wtorek, 27 września 2016

NDH - Rozdział 23

Gdy w trójkę weszli do lochów, Harry spojrzał na Rona, który kulał lekko, nadal trzymając się za tyłek.
- Przykro mi z powodu twojej różdżki – szepnął.
Ron westchnął głęboko.
- Nie wiem, co zrobią mama z tatą, kiedy się dowiedzą. Znaczy, naprawdę nie mamy dodatkowych pieniędzy na nową.
- A skąd wziąłeś starą?
- Należała do mojego pra-pra wujka Hieronima, a Charlie używał jej, gdy był w Hogwarcie – wyjaśnił Ron. – W wielu starych rodzinach różdżki są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Więc gdy nadchodzi czas, by dziecko dostało różdżkę, zawsze najpierw zagląda się do rodzinnego zbioru. Ta jedna choć trochę zasyczała, gdy ją chwyciłem – westchnął.
- Ale myślałem, że pan Ollivander powiedział, że to różdżka wybiera czarodzieja – rzekł Harry.
- No, tak, próbował ci sprzedać nową różdżkę, prawda? Znaczy, możesz używać prawie każdej różdżki, tak długo, o ile nie jest przeklęta albo chroniona czy coś, ale jeśli nie masz z nią dobrego połączenia, nie będziesz miał dobrych rezultatów. – Ron westchnął. – Myślę, że będę się musiał po prostu bardzo starać z różdżką prababci Millie. Chyba była trochę cieplejsza, gdy ją dotknąłem.
- Naprawdę mi przykro – powtórzył Harry z poczuciem winy.
- Ej, kumplu, to nie była twoja wina. Tylko tego głupiego trolla, prawda?
Harry obejrzał się na profesora Snape’a.
- Po części to jest moja wina – przyznał. – Nie mówienie o tym nikomu było naprawdę głupim pomysłem i przepraszam, że poprosiłem cię, byś kłamał.
Ron wzruszył ramionami.
- Nie pierwszy raz mam kłopoty i nadal wolę oberwać od twojego profesora niż Percy’ego czy McGonagall. – Nachylił się bliżej i wyszeptał – Myślisz, że będzie chciał dać mi klapsa, nawet jeśli już i tak boli mnie tyłek?
Harry przygryzł wargę.
- Nie sądzę. Znaczy, zawsze mówi, że nie bije po ty, by naprawdę zranić, ale jeśli uderzy cię w zranienie, to będzie bardzo boleć, prawda?
- Tak! – powiedział Ron emocjonalnie. – Bardzo. Nie żeby Percy’ego to obchodziło… No, może i by obchodziło, ale sądzę, że i tak by mnie uderzył.
Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Tak, nie możesz więcej powiedzieć, że nie obchodzisz Percy’ego. Nie po Bitwie.
Ron odpowiedział równie szerokim uśmiechem.
- Tak, choć bliźniacy twierdzą, że może zrobił to przedstawienie tylko po to, by zaimponować Jones.
Harry uniósł brwi.
- Tak powiedzieli?
- Tak, ale nie głośno. Dość mocno boją się Jones.
- Wszyscy się jej boją – zauważył Harry.
- Nawet Percy! – Chłopcy parsknęli śmiechem.
- Cieszę się, widząc, że przyjmujecie swoją hańbę tak lekko – zimny ton profesora Snape’a powstrzymał ich rozbawienie. – Jesteśmy – ciągnął, otwierając portret zasłaniający jego kwatery. – Macie się umyć i przebrać w piżamy. Panie Weasley, jako gość, może pan pierwszy wziąć prysznic.
- Tak jest – Ron zwiał prosto do łazienki.
Snape spojrzał wściekle na Harry’ego, który zawiesił głowę i bawił się rąbkiem rękawa.
- Jadłeś obiad?
- Eee… Ron miał mi przynieść kanapkę. Z sałatą! – dodał szybko.
- Hmf. – Prychnął Snape. – Idź do kuchni. Zamówię coś.
- Tak jest – Harry pospiesznie zrobił, co mu powiedziano, a jego serce pełne było szczęścia. Nawet gdy Snape był nim kompletnie rozczarowany, nadal dbał o niego na tyle, by martwić się, czy Harry jadł. Harry wiedział, że będzie solidnie ukarany – w sekundzie, gdy zobaczył spanikowaną twarz Snape’a na korytarzu, wiedział, że dostanie za swoje, - ale naprawdę się tym nie przejmował. Dostrzegł, że bura raniła mocniej niż klapsy i podejrzewał, że tym razem profesor Snape nie będzie usatysfakcjonowany przepisywaniem linijek jako kary, ale to dobrze, bo teraz wiedział, że profesor nadal się o niego troszczył.
Harry skończył myć ręce w zlewie i odwrócił się, dostrzegając profesora tonącego w fotelu, a talerz już leżał na stole z angielską zapiekanką* i brokułami, wraz z wielką szklanką soku dyniowego.
- Siadaj i jedz – warknął Snape.
Ten okropny bachor będzie przyczyną jego końca. Snape był zupełnie pewny, że rozerwał kilka naczyń krwionośnych podczas swojego wypełnionego przerażeniem biegu przez zamek. Jak, do licha, miał przeżyć dorastanie Pottera? Bachor już próbował zabić się na miotle i stawić czoła dorosłemu trollowi. W takim tempie wyzwie Voldemorta jeszcze przed świętami! Zastanawiał się, czy mógłby podać małej poczwarze eliksir uspokajający bez informowania go o tym. Nigdy nie pozwól im zobaczyć twojego strachu – czy to nie była jedna z zasad rodzicielstwa? A może odnosiła się do wściekłych psów, nie dzieci? Czy to jakaś różnica?
Drogi Miesięczniku Czarodziejskiego Rodzica, jestem opiekunem pokrzywdzonego i zaniedbanego dziecka, któremu, tak się składa, przepowiedziano również, że będzie walczył z najpotężniejszym czarnoksiężnikiem naszych czasów. Kiedy zauważę, że wspomniane dziecko angażuje się w działania potencjalnie zagrażające jego życiu, czy powinienem a) dać mu klapsa w tyłek i powiedzieć, by nie robił tego ponownie, b) dać mu klapsa w tyłek i powiedzieć mu, żeby nie robił tego ponownie, póki stoi przed wyżej wymienionym czarnoksiężnikiem, czy c) powiedzieć mu, by żył na całego, bo i tak jest stracony?
Snape westchnął. Nie odmawiaj żywności. Nie stosuj bolesnych kar cielesnych. Nie rób obowiązku sprzątania. Nie więź go pokoju. Co, do licha, miał robić, by ukarać bachora za tak szalony akt głupoty? A Weasleya? W imię Merlina, dlaczego to on miał ukarać najmłodszego chłopaka Weasleyów? Nigdy się na to nie zgodził, nie ważne, co mogą myśleć Minerva i Molly. Ponuro zdecydował, że miał szczęście, że Granger zraniła się w nadgarstek i musiała być zabrana do ambulatorium albo mógłby znajdować się tu też z nią, a nie zamierzał zaczynać bić uczennic. O nie – w tym leżała wściekłość, albo przynajmniej złość ojców i ministralnych śledztw.
Zdał sobie sprawę z czyjejś obecności na swoim łokciu. Stał tam bachor Pottera, patrząc na niego uroczyście.
- Co? – zapytał gderliwie.
- Naprawdę mi przykro, że pana przestraszyłem – szepnął Harry. – Poróbowałem po prostu zabrać nas z powrotem do Wieży.
- Nie chodzi mi o pana cel, ale sposób jego wykonania, który spowodował problem, panie Potter – powiedział Snape surowo. – W niebezpiecznych sytuacjach trzeba koniecznie unikać działań poddanych paniką. Dziś wieczorem miałeś mnóstwo czasu na planowanie, a jednak go nie wykorzystałeś. To było bardzo głupie, a ja nie zamierzam akceptować głupich zachowań od tak bystrego dziecka. To pokazuje intelektualne lenistwo, którego nie będę tolerować – dokończył ostro.
Harry zamrugał. „Bystrego dziecka”? Jego?
- Twoje mądre wykorzystanie Wingardium Leviosa pokazuje, że potrafisz myśleć do przodu i używać swojej magii w ofensywny sposób, ale czy przemyślenie tego, zamiast improwizowanie na bieżąco, mógłbyś być w stanie wysłać samego trolla na schody, po czym w międzyczasie odnieść sukces w ucieczce. I co dokładnie zamierzałeś użyć, by zatrzymać trolla, gdy próbowałeś odesłać swoich przyjaciół? Swoją błyskotliwą osobowość? – zapytał Snape.
Harry zdołał stłumić chichot. „Błyskotliwą osobowość”? Jego profesor był okropnie śmieszny. Harry już teraz mógł to zobaczyć – jak próbować zaangażować trolla w rozmowę. „Jaka jest twoja ulubiona drużyna Quidditcha?” „Urrr!” „Och, rozumiem. A myślisz, że mają jakieś szanse w tym sezonie?” „Urr, urr, urr!”
Harry, podniesiony na duchu przez mentalny obraz, westchnął uszczęśliwiony. Profesor zawsze potrafił sprawić, że poczuł się lepiej, nawet jeśli na to nie zasługiwał. I Harry był tego całkowicie pewny, mimo że to brzmiało jak bura. I wylewitowanie piki było mądre? Harry nie wierzył jak, nawet jeśli profesor zaznaczył, że kilka rzeczy zrobił źle, nadal nie nazwał fo „głupim” albo „dziwakiem”. A biorąc pod uwagę to, jak Harry bardzo go przestraszył, nie byłoby nierozsądne, gdyby był naprawdę przykry.
- Naprawdę przepraszam, profesorze. Nie zrobię tak znowu. Naprawdę. – Położył dłoń na ręce mężczyzny, próbując mu przekazać, jak wiele znaczy dla niego dobroć nauczyciela.
Snape prychnął cicho. Próbujesz się podlizać przed karą? Naprawdę powinieneś być przydzielonym do Slytherinu.
- Jesteś niemożliwym, nieznośnym bachorem, najwyraźniej umieszczony na tej ziemi, by mnie dręczyć – odparł lodowato. – Jedz teraz swoje jedzenie, zanim stanie się zimne.
Harry skinął posłusznie, po czym – ignorując zupełnie dobre krzesła otaczające stół, - miał czelność wspiąć się na kolana mężczyzny, by zjeść obiad.
Snape sapnął ze zdumienia i wściekłości. Jak mały potwór śmiał oczekiwać, że może siedzieć w taki sposób na jego kolanach? Jakby nic złego się nie stało! Jakby Snape nie zamierzał go ukarać tylko parę minut temu! Jakby wszystko było dobrze!
Warknął i już miał przenieść diabła na inne krzesło, gdy Harry spojrzał na niego przez ramię i uśmiechnął do niego nieśmiało. Jak zwykle, spojrzenie tych zielonych oczu przyszpiliło jego duszę i Snape dostrzegł, że delikatnie gładzi plecy chłopaka zamiast brutalnie przetrzepać mu tyłek.
Harry westchnął z zadowoleniem – czy to była ulga? – uspokoił się, wracając do jedzenia. Niemal skończył zanim wyszorowany Ron pojawił się w progu, ubrany w zestaw piżam Harry’ego. Na szczęście, zaklęcie dopasowujące działało, tak że pasowały bez problemu na większego chłopca.
Ron wyszczerzył się do profesora. Miał Harry’ego na kolanach i z roztargnieniem klepał chłopaka po ramieniu, podczas gdy Harry kończył resztę zapiekanki.
- Prysznic jest twój, Harry – powiedział Ron.
Harry chciał zeskoczyć, ale ręka na ramieniu powstrzymała go.
- Skończ brokuły, młody człowieku – powiedział surowo Snape.
Harry przewrócił oczami, ale wypchał swoje usta kilkoma różyczkami, po czym, wyglądając jak chomik z wypchanymi policzkami, pobiegł do łazienki.
Snape wstał i spojrzał wściekle na rudowłosą zmorę.
- Idź do salonu i poczekaj na mnie, panie Weasley.
Ron przełknął, ale posłuchał. Chwilę później Snape ponownie się pojawił.
- Zdejmij spodnie od piżamy i przechyl się przez kanapę.
Oczy Rona rozszerzyły się do rozmiarów talerzy do zupy.
- Ale profesorze – jęknął z przerażeniem, - myślałem, że nie uderzy mnie pan na gołą skórę!
Snape zatrzymał się i skrzywił.
- Nie zamierzałem „uderzyć” cię, śmieszny dzieciaku. Nałożę trochę maści na rozcięcie tak, żeby mogło się zaleczyć.
Usta Rona utworzyły idealne „O” z zaskoczenia.
- N-naprawdę?
Wściekłe spojrzenie Snape’a zintensywniało.
- Przypuszczam, że nie powinienem po to, byś mógł sobie przypominać, jak głupim pomysłem było noszenie różdżki w tylnej kieszeni spodni, ale twoja żona może kiedyś zaczepić mnie i chcieć wiedzieć, dlaczego pozwoliłem twojej młodzieńczej głupocie zostawić trwałe blizny ma twoim tyłku, a ponieważ nie mam ochoty kłócić się z przyszłą panią Weasley, tak, zamierzam uleczyć twój pośladek. A teraz zegnij się!
Ron przechylił się przez ramię kanapy, zanim rozbrzmiała ostatnia sylaba głosu Snape’a. Czuł, że chłodne palce profesora smarują ostrożnie rozcięcie maścią, po czym usłyszał, jak Snape cicho intonuje zaklęcie uzdrawiające. Chwilę później ból minął.
Snape odwrócił się, odkładając słoik z maścią do schowka z zaopatrzeniem i dając Ronowi prywatność do podciągnięcia piżamy na tyłek. Ron potarł pośladek, zadowolony, że wrócił do normy.
- A teraz, panie Weasley – powiedział Snape surowo, wracając do pokoju. – Rozumiem, że dzisiejsza głupota doprowadziła do całkowitego zniszczenia swojej różdżki. Prawda?
Ron skinął głową, zawstydzony.
- I ta sytuacja będzie obciążała finansowo twoją rodzinę albo wymagała od ciebie używania różdżki krewnego, z którą masz małe powinowactwo?
Ron przytaknął ponownie.
- Oczywiście nic z tego nie jest zadowalającym rozwiązaniem, panie Weasley. Żadna siła nie weźmie odpowiedzialności za twoje czyny.
Ron zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem.
- Oczekiwanie, że to rodzice wszystko naprawią jest dobre dla małych dzieci, panie Weasley, ale szybko zbliżasz się do wieku, w którym przynajmniej powinieneś próbować naprawić swoje błędy. – Ron zamrugał nie rozumiejąc. – Napraw to, co zniszczyłeś.
- Ale proszę pana, różdżka jest zbyt zniszczona, by ją naprawić.
Snape westchnął ponownie. Dlaczego musiałem utknąć z Gryfonami?
- Mówię w przenośni, panie Weasley. Musisz wymyślić rozwiązanie na nabycie nowej różdżki.
- Eee… No, mam kilka galeonów na moim koncie w banku – zaproponował Ron niepewnie.
Snape przytaknął.
- To jakiś początek. Jestem przekonany, że rodzice dają ci zaliczkę na święta albo jako urodzinowy prezent, ponieważ zakładam, że wolisz mieć odpowiednią różdżkę niż cokolwiek innego?
Ron spojrzał na niego tęsknie.
- Miałem nadzieję na nową miotłę – przyznał, ale gdy Snape skrzywił się, dodał pospiesznie, - ale i tak pewnie bym nie dostał. Są okropnie drogie, a moja stara dobrze lata. Poza tym, bez różdżki, nie mogę zrobić nic.
- Dokładnie. I podejrzewam, że byłeś w Hogwarcie na tyle długo, by wiedzieć, jak ważne jest dla nauki używanie swojej magii w efektywny sposób – zwłaszcza, jeśli masz zamiar nadal być blisko pana Pottera. – Snape westchnął. – Wydaje się przyciągać kłopoty.
Ron uśmiechnął się szeroko.
- To naprawdę nie jego wina.
Snape posłał mu staroświeckie spojrzenie.
- To nigdy nie jest jego wina, prawda? Ale jak powiedziałem, panie Weasley, jest konieczne, byś jak najszybciej zdobył odpowiednią różdżkę. W tym celu, jutro wezmę cię do Ollivandera i nabędziemy należytą różdżkę. – Zignorował świecące radością spojrzenie Rona. – Oczywiście oddasz mi całość, panie Weasley, i oczekuję, że spędzisz jeden wieczór w tygodniu w moim laboratorium, przygotowując składniki eliksirów, aż spłacisz dług. Ponadto, przez pierwsze dwa miesiące, twoi partnerzy w zbrodni odpracują swoje w laboratorium, pomagając ci spłacić swój dług.
- Naprawdę, profesorze? – spytał Ron trzęsącym się głosem. – Mogę mieć nową różdżkę? Od Ollivandera? Naprawdę?
- Nie, panie Weasley, mam zwyczaj rzucania przesadnych obietnic losowym studentom, po czym zapominania o nich. Próbuje mnie pan obrazić?
Po raz kolejny uczeń przytulił go. Snape był całkiem zadowolony z siebie, że nie wyjął tym razem różdżki. Zamiast tego kilka razy poklepał szlochającego chłopaka po plecach.
- Tak, tak. Już dobrze, Weasley. Naprawdę, robić takie zamieszanie wokół małej różdżki. Już wystarczy. Powiedziałem, wystarczy.
 Ron pociągnął na nosie i otarł rękawem oczy. Snape chwycił jego rękę zanim zdążył zrobić to samo z nosem.
- W górnej szufladzie Pottera są chusteczki, źle wychowany dzieciaku. Użyj jednej z nich i proponuję trzymać ją pod ręką, jako że nie doszliśmy do twojej kary za działania dzisiejszego wieczoru.
Ron przełknął i przytaknął, biegnąc do sypialni Harry’ego.
Hmf, irytujące dzieci – zawsze wycierają coś obrzydliwego swoimi szatami, skrzywił się Snape. I nadal nie wiem, jak ukarać te małe łajdaki!
Ron pobiegł do pokoju Harry’ego i znalazł chusteczki. Wydmuchał głośno nos i upchnął ją w poduszkę, po czym schował na potem drugą w łóżku Harry’ego. Nie był pewny, jak mocno Snape bije, ale zrozumiał, że ostry język mężczyzny sam w sobie wystarczy, by zaczęli krzyczeć. Wystarczająco wiele razy widział Mistrza Eliksirów w akcji w klasie, by wiedzieć, że gdy chce, profesor Snape potrafił sprawić, że wolałeś dostać tłuczkiem w głowę niż musieć znosić kolejną minutę kazania. I oczywiście, legendy, które jego starsi bracia przynosili do domu z ich zajęć eliksirów (nie wspominając o szlabanach) wystarczały, by sprawić, że poczuł się słabo z lęku przed następnymi kilkoma minutami.
Harry wyszedł spod prysznica i posłał mu ostre spojrzenie.
- O co chodzi? Płakałeś?
Ron zarumienił się.
- Tak jakby.
Harry wyglądał na zaniepokojonego.
- Co zrobił?
- No, najpierw uleczył mój tyłek, co było dość żenujące – przyznał Ron, - ale potem powiedział, że da mi nową różdżkę. Taką tylko moją – od Ollivandera! Oddam mu pieniądze, ale on da mi ją jutro, nawet jeśli nie będę w stanie oddać mu całych pieniędzy przez parę miesięcy! Och – Ron nagle wyglądał na winnego. – I, eee, no, muszę pomóc mu raz w tygodniu w przygotowywaniu składników, by spłacić dług i, um, ty i Hermiona musicie pomagać przez pierwsze dwa miesiące na moje konto, bo byliście zaangażowani w uszkodzeniu mojej różdżki. – Spojrzał przepraszająco. – To naprawdę nie był mój pomysł.
Harry uśmiechnął się szeroko i pchnął go w ramię.
- Oczywiście ja i Hermiona ci pomożemy. Myślę, że to wspaniale, że pomoże ci dostać nową różdżkę.
Ron podskoczył na wolnym łóżku.
- Ja też! Tylko poczekaj, aż zobaczysz, co będę mógł robić różdżką, która mnie wybierze.
- Co to? – Harry podniósł chusteczkę ze swojej poduszki.
- Och, eee, twój tata – uh, profesor, - powiedział, że lepiej jeśli będziemy je mieli, gdy przyjdzie nas ukarać.
- Och – powiedział Harry cicho.
- Eee, nie chce użyć szczotki do włosów, czy czegoś takiego, prawda? – zapytał Ron nerwowo. – Nie żebym nie zasługiwał na to i nadal uważam, że jest genialny, bo zabiera mnie jutro po różdżkę i w ogóle, ale, eee, tak się tylko zastanawiam.
Harry pokręcił uspokajająco głową.
- Użyje tylko ręki. I możesz zatrzymać swoje ubrania. No, w każdym razie na teraz – wyszczerzył się.
- Ha, ha – odparł Ron.
Wtedy usłyszeli kroki profesora w drzwiach i nagle nic nie wydawało się zabawne. Oboje skulili się na łóżkach i czekali na burzę, która rozpęta się nad nimi.
- A więc. – Snape wszedł do pokoju i zlustrował dwóch drżących niegodziwców. Och tak, teraz macie te oczka szczeniaczka i przepraszacie – małe zepsute bachory. – Nie tylko zdecydowaliście się łamać zasady, ale też w najlepszy sposób zmówiliście się, by uniknąć wykrycia i ukarania, skutkiem czego stanęliście przed wielkim niebezpieczeństwem.
- Ale nie wiedzieliśmy, że pojawi się troll – zauważył Harry bez przekonania.
- Ale mógł się pojawić inny nagły przypadek, młody człowieku! I to dlatego wasze miejsce pobytu musi być przez cały czas znane. Zasady są nie bez powodu – by chronić waszą nędzną skórę! – odparł Snape ze złością. – Naraziłeś siebie i pannę Granger na niebezpieczeństwo bez powodu, głupi, głupi dzieciaku.
Harry pokręcił się na miejscu.
- I pan, panie Weasley. Miałeś czelność kłamać mi w twarz! Co powiedzieliby na to twoi rodzice?
Ron zbladł.
- Przykro mi, proszę pana!
- Och, jestem pewny, że obu wam jest bardzo przykro, teraz, gdy zostaliście złapani! – powiedział Snape pogardliwie. – Wasze zachowanie było skandaliczne! Wymykanie się, kłamanie, łamanie wszelkich reguł – takie cechy osobowości chcecie rozwijać? Niewiarygodność? Podstępność? Wiecie, jak trudno jest odzyskać zaufanie kogoś, gdy się je straci? – W tym momencie z oczu obu chłopców pociekły łzy. – Ufałem wam, a wy celowo okłamaliście mnie.
- Przepraszam – zapłakał Harry. – Nie starałem się stracić pana zaufania.
- Ja też przepraszam – wykrztusił Ron.
- Nie potrafię wyrazić tego, jak głęboko mnie rozczarowaliście – kontynuował Snape surowo. – Pokazaliście swojej Opiekunce Dumu i dyrektorowi, a także mi, że nie można wam zaufać jeśli chodzi o przestrzeganie reguł. Dowiedliście, że nie jesteście godni szacunku, który utrzymywaliśmy. – Teraz oboje już otwarcie szlochali.
- Czeka was długa i trudna droga z powrotem do punktu wyjścia – pouczał. – Jestem pewny, że nigdy nie zapomnicie, jak kruche i wątłe może być zaufanie. – Przerwał i spojrzał na dwie oblane łzami kupki nieszczęścia. – Bardzo mnie kusi, by poprosić prefektów by przez najbliższe dwa tygodnie odprowadzali was na i z wszystkich zajęć oraz posiłki, ponieważ pokazaliście, że nie można wam zaufać w kwestii chodzenia gdziekolwiek na własną rękę.
Ron jęknął ze strachu. Och, Percy byłby nie do zniesienia! A bliźniacy nigdy by nie dali mu o tym zapomnieć.
Harry skulił w nieszczęściu ramiona. To wszystko jego wina. Razem z Ronem zostaną poniżeni na oczach całej szkoły i to on wplątał najlepszego kumpla w ten bałagan.
- A co do twoich, przerażających, gryfońskich tendencji do narażania karku, masz pomysł, jakie mieliście dzisiaj szczęście? Trzej pierwszoroczni przeciwko dorosłemu górskiemu trollowi? – Snape usłyszał, że jego głos stał się piskliwy z przerażenia i zmusił się, by go opanować.- Najwyraźniej miałeś dzisiaj szczęście samego Merlina, ale jest niezwykle mało prawdopodobne, że kiedykolwiek znowu będziesz miał takie szczęście i zamierzam pokazać ci, jak głupie było takie branie swojego życia we własne ręce! – Skrzywił się, patrząc na Harry’ego. – Co ja ci mówiłem na temat myślenia przed działaniem, panie Potter?
- Ż-że to bardzo ważne – Harry pociągnął nieszczęśliwie na nosie, po czym zatrąbił w chusteczkę.
- A zrobiłeś to dzisiaj?
- Nie, proszę pana – przyznał, zwieszając głowę jeszcze niżej.
- Czy ty myślisz, że mówię te rzeczy, by się podbudować albo dla zabawy, lekkomyślny, bezmyślny dzieciaku? Nauczę cię słuchać!
- Tak, proszę pana.
- A co do pana, panie Weasley, tylko dlatego, że pochodzi pan z dużej rodziny nie oznacza, że ty i twoje rodzeństwo jesteście jednakowi w oczach rodziców. Gdyby coś się z panem stało, byliby zniszczeni! – Snape wyłapał wyraz nagiej tęsknoty na twarzy Harry’ego. – I tak samo by rozpaczali, gdyby coś stało się panu, panie Potter – dodał, chcąc usunąć ten ból z twarzy dzieciaka. Co ciekawe, Potter nie wydawał się całkowicie zdopingowany przez ten komplement i nadal patrzył na Snape’a na wpół przestraszony, na wpół oczekujący.
Och, nie. Nie, nie, nie. Jak mogłeś wpaść w taką sytuację? Snape zacisnął zęby i powiedział to, co musiał powiedzieć.
- I oczywiście ja byłbym również bardzo… niezadowolony – udało mu się w końcu wykrztusić.
Harry rozpromienił się.
- A teraz, za głupią impulsywność, nie wspominając już o rażącym nieposłuszeństwie, kłamaniu i nieprzestrzeganiu instrukcji, zostaniecie ukarani – oznajmił nieludzko. Harry stracił uśmiech, a piegi Rona stały się bardziej dostrzegalne na jego poszarzałej twarzy. – Ponieważ oczywistym jest, że nie można wam ufać w kwestii działań bez nadzoru, przez jeden tydzień będziecie ograniczani. To znaczy, że gdy nie będziecie na zajęciach, posiłkach lub gdzie indziej, gdzie każą wam członkowie kadry, pozostaniecie w dormitorium albo Pokoju Wspólnym. Jeśli znajdziecie się poza tymi obszarami, nie tylko wyznaczę wam prefektów do eskorty, ale również przekażę was dyrektorowi, by was ukarał – zagroził Snape strasznym tonem. Chłopcy wyglądali, jakby mięli zemdleć, a Snape miał nadzieję, że nigdy nie dowiedzą się, że kara w stylu Dumbledore’a to przyjemna pogawędka i mnóstwo cytrynowych dropsów.
- Ponadto, wykorzystacie czas na napisanie eseju na trzy stopy na temat, co powinniście zrobić, gdy dowiecie się, że jesteście zamknięci w bibliotece, gdy troll chodzi luzem po zamku. Mam nadzieję, że zwrócicie szczególną uwagę na błędy, które popełniliście, a także zaznaczycie lepsze wybory przy każdej decyzji. Rozumiecie?
- Tak, proszę pana – odpowiedzieli chórem chłopcy.
- By się upewnić, że znajdziecie czas na zwężenie przenikliwych nieprzyjemności, pan, panie Potter, będzie miał zakaz latania przez ten czas, podczas gdy pan, panie Weasley, powstrzyma się od jedzenia wszystkich słodkich smakołyków i deserów. – Oboje chłopcy patrzyli na niego z oczami szeroko otwartymi z udręczenia.
- Przez tydzień? – pisnął Ron tonem, który jasno pokazywał, jak jest to przerażający sposób traktowania. – Ale moja mama nigdy nie zabraniała mi budyniu na dłużej niż noc!
Snape uśmiechnął się do niego złośliwie.
- Więc może następnym razem postarasz się, by to matka cię ukarała.
- W ogóle żadnego latania? – przełknął Harry.
- Żadnego. Jutro rano oddasz mi swoją miotłę. – Snape zmusił swój głos, by pozostał surowy, nawet gdy przygnębiony wyraz twarzy chłopca wywołał dziwny ból w klatce piersiowej. – Jeśli nie mogę ci zaufać na temat tego, gdzie pójdziesz, stojąc obiema nogami na ziemi, jak możesz oczekiwać, że powierzę ci miotłę?
Harry pociągnął trochę mocniej nosem.
- Przepraszam – powiedział głosem gęstym od wyrzutów sumienia.
- Hmf – prychnął Snape. – Jestem pewny, że macie świadomość tego, że zarobiliście lanie. Połóżcie się i odwróćcie na brzuchy.
Harry i Ron wymienili nieszczęśliwe spojrzenia i posłuchał. Snape podszedł najpierw do rudzielca, który ze wszystkich sił ściskał poduszkę. Położył rękę na pośladku chłopca, czując, że mały nikczemnik zadrżał z niepokoju.
- Nie będziesz nieposłuszny i nie będziesz kłamał profesorom – zaintonował surowo, po czym opuścił drugą rękę w ostrym klapsie po całej szerokości wypiętego tyłka.
Ron pisnął i mocniej złapał poduszkę.
- Nie będziesz narażał się na niebezpieczeństwo. – Wylądował drugi klaps, a Ron przełknął drżąco.
- Taksir.
- Właź pod okrycie i idź spać – nakazał Snape szorstko. Ron szybko spełnił rozkaz,, a Snape szorstko otulił go kołdrą. – Dobranoc – warknął.
- Dobranoc, proszę pana – Ron odważył się odpowiedzieć nieśmiało, a ręka Snape’a – zdradziecka kończyna! – poklepała go raczej niezgrabnie po głowie. Snape zignorował pełne ulgi westchnięcie chłopca i odwrócił się groźnie do Harry’ego.
Jasne, zielone oczy obserwowały każdy jego ruch z chłopakiem Weasleyów niczym oczy jastrzębia, ale gdy Snape podszedł do łóżka, Harry spuścił wzrok.
- Przepraszam – powiedział tak cicho, że Mistrz Eliksirów niemal to przegapił. – Nie chciałem pan zmartwić albo zawieść albo stracić pana zachowania. Ja tylko… - pociągnął nosem, - wszystko schrzaniłem.
Snape prychnął z irytacją i usiadł na łóżku obok zrozpaczonego chłopca.
- Zrobiłeś błąd – szepnął, ale jego ton był mocny, a nie potępiający. – Zrobisz ich dużo więcej w dzieciństwie, choć mam nadzieję, że żaden nie będzie zawierał trolla. Jednakże twoim obowiązkiem nie jest unikanie błędów, ale raczej uczenie się na tych popełnionych. W szczególności mam nadzieję, że teraz zapamiętasz, by najpierw myśleć, a potem działać.
Harry skinął głową, ale jego zielone oczy nadal były ciemne od bólu.
- Będzie pan w stanie kiedykolwiek znowu mi zaufać? – wyszeptał. – Nie chcę, by mnie pan nienawidził.
Melodramatyczny bachor!
- Idiota. Nie nienawidzę cię. Jesteś niemożliwym, nieposłusznym, bezmyślnym dzieciakiem, ale biorąc pod uwagę to, jak zachowują się inne dzieci, uważam, że jesteś mniej przykry niż inni. – Harry zamrugał, przetwarzając to, co zostało powiedziane, po czym cała jego twarz pojaśniała, gdy to zrozumiał.
- Naprawdę? Lubi mnie pan? Nadal?
- Czyż tego nie powiedziałem? – zapytał Snape gniewnie. – Głupie dziecko. Nauczysz się mnie słuchać. A teraz przestań mówić.
Harry schował twarz w poduszkę, by ukryć uśmiech. Poczuł, że profesor unosi i kładzie mocno jedną rękę na jego tyłku, po czym – pac! – pierwszy klaps zaszczypał go w tyłek. Harry podniósł głowę i spojrzał na profesora z zaskoczeniem. To bolało!
Och, to było nic w porównaniu z tym, co rozdzielali mu krewni, ale to był poważny klaps – znacznie mocniejszy niż to powierzchowne pacnięcie, które otrzymał u Weasleyów, - i spowodował zdecydowane ukłucie i pieczenie w pośladkach.
- Nie będziesz ponownie nadstawiał karku! – szepnął zaciekle Snape i dał mu kolejnego klapsa, nawet mocniejszego niż pierwszy.
Harry skrzywił się i poruszył niespokojnie.
- Aua! – poskarżył się, a tym razem w jego głosie nie było sztuczności. Wydął wargi w kierunku Snape’a, wykręcając rękę do tyłu i pocierając piekące miejsce.
- Jeśli nie chcesz mieć kary, to nie łam zasad – odparł Snape bez współczucia. – Idź spać. – Pomógł Harry’emu okryć się kołdrą, po czym poklepał go na dobranoc po tyłku.
Harry zamrugał, układając się pod kołdrą. Dlaczego profesor Snape miałby klepać go tam? Jego pośladek nadal piekł od klapsów, a kłujący ogień miał służyć wzmocnieniu kary – co było, jak zgadł, ścisłą intencją profesora. Westchnął. Wiedział, że zasłużył na karę – w tym bicie, - i bardzo mu ulżyło, gdy dowiedział się, że profesor Snape go nie nienawidził. Pragnął tylko, gdy profesor nie wybrał tej nocy, by przezwyciężyć swoją awersję do dawania czegoś więcej niż pozornych klapsów. Nie chciał, by Ron zdecydował, że jego opiekun mimo wszystko nie był miły.
Snape uśmiechnął się złośliwie na widok ponurych twarzy chłopców.
- Pamiętajcie, co powiedziałem – napomniał i zgasił światło zaklęciem, wychodząc.
Nastąpiła minuta czy dwie ciszy, po czym:
- Wszystko okej, Harry? – wyszeptał Ron.
- Tak. Choć tyłek nadal mnie piecze.
- Mnie też. Kurcze, on bierze to całe bezpieczeństwo na poważnie, co nie?
Harry westchnął.
- Tak. Nie bije tak mocno za inne rzeczy.
Ron potarł niepewnie tyłek, po czym skrzywił się.
- Nie było tak źle. Znaczy, drewnianą łyżką boli bardziej.
Harry westchnął.
- Albo szczotką do włosów.
Ron zakrztusił się.
- Myślałem, że powiedziałeś, że nie użył na tobie szczotki!
- On tego nie zrobił – powiedział Harry prędko, nie chcąc, by Ron miał złe pojęcie o jego profesorze. – Ale moi krewni tak. Wiele razy. I paskiem też.
Nastąpił moment ciszy.
- To dlatego jesteś teraz ze Snapem? Ponieważ twoi krewni cię krzywdzili?
Harry westchnął.
- Tak. Nie chcę, by ktoś wiedział… no, poza tobą i Hermioną… ale byli naprawdę straszni. Nie sądzę, że było tak źle, ale kiedy tu przyszedłem i profesor Snape się o tym dowiedział, stał się jakby szalony. Powiedział, że byli okropni i nie powinienem być tak traktowany.
- Czy to dlatego kazał ci pisać te linijki o tym, jak głupi byli i jak nie powinieneś ich słuchać?
Harry nie potrafił powstrzymać uśmiechu, gdy pomyślał o tych 500 linijkach. Nawet usta profesora Snape’a uniosły się w górę, kiedy Harry podał mu pergamin i przejrzał zawartość.
- Tak. Czasem nadal robię ten błąd, a potem on jest gderliwy i opiekuńczy. – Przerwał. – Jest naprawdę bardzo genialny – przyznał, pocierając nadal piekący tyłek.
- Myślę, że to dlatego staje się na ciebie tak zły, gdy robisz coś głupiego lub narażasz się na niebezpieczeństwo. Gdy to robisz, myśli, że nadal słuchasz się swoich krewnych.
Harry skinął głową z namysłem. Nigdy wcześniej nie rozważał tego w ten sposób.
- Nic dziwnego, że robi się wtedy taki wściekły. Mówił mi, żebym nie słuchał tego, co mówili moi krewni już jakieś milion razy.
Nastąpiła kolejna chwila ciszy, przerwana przez:
- Nadal cię boli? – zapytał Ron.
- W sumie nie – przyznał Harry. – A ciebie?
- Nie. Choć jestem po prostu taki zadowolony, że nie musimy siedzieć teraz na zajęciach.
- Ja też.
- A wiesz… to był naprawdę duży troll, prawda?
Harry wyszczerzył się.
- Tak! I ten pomysł z piką? To było świet…
- Idźcie. Spać.
Srogi głos od strony wyjścia wstrzymał dalsze rozmowy, gdy z identycznymi jękami, chłopcy schowali się pod swoje kołdry.

CDN…

*czyli shepherd's pie – jest to potrawa z mięsa mielonego i ziemniaków


Droga Ingrid, dziękuję za wytknięcie błędów (tak, czytam komentarze i bardzo mnie cieszą, szczególnie te z konstruktywną krytyką). Mam jednak nadzieję, że stwierdzenie, że tłumaczenie jest w niektórych miejscach rodem z translatora, odnosi się do jednych z pierwszych rozdziałów i że teraz jest nieco lepiej. Niekiedy sama już nie wiem (szczególnie po godzinie siedzenia nad tekstem), co jest po polsku, a co nie. Jednak staram się, żeby brzmiało to jak najlepiej (nadal nie mam bety do tego opowiadania :( Niektórzy nie lubią Seva). 
Drodzy czytający NDH, czy tekst jest lepszy niż w np. rozdziale 10? Czy nie poprawiłam się ani trochę? Napiszcie, co uważacie :) ^^
Dziękuję za uwagę! Adieu! 

IWR - Zajęty (sequel)




INFO: Ten one-shot dzieje się w świecie „Ich własnej rodziny”. Lily, James i Remus mają 27 lat, a Syriusz – 28. Remus i Syriusz mają teraz czwórkę dzieci (trzy dziewczynki i chłopca). Najstarsza ma pięć, druga – cztery, chłopiec ma dwa i pół, a najmłodsza pięć miesięcy. Lily i James mają dwójkę dzieci. Harry w tej historii ma cztery, a jego siostrzyczka trzy.


W tym momencie Anne Chamberlain niestety była samotna.
Minęły trzy dni, od kiedy pierwszy raz przyszła na plażę, a swojego wymarzonego mężczyznę dostrzegła w drugim dniu wakacji.
Był wysoki, młody, przystojny, miał piegi i grzywkę nad oczami. Jego włosy miały piękny odcień brązu, wymieszany z blondem i rudością. Miał duże, bursztynowe oczy (co było nieco niezwykłe) i wydawał się być dżentelmenem. Był też zapalonym czytelnikiem (widziała, jak czyta różne książki po francusku, włosku i angielsku). Wydawał się być trochę nieśmiały (nigdy nie widziała go bez koszulki), a wyglądał na raczej wysportowanego. Z pewnością wydawał się idealny.
Jedynym problemem Anne było to, że zawsze widziała, jak wychodzi z rudowłosą kobietą ( i, co gorsza, z dzieckiem). Na początku Anne myślała, że ruda jest jego żoną. Ale po tym, jak przyglądała im się przez całe popołudnie, doszła do wniosku, że ona nie jest jego żoną (choć ta dwójka wydawała się być blisko), ale dziecko było jego.
Była to mała dziewczynka, mająca cztery albo pięć miesięcy. Anne jeszcze nigdy nie widziała tak słodkiego i spokojnego dziecka. Maleńka zawsze spała w swoim nosidełku. Miała delikatne, czarne włoski i małą, śliczną kokardkę na główce. W pierwszym momencie, Anne niemal zdecydowała przestać ich obserwować i poszukać innego mężczyzny, ale wydawał się tak miłą możliwością, że i tak postanowiła spróbować szczęścia.
Zachęcona przez fakt, że nigdy nie widziała go z inną kobietą, pomyślała, że może być samotnym tatą. Nawet wyobraziła sobie kilka scenariuszy (w których powalał ją z nóg). Anne była raczej atrakcyjna i trzeciego dnia zdecydowała się usiąść obok nich pod gorącym, lipcowym słońcem (będąc również ubraną w najmniejszą i najseksowniejszą bieliznę).
Była w stanie ich słyszeć i próbowała dowiedzieć się jak najwięcej o mężczyźnie marzeń.
- I to się nazywa wakacje, Rem! Powinniśmy wyjechać lata temu! – krzyknęła rudowłosa, nakładając więcej kremu do opalania na ramię (które miało bladoróżowy docień).
- Zgadzam się, Lily! – odparł Rem, wymarzony facet Anne. – Ale gdzieś w głębi duszy czuję lekkie wyrzuty sumienia za zostawienie Rogacza i Łapy z dziećmi.
- Jakoś sobie poradzą! Mają się z nami spotkać pod wieczór. Szkoda, że nie było ich tylko trzy dni. Choć trochę tęsknię za moją dwójką dzieci i może za mężem też, jeśli zamierzasz nalegać! – Założyła okulary przeciwsłoneczne na czoło, pokazując parę niesamowitych, zielonych oczu.
Anne nigdy wcześniej nie widziała takich oczu i od razu poczuła zazdrość względem kobiety.
Słodka dziewczynka dała o sobie znać i mężczyzna wziął ją na ręce.
Rudowłosa uśmiechnęła się i wyciągnęła długie nogi.
- Twoje maleństwo to taka ślicznotka, że aż mi żal, że James przeszedł operację. A potem myślę o tym okropnym bólu porodu, o tłuszczu na moim tyłku i udach i patrzę na ciebie, dumając nad faktem, że ty przeszedłeś przez to cztery razy i nie przybrałeś ani grama. – Wyszczerzyła się. – Życie jest niesprawiedliwe.
Rem również się roześmiał.
- Pójdę na szybki spacer z Charlie, jeśli nie masz nic przeciwko, Lil, i wrócę za pięć minut!
- Nie ma problemu. Poczekam na resztę naszego plemienia! – Założyła z powrotem okulary.
Anne pomyślała, że cała rozmowa między tą dwójką była dość dziwna, ale nadal uznała, że to był moment, w którym może dowiedzieć się trochę informacji i przepytać rudowłosą.
- Cześć, nazywam się Anne!
- A ja Lily – rudowłosa pokiwała w jej kierunku.
- Ładna pogoda, prawda?
- Bardzo.
- Może to się wydać dość bezceremonialne, ale jak się nazywa ten miły dżentelmen, z którym przyszłaś? Ma żonę?
Lily wybuchnęła śmiechem, co nieco uraziło Chamberlain.
- Zdecydowanie nie ma żony! Dlaczego? Jesteś zainteresowana?
- Właściwie to tak.
- Wybacz, ale…
Chamberlain była nieco zła.
- Dlaczego? Uważasz, że nie jestem wystarczająco piękna, prawda?
Rudowłosa zachowała się, jakby jej nawet nie usłyszała. Patrzyła na coś w oddali. Wkrótce dotarł do nich głośny krzyk (MAAAAMAAAAAAA!). Mały chłopiec z roztrzepanymi, czarnymi włosami i okularami w towarzystwie swojej młodszej siostry, rudowłosej trzylatki, biegł w ich kierunku, a tuż za nimi mężczyzna o identycznym bałaganie na głowie.
Biegły za nimi dwie małe dziewczynki (jedna mniejsza od drugiej) z długimi, czarnymi włosami i bursztynowymi oczami, mając wielkie uśmiechy przylepione do twarzy. Za nimi podążał bardzo przystojny mężczyzna z małym chłopcem w ramionach. Chłopczyk miał psotny uśmieszek na twarzy.
Lily uśmiechnęła się, gdy dwójka dzieci skoczyła na nią.
Anne wydawała się nieco zagubiona w tym spotkaniu.
- Myślałam, że umówiliśmy się na późne popołudnie, Potter! – rudowłosa pocałowała okularnika.
- Lily, nie mogę bez ciebie żyć, mój kwiatuszku, wiesz o tym! A poza tym, przez syna Łapy kompletnie oszaleliśmy. Jest huncwotem!
Czwórka dzieci spojrzała na siebie i postanowili zbudować wielki zamek z piasku, kilka stóp od czujnych spojrzeń rodziców.
- Uwielbiam cię, Lily, i w ogól, ale gdzie Lunatyk? – zapytał przystojny mężczyzna (Łapa, jak się wydawało). Miał kilka ładnych tatuaży na torsie i na lewym ramieniu.
- Poszedł na spacer z twoją najmłodszą.
Anne oczyściła gardło. Czuła się nieco nie na miejscu. Dwójka mężczyzn w końcu zauważyła ją, spoglądając na nią pierwszy raz.
- Twoja koleżanka, Lily?
Anne potrząsnęła głową.
Lily roześmiała się.
- Nie, jest tu dla Remusa. Chce go uwieść!
James wybuchnął śmiechem, a drugi mężczyzna spojrzał na nią dziwnie. Jego syn pociągnął go za włosy. Anne zaczynał być naprawdę wściekła na tych ludzi. Była bardzo dumną kobietą, a oni ją obrażali.
- Kto chce kogo uwieść? – zapytał mężczyzna jej marzeń, wracając ze spaceru.
- CIEBIE! – Roześmiał się James. Lily niemal płakała. – Anne się tobą interesuje!
Remus przewrócił oczami i podał swoją córeczkę przystojnemu mężczyźnie, który oddał mu małego chłopca.
- Bardzo przepraszam, panno…
- Chamberlain. Anne Chamberlain.
James niemal zaczął tarzać się w piasku.
- Bo widzisz, chciałam ci powiedzieć, że on już jest zajęty – kontynuowała Lily, ocierając łzę z lewego policzka.
- Jest dumnym ojcem czwórki dzieci i jest poślubiony… - dodał James.
- Mi! – dopowiedział przystojny mężczyzna, po czym pocałował mężczyznę jej marzeń w głowę.
- Wybacz! – zakończył jej wymarzony facet.
Anne straciła głos. Jej twarz w ciągu minuty zaczerwieniła się, więc zdecydowała odejść. Mimo wszystko byli bardzo zabawni.

piątek, 23 września 2016

IWR - Rozdział 12 - Żadnego więcej bzykanka!



- Chcecie zagrać w Eksplodującego Durnia?
Brak odpowiedzi.
- Chcecie pooglądać film? Możemy się też przejść, jeśli macie na to ochotę.
- Glizdogon, mógłbyś na chwilę się przymknąć? Nie mam ochoty na robienie niczego – odpowiedział James, zdejmując okulary i pocierając oczy. Był zmęczony, ale mimo to ni wiedział, co robić.
Łapa przemierzał salon od dwóch godzin, a James zaczął czuć zawroty głowy od samego patrzenia na niego.
Była druga w nocy. Z mieszkania nie dochodziły żadne odgłosy. Lunatyk przestał wydawać jakiekolwiek dźwięki dwie godziny temu. Trójka Huncwotów próbowała dostać jakieś odpowiedzi od trzech kobiet będących w sypialni, które próbowały pomóc wilkołakowi urodzić pierwsze dziecko, ale nikt nie odpowiedział na ich usilne prośby. Poza Lily, która raz otworzyła drzwi i spojrzała na chłopaków z nieśmiałym uśmiechem i łzami w oczach.
Łapa był pewny, że straci swojego chłopaka i spiorunował wzrokiem wazon z kwiatkami, które eksplodował na drobne kawałeczki. Po tym zaczął chodzić, a Glizdogon mógł przysiąc, że zauważył jakieś ślady na podłodze.
Szczurzy animag był bardzo zakłopotany tym, co się działo w mieszkaniu i próbował zająć swój umysł jakąś rzeczą, starając się złagodzić napięcie wyczuwalne w pokoju.
James starał się ponownie usadzić Syriusza. Psi animag potrząsnął głową i wrócił do chodzenia.
XxX
Była już czwarta nad ranem i Syriusz zdecydował się usiąść koło Jamesa. James poklepał go po plecach, a Syriusz zrobił coś całkiem niespodziewanego: zaczął głośno i histerycznie szlochać. Glizdogon był szczerze zaskoczony i oświadczył, że musi do toalety.
Emocjonalne momenty nie były jego bajką. Odchrząknął i zdecydował się usiąść na toalecie, aż usłyszy, że z pokoju nie dobiegają już odgłosy łez.
James też poczuł się niekomfortowo, ale starał się jak najbardziej wesprzeć brata, który był nim we wszystkich aspektach, oprócz krwi.
- Przysięgam, James, jeśli Luni umrze, ja też umrę. Nie mogę żyć bez niego – pociągnął głośno nosem.
- Czy ty próbujesz wytrzeć nos w moje ramię?
- Może.
- Wiesz, Łapciu, że Lunatyk jest silniejszy niż to. Jestem pewny, że będzie z nim okej. Po prosty pomyśl o tych wszystkich głupich kawałach, które wykręciliśmy z nim i jemu. Przez nas wypił srebro na drugim roku! Prawda, był trochę chory i wymiotował krwią i bolał go brzuch przez kilka dni, ale dość szybko nam wybaczył i był niemal jak nowy w ciągu jednego tygodnia. Mówię ci, Lunatyk będzie zdrowy.
- Mam nadzieję, że masz rację, James. Zrobiłbym dla niego wszystko. Przysięgam na tyłek Merlina, że nigdy więcej nie przelecę Lunatyka, jeśli przeżyje tę noc.
- Naprawdę mógłbyś to zrobić, Black? – zapytała Lily ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Jej ręce były poplamione krwią, włosy miała związane w niechlujny kok, makijaż spływał jej po policzkach, a jednak była szczęśliwa. Dosłownie promieniowała.
Byli tak zaaferowani rozmową, że nie usłyszeli skrzypnięcia drzwi.
McGonagall również wyszła z pokoju z wielkim uśmiechem na twarzy.
- O czym to ja miałam powiedzieć, chłopcy? – Profesorka wydawała się szukać czegoś.
James uniósł brew, a Syriusz próbował zrozumieć, co się działo, dyskretnie ocierając oczy, by ukryć fakt, że chwilę temu płakał.
- Ach tak, to było: koniec psot, chłopcy. Cóż, nie powinnam już cię tak nazywać, Syriuszu, ponieważ teraz jesteś ojcem słodkiej małej…
- NA SKARPETY MERLINA! – krzyknął psi animag, popychając Jamesa na podłogę i biegnąc sprintem do sypialni.
Spotkał się ze sceną, którą będzie pamiętał jeszcze przez wiele lat. Lunatyk, jego Lunatyk leżał na łóżku z małym zawiniątkiem w ramionach. Pani Pomfrey uśmiechała się i pocałowała Lunatyka w głowę, zanim szybko opuściła pokój.
Lunatyk wyglądał na zmęczonego. Miał zaschniętą krew w kącikach ust, jego grzywka była przyklejona do czoła, a twarz była lekko czerwonawa i wydawało się, że ma piegi, które zwykle pojawiały się, gdy wilkołak opalał się na słońcu przez kilka godzin. Mimo to wilkołak był teraz najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek w życiu widział. W tym momencie wiedział, że nic nie znaczy dla niego więcej niż jego Lunatyk i do cholery będzie musiał poprosić wilkołaka o rękę, ponieważ zwyczajnie go potrzebował przez resztę życia i chciał, do licha, wiedzieć, że jest jego. Tylko jego.
Słońce zaczęło wschodzić, kiedy spojrzał na dziecko. Była to śliczna dziewczynka z meszkiem grubych, czarnych włosów na malutkiej głowie. Z włosami takimi jak jego. Miała małe, różowe usteczka i duże, bursztynowe oczy. Tak, jak Lunatyk.
Była ich i była perfekcyjna.
- Kocham cię, Luni.
- Ja ciebie też, Łapo.
I pocałowali się, podczas gdy reszta patrzyła na scenę z radością.
Kilka godzin później, gdy Glizdogon wyszedł z łazienki, zobaczył od razu, że coś się zmieniło. Lily i James spali, skuleni na kanapie, profesor McGonagall uśmiechnęła się do niego – czego nigdy wcześniej nie zrobiła, - a drzwi do pokoju szczeniaków były otwarte.
Zajrzał do pomieszczenia i zaczął uśmiechać się jak głupi. Stworzyli śliczną rodzinkę, pomyślał. Mam nadzieję, że mogę być ojcem chrzestnym razem z Jamesem. Mimo wszystko, dziecko było Lunatyka i Łapy – to na pewno wystarczyło, by wymagać dwóch, jeśli nie trzech ojców chrzestnych.
XxX – 5 miesięcy później – Wigilia – XxX
Lily właśnie kończyła lukier na Yule Log* z pomocą Jamesa, kiedy Lunatyk przybył na dwór Potterów. Był nieco spóźniony. Na dworze padał śnieg i wilkołak wytrzepał go z włosów, po czym przywitał się ze szczęśliwą parą. Lily była w trzecim miesiącu ciąży i dosłownie promieniała.
Glizdogon był w salonie z Łapą. Oboje bawili się z Emmeline. Dziewczynka miała pięć miesięcy i była dumą i radością dwóch tatusiów. Glizdogon został wyznaczony na oficjalnego opiekuna dziecka i razem z Jamesem był wybrany na ojca chrzestnego maleńkiej.
Lunatyk poklepał Petera po plecach, pocałował córeczkę w głowę – dziecko zachichotało i wydało z siebie słodkie, bulgoczące dźwięki, - i złapał swojego chłopaka za rękę.
- Muszę ci coś powiedzieć.
- Coś nie tak, moje księżycowe kochanie? Wydajesz się zmartwiony.
Czarnowłosy animag spojrzał na wilkołaka z pełnymi zdumienia oczami.
- Pamiętasz ostatnią pełnię?
- Od niej łóżko już nigdy nie będzie takie samo. Dlaczego? – zaśmiał się.
- Cóż, poszedłem zobaczyć się z Pomfrey i… mogę być znowu w ciąży…
Syriusz pocałował chłopaka w usta i mrugnął w kierunku Glizdogona.
- Remusie Lupin, kiedy zacząłem się z tobą umawiać, nigdy nie myślałem, że zostanę ojcem dwójki dzieci, jako dwudziestolatek.
- Eeemm… spraw, byś był ojcem trójki.

Koniec

*ciasto bożonarodzeniowe, przypominające kłodę drewna…