” Harry’ego, podczas flirtu z jakąś czarownicą do Harry’ego, który wróci do Hogwartu w oszołomieniu wywołanym ognistą whiskey i pyłkiem chochlika kornwalijskiego.
Snape warknął na siebie. Jakie rzeczy on robił dla bachora!
Zrzędliwie wyciągnął dla siebie szaty i przygotował się do wystąpienia na uczcie pożegnalnej. Jednak zanim zdołał dotrzeć do drzwi, rozległo się ciche, niepewne pukanie.
- Co jest? – szczeknął, nieco zakłopotany, kiedy znalazł przed drzwiami Percy’ego. Co więcej, prefekt Gryfonów wydawał się czymś zrozpaczony. Jego oczy były zaczerwienione, a ręce drżały.
- M-mogę z panem pomówić, profesorze? – zapytał nieśmiało.
- Och, niech będzie. – Snape nieuprzejmie pokazał chłopcu kanapę, zastanawiając się, co on mógł tu robić. Z pewnością nie zerwał właśnie z Jones i nie przyszedł błagać Snape’a o wstawiennictwo czy radę.
- Co się stało, panie Weasley? – warknął, gdy tylko chłopak usiadł.
Percy wziął głęboki oddech.
- Przyszedłem, żeby pan mógł… mógł… - Przerwał w połowie, a jego oczy wypełniły się łzami.
Och Merlinie, tylko nie kolejny. Snape jęknął wewnętrznie.
- Jeśli szukasz jakiejś rady, może lepiej ci będzie pomówić ze swoją opiekunką Domu lub ojcem? – zasugerował z nadzieją, starając się uprzedzić niepożądaną ufność.
- Nie. – Percy wyglądał na zaskoczonego. – Przyszedłem, żeby pan mógł mnie sprać.
Snape zmarszczył czoło. Jedną rzeczą było posiadanie reputacji, jako straszliwy nauczyciel. Co innego być uważanym za kogoś znęcającego się nad dziećmi.
- I dlaczego, proszę powiedzieć, uważasz, że miałbym zrobić coś takiego? – zapytał, starając się nie pokazać, jak bardzo czuł się urażony.
- Ponieważ omal nie zabiłem Harry’ego. I jeśli zbił go pan tak, że nie umiał siedzieć za latanie na miotle w Wielkiej Sali, chyba powinien mnie pan wychłostać za to, co ja zrobiłem. – Percy wyglądał na mocno zielonego na myśl o tej perspektywie, podczas gdy Snape przeklinał nadmiernie dramatyczną scenę Harry’ego ze śniadania.
- A co takiego pan zrobił, że pan Potter znalazł się w niebezpieczeństwie? – naciskał Snape, choć miał pomysł, dokąd to zmierza. Cholerni Gryfoni z ich cholernie nadrozwiniętym poczuciem odpowiedzialności!
- To ja znalazłem Parszywka – zaszlochał Percy, wpatrując się w swoje mocno zaciśnięte dłonie. – Błagałem mamę i tatę, aż powiedzieli, że mogę go zatrzymać. To moja wina, że znalazł się w Norze. I zrobiłem wielkie zamieszanie, kiedy dostałem odznakę prefekta, mówiąc, że potrzebuję nowego zwierzaka. To dlatego Ronuś dostał Parszywka. Tylko dlatego, że myślałem, że jestem zbyt ważny, by mieć starego szczura. To przeze mnie rodzice oddali go Ronusiowi, a przez to mój mały braciszek mógł zostać zabity. Pettigrew mieszkał z nimi w dormitorium. Mógł zabić Ronnusia albo Harry’ego kiedy tylko chciał.
Snape poczuł nadchodząc ból głowy.
- Panie Weasley, był pan tylko dzieckiem, kiedy pierwszy raz spotkał pan Pettigrew. Nie może się pan obwiniać za to, że nie rozpoznał pan ukrytego animaga. – Ale patrząc na twarz chłopca, wiedział, że to nie prawda. Chłopak mógł i z pewnością winił się za to.
- Podczas gdy masz rację, że zazwyczaj ciężko toleruję osoby, które narażały pana Pottera na niebezpieczeństwo, nie jestem w stanie znaleźć pana winy w tej sprawie, panie Weasley.
- Ale kogo innego to może być wina? – wybuchnął Percy, a jego oczy były jasne od łez. – Nie można nikogo innego obwiniać oprócz mnie!
- A co z pana rodzicami? – przerwał mu Snape. Szczęka Percy’ego opadła.
- Moimi rodzicami? – powtórzył w osłupieniu.
- Tak, panie Weasley. Czy uważasz to za dziwne, że spojrzałbym raczej na dorosłych w domu, niż zrzucać winę na małe dziecko? Uważasz, że twoi rodzice są w jakikolwiek sposób intelektualnie upośledzeni? Że nie mają pojęcia o animagii? Że nie ma nic lekceważącego w pozwoleniu dziecku zaadoptować dzikie stworzenie bez zbadania, czy zwierzę nie jest nosicielem jakiejś choroby, nie wspominając o tym, że mógłby być zbiegłym śmierciożercy w ukryciu?
Percy wytrzeszczył na niego oczy.
- Ale… ale…
- Och, na litość Merlina. – Snape wstał i podszedł do kominka. Wrzucając garść proszku fiuu, krzyknął: „Nora” i włożył głowę w kominek. – Molly, Arturze. Potrzebuję was tutaj. Już.
- Nie, nie, nie chcę ich widzieć! – szarpnął się Percy, panikując. – Pewnie są na mnie wściekli. – Odwrócił się, by uciec, ale Snape złapał go za tył szaty.
To było to. Granie terapeuty Gryfonów nie było w opisie pracy Snape’a, a mocny klaps w tyłek nastolatka sygnalizował koniec cierpliwości Snape’a.
- Au! – krzyknął zszokowany Percy. Odwrócił się do Snape’a, obiema dłońmi ściskając pośladki. Merlinie, to BOLAŁO. Tak dawno to miało miejsce, że zapomniałem, jak to jest dostać klapsa. Zauważył wściekłe spojrzenie profesora i nagle zdał sobie sprawę, że jego otwarty bunt był złym pomysłem.
- Siadaj. – Snape wskazał na sofę.
Percy przełknął ciężko.
- Tak, wujku Sev. Eee… mogę, proszę, stać? Wolałbym teraz nie siedzieć.
Reakcja Snape’a na użycie przez Percy’ego terminu „wujek Sev” była szczęśliwie przerwana przez przybycie przez fiuu Molly i Artura.
- Co jest, Severusie? Co się stało tym razem? – Oboje mieli w zrozumiały sposób rozszerzone oczy, kiedy starali się wyobrazić sobie, jaka nowa katastrofa mogła mieć miejsce zaledwie kilka godzin, od kiedy zostali poinformowani o ostatniej.
- Wasz syn – Snape wskazał na Percy’ego, który stał zaczerwieniony przed kanapą, – jest przekonany, że zdolność Pettigrew do udawania zwierzątka domowego jest całkowicie jego winą. Jest przekonany, że wy uznajecie go za winnego niebezpieczeństwa, w którym żyła wasza rodzina.
Molly sapnęła.
- Percy! Nie!
- Czy to prawda, synu? – zapytał łagodnie Artur. – Z pewnością wiesz lepiej.
Percy patrzył w podłogę.
- To wszystko moja wina. To ja wpadłem w furię, kiedy próbowaliście powiedzieć, że obcy szczur może nie być dobrym zwierzątkiem. Tak bardzo bałem się, że będę jedynym dzieciakiem w Hogwarcie bez zwierzaka, że nie dałem wam wyboru. Zmusiłem was, żebyście pozwoliliście mi go zatrzymać.
- Och, Percy! – Molly otoczyła strapionego nastolatka w potężny uścisk, jakby był dużo młodszym dzieckiem. – Nie możesz się obwiniać! Nie mogłeś nas do niego zmusić. Sami zdecydowaliśmy, że możesz go zatrzymać.
- Ale krzyczałem i wrzeszczałem i…
- No, tak, kochanie, ale tak robią dzieci. Nie pamiętasz, jak chciałeś, żebyśmy sprzedali Roniego do cyrku, żebyś nie musiał już dłużej dzielić z nim pokoju? Krzyczałeś i wrzeszczałeś i też wpadłeś w wielką furię, ale nie ustąpiliśmy ci. – Molly poklepała go delikatnie po policzku. – Albo gdy…
- Tak, dobrze! – powiedział szybko Percy, ucinając kolejne żenujące wspomnienia. – Pamiętam.
Artur uśmiechnął się szeroko.
- To prawda, że ubzdurałeś sobie, żeby zatrzymać szczura, synu, ale nie to nas przekonało. Po prostu myśleliśmy, że to dobry pomysł, żebyś miał zwierzątko. Zasługiwałeś na nagrodę za pomoc przy młodszych dzieciach, a to wydawało się nieszkodliwą nagrodą. Gdybyśmy nie chcieli, żebyś zatrzymał Parszywka, nic nie zmieniłoby naszego zdania. Chyba zapomniałeś, jak kończyła się większość napadów złości? – zapytał, uśmiechając się.
Percy potarł tyłek na samo wspomnienie.
- Pamiętam – przyznał.
- Więc widzisz, kochanie, to nie zależało od ciebie. To nie była twoja decyzja czy wina – naciskała Molly.
- Dokładnie – ciągnął Snape. – Wina leży tylko na Pettigrew. Choć jeśli nalegasz na przyznanie komuś winy, logika decyduje, by zacząć od twoich rodziców. Mimo wszystko, dużo wcześniej, niż ryzykowali Ronald czy Harry, ty byłeś w niebezpieczeństwie.
Teraz cała trójka gapiła się na niego różnymi stopniami zdziwienia.
- Ja? Ale dlaczego Pettigrew miałby zabić mnie? – zapytał Percy.
Snape przewrócił oczami. Droga Kroniko Wyższej Magicznej Edukacji, Kiedy ma się do czynienia z naiwnością, która najwyraźniej ma podłoże genetyczne i jest pogarszana przez przydział do Domu, który najwyraźniej zrównuje pozory z rzeczywistością, to czy kiedykolwiek można zaakceptować wyrzucenie rąk w górę i stwierdzenie, że dla ucznia nie ma nadziei? Czy profesjonalizm zakłada, że należy kontynuować działania, by dopingować umyślnie ślepego do widzenia, czy dozwolone jest przerwanie swoich wysiłków, zanim rozwiną się wrzody?
- Jesteś dzieckiem zdrajców krwi, którzy walczyli z Czarnym Panem – powiedział Snape, mówiąc powoli i wyraźnie. – Twoi wujkowie od strony matki zostali umęczeni podczas wojny. Ani Prewitt’owie, ani Weasleyowie nie byli kochani wśród śmierciożerców. Gdyby Pettigrew zamordował cię w twoim własnym łóżku, a potem przemówił do znanych śmierciożerców, twoja śmierć pewnie byłaby okupieniem azylu, którego szukał.
- Aaauch, mamo! – zapiszczał Percy w proteście, kiedy ramiona Molly zaczęły się wokół niego zacieśniać.
- Percy – Artur przemówił nagle do syna (by zapobiec uduszeniu go przez matkę) , – musisz uwierzyć, że to nie twoja wina. Zrobiłeś to, co zrobiłoby każde dziecko – przygarnąłeś przyjazne zwierzątko. Śmierciożerca cię oszukał, tak jak nas wszystkich, ale najniewinniejszy jesteś ty.
Percy pociągnął na nosie.
- Tak, ale byłem… no… zły na was, za to, że wzięliście do nas Harry’ego. Myślałem, że jest już dość dzieci i Harry sprowadzi na nas niebezpieczeństwo, jeśli Sami Wiecie Kto kiedykolwiek powróci. – Snape nachmurzył się. – Ale przez cały ten czas, to ja sprowadziłem największe niebezpieczeństwo na Norę. Obwiniałem Harry’ego, ale byłem bardziej winny niż on!
Artur westchnął.
- Synu, to niesprawiedliwe obwiniać Harry’ego za to, że jest celem nawet bardziej, niż utrzymywanie, że to ty powinieneś rozpoznać Pettigrew. Oboje jesteście dziećmi, którzy wpadają w sytuacje, nad którymi nie macie żadnej kontroli. Są na świecie rzeczy, których nie możemy kontrolować, Percy. Rzeczy, które nie działają zgodnie z zasadami.
Percy wyciągnął chusteczkę i wytarł oczy.
- Ale to nie fair – jęknął, brzmiąc na młodszego nawet od Ginny.
Snape zacisnął zęby i podziękował Merlinowi, że Harry zdaje się dużo lepiej rozumieć niesprawiedliwość życia niż przeciętny Gryfon.
- Tak, to nie fair – zgodził się Artur. – Ale taki jest świat. I dlatego są czasy kiedy ludzie z dobrym sumieniem muszą nastawiać czoła, mimo że to tylko zwiększa ryzyko. – Jego głos stał się bardziej stanowczy. – To dlatego razem z twoją matką powitaliśmy Harry’ego w naszej rodzinie. Nie jesteś dość dorosły, by zrozumieć nasze powody, ale oczekuję, że nam zaufasz, że robimy wszystko, co najlepsze dla całej naszej rodziny. Nie chcę nigdy więcej słyszeć, że Harry do nas nie należy. Rozumiesz?
- Tak jest – powiedział Percy, nieco zawstydzony. – Przepraszam.
Artur złagodniał i potargał włosy syna.
- W porządku. Mam nadzieję, że wyjaśniliśmy, że nie powinieneś czuć się winny za Pettigrew?
Percy zdołał wydostać się z uścisku Molly i wstał, rozprostowując ramiona.
- Tak, tato. Dzięki. Dzięki, mamo.
- Nie ma za co – odpowiedziała Molly, odsuwając mu włosy z twarzy i widocznie powstrzymując się przed ponownym przytuleniem go. – Chcesz już teraz wrócić z nami przez fiuu do Nory, kochanie? Wygląda na to, że miałeś stresujący dzień. Nikt nie będzie ci miał za złe, jeśli opuścisz Hogwart nieco wcześniej. – Spojrzała na Snape’a, szukając potwierdzenia, a mężczyzna wzruszył ramionami. Jego to z pewnością nie obchodziło.
Percy zarumienił się.
- Eee, ja… ach, tak jakby obiecałem Davidelli, że siądę obok niej na uczcie – wyjaśnił niezgrabnie.
Molly i Artur wymienili rozbawione spojrzenia.
- Dobrze więc. Z pewnością nie chcesz, żeby czekała – powiedział Artur, klepiąc syna po ramieniu. – Zobaczymy się jutro na stacji.
Dwójka dorosłych odwróciła się do kominka.
- Dziękuję, Severusie – uśmiechnął się Artur.
- Nie ma za co – powiedział Snape, zdołając – z ledwością – utrzymać swój uprzejmy ton. Niestety jego grzeczna odpowiedź do Artura pozwoliła Molly na chwycenie go i został złapany w miażdżący uścisk i dostał głośnego całusa, zanim zdążył umknąć za masywne meble.
- Jesteś tak dobrym człowiekiem, Severusie Snape! – ogłosiła Molly, zanim podążyła za mężem w kominek.
Snape warknął, walcząc z szatami, by wróciły na swoje miejsce, po czym zwrócił swoje mordercze spojrzenie na młodego Gryfona, który był przyczyną całego zdenerwowania.
- Eee, ach, uch… - Percy zamilkł w kompletnym zmieszaniu.
- Czy dostatecznie przeszkodził mi pan w moim wieczorze, panie Weasley, czy jest jeszcze jakieś absurdalne wyznanie, o którym chciałby mi pan powiedzieć? Może jest pan odpowiedzialny za Wielki Napad na Gringotta z 1673?
Ku jego zaskoczeniu, pomimo jego najbardziej obłudnego tonu, mały rudy diabeł uśmiechnął się.
- Nie, proszę pana. Dziękuję. Postaram się być mniej głupi w przyszłości.
- Nie składaj obietnic, których nie jesteś w stanie dotrzymać – wypluł Snape, podchodząc do drzwi i otwierając je, robiąc gest, którego Gryfon nie mógłby pomylić.
- Eee, tak. Um, no, dziękuję za wszystko. No, wszystko poza klapsem – dodał radośnie Percy, brzmiąc niemal jak jeden z bliźniaków.
Snape chwycił mocniej drzwi, walcząc z ochotę, by dać naprawdę irytującemu bachorowi prawdziwego klapsa.
- Wynocha.
Nawet Percy nie mógłby przegapić błysku w oczach Snape’a.
- No tak. – Pospieszył do drzwi, zwalniając tylko na tyle, by krzyknąć: – Dobranoc, wujku Sev!
- Nie nazywaj mnie tak! – krzyknął za nim Snape, wiedząc, że było to daremne. Weasleyowie byli jak zaraza ogrodowych gnomów, niemal niemożliwa do wytępienia, gdy tylko znajdą punkt zaczepienia.

CDN…


Rozdział SR będzie koło wtorku. Co do PDP to nie wiem, bo moja wena ponownie uciekła na Karaiby, żeglować z piratami -_- Ale postaram się coś naskrobać, jednak nie wiem, na kiedy.


poniedziałek, 19 czerwca 2017

SR - Rozdział 6 - Zaklęcia Niewybaczalne


Zanim nastał dzień, ulewa przycichła, co było dla Harry’ego dobrą wiadomością. Właśnie otrzymawszy plan lekcji na cały rok, Harry zauważył, że pierwsze ma zielarstwo, a zaraz po nim opiekę nad magicznymi stworzeniami, a po południu podwójne wróżbiarstwo. Harry mógł tylko jęknąć na taki sposób spędzenia popołudnia. Wróżbiarstwo było najmniej ulubionymi zajęciami, a biorąc pod uwagę eliksiry z profesorem Snapem, wiele to znaczyło. Profesor Trelawney wydawała się cieszyć przepowiadaniem Harry’emu śmierci na każdej lekcji. Jedyną różnicą było to, że w tym roku nie było uciekiniera z Azkabanu, który „idzie po niego”.
Hermiona była bystra i rzuciła te zajęcia w zeszłym roku. Harry chciałby robić to samo, ale potrzebował dwóch przedmiotów dodatkowych, a nie przedobrzył tak, jak Hermiona. Dziewczyna podjęła się wszystkich możliwych zajęć dla trzecich klas, potrzebując Zmieniacza Czasu, by uczestniczyć w nich wszystkich. Jednak stres sprawił, że Hermiona była od czasu do czasu okropnie irytująca, więc kiedy porzuciła wróżbiarstwo i mugoloznawstwo, Harry i Ron poczuli wielką ulgę.
Po sali zaczęły latać sowy. Harry nie kłopotał się spojrzeniem w górę, co było błędem, kiedy mała paczka uderzyła go w głowę, zanim wylądowała obok jego talerza. Przez długi moment Harry patrzył na paczkę kompletnie oszołomiony jej pojawieniem się. Rzadko otrzymywał listy, a kiedy je dostawał, zwykle były od Hagrida, nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami i dobrego przyjaciela Harry’ego.
Jego zdezorientowanie wzrosło, kiedy zauważył, że jego imię jest napisane pismem jego ojca chrzestnego. Cóż, pewnie, że Syriusz miał do niego napisać, ale tak szybko? Wciąż zdumiony, Harry nie dostrzegł, że jego przyjaciele obserwują, jak ostrożnie odwiązuje list przyczepiony do paczki. Harry przygryzł wargę w oczekiwaniu, powoli otwierając list i zaczął czytać.
Rogasiątko,
Lunatyk powiedział mi, że zapomniał ci to oddać, więc wysłałem ci to najszybciej, jak tylko mogłem. Czasem go nie rozumiem, ale to Lunatyk. Jak dobrze wiesz, już ciężko pracujemy, by wyczyścić dla ciebie stary Dom Blacków. Naprawdę zastanawiam się, czy poprosić Dumbledore’a, żeby pozwolił nam wymienić się skrzatami. Pamiętasz, jak opowiadałem ci o Stworku, prawda? Skrzacie rodziny Blacków? Cóż, jest gorszy, niż z czasów, gdy go pamiętałem, a to całkiem niedobrze.
W każdym razie, pamiętaj, o czym mówiłem ci na peronie. Nie zapomnij zabawić się w tym roku. Wiem, że nie jesteś żartownisiem, ale jest więcej niż jeden sposób, by zabawić się w starym, dobrym Hogwarcie. Tylko upewnij się, że o wszystkim mi powiesz, gdy tylko będziesz mógł! Och, i Lunatyk krzyczy na mnie, że jeśli nie napiszę ci od niego „cześć” to oskóruje mnie żywcem… a ludzie boją się wilków… gdyby tylko wiedzieli…
Trzymaj się, dzieciaku. Pamiętaj, że jesteśmy dla ciebie zawsze, jeśli tylko będziesz nas potrzebował.
Łapa i Lunatyk
Harry skrył uśmiech, składając list. Wątpił, czy potrafiłby przekonać Zgredka do bycia „skrzatem rodziny Blacków”, ale może byłby lepszy niż Stworek. Syriusz w te wakacje opowiedział Harry’emu całą historię rodziny Blacków. Najwyraźniej Syriusz był jednym z niewielu Blacków, którzy stanęli przeciwko Voldemortowi. Blackowie byli dumną czystokrwistą rodziną, jak Malfoyowie.
Właściwie, Syriusz wyjawił, że jest spowinowacony z Malfoyami przez małżeństwo (Narcyza Malfoy była członkiem rodziny Blacków), przez co Harry był w jakiś sposób rodziną z Draco Malfoyem, skoro Syriusz go adoptował, ale Harry nie zgodził się z tym. Sama myśl, że jest powiązany z kimś pokroju Draco Malfoya wystarczyła, by jego żołądek się skręcił. Harry nie przyjął nazwiska Blacka, ale był jego dziedzicem. Ten fakt prawdopodobnie sprawił, że tak wielu ludzi było zdenerwowanych z powodu adopcji, z powodu „mrocznej” reputacji rodziny Blacków.
Spoglądając na paczkę, Harry już wiedział, co jest w środku, więc nie ryzykował otwierania jej przed wszystkimi. Była tylko jedna rzecz, którą dał Remusowi, a którą Syriusz chciałby oddać Harry’emu, ponieważ była użyteczna tylko w Hogwarcie. Mapa Huncwotów. Remus skonfiskował ją w zeszłym roku, a po tym wszystkim, co się stało, musiał o niej zapomnieć. Harry dłużej nie mógł ukrywać uśmiechu na twarzy, kiedy wkładał list i paczkę do szkolnej torby. Nagle nie potrafił doczekać się dnia.
Do czasu lunchu wrócił do miejsca, gdzie zaczął. Nie chciał nawet myśleć o tym, co robili na zielarstwie. To było obrzydliwe tak samo, jak splątki tylnowybuchowe, z którym miał do czynienia na opiece nad magicznymi stworzeniami. Harry obawiał się, że będzie się musiał z nimi uporać przez wiele tygodni, o których wspominał Hagrid.
Hermiona nie została długo na lunchu, twierdząc, że ma coś ważnego do zrobienia w bibliotece. Harry tylko potrząsnął głową, starając się nie myśleć o nadchodzących zajęciach. Mimo że lekcje te były kompletną stratą czasu, Harry dość dużo czytał o przedmiocie. Wszytko było interpretacją. Rozumiał teraz wykresy gwiazd, czytanie z ręki i pewne inne aspekty wróżbiarstwa. Mógł w to nie wierzyć, ale rozumiał dość, by wszystko logicznie zinterpretować.
Wróżbiarstwo zaczęło się powoli, a profesor Trelawney w swoich dużych okularach, po raz kolejny przewidziała nadchodzącą śmierć Harry’ego. Najwyraźniej niczego nie nauczyła się z lekcji podczas Świąt, kiedy Harry obrócił jej przesądy przeciw niej. Harry mógł tylko przewrócić oczami i zobaczył, że Ron robi to samo. Ron bardzo donośnie wyrażał to, co czuje w stosunku do Trelawney.
Zajęcia zaczęły się mapą gwiazd, co było dla Harry’ego wielką ulgą. W końcu będzie coś rozumiał.
- Panie Potter – powiedziała marzycielsko profesor Trelawney. – Z twojej prezencji można założyć, że urodziłeś się pod złośliwym wpływem Saturna. Urodziłeś się w połowie zimy, mam rację?
- Eee, przykro mi – powiedział Harry, czując się niekomfortowo tym, że wszyscy na niego patrzą. – Urodziłem się latem.
Przez moment profesor Trelawney patrzyła na Harry’ego podejrzliwie, po czym kontynuowała nauczanie klasy, zanim pozwoliła uczniom popracować nad ukończeniem własnej okrągłej mapy, na której miały być wszystkie planety w momencie ich urodzenia. Spróbowawszy już tego latem, Harry szybko skończył, po czym pomógł Ronowi z jego mapą. Ron wyglądał na przerażonego tym, że Harry naprawdę wiedział, co robi, ale trzymał buzię na kłódkę… oczywiście do czasu, aż Lavender pisnęła podniecona.
- Pani profesor! – krzyknęła Lavender. – Proszę spojrzeć! Co to za planeta?
Profesor Trelawney podeszła do Lavender i spojrzała w dół.
- To będzie Uran, panno Brown – powiedziała.
Ron nie mógł się powstrzymać.
- Mógłbym spojrzeć na Ur – Oomph!
Wszyscy szybko spojrzeli na Rona i zobaczyli, że Harry zakrywa mu usta. Harry zerknął na Lavender i profesor Trelawney, przygryzając nerwowo dolną wargę.
- Eee, przepraszam – powiedział Harry, powoli spoglądając na Rona i dając mu ciche ostrzeżenie, by siedział cicho. – Po prostu czasami jego mózg przestaje działać.
Profesor Trelawney zamrugała kilka razy z zaskoczeniem.
- Muszę powiedzieć, panie Potter – mruknęła, brzmiąc tak, jakby była pod wrażeniem. – Może mimo wszystko jest w tobie odrobina krwi jasnowidza. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś działał tak szybko.
Harry zdjął dłoń z ust Rona, powoli potrząsając głową. Nie, nie miał w sobie krwi jasnowidza. Po prostu znał Rona zbyt dobrze, by wiedzieć, co zamierzał powiedzieć. Lavender Brown i Parvati Patil patrzyły na Harry’ego z kompletną zazdrością, ponieważ zdawały się ubóstwiać nauczycielkę wróżbiarstwa, podczas gdy Ron i Seamus desperacko starali się nie śmiać.
Dobry humor Rona skończył się podczas obiadu, kiedy Malfoy w Wielkiej Sali zwrócił uwagę na artykuł o ojcu Rona. Był to stek bzdur, napisany przez Ritę Skeeter, ale mimo to Malfoy dobrze się bawił. Harry i Hermiona zdołali przytrzymać Rona w miejscu i zmusić go, żeby odszedł bez konfrontacji, kiedy umysł Harry’ego wykrzyknął ostrzeżenie.
W mgnieniu oka, Harry trzymał już w dłoni różdżkę i szybko odwracał się, tworząc ochronną tarczę, która wchłonęła zaklęcie, które rzucił w nich Malfoy. Nagle poczuł wdzięczność dl badań, które prowadził w zeszłym roku na ten temat. Harry opuścił tarczę i schował różdżkę do kabury, powoli potrząsając głową. Dlaczego Malfoy musiał rozpocząć walkę przed wszystkimi?
Może dlatego, że czuje, jakby musiał coś udowodnić.
- Jest jakiś problem, chopcy? – zapytał z ciekawością profesor Moody, schodząc po schodach. Malfoy natychmiast zamarł, kiedy magiczne oko Moody’ego zdawało się przesuwać od Harry’ego z powrotem do Malfoya. – Widzę różdżkę skierowaną w kolegę z klasy, panie Malfoy. Wytłumacz się.
Malfoy zbladł, gdy zdał sobie sprawę z tego, że wciąż kieruje różdżkę w stronę Harry’ego. To był pierwszy raz, kiedy Harry widział, że Malfoy naprawdę boi się nauczyciela, zamiast być do niego aroganckim.
- Nic się nie dzieje, proszę pana – powiedział Malfoy, chowając różdżkę. – Nic a nic.
Moody zrobił krok w stronę Malfoya.
- Więc proszę ruszać w swoją stronę – warknął, a jego magiczne oko rozglądało się dookoła, jakby patrzył na wszystkich w Wielkiej Sali, nawet mimo tyłu jego głowy. – To się tyczy każdego z osobna.
 Harry ruszył za grupą, ale zatrzymał się, kiedy profesor Moody szybko złapał go za ramię. Zadziałały przeszłe refleksy i Harry natychmiast zesztywniał i wzdrygnął się, jakby spodziewał się ciosu. Ta reakcja nie przeszła niezauważona przez profesora Moody’ego, który momentalnie złagodził uścisk, ale nie puścił go. Spoglądając na nauczyciela obrony, Harry zauważył, że oba jego oczy patrzą na niego krytycznie, niemal jakby o coś go podejrzewano.
- To było imponujące, panie Potter – burknął profesor Moody. – Miałeś okazję na zemstę, ale wolałeś odejść; to raczej trudne, kiedy wszyscy patrzą.
Harry nie wiedział, co powiedzieć. Nie mógł się zmusić, by powiedzieć cokolwiek. Czuł się, jakby był uwięziony, a to magiczne oko tylko zwiększało jego nerwowość. W tym momencie, Harry czuł się, jakby z jakiegoś powodu miał wielkie kłopoty. W ogóle nie podobało mu się to uczucie. Zwykle temu uczuciu towarzyszył ból. Tak samo jak godziny samotnego więzienia.
- Stała czujność, Potter – burknął Moody, uwalniając ramię Harry’ego. – Zapamiętaj to.
- Tak jest – powiedział Harry cicho, a potem patrzył, jak profesor Moody odchodzi. Nie mógł się ruszyć. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak Ron i Hermiona z lekkim oporem prowadzą go do Wielkiej Sali. Wydawało się, że jest zamknięty w swoim własnym umyśle. Co, do licha, profesor Moody miał na myśli?
^^^
Przez następnych kilka dni, Harry robił wszystko, by nie podpaść profesorowi Moody’emu. Nie wiedział, dlaczego, ale po prostu czuł się nieswojo przy nowym nauczycielu. To, jak traktowali Harry’ego Dursleyowie, zostało opublikowane pod koniec zeszłego semestru, ale ponieważ było to równoczesne z niesławnym procesem Blacka, niewiele osób skupiło na tym uwagę. Zostało to szczęśliwie przeoczone.
Harry ciężko pracował, by zostawić życie z Dursleyami za sobą i naprawdę nie chciał, by nauczyciel, zwłaszcza profesor Moody, wyciągał to teraz na wierzch. Nie chciał, by ktokolwiek zakładał, że Syriusz i Remus byli nie do końca idealni. Nie mógł pozwolić, by ktoś zabrał go od jednych ludzi, którzy się o niego troszczyli.
Oprócz profesora Moody’ego, Harry próbował zachować też dystans do profesora Snape’a, co było dość trudne w klasie eliksirów. Malfoy mruczał komentarze na całą klasę, czym zyskiwał chichoty od strony kolegów ze Slytherinu. Mistrz eliksirów o ziemistej cerze, haczykowatym nosie i tłustych włosach oczywiście nie robił nic, ponieważ komentarze były na temat jednego ucznia, Harry’ego, nie starał się, by ukryć to, co do niego czuje.
Harry wiedział, dlaczego profesor Snape zachowywał się w taki sposób. Remus powiedział mu rok temu, jak ojciec Harry’ego, James, znęcał się nad profesorem Snapem, kiedy oboje byli uczniami Hogwartu. Harry rozumiał, że profesor Snape nienawidzi Jamesa Pottera, ale nie znosił tego, że ponieważ James Potter był martwy, Snape zdecydował, że przeleje swoją niechęć na ostatniego żyjącego Pottera, który nawet nie żył jeszcze, kiedy to wszystko się działo. To nie było sprawiedliwe. Syriusz i Remus parę razy zamienili słowo ze Snapem, ale to tylko rozwścieczyło nauczyciela jeszcze bardziej.
Gdy nadszedł czas zajęć obrony przed czarną magią, Harry zaczął się zastanawiać, czy jego umysł sam się nie przeciążył. Wszyscy wydawali się z chęcią uczyć od profesora Moody’ego i nikt nie wydawał się mieć takich kłopotów ze Snapem, jak on… cóż, może oprócz Neville’a Longbottoma, ale chłopak zawsze miał problem z wymagającą aparycją profesora Snape’a. Harry wiedział, że to niesprawiedliwe porównywać Moody’ego do Snape’a. Tylko raz rozmawiał z tym mężczyzną. Jak można oceniać kogoś po takim czasie?
Wchodząc do klasy obrony, Harry podążył za Ronem i Hermioną, którzy zdecydowali zająć miejsca w pierwszym rzędzie. Wyjął książkę: „Mroczne siły: Przewodnik po samoobronie” i przerzucił do miejsca, gdzie skończył czytać. Przeczytał już ponad połowę książki, ku wielkiemu przerażeniu Rona. Ze względu na lato Harry’ego, otwierał książkę przy pierwszych oznakach nudy, ponieważ nic innego nie było w zasięgu. W rzeczywistości, Harry potrzebował skupić się na czymś, a w tym momencie, było to jedyne dostępne rozproszenie uwagi.
Klasa szybko się zapełniła, jednak wszyscy milczeli. Od wszystkich niemal promieniowało pełne napięcia pobudzenie. Może było je poczuć. Wreszcie, ciszę wypełnił łomot i zaraz drugi, kiedy do klasy wszedł profesor Moody. Harry patrzył na książkę, nie chcąc spoglądać w to przerażające magiczne oko.
- Dziś nie potrzeba książek – warknął Moody, siadając za biurkiem i czekają, aż wszyscy zastosują się do nakazu. Potem sprawdził obecność, wykrzykując imiona wszystkich. Jego głowa ani razu się nie poruszyła, ale wszyscy widzieli, jak jego magiczne oko obraca się, by zobaczyć każdego ucznia, którego imię wymienił. – Dobra. Przebrnąłem przez notatki z lekcji profesora Lupina, które były jedynymi dostępnymi notatkami z trzech lat. Mimo że profesor Lupin przerobił sporo materiału, wciąż jesteście bardzo po tyle. Ponieważ mam tylko rok, by was obudzić, powinniśmy wziąć się do pracy.
Ron i Hermiona pochylili się do przodu, pragnąc rozpoczęcia lekcji.
- Ministerstwo Magii wolałoby, żebym uczył was tylko przeciwzaklęć, ale profesor Dumbledore widzi to inaczej – kontynuował profesor Moody. – Im szybciej się dowiecie, jak jest poza murami zamku, tym szybciej będziecie umieć się bronić. To uwzględnia też nielegalne mroczne zaklęcia. Czy ktoś zna klątwy, których użycie jest najciężej karane w świecie czarodziejów?
Kątem oka Harry widział, jak Ron i Hermiona powili unoszą dłonie w powietrze. To było coś nowego. Ron rzadko zgłaszał się w klasie. Profesor Moody wybrał, by Ron odpowiedział pierwszy.
- Mój tata opowiadał mi o zaklęciu Imperius – powiedział nerwowo Ron.
- Tak, to jest trudne. – Moody kiwnął głową, wstając. Otworzył szufladę biurka i wyciągnął szklany słoik, w którym były trzy dość duże, czarne pająki. Klasa obserwowała, jak profesor Moody wyciąga jednego ze słoika i kładzie go na otwartej dłoni. Skierował w niego różdżkę. – Imperio!
Wszyscy patrzyli, jak pająk zaczyna się poruszać w sposób, w który pająk naturalnie się nie rusza. Nie wiadomo dlaczego, Harry poczuł się dziwnie. To tak jakby ktoś odebrał wolną wolę. Harry szybko zamknął oczy i potrząsnął głową. Słyszał cichy śmiech innych, ale był zbyt zajęty odzyskiwaniem swoich myśli, by to zauważyć.
- Przypuszczam, że to śmieszna – burknął profesor Moody, - póki nie robi się tego wam. – Cisza wypełniła pomieszczenie. – To zaklęcie sprawia, że adresat jest całkowitym niewolnikiem tego, kto rzucił zaklęcie. Można z nim walczyć, ale jest to ekstremalnie trudne. Nie wszyscy mają na tyle siły. Największą waszą szansą jest uniknięcie zaklęcia. Musicie ćwiczyć STAŁĄ CZUJNOŚĆ!
Wszyscy podskoczyli na nagłą zmianę głośności. Potem Moody zademonstrował zaklęcie Cruciatusa, które wywoływało niewyobrażalny ból. Po raz kolejny Harry musiał odwrócić wzrok, kiedy Moody rzucił zaklęcie na pająka. Przez tylko chwilę, mimo że zdawało się to niemożliwe, Harry mógłby przysiąc, że naprawdę czuje ból. Kiedy przeszli do zaklęcia zabijającego, Harry ledwie zdołał powstrzymać strach. Czemu to się działo? Co się działo?
Hary zamknął oczy i chwycił boki krzesła, słuchając, jak profesor Moody krzyczy „Avada Kedavra”. Mimo zamkniętych powiek, Harry mógł zobaczyć zielone światło. Niemal mógł usłyszeć wysoki głos Voldemorta i jak jego matka błaga o litość. Niemal mógł poczuć ostry błysk bólu na czole, w miejscu, gdzie była jego blizna, ale trwało to tylko sekundę.
- Nie ma przeciwzaklęcia ani żadnego sposobu, by to zablokować. – Głos profesora Moody’ego wdarł się w myśli Harry’ego. – Tylko jedna osoba przeżyła to zaklęcie i jak sądzę, wszyscy ją dobrze znacie. – Nastała nieprzyjemna cisza w pomieszczeniu. – Panie Potter, wszystko w porządku?
Harry pokiwał tępo głową, ale wciąż miał zaciśnięte oczy i pochyloną głowę. Prawdę mówiąc, nie było w porządku. Był kompletnie przerażony. Przez coś takiego przeszli jego rodzice? Czy czuli ból? W zeszłym roku, dementorzy pozwolili Harry’emu usłyszeć ich głosy w momencie, gdy to się działo, ale nie pamiętał bólu. Czy to zaklęcie było niezwykle bolesną śmiercią?
Profesor Moody obszedł biurko i stanął dokładnie przed Harrym na moment, zanim zwrócił swoją uwagę na resztę klasy.
- Nie wszyscy potrafią rzucić tak potężne zaklęcie – burknął, – ale to nie ważne, kto potrafi. Pokazuję wam to, ponieważ musicie wiedzieć. Musicie być gotowi. STAŁA CZUJNOŚĆ!
Po raz kolejny klasa podskoczyła na nagłą zmianę tonu.
- Użycie któregokolwiek z zaklęć Niewybaczalnych – Avady Kedavry, Cruciatusa lub Imperiusa – grozi spędzeniem całego życia w Azkabanie – kontynuował Moody. – A teraz wyciągajcie swoje pióra i wszystko to spiszcie…
Przez resztę lekcji uwaga była skierowana na zaklęcia Niewybaczalne. Harry walczył ze sobą, by skupić się na tym, co mówił profesor Moody. Pytania wypełniły jego umysł. Dlaczego czuł ból? Dlaczego w ogóle coś czuł? Nie było to silne, ale czuł to, niemal jak wspomnienie, ale tak naprawdę nigdy nie odczuwa się wspomnień… prawda?
Harry ponownie wyrwał się z myśli, słysząc dźwięk dzwokna, który sygnalizował koniec lekcji. Chcąc wyjść najszybciej jak się da, Harry szybko spakował się i już miał iść, kiedy zauważył, że profesor Moody ponownie stoi tuż przed nim. Harry powoli uniósł wzrok i zobaczył, że oboje oczu Moody’ego patrzy na niego z ciekawością. Nagle jego żołądek się skręcił. Nie dobrze.
- Panie Potter, mogę prosić na słówko? – burknął profesor Moody.
Powstrzymując się przed impulsywnym powiedzeniem nie, Harry spojrzał na Hermionę, która patrzyła na niego nerwowo.
- Idźcie przodem – powiedział cicho Harry. – Pomówcie z Nevillem. Jest smutny. – Harry nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział, ale w jakiś sposób wiedział, że to prawda. Neville był smutny dokładnie tak, jak on sam.
Kiedy Ron i Hermiona odeszli, Harry skupił się na profesorze Moodym, który wciąż patrzył na niego z zaciekawieniem, sprawiając, że Harry czuł się siebie okropnie świadomy. Nie mógł nic pomóc na to, że czuł się, jakby zrobił coś złego i miał zostać ukarany. Nie znosił tego. Mógł stać przed Voldemortem, ale nie przed innym apodyktycznym dorosłym.
- Panie Potter, zauważyłem pana reakcję na klątwę zabijającą – burknął profesor Moody. – Czy mam rację przypuszczając, że naprawdę pamięta pan to, co się stało tamtej nocy? – Nie dostał odpowiedzi. Harry tylko skinął głową, odwracając wzrok. – Rozumiem. Przepraszam, jeśli przeze mnie poczułeś się niekomfortowo, ale musisz wiedzieć. Musisz być gotowy. Jest szansa, że ponownie zobaczysz to zaklęcie…
- Wiem – przerwał mu cicho Harry, spoglądając prosto na profesora Moody’ego. – Proszę się nie martwić. Nie ma pan za co przepraszać. Ma pan rację. Musimy wiedzieć, co czyha na nas poza zamkiem.
Profesor Moody wciąż patrzył na Harry’ego tak, jakby mu nie wierzył, ale i tak pozwolił Harry’emu odejść. Opuszczając klasę, Harry zdał sobie sprawę, że zatłoczona Wielka Sala podczas obiadu jest ostatnim miejscem, gdzie chce się znaleźć. Chciał być sam. Znając doskonałe miejsce do „ukrycia się”, Harry zapuścił się do Sowiarni i natychmiast został przywitany przez Hedwigę. Nie wiedział, ile czasu spędził głaszcząc tylko swoją sowę, ale z pewnością było to uspokajające. Hedwiga była jego pierwszym zwierzakiem i zarazem pierwszym prezentem.
Głaszczą pióra, Harry spojrzał w oczy Hedwigi i uśmiechnął się. Czasem mógłby przysiąc, że zwyczajnie wiedziała, co zrobić, by poczuł się lepiej.
- Dostarczysz coś dla mnie? – zapytał i w odpowiedzi dostał ciche hukanie. – Więc szybko to napiszę, okej?
Hedwiga zeskoczyła z ramienia Harry’ego, pozwalając mu wyciągnąć kawałek pergaminu, pióro i atrament. Siadając na podłodze, Harry zastanowił się przez chwilę, co mógłby napisać, po czym zaczął. Wiedział, że musi zachować optymistyczny styl albo inaczej będzie miał dwóch przesadzających gości… cóż, jednego przesadzającego, a drugiego, który będzie próbował uspokoić tego pierwszego.
Midnightcie i Lunatyku,
Dzięki za mapę. Sam właściwie o niej zapomniałem, więc nie czepiaj się za bardzo Lunatyka, Syriuszu. Sam mu ją dałem, wiesz? Poza tym, jeśli Stworek jest tak zły, dlaczego zwyczajnie nie dasz mu ubrania? Wiem, że nie znam się za bardzo na skrzatach domowych, ale wydaje się głupie, by zatrzymywać przy sobie kogoś, kto czyni twoje życie niezbyt szczęśliwym.
Tak tylko pomyślałem.
Pierwszy tydzień szkoły był całkiem interesujący. Wszyscy byli zszokowani, gdy się dowiedzieli, a sporo osób chce się dostać, niezależnie od ich wieku. Czy jestem dziwny, jeśli ja tego nie chcę? Pamiętam, jak wszyscy patrzyli na mnie, kiedy powiedzieliśmy profesorowi Dumbledore’owi, że wiem o wszystkim. Nie spodziewali się, że zachowam się w taki sposób, jak to zrobiłem, tak samo jak wasza dwójka. Dlaczego? Po prostu nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby chociaż próbować się dostać do czegoś takiego, jeśli się nie jest na to gotowym.
Miałeś rację, co do profesora Moody’ego, Syriuszu. Jest przerażający. Miałem z nim dzisiaj zajęcia i przerabialiśmy zaklęcia Niewybaczalne. Proszę, nie bądź zły, ale myślę, że coś się stało. Rzucał zaklęcia na pająki, ale czułem się tak, jakbym dostał tymi zaklęciami. To było dziwne. Nie wiem, czy to był kolejny „epizod” czy nie. Naprawdę nic się nie stało, ale powiedziałeś, że chcesz wiedzieć, kiedy coś dziwnego się wydarzy, a pomyślałem, że to było dziwne.
Mam nadzieję, że oboje dobrze się bawicie i nie umiem się doczekać, aż zobaczę was w Święta. Naprawdę jest tu inaczej, kiedy was nie ma. Nie martw się, Lunatyku. Trzymam się z dala od kłopotów i robię pracę domową w terminie… nawet z wróżbiarstwa. Mam nadzieję, że podczas pełni wszystko było dobrze.
Tęsknię za wami.
Harry
List nie był tak optymistyczny, jak miał być, ale musiał to wszystko napisać. Składając list, Harry wstał i zawołał Hedwigę. Ostrożnie przyczepił list do jej nogi i wysłał ją do swoich opiekunów. Obserwował, jak leci, aż nie mógł jej już widzieć. Nie mając nic więcej do roboty, Harry spakował swoje przedmioty i wrócił do Wieży Gryffindoru na długi wieczór z zadaniem z wróżbiarstwa. Miał zamiar prawidłowo ją skończyć, ale w głębi siebie miał przeczucie, że prawdopodobnie powinien trochę pozmyślać.



Rozdział NDH będzie koło piątku. Co do PDP, nie mam pojęcia, bo złapała mnie grypa żołądkowa i miałam tylko siłę wstawić ten rozdział, zanim wrócę z powrotem do łóżkeczka i miski :( Życzcie zdrowia i siły do pisania :)