sobota, 28 maja 2016

NDH - Rozdział 16



Harry spojrzał na pozostałych chłopaków. Wszyscy byli wysocy i wysportowani i teraz otaczali go półkolem, skutecznie go zatrzymując.
- O czym chcecie porozmawiać? – zapytał, a jego niepokój wzrósł. Co mogłoby od niego chcieć grono starszych chłopaków z innego domu?

Jeffreys uśmiechnął się szeroko i lekko wzruszył ramionami.
- Co wiesz o swoim ojcu, Potter?
- O moim ojcu? – powtórzył Harry w osłupieniu, zastanawiając się, czy mówią o Jamesie Potterze  czy profesorze Snape’ie. – Dlaczego?
- Ponieważ jestem ciekawy, czy wiesz jakim był zupełnym sukinsynem! – warknął Jeffreys, zrzucając przyjazną maskę i popchnął Harry’ego tak mocno, że uderzył w jednego z chłopaków.
- Nie był! – zaprotestował automatycznie Harry, nawet gdy walczył, by uwolnić się od innych uczniów. Krukon chwycił go bez trudu, a jego ręce owinęły się boleśnie wokół bicepsa Harry’ego. – Puść!
- Jeszcze nie teraz, Potter – warknął Jeffreys. – Masz go, Smythe?
- Nigdzie nie pójdzie – zapewnił go chłopak trzymający Harry’ego.
- Puść! – powiedział znowu Harry, a jego głos nabrał głośności. – Zostaw mnie!
- Silencio! – Jeden z dwójki pozostałych chłopaków machnął różdżką na Harry’ego i choć Harry ciężko próbował, żaden dźwięk nie przeszedł przez jego gardło.
- Dzięki, O’Leary. Nie chcemy, by ktoś przypadkiem usłyszał i zepsuł nasze przyjęcie – powiedział Jeffreys, udając, że uderza Harry’ego w głowę i złośliwie potargał mu włosy.
Krzyk Harry’ego był – oczywiście – wyciszony, gdy przeklinając warczał na resztę chłopaków.
Jeffreys najwidoczniej wystarczająco potrafił czytać z ruchu warg – przynajmniej takie słowo – i spoliczkował Harry’ego wystarczająco mocno, by zrzucić jego okulary.
- Ej, zaczekaj! – wybuchnął ostatni Krukon, brzmiąc na zaniepokojonego. – Myślałem, że nie zamierzałeś go naprawdę krzywdzić!
- Zamknij się, Peterson – warknął Jeffreys. – Stary tego małego gnojka wysłał mojego ojca do Azkabanu i zamierzam sprawić, by za to zapłacił. Poza tym, mając go możemy mu osobiście podziękować za klęskę Czarnego Pana, a gdyby nie to, twój wujek i rodzice Smythe’a nie byliby wygnani z kraju przez aurorów albo zabici, jak mama O’Leary’ego.
Harry nie był do końca pewny, o czym Jeffreys mówi. Powoli uczył się o Voldemorcie, śmierciożercach i  tym, co naprawdę się stało dziesięć lat temu, gdy jego rodzice zostali zabici. Zrozumiał, że Jeffreys obarczył odpowiedzialnością jego za coś, co zrobił jego ojciec i że krewni reszty chłopaków wydawali się być poplecznikami Voldemorta, którzy żałowali, jaka okazała się wojna. Dlaczego dokładnie to przekłada się na pragnienie pobicia jego, tego nie rozumiał, ale w tym momencie nie troskał się o ich motywację.
Słowa profesora Snape’a o bronieniu siebie powróciły do niego i chwycił różdżkę. Nie mógł z nią jeszcze wiele zrobić, ale czuł się lepiej z nią w ręce.
- Zostawcie MNIE! – wrzasnął ponownie – wyciszony – i rzucił się na bok, chcąc się uwolnić.
Wyrwał jedną rękę – tą z różdżką, - na wolność i zaczął bić i kopać. Jeffreys zaklął i sięgnął po niego, boleśnie obrywając łokciem w nos. Smythe trzymał kurczowo jego drugie ramię jak ponura śmierć, a O’Leary zrobił krok do przodu, ponownie unosząc różdżkę.
- Accio różdżka! – krzyknął Harry, niepewny, czy nauczył się nowego zaklęcia wystarczająco dobrze, by zadziałało, nie mówiąc już o tym, czy było skuteczne, gdy był pod zaklęciem tłumiącym, ale ku jego wielkiej satysfakcji, różdżka O’Leary’ego szarpnęła się niekontrolowanie i przekleństwo, które miało być na Harry’ego, zamiast tego uderzyło w Petersona. Peterson upadł z okrzykiem zaskoczenia, obie jego nogi złączyły się razem i uderzył brodą o podłogę.
Harry odwrócił się i mocno kopnął Smythe’a w goleń, mając nadzieję, ż poluźni uścisk, ale starszy chłopak uderzył go w brzuch i Harry opadł na kolana, z trudem łapiąc powietrze. Ledwie udało mu się utrzymać różdżkę.
- Dobra robota – wysapał Jeffreys, ocierając krew z twarzy i patrząc na Harry’ego morderczym wzrokiem. – Podnieśmy go i chodźmy gdzieś, gdzie jest miło i spokojnie.
- Czekaj – zabiadolił Pererson z podłogi, gdzie O’Leary usiłował odwrócić zaklęcie. – Jaki jest sens zabieranie go stąd? Jak myślisz, co się stanie, gdy wróci i powie jednemu z profesorów, co mu zrobiliśmy?
- Nie zamierza wrócić – odparował Jeffreys z tak chłodną pewnością w głosie, że Harry wiedział, co ma na myśli i mimo bólu brzucha, walczył jak dzikie zwierzę, kiedy Jeffreys złapał go za kołnierz.
- Przestań! – Nowy głos rozległ się na korytarzu i wszyscy na chwilę zamarli. – Walka na korytarzu jest zabroniona! W „Historii Hogwartu” jasno tak pisze!
Pierwszy raz w historii, Harry ucieszył się widząc Hermionę Granger, natrętną pannę wiem-to-wszystko. Walczył i zamachał gorączkowo rękami, a nawet krzyknął – niesłyszalnie, - na nią, by biegła po pomoc.
- Harry? Czy to ty? Co tu robisz? Stracisz nasze punkty domu, jeśli profesor zobaczy, że się bijesz.
Jeffreys patrzył na dziewczynę o krzaczastych włosach z obrzydzeniem.
- Pozbądź się jej – warknął do Smythe’a, zacieśniając uścisk na Harrym.
- Z przyjemnością – odpowiedział drugi, przewracając oczami. – Chodź tu, paskudo – rozkazał, zbliżając się do pierwszorocznej.
Hermiona zesztywniała i nie mogła całkowicie ukryć bólu w głosie, gdy odpowiedziała stanowczo:
- Nie mam zamiaru nigdzie iść bez Harry’ego. Co mu robicie? Zostawcie go w spokoju!
Smythe warknął wyjątkowo niegrzeczne słowo i, kładąc rękę na twarzy Hermiony, pchnął ją z całej siły. Upadła do tyłu i krzyknęła, gdy jej tyłek spotkał się boleśnie z kamienną podłogą. Smythe stanął nad nią i parsknął rozbawiony na łzy w jej oczach.
- Nie jesteś już teraz takim małym władczym babskiem, co? – zaszydził. Widząc ranną dziewczynę, Harry zaczął walczyć jeszcze mocniej, rzucając klątwy na atakujących. Kątem oka dostrzegł blask blond włosów, ale mała postać – czy to był Malfoy? – nie traciła czasu, by opuścić otoczenie.
Bardziej niż w połowie Harry oczekiwał, że Hermiona ucieknie przed starszym chopakiem, zanim nastąpi atak, ale Hermiona była z twardszej gliny zbudowana. Przewróciła się na bok, jakby chciała szybko usunąć się z drogi, ale zamiast tego gwałtownie wystrzeliła nogę i kopnęła Smythe’a prosto w bok rzepki. Wielki chłopak ryknął z bólu, gdy noga uciekła spod niego – staw wypchnął się w bardzo nienaturalnym kierunku – i upadł na ziemię. Niestety upadł bezpośrednio na Hermionę, która uderzyła płasko z piskiem bólu.
Jeffreys chwycił Harry’ego za przód szaty i rzucił nim o ścianę. Tył czaszki Harry’ego pękł o kamień, a świat zniknął na moment w blasku gorącej agonii. Do czasu, gdy zmagał się z powrotem do świadomości, O’Leary podniósł Petersona z powrotem na nogi, a Jeffreys usiłował w całości podnieść Harry’ego.
- Chwyć nogi! – rozkazał Petersonowi. – Chodźmy stąd!
Peterson posłuchał, łapiąc kostki Harry’ego tak, że chłopiec wisiał między dwom Krukonami.
- Przeklnij go! – nakazał Jeffreys O’Leary’emu. – Czymś dobrym i paskudnym, by przestał walczyć.
Harry stracił różdżkę, ale był daleki od bezradności. Okręcił się szaleńczo, dobrze używając swojego doświadczenia z polowania-na-Harry’ego. Wydostał jedną nogę i kopnął Petersona w szczękę, posyłając go do tyłu w O’Leary’ego i sprawiając, że obaj upadli.
- Hej! – Z Wielkiej Sali wyszedł Ron, by poszukać Harry’ego i dostrzegł walkę. Spojrzał na nich i rzucił się do Sali, krzycząc do swoich braci, po czym zerwał się do walki, by pomóc swojemu współlokatorowi.
Gdy przybył, Ron zobaczył, że Harry prawie wyswobodził się z uścisku Jeffreysa. Jednak Smythe otrząsnął się w bólu kolana na tyle, by złapać Hermionę za włosy, gdy próbowała wyswobodzić się spod niego. Dziewczyna krzyknęła z bólu, gdy starszy uczeń brutalnie szarpnął ją z powrotem i uniosła ręce w obronie, gdy podniósł pięść, by ją uderzyć. Ron rzucił się na większego chłopaka, zmuszając go, by poluźnił uścisk na Hermionie, ale także – kolejny raz, - zgniótł biedną dziewczynę pod walczącymi chłopakami. Ron chwycił nadgarstek Smythe’a, powstrzymują go przed uderzeniem Hermiony, podczas gdy Hermiona zdołała uderzyć łokciem w splot słoneczny Smythe’a, starając się uciec.
Jeffreys zaklął, gdy zobaczył, że jego sojusznicy przegrywają.
- Mały draniu! – Chwycił Harry’ego za gardło i przyszpilił go do ściany. Harry zakrztusił się, szarpiąc w uścisku starszego chłopaka. Wyraźnie widział, jak Jeffreys cofa pięść i wiedział, że nie ma nadziei na zablokowanie uderzenia w twarz.
- Wypuść pierwszaka – wycedził przez zęby nowy głos, bardzo głęboki i bardzo groźny. Uścisk na gardle Harry’ego nagle złagodniał, a kiedy rozpaczliwie wyciągnął się w potrzebie napełnienia płuc powietrzem, spostrzegł, że czubek różdżki jest mocno wsadzony w szyję Jeffreysa, tuż pod uchem. Na drugim końcu różdżki stał bardzo duży i bardzio zły Marcus Flint. Harry poznawał go jako prefekta Slytherinu i członka drużyny Quidditcha, ponieważ Oliver Wood kiedyś wskazał go, gdy Gryfoni zajmowali boisko zaraz po Ślizgonach. Dokładne słowa Wooda brzmiały: „To prawdziwy drań, więc miej na niego oko!” i patrząc na złowrogą twarz Flinta, Harry nie miał żadnego powodu, by wątpić w ocenę Wooda.
Tymczasem, interwencja w porę Rona uniemożliwiła Smythe’owi dalsze krzywdzenie Hermiony, ale krzepkiemu siódmo rocznemu udało się przetrwać ciosy mniejszego chłopaka. Złapał Rona za przód koszuli, jednocześnie drugą ręką chwytają różdżkę. Zimna krew Rona uciekła, gdy Smythe uniósł różdżkę między jego oczy i warknął:
- Cruc
Zanim Smythe skończył zaklęcie, inne ciało wpadło na niego, wybijając różdżkę z jego uścisku i przerywając niewybaczalne. Rzeczy pogorszyły się teraz w wolną amerykankę i wszystko stało się plamom. Ron nie miał pojęcia, kto go uratował, ale przypuszczał, że to jeden z jego braci – podejrzenie wzrosło, gdy usłyszał ponury pomruk zadowolenia Smythe’a i nowy, chłopięcy głos wyjący z bólu. Ron szybko zatopił zęby w nadgarstku, który nadał trzymał i miał przyjemność słuchać skowytu Smythe’a, podczas gdy druga osoba przestała krzyczeć z bólu. Odziane w spodnie nogi pojawiły się na jego widoku, ledwo uniknął kopnięcia go w głowę, co potwierdzało, że był o najmniej jeden chłopak, który pomagał mu w walce. Potem Hermiona zdołał chwycić w dwie ręce garść włosów Smythe’a i uderzyła głową starszego chłopaka o podłogę. Jęknął i zwiotczał, a Ron skorzystał z okazji, by przyszpilić jego oba nadgarstki razem i położyć się na nich. Dopiero wtedy uniósł głowę i rozejrzał się.
Hermiona klęczała przy głowie Smythe’a, zmierzwiona i ciężko dysząca z ponurym światłem walki w oczach. Smythe jęczał, ale nie stawiał większego oporu – jeszcze, - i Ron rozejrzał się, by zobaczyć, który z braci przyszedł mu z pomocą.
Opadła mu szczęka. Tam, siedząc z kolanami wbitymi w brzuch Smythe’a, był Draco Malfoy. Pierwszy racz nieskazitelna fryzura Ślizgona była rozczochrana i miał rozciętą wargę.
- Malfoy! – krzyknął Ron z niedowierzaniem. – To byłeś ty?
W chwili, gdy słowa opuściły jego usta, chciał złapać je z powrotem. Ze wszystkich głupich rzeczy do powiedzenia! Ale zaskakująco, choć raz Malfoy nie szydził.
- Nie sądziłeś chyba, że pozwolimy ci bronić ślizgońskiego pierwszorocznego bez pomocy, prawda? – zapytał, patrząc gniewnie na Smythe’a. – Hej, Granger, co powiesz na uderzenie jego głową jeszcze raz? Myślę, że może wstać.
Ron był byt oszołomiony, by podążyć za niewytłumaczalnym oświadczeniem Malfoya, więc odwrócił się, by zobaczy, co jeszcze się stało, gdy był rozkojarzony. Widział, że duży prefekt Slytherinu trzyma tego, który sponiewierał Harry’ego, na celowniku, podczas gdy Fred i George trzymali trzeciego za szyję, a Ron wiedział z bolesnego doświadczenia, że jest to bardzo skuteczne. Ostatni z napastników Harry’ego kulił się przed wysoką, ciemnoskórą dziewczyną z plakietką ślizgońskiego prefekta na sukience.
Nawet gdy stało się jasne, że bójka się skończyła, przeszło spiesząc się coraz więcej uczniów, wyciągniętych z Wielkiej Sali przez zamieszanie. Ron zobaczył, że Percy, Oliver Wood i reszta gryfońskiej drużyny Quidditcha, a nawet nieśmiały Neville Longbottom zbliżają się pędem. Sprawiając, że sprawy stały się jeszcze bardziej interesujące, przybyła spora liczba członków Slytherinu i, z uniesionymi różdżkami, wspomagali swoich prefektów.
Ron zauważył, że gdy inni przychodzili, Flint i dziewczyna (Jones? Jonas?) rzucali rozkazy, które Ślizgoni wykonali tworząc obronny obwód. Gryfoni byli mniej zorganizowani, mieli tendencję do kłębienia się i żądania odpowiedzi zamiast oddawać uprawnienia jakiemukolwiek pojedynczemu osobnikowi. Ponieważ Percy był jedynym obecnym prefektem Gryffindoru, Ron nie mógł winić innych Gryfonów, że nie chcą przyjmować od niego rozkazów. Jednak Oliver Wood szybko docenił użyteczne podejście Ślizgonów i od razu drużyna Quidditcha naśladowała manewry drugiego Domu. Reszta Gryfonów poszła ich śladem i wkrótce nie tylko stała tam mieszana grupa broniąca przed dalszymi atakami, ale każdy z napastników był teraz pilnowany przez, co najmniej, dwie osoby.
- Ty ******** mała szlamowata ****** - warknął Smythe na Hermionę, gdy jego głowa się oczyściła i zdał sobie sprawę, że dzięki jej ingerencji, ich plan ataku na Harry’ego zawiódł.
Wargi Hermiony zacisnęły się, gdy powoli wstawała.
- Kije i kamienie kości mi połamią, ale twoje słowa nigdy mnie nie zranią – odparła, choć jej głos lekko zadrżał. Potem zrobiła dwa kroki w lewo i ostro opuściła piętę. Różdżka Smythe’a rozpadła się na dwie pod jej stopę, a starszy chłopak wydał z siebie krzyk cierpienia.
- Och, mój drogi – powiedziała Hermiona słodko. – Jaka ja niezgrabna. Przypuszczam, że jako szlama, ciągle zapominam, jakie kruche są różdżki.
Pozostali uczniowie patrzyli na Hermionę z niedowierzającym podziwem i strachem. Złamanie czyjejś różdżki było szkolnym odpowiednikiem ataku nuklearnego. Niedowierzające skomlenie Smythe’a przez kilka sekund było jedynym dźwiękiem, po czym:
- Nieźle, pierwszaczku – powiedziała z podziwem Jones, prefekt Slytherinu.
To przerwało ciszę.
- Puść mnie – zażądał Jeffreys, co było niemałym wyczynem brawury, biorąc pod uwagę, że różdżka Flinta nadal wbijała mu się boleśnie w szyję. – To nie ma nic wspólnego z tobą i twoimi wężami, Flint.
Flint prychnął.
- Podszedłeś do jednego z naszych pierwszaków. To jak najbardziej jest nasz cholerny biznes.
- Ten bachor Malfoy nie miał żadnego interesu w przerywaniu Smythe’owi – kłócił się Jeffreys. – Zasłużył na takie lanie.
Flint spojrzał na Draco i wyszczerzył się.
- Wygląda na to, że to Smythe dostał lanie – odparował. – I mówiłem o Potterze.
Jeffreys i pozostali Krukoni spojrzeli na Flinta, tak jak Gryfoni.
- Co? Potter jest lwem, a nie wężem.
Flint wzruszył ramionami.
- Należy do naszego Opiekuna, co czyni go wężem. Dotknij go a zginiesz.
- O co ci ***** chodzi? – ryknął wściekle Jeffreys. – On jest pieprzonym Chłopcem, Który Przeżył, ty ****** kretynie! Wy, Ślizgoni powinniście ustawiać się w kolejce, by go zabić!
Harry zadrżał na widok głębokiej nienawiści w oczach chłopaka, a Flint rzucił mu szybkie, oceniające spojrzenie.
- Wood, chodź zabrać swojego szukającego z dala od tego szalonego gnojka, mógłbyś?
Oliver podbiegł i pociągnął Harry’ego dalej. Poklepał go uspokajająco po plecach, a Katie Bell, inna koleżanka z drużyny, pojawiła się po drugiej stronie Harry’ego, otaczając go w półuścisku i wręczając mu jego cudownie nierozbite okulary.
- Już w porządku, Harry – szepnęła mu do ucha. – Wszystko jest pod kontrolą.
- Ty *******! – Jeffreys kontynuował rzucanie gromów i wreszcie Jones miała dość.
Jones pstryknęła palcami i wskazała rozkazująco na Percy’ego.
- Hej, ty! Percy – przestańcie stać patrząc bezużytecznie i zrób coś z tym tu, marnującym przestrzeń – poleciła, wskazując na Petersona.
- Eee… cóż, tak. Tak, oczywiście! – pospiesznie posłuchał Percy zakłopotany zarówno przez imperatywny porządek i fakt, że piękna siódmoklasistka zna jego imię.
- Pierwszaczku – tak, ty. Chodź tu – Jones skinęła na Hermionę, by podeszła blisko miejsca, gdzie nadal był Jeffreys wrzeszczący na Flinta. – Dobrze… znam fajne zaklęcie do nauczenia. Gotowa? Patrz na różdżkę. – Uniosła różdżkę i wycelowała w Jeffreysa. – Castrato ex
- NIE! – Każdy mężczyzna z wyższych klas będący w pobliżu wrzasnął i zgarbił się, a  Jeffreys zbladł na taki sam kolor, co kamienna ściana.
Jones westchnęła.
- Och, w porządku. Nauczę cię tego później – obiecała Hermionie. – A jeśli chodzi o ciebie, tchórzliwe gówno, zamknij się albo zaraz go przeklnę! Ciach-ciach!
Nikt nie musiał pytać, co ma na myśli mówiąc „go”, a Jeffreys ustąpił, otwierając szeroko oczy i zasłaniając się ochronnie rękami.
Flint wywrócił do Wooda oczami.
- Wiedźmy!
Ale powiedział to cicho.
^^^
Snape spojrzał groźnie na stół Gryffindoru, gdzie pewien chłopak z bałaganem na włosach zdecydowanie nie siedział. Jedzenie będzie podane lada chwila, a Pottera, tego nieposłusznego małego bachora, nigdzie nie było widać. Flitwick zajął miejsce przy stole personelu już kilka minut temu, więc mały potwór zdecydowanie skończył już swoje korepetycje, a to oznaczało, że celowo ignorował wyraźne instrukcje Snape’a, by być na czas na posiłkach, i by nie był zatrzymywany z innymi opuszczającymi posiłek.
Potter miał kilka lat złego odżywiania do uzupełnienia, ale będąc wciśniętym przy stole Gryffindoru między Rona Weasleya i Neville’a Longbottoma trudno było poprawić jego odżywianie. Zanim tw dwójka skończy się obsługiwać, skrzaty miały szczęście dostać z powrotem talerze. Jeśli Harry tam nie był, gdy jedzenie było serwowane pierwszy raz, już nic więcej nie zostałoby dla niego.
Mimo tego, że Snape wyjaśniał to w jasnych, prostych, gryfońsko-przyjaznych słowach mających mniej niż trzy sylaby, tyłek Pottera nie był mocno usadzony na krześle w Wielkiej Sali. Nie, mały diabeł oczywiście wędrował korytarzami, pałaszował czekoladowe żaby i zastanawiał się, jakie nowe zagrożenie mógłby wykombinować. Snape zacisnął zęby. Pokazałby dzieciakowi, co to znaczy ignorować jego instrukcje! Bębnił palcami po obrusie, zastanawiając się, gdzie powinien posadzić bachora tak,  by jak największa liczba uczniów mogłaby zobaczyć go, karmionego łyżeczką przez skrzaty. Może gdyby ustawił specjalny stolik tuż pod stołem nauczycielskim…
Został oderwany od komponowania odpowiedniego karnego menu – mnóstwo wątróbki i cebuli, brokuły z puszki, - na widok jednego z jego własnych spóźnionych pierwszoroczniaków wślizgującego się do Sali. Snape podniósł wściekłe spojrzenie na Draco Malfoya. Jego węże wiedziały, że lepiej się nie spóźniać. Widocznie szlaban w Sowiarni nie nauczył młodego pana Malfoya podążać za instrukcjami jego Głowy Domu. Może dwa pierwszaki karmione łyżeczką przez skrzaty przekazałyby tą wiadomość…
Ale chwila – Malfoy nie zajął miejsca; raczej szeptał pilnie do Flinta. Snape patrzył oszołomiony, jak Flint daje sygnał drugiej starszej prefekt, Davidelli Jones, i ich dwójka wychodzi pospiesznie z Sali, a Malfoy za nimi.
Cóż. Interesujące. Ta szczególna para prefektów obiecywała zdrową dawkę bólu jakiemuś biednemu łotrowi. Snape bez przekonania rozważał pójście za nimi, ale zdecydował, że lepiej zostawić tą sprawę prefektom. Flint był duży i nie stronił przed uderzeniem bezczelnego niższego rocznika, ale Jones była jedyną, której większość węży naprawdę się obawiało. Była trochę jak rozsądna wersja Bellatrix – zdolna do niewiarygodnej złośliwości, ale bardzo wybredna w wyborze ofiary. Nawet Flint wiedział, że nie powinien znaleźć się po jej złej stronie.
Między tą dwójką, Snape był przekonany, że mogą poradzić sobie z powolnym intrygantem, nie wspominając już o udzieleniu mu niezapomnianej lekcji o tym, dlaczego złe zachowanie jest nierozsądne. Jego interwencja utrudniłaby jedynie ich zdolność do wymierzenia przyspieszonego wyroku, i naprawdę miał już dużo do zrobienia bez nadzorowania dodatkowych szlabanów. Ale teraz reszta jego Ślizgonów była niespokojna, spoglądając przez ramię za prefektami i Malfoyem i kilku już za nimi podążyło.
Potem najmłodszy Weasley, który zajął – niespodzianka, - jedno z pierwszych siedzeń przy stole, wstał i wyszedł z pomieszczenia. Prawdopodobnie w poszukiwaniu Pottera, zamyślił się Snape z niechętnym szacunkiem dla lojalności Weasleya. Rudowłosy klan najwyraźniej przyjął Pottera jako jednego z nich i to może nawet oznaczać, że Ron nie zagarnie całego jedzenia. Może.
A teraz co? Weasley właśnie rzucił się z powrotem do stołu Gryffindoru, a reszta jego rodzeństwa wraz z całym zespołem Quidditcha i poważne okazy z pozostałej części stołu, podążali teraz za nim za drzwi. To przerwało zaporę jego pozostałych Ślizgonów i też czmychnęli za drzwi.
Snape spojrzał na Minervę, tylko by stwierdzić, że patrzy na niego z podobnym wyrazem niepokoju na twarzy. Jakie nieszczęście może odciągnąć tak dużą liczbę wygłodniałych nastolatków z dala od stołu?
- Czy powinniśmy iść zobaczyć, co się dzieje? – spytała go Minerva ściszonym głosem.
- To mogłoby wskazywać na brak zaufania do naszych prefektów – odpowiedział, ale nie mógł całkowicie stłumić niepokoju w głosie.
Teraz nawet Krukoni rozglądali się nerwowo, w końcu zauważając, że coś jest nie w porządku. Typowe, warknął do siebie Snape. Są w stanie wyrecytować każdą znaną zmianę w 18-wiecznym zaklęciu Ignacio Compilare, ale skrzaty domowe musiałyby im mówić, że ich szaty się palą.
Przypadkowi Krukoni ruszyli do drzwi i wreszcie nawet spokojni Puchoni zaczęli rozglądać się zaciekawieni. Gdy ostatni stół w Wielkiej Sali opustoszał, Snape i Minerva wymienili kolejne spojrzenia i jednocześnie wstali.
- Pójdę – powiedziała Minerva, sugerując mu, by usiadł.
- Nie, ja pójdę – odparował Snape. – Doskonale wiesz, że te małe cymbały rozproszy samo zobaczenie mnie.
- Tak, ale nie wysilisz się, by dowiedzieć się, kto jest odpowiedzialny – po prostu zwolnisz swój dom i losowo odejmiesz punkty innym – odpaliła.
Snape zmrużył oczy, ale zanim zdążył odpowiedzieć, wstał Dumbledore.
- Być może powinniśmy pójść wszyscy, jako że wydaje się, że wszyscy uczniowie są zaangażowani w to, cokolwiek się dzieje – czy to jako widz czy uczestnik.
- Kapitalny pomysł! – pisnął Flitwick radośnie. Pomona Sprout westchnęła – to był długi dzień w szklarni, - ale posłusznie ruszyła za pozostałymi.
Albus prowadził przez Salę, podczas gdy Snape dąsał się i wyciągał nogi. Cokolwiek się stało, z interwencją dyrektora, to wszystko było pewne, że jego dom poniesie winę, podczas gdy przestępcy McGonagall będą wychwalani pod niebiosa.
Minerva martwiła się, gdy szła obok Snape’a.
- Co, do licha, mogło przyciągnąć uwagę jednocześnie Ślizgonów, Weasleyów i gryfońskiej drużyny Quidditcha? – zastanawiała się na głos.
Oddech uwiązł w gardle Snape’a. Weasleyowie, Quidditch, jego dom… Harry! Rzucił się obok Flitwicka i Sprout, docierając szybko do drzwi. Minerva sapnęła, kiedy zorientowała się sekundę później, a potem była już obok niego, spiesząc, aby zobaczyć, co się dzieje. Zajęło całą kontrolę Snape’a, by nie odsunąć na bok dyrektora, gdy dotarli do kotłującego się tłumu.
Nawet, gdy migotliwa obecność dyrektora otworzyła drogę między uczniami, wysokość Snape’a pozwoliła mu spojrzeć nad głowami większości. Dostrzegł zmierzwione ciemne włosy, których właściciel był na wpół przytulany przez jedną ze starszych Gryfonek i jeszcze bardziej się skrzywił. Miał rację. Cokolwiek się działo, Potter był w samym środku tego, choć przynajmniej wydawał się wyjść bez szwanku. Zmusił się, by wziąć głęboki oddech i grzecznie został cicho, pozwalając Dumbledore’owi mówić, choć aż go swędziało, by wyrwać Pottera Gryfonce i samodzielnie go zbadać.
^^^
Harry zdołał się wyszczerzyć, gdy Flint i Wood wywrócili oczami, na zaklęcie, jakie chciała rzucić druga prefekt Slytherinu. Pierwszy raz, od kiedy usłyszał za sobą kroki, czuł się bezpieczny. Przy starszych dzieciach z dwóch domów uważających na niego, nie mówiąc już o Ronie i jego braciach, a nawet Hermionie (!), zdał sobie sprawę, że w tej szkole nie będzie ulubionym celem łobuzów, tak jak zapewniał go Dudley, jakiś czas temu.
A Harry zawdzięczał to wszystko profesorowi Snape’owi. Czyż prefekt Flint nie powiedział aż nadto? Harry należał do Snape’a, więc był wężem. A Tiara uczyniła go lwem. A ciocia Molly i wujek Artur (jak nalegali, by do nich mówił) uczynili go Weaslwyem… Harry wyszczerzył się do siebie. Nagle od nie posiadania nikogo, kto dbałby o niego, miał całe tłumy ludzi, ustawionych w kolejce, by mu pomóc.
- Ej! Co wy robicie? – Fala Krukonów wyszła z Wielkiej Sali, ciągnięta przez kilku ciekawskich Puchonów, którzy nie chcieli przegapić ekscytującego wydarzenia. Widząc kilku swoich współdomowników leżących na podłodze lub przypartych do ściany, Krukoni ruszyli do przodu, tylko po to, by zatrzymać się przerażeni, gdy został w nich skierowany zastęp różdżek Gryfonów i Ślizgonów. Przez chwilę wydawało się, że wybuchną kolejne działania wojenne, sławny intelekt Krukonów pozwolił nowoprzybyłym obliczyć szanse i ustalić, że atak wręcz prawdopodobnie nie skończyłby się na ich korzyść.
- Merlinie drogi*. – Zanim mogło wydarzyć się coś innego, łagodny ton dyrektora sprawił, że wszyscy zamarli.
Ron westchnął z ulgą. W końcu kadra zdała sobie sprawę, że coś jest nie w porządku i opuściła stół nauczycielski. Dyrektor, ubrany w jasnofioletowe i żółte szaty, torował sobie drogę przez tłum uczniów, a Opiekunowie Domów podążali za nim.
- O co chodzi z tym…? – Dumbledore zamarł w szoku, gdy uświadomił sobie, że w przeciwieństwie do jego pierwotnego założenia, że wreszcie wybuchła pełnoprawna wojna między Ślizgonami a Gryfonami, te dwa domy, choć raz, naprawdę zjednoczyły się, stając przed grupą zmieszanych Krukonów.
- Er… - Zamrugał kilka razy, ale szybko się opanował. – Jak już mówiłem, to tu się dzieje?
- Cóż, proszę pana – zaczął Flint, tylko by Dumbledore łagodnie uniósł rękę.
- Może, pani Flint, moglibyśmy opuścić wszystkie różdżki zanim przejdziemy dalej?
- Lepiej nie, dyrektorze – odezwał się Malfoy. – Nie wiadomo co mogą spróbować, gdybyśmy to zrobili. Ten tutaj – wskazał ze złośliwym błyskiem w oku. – próbował rzucić Crucio na Rona Weasleya.
Dało się słyszeć sapnięcie. W ogniu bitwy, kilku naprawdę usłyszało przekleństwo Smythe’a i nawet Flint był oszołomiony.
To, co się stało potem było jeszcze bardziej szokujące.
- DRANIU! – Promień rubinowej energii wybuchł między innymi i zatrzymał się prosto na twarzy Smythe’a. Zawył z bólu, gdy jego skóra od razu pokryła się wściekłymi, ropiejącymi czyrakami. – NIE WAŻ SIĘ KIEDYKOLWIEK PONOWNIE ZBIŻAĆ DO MOJEGO MŁODSZEGO BRATA, TY PIEPRZONY TCHURZLIWY WORKU G…
- Hola, hola, Duży Chłopcze – powiedziała Jones uspokajająco, kładąc wyciągniętą dłoń na ramieniu Percy’ego, zanim zdążył rzucić kolejne przekleństwo. – Pas devant les domestiques**, no wiesz. Albo w tym przypadku les professeurs***. Uspokój się, przystojniaczku. Już dostał nauczkę. Na razie.
Oddychając ciężko i nadal sztyletując wzrokiem płaczącego teraz Smythe’a, Percy podporządkował się. Ron gapił się na swojego starszego brata w zdumieniu, podczas gdy bliźniacy przyglądali się Peryc’emu z nowoodkrytym szacunkiem. Kto by przypuszczał, że ich pedantyczny, praworządny brat-palant może tak ostro mówić? Jego opiekuńczość rywalizowała z tą od Molly.
- Hymm – powiedział Dumbledore w zamyśleniu.  Machnął różdżką i nagle czterej chłopcy, którzy byli pod strażą zostali związani linami. – W porządku? Więc może teraz reszta mogłaby odłożyć swoje różdżki i powiedzieć, co się stało?
Profesor Sprout już odganiała jej Puchonów i większość Krukonów z powrotem do Wielkiej Sali, a Flitwick, Snape i McGonagall stali za dyrektorem, patrząc surowo na swoich uczniów.
- Cóż, profesorze, my – znaczy, Jones i ja – przyszliśmy na końcu. Nie jestem do końca pewny, co to rozpoczęło… - Flint spojrzał na Draco, który spojrzał na Rona, który spojrzał na Hermionę, która spojrzała na Harry’ego.
Harry zamachał rękami sfrustrowany i krzyknął, ale nadal był pod wpływem zaklęcia wyciszającego.
- Wybacz, Harry. Jestem taki niedbały. – Kolejny promień wyleciał z różdżki dyrektora i Hary nagle odzyskał głos.
-… zdejmijcie to CHOLERNE zaklęcie… och. Przepraszam – Harry zaczerwienił się i uniknął wzroku Snape’a.
- Harry, możesz nam powiedzieć, co się stało?
Więc Harry wyjaśnił, jak starsi chłopcy napadli na niego i jak Hermiona wstawiał się za niego, tylko by zostać powaloną.
-… i potem kopnęła go w rzepkę i upadł jak tona cegieł, prosto na tyłek! – powiedział Harry z entuzjazmem, a potem uświadomił sobie, kim jest jego publiczność. – Em, przepraszam. To znaczy, upadł i potem walczyli, a wtedy…
- Przyszedłem i zobaczyłem, co się dzieje – przerwa mu Draco, - więc wszedłem do Sali i zawołałem naszych perfektów. Kiedy wróciłem…
-… Poszedłem szukać Harry’ego i zobaczyłem, jak walczą, więc krzyknąłem do Percy’ego i bliźniaków i skoczyłem na tego, który wyrywał Hermionie włosy z korzeniami – wtrącił Ron.
- Tak, a gdy tam dotarłem, już miał rzucić na ciebie Crucio, więc rozdzieliłem ich, a potem to wszystko było jedną wielką plamą, dopóki – Draco westchnął, ale był sprawiedliwy, - Granger nie uderzyła głową Smythe’a o podłogę i nie znokautowała go. – Teraz większość przypatrywała się Hermionie ze zdumieniem, a ona zarumieniał się pod ich obserwacją.
- Gdy tylko przyszedł Malfoy i powiedział Jones i mi, że kilku Krukonów bije jednego z naszych pierwszaków, przybiegłem – Flint najwyraźniej uznał, że pierwszoroczni byli już w centrum uwagi wystarczająco długo. – Więc Jones i ja przyszliśmy tu i przejęliśmy kontrolę nad Jeffreysem i Petersonem. Potem…
- Chwileczkę, panie Flint – przerwała profesor McGonagall. – Jestem trochę zdezorientowana. Powiedział pan, że został zaatakowany jedne z ślizgońskich pierwszaków? Myślałam, że tylko pan Potter był celem.
Flint tylko na nią spojrzał.
- Tak, pani profesor.
McGonagall spojrzała to na Snape’a to na Dumbledore’a.
- Kiedy ostatni raz sprawdzałam, panie Flint, Tiara Przydziału umieściła pana Pottera w moim Domu.
- Nasz Opiekun Domu umieścił Pottera pod opieką Ślizgonów, pani profesor – przerwała Jones chłodno. – To czyni go także naszym.
Mcgoanagll otworzyła i zamknęła usta, ale nie wydała żadnego dźwięku. Snape uśmiechnął się ironicznie.
- Dobrze powiedziane, panno Jones, panie Flint – pochwalił gładko.
Dyrektor uśmiechnął się promiennie.
- Zgadzam się. To wspaniałe widzieć taki  świetny przykład międzydomowej współpracy, jak również tak oczywisty przejaw szacunku do Opiekuna Domu. Pięćdziesiąt punktów dla obu domów za wspólną pracę i kolejne dziesięć dla Slytherinu natychmiastowe niesienie pomocy pierwszakowi. A teraz, panie Flint, wierzę, że może pan kontynuować od momentu, gdy pan i panna Jones przyszliście z pomocą panu Potterowi?
- Tak, proszę pana. Ci dwaj – skinął głową na bliźniaków, - już związali O’Leary’ego i nie wyglądało na to, by potrzebowali pomocy, a Smythe był praktycznie zakopany pod tymi trzema, więc wala była już prawie skończona, dopóki reszta Kruków nie chciała się angażować. – Flint przerwał i zdecydował się być życzliwy. – Prawdę mówiąc, proszę pana, nie sądzę, by wiedzieli, co ta czwórka kombinowała. Po prostu myśleli, że ich domownicy mają kłopoty.
Profesor Flitwick wyglądał na coraz bardziej zakłopotanego, gdy ogrom zbrodni jego studentów wychodził na jaw.
- Dobry Merlinie, panie Potter, wszystko w porządku? Jestem wstrząśnięty i całkiem zbulwersowany, że któryś z moich Krukonów mógł planować coś takiego!
Harry uśmiechnął się do drobnego profesora.
- Wszystko okej, profesorze.
- Kolejna nieprawda, panie Potter? – zażądał Snape surowo, z trudem powstrzymując się od chwycenia chłopaka i poprowadzenia do ambulatorium. – Zgodnie z twoją własną opowieścią, a także innych, byłeś uderzony pięścią, duszony, rzucony na ścianę i…
- Profesorze! – wykrzyknął oburzony Harry. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął był profesor traktujący go jak dziecko na oczach wszystkich. – Wszystko okej. Naprawdę.
- Być może, Severusie, byłbyś tak miły i zabrał całą czwórkę naszych walecznych pierwszaków do pani Pomfrey? To brzmi tak, jakoby wszyscy mogą być w nieco gorszym stanie niż to mają wypisane na twarzach.
- Albusie, muszę podkreślić, że moi studenci, a w szczególności pan Smythe, mogą również wymagać pomocy medycznej – powiedział Filius. Może i był przerażony ich zachowaniem, ale nadal będzie wykonywał swoje obowiązki i zajmie się dobrem swoich uczniów.
- Oczywiście. Może poprosisz panię Pomfrey, by dołączyła do nas w moim biurze, gdy tylko zajmie się tą czwórką? – Dumbledore odwrócił się wyczekująco do Snape’a.
- Och, proszę, profesorze, nie możemy najpierw zjeść? Jestem głodny – zaprotestował Harry patrząc błagalnie na Snape’a
- Tak! – powtórzył Ron. – Eee, to znaczy, ja też, proszę pana – dodał szybko na widok gniewnego wzroku Snape’a.
Snape skrzywił się i skarciłby chłopców za ich tupet, ale Dumbledore zachichotał i skinął głową, zanim miał szansę.
- Bardzo dobrze, Harry. To pozwoli pani Pomfrey zobaczyć najpierw tych młodych mężczyzn, ale jak tylko posiłek się skończy, profesor Snape zabierze was wszystkich do ambulatorium i spodziewam się, że nie będzie żadnych kłótni.
- Tak jest, proszę pana – obiecał Harry.
Flitwick, Dumbledore i czwórka krukońskich uczniów udała się o gabinetu dyrektora, podczas gdy McGonagall i Snape wprowadziła resztę z powrotem do Wielkiej Sali. Pierwszy raz od kiedy uczniowie pamiętali, siedzący przy domach poszli do lamusa, gdy ci, którzy byli zaangażowani w Wielką Bitwę klapnęli przy jednym stole, a reszta uczniów przepychała się do pobliskich miejsc, by móc słuchać i usłyszeć, co się stało.
- O kurczę, jesteś prawdziwym małym wiercipiętą – skomentował Flint, dając Harry’emu przyjacielskiego kuksańca. – Kiedy biegłem, widziałem jak nieźle walczysz z tymi sukinsynami.
Harry zaczerwienił się.
- Poczekaj aż zobaczysz jak porusza się na miotle! – dodał Wood przy całym stole. – To praktycznie nie ludzkie, w jaki sposób on skręca naokoło!
Na drugim końcu stołu, Ron i Draco skończyli siedząc obok siebie. Na chwilę oboje unikali swojego wzroku, ale w końcu przerwał to Ron.
- Więc, um, Molfoy – eee… Draco, - dzięki. Mam na myśli za wcześniej – wymamrotał Ron. – Wiesz, za Krukonów.
- Nie ma za co, Weasley – Draco zawahał się, po czym dodał: - Przypuszczam, że jesteśmy kwita – sprawiłeś, że mnie puścił zanim złamał mi rękę. – Uśmiechnął się złośliwie. – Nie wiedziałem, że twoja rodzina została zmuszona do kanibalizmu!
- Hę? – oczy Rona zwęziły się. Podejrzewał, że było to obrazą, ale nie był pewny.
Draco przewrócił oczami.
- Sposób, w jaki gryzłeś jego nadgarstek? Kanibalizm? Łapiesz?
- Och – Ron zarumienił się. – Cóż, chciałem sprawić, by cię puścił. To brzmiało tak, jakby naprawdę cię ranił.
Teraz przyszła kolej na Draco, by się zarumienić.
- No, taaa…
Nastała niezręczna cisza.
- Twój brat zna kilka paskudnych zaklęć – zauważył w końcu Draco. – Nauczył cię ich?
- Niektórych – przyznał Ron. – Chcesz, żebym ci pokazał.
Draco wzruszył ramionami, starannie swobodnie.
- Tak, może. Znaczy, może być zabawnie.
Ron wyszczerzył się.
- To, które mój starszy brat nauczył się od goblinów. Kurczę – ono jest genialne.
- Tak? – Draco opuścił fasadę niezainteresowania. – Co ono robi?
Podczas gdy dwaj chłopcy rozmawiali z ożywieniem, a Harry, Oliver, Katie i Marcus omawiali Quidditch, Jones zwróciła się do Hermiony.
- Musieli lewitować tego wielkiego goryla do gabinetu dyrektora, pierwszaczku – nie mógł nawet chodzić. Jakiego czary użyłaś?
Hermiona zarumieniła się.
- To nie był czar. Tylko go kopnęłam. Mój tata zadbał, żebym znała kilka ruchów w samoobronie.
Jeden z pozostałych Ślizgonów, który nie uczestniczył w walce, zaszydził:
- Twój ojciec cię nauczył? Mugol? Jaki rodzaj samoobrony znają Mugole? A poza tym, co to mogłoby zrobić?
Hermiona zarumieniła się ze złości.
- Czy ty obrażasz mojego ojca?
Zanim drugi Ślizgon zdążył odpowiedzieć, Jones powiedziała cicho:
- Ona złamała różdżkę Smythe’a, Singh. Na twoim miejscu, pilnowałabym języka.
Nastąpiła wyraźna przerwa, po czym Singh odezwał się tonem, w którym było o wiele więcej szacunku:
- Bez obrazy, Granger. Nie nasyłaj na mnie całego Gryffindoru. Chodziło mi o to, że Mugole… cóż, co oni mogą wiedzieć o walce?
Dość tego. Hermiona wiedziała doskonale, że jej niezdolność do utrzymania języka za zębami w klasie powoduje, że jest przeklinana przez rówieśników jako irytująca panna wiem-to-wszystko. Wiedziała, że jej bliska znajomość wszystkich przepisów często sprawia, że zachowuje się jak świętoszkowata skarżypyta. Wiedziała też, że nie ma nikogo, ale winiła a to wszystko tylko siebie. Ale przy jej wszystkich obsesjach przestrzegania reguł, odpowiadania na pytania, robienia zadań, Hermiona Granger nie była tchórzem. Miała swoją dumę i, niezależnie, co czarodziejskie społeczeństwo może myśleć, była lojalna w stosunku do rodziców i mugolskiego społeczeństwa, w którym dorastała. Postanowiła, że jeśli dzieci w nowej szkole będą gardzić nią tak bardzo jak w starej, to mogłaby równie dobrze dać im ku temu powód. Do diabła z byciem grzeczną dziewczynką. Tym razem Hermiona zamierzała zwalczyć ogień ogniem.
Spojrzała na Davidellę Jones, której postawa kopnij-w-tyłek, w połączeniu z odznaką prefekta zdobyła podziw Hermiony. Oto ktoś, kto najwyraźniej był szanowanym uczniem i Prefektem Naczelnym, komu jeszcze nawet imponujący chłopcy, jak Flint, nie podskoczyli. Hermiona znalazła wzór do naśladowania.
Jones uniosła brwi w niemej zachęcie i otusze, Hermiona posłała gniewne spojrzenie Singhtowi i innym czystokrwistym.
- O walce? Myślisz, że tylko czarodzieje potrafią walczyć? Wasze społeczeństwo nie ma najmniejszego pojęcia, czym jest naprawdę walka. Klątwy są dla maminsynków. Mugole walczą gołymi rękami. I Mugole są też dużo bardziej wytrzymali niż czarodzieje – ciągnęła, krzywiąc się na stół. – Tu, w magicznym świecie, jeśli jesteś ranny w walce, jesteś w krótkim czasie przygotowywany przez panią Pomfrey albo innego uzdrowiciela. Gdy Mugole walczą i są zranieni, my zostawiamy rannych. Nie masz nadziei na walkę, jeśli nie potrafisz znieść bólu, a Mugole wiedzą więcej o bólu i cierpieniu niż jakikolwiek czarodziej.
- Poczekaj, Granger! – zawołał Malfoy. – Weasley prawie dostał tu Crucio. To dużo bólu i cierpienia!
Hermiona przewróciła oczami.
- Nikt nie umniejsza odwagi Rona w ratowaniu mnie, Draco. – Ron zaczerwienił się po czubki uszu. – Albo twojej w ratowaniu jego. – Teraz to Draco wyglądał na zakłopotanego. Ratować Gryfona? O czym on myślał? I co powiedziałby jego ojciec? – Ale Mugole znają prawdziwy, długotrwały ból i to czyni nas dobrymi wojownikami.
- Więc wiesz, co to ból, Granger? – Tym razem odezwał się członek drużyny Gryfonów, z wyraźnym sceptyzmem w głosie. – Spróbuj zostać trafiona tłuczkiem.
Hermiona pochyliła się do przodu.
- Moi rodzice są dentystami, Bradley. Czy wiecie, co to znaczy? – Większość czysto krwistych pokręciła głowami. – Mugolom robią się dziury w zębach, a dentyści je naprawiają. A wiecie, jak? Po pierwsze, biorą dużą, dłuuugą igłę – podniosła rękę, by pokazać, jak długa jest igła, - i wbijają ją w dziąsło – zademonstrowała, -  i pooowoooli wstrzykują lek, który bardzo mocno szczypie. A potem, biorą maszynę, która ma szpiczaste wiertło, a ono obraca się naprawdę bardzo szybko i wydaje taki jęczący odgłos jak to… - jej parodia była tak dobra, że większość stołu trzymała się za uszy z bólu. – A potem używają tego, by wywiercić otwór w zębach. – Teraz wszyscy czystokrwiści zzielenieli. Nawet Jones oddychała płytko i uczepiła się ramienia Percy’ego. Inni urodzeni w mugolskich rodzinach ogromnie tym ucieszeni, a półkrwi byli, w zależności od pochodzenia, albo rozbawieni albo oburzeni.
- I to może trwać przez godziny – kontynuowała lodowato Hermiona. – Potem pakują do dziur metal i…
- Och, daj spokój! – wybuchnął Percy, a lekki pot błysnął na jego twarzy. – Wymyśliłaś to!
- Nieprawda! – Gryfoński mugolak z czwartego roku był aż nazbyt chętny, by poprzeć historię Hermiony. – Patrz – moi rodzice nie wiedzieli, że jestem czarodziejem, póki nie miałem prawie dziesięć lat i wtedy naprawiałem ubytki mugolskim sposobem. Widzisz? Tu ‘est ‘eden – otworzył szeroko usta i wskazał, by zafascynowani i zemdleni czystokrwiści mogli zobaczyć wypełnienie.
- To obrzydliwe! – powiedział słabo Flint.
Uśmieszek Hermiony niemal prześcigał ten od Snape’a.
- A nawet nie powiedziałam, jak Mugole prostują krzywe zęby – wkładają metalowe taśmy w usta i zaciskają je coraz mocniej, tak że żeby są przyciągnięte do odpowiedniej pozycji, a zajmuje to całe lata. – Teraz kilku czystokrwistych odsunęło swoje talerze i przyłożyli serwetki do ust.
- I oboje moi rodzice z tego żyją. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. I  jak wracają do domu opowiadają mi wszystko na ten temat. Więc nie próbuj na mnie niczego, Singh. Mam zadawanie bólu we krwi.
- Minervo – Severus zmarszczył brwi, studiując uczniów. – Czy nie zdaje ci się, że sporo uczniów patrzy na twoją pannę Granger z pewnego rodzaju oczarowanym przerażeniem?
McGonagall spojrzała tam, gdzie on.
- Dobry Merlinie. Normalnie nie widuję takiego wyrazu twarzy, chyba że rozdawane są SUMy lub OWTMy. Co się tam, do licha, dzieje?
Zanim posiłek dobiegł końca, reputacja Hermiony powstała w czarodziejskim świecie. Och, wciąż była znana jako dobra uczennica, nawet jeśli trochę zarozumiała, ale słowo rozprzestrzeniało się błyskawicznie wokół szkoły: nie zadzieraj z Granger. Między posiadaniem rodziców, którzy byli wykwalifikowanymi oprawcami i jej samej, która miała skłonności do łamania różdżek ludziom, którzy ja obrazili, Granger oczywiście nie była kimś do drażnienia.
Harry rozejrzał się po Sali i uśmiechnął się promiennie. Było tak wiele ludzi, którzy o niego dbali. Po raz pierwszy w życiu miał przyjaciół – i to nie tylko Rona, choć on zawsze będzie miał szczególne miejsce, jako pierwszy przyjaciel Harry’ego. Ale Ślizgoni przybyli mu na ratunek tak samo, jak Gryfoni, co na pewno sprawiło, że profesor Snape był szczęśliwy, a nawet Draco i Ron dla odmiany dobrze się dogadywali.
Rzucił chyłkiem spojrzenie na stół personelu. Zarówno Snape i McGonagall wyglądali na oszołomionych, ale Harry zorientował się, że to prawdopodobnie ze względu na niezwykłą ilość paplaniny, na temat tego, co się dzisiaj działo. Potarł tył głowy. Tak, był tam guzek i był pewny, że profesor Snape zrobi duże zamieszanie – trzeba przyznać, Harry byłby trochę zraniony, gdyby nie robił zamieszania, - ale każdy siniak był warty, by zobaczyć, jak wiele osób w nowej szkole go lubi. Przypomniał sobie pożegnalne słowa wuja Vernona, że żadna osoba w Hogwarcie nie będzie lubiła go bardziej niż Dursleyowie i prychnął. Profesor Snape miał rację. Wuj Vernon to tylko tłusty, głupi mors. Nie wie o niczym.
Harry znalazł przyjaciół i nowy dom, a nawet – choć musiał być ostrożny, by nie powiedzieć tego zbyt głośno, by nie zawstydzić profesora Snape’a, - nowego tatę, który martwi się o niego i upewnia się, że zjadł wszystkie warzywa i, że zobaczy się z uzdrowicielką, gdy został ranny. Harry westchnął szczęśliwy. Musiał być najszczęśliwszym chłopcem na całym świecie.

CDN…

*co prawda w oryginale jest “goodness gracious”, czyli “Boże drogi”, ale w czarodziejskim świecie raczej nie wierzyli w Boga, więc zmieniłam na Merlina
**Coś w stylu „ nie przed służącymi”
***  to logiczne – chodzi o nauczycieli (nawet teraz francuski -_- nigdy się od niego nie uwolnię :’( )

NS - Rozdział 7 - Spotkanie przyjaciół



Od tamtego dnia wszystko zdawało się zmieniać w Hogwarcie. Wszyscy nauczyciele Harry’ego wychodzili z siebie, by dołączyć trochę zabawy do ich lekcji. Mieli dobre intencje, ale Harry mógł tylko czuć, jakby próbowali przesadzać w naprawianiu bomby, którą rzucił mu profesor Dumbledore. Prawda, Harry był w dołku przez kilka dni, ale jego mania na punkcie Syriusza Blacka nie pozwoliła jego myślom pozostać na długo rozczarowanym.
Po zwolnieniu ze skrzydła szpitalnego, Harry został przeniesiony na kilka dni do gościnnych kwater Dumbledore’a. Podobno profesor Lupin zachorował, ale kiedy Harry próbował dowiedzieć się więcej, wszyscy mówili, że to „nic poważnego”. W tym czasie, profesor Dumbledore wielokrotnie próbował, by Harry otworzył się na temat tego całego bałaganu, ale Harry tylko mówił, że wszystko w porządku i musi wrócić do nauki.
Po tym, jak dowiedział się, że nie było tam żadnej kobiety, Harry zaczął się zastanawiać, dlaczego słyszał krzyk. Według profesora Lupina, dementorzy zmuszają ludzi do przeżywania ich najgorszych wspomnień, ale Harry nie mógł sobie przypomnieć, by słyszał taki kobiecy krzyk. Obawiając się, że traci rozum, Harry nie naciskał na temat, mając nadzieję, że było to jednorazowe wystąpienie.
Przez pozostałą część wakacji Harry naprawdę miał areszt domowy... eee... zamkowy. Jego zaopatrzenie na nadchodzący rok szkolny dostarczyła sowia poczta, Madam Malkin przyszła pomierzyć Harry’ego do nowych szat, a jego niegdyś przyjemne biegi były teraz całkowicie w plątaninie zamkowych korytarzy. To niesamowite, jak bardzo coś tak prostego jak zakaz wyjścia na zewnątrz może zmienić czyjąś mentalność. Raz nauczyciele znaleźli Harry’ego, siedzącego gdzieś na parapecie w zamku, po prostu patrzącego w dal z wyrazem tęsknoty na twarzy. Prawie każdemu złamało serce (Snape był wyjątkiem) zobaczenie Harry’ego tak zamkniętego w sobie i mogli mieć tylko nadzieję, że gdy studenci wrócą, wszystko będzie w porządku.
Ponieważ Harry zapisał się na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami, która odbywała się na zewnątrz, zostały podjęte działania w celu utrzymania uczniów z dala od Zakazanego Lasu i w zamian miały się odbywać na dziedzińcu. To nie zadowalało bardzo Hagrida, który został niedawno awansowany do statusu nauczyciela, bo planował wprowadzenie kilku stworzeń, które czuły się nieswojo opuszczając las. Myśl o zrujnowaniu zajęć Hagrida sprawiła, że Harry poczuł się niesamowicie winny i to nie pomogło wcale jego nastrojowi. Ponownie zaczął się czuć jak ciężar, mimo tego, co wszyscy mówili.
Gdy nadszedł 1 września, Harry był tak spragniony świeżego powierza, że nawet jazda pociągiem Hogwart Express do Hogwartu sprawiała, że czuł się jak na wakacjach. Żeby podtrzymać farsę, że wszystko było cacy u Dursleyów, Harry zgodził się dotrzeć do Hogwartu razem z innymi. Jednak to nie przeszkadzało profesorowi Dumbledore’owi nalegać, by co najmniej dwie dorosłe osoby jechały w pociągu dla ochrony. Profesor Lupin miał jechać w wagonie z Harrym, podczas gdy profesor Flitwick w przedziale dla nauczycieli.
Przybyli na godzinę przed odjazdem pociągu przez dziwny sposób podróżowania zwany świtroklikiem. Harry naprawdę nie polubił tego sposobu podróżowania, ale był on najszybszy i najbardziej dyskretny. Zostawili jego rzeczy w Hogwarcie, z wyjątkiem książki o czarach obronnych, którą aktualnie czytał. Mając dużą ilość wolnego czasu, Harry zaczął się zastanawiać, co się stanie, gdy zobaczy Rona i Hermionę. Utrzymywał z nimi kontakt, ale jego odsyłane listy były bardzo niejasne. Nigdy nie opowiedział im nic o uprowadzeniu, dając pretekst, że „powie im, gdy się zobaczą”. Harry również trzymał ich w nieświadomości wszystkiego, co zrobił i wiedział, że prawdopodobnie w końcu za to zapłaci.
Chociaż nie urósł znacznie, rozwinął się dzięki przyzwoitemu jedzeniu, które dostawał. Jego trening był widoczny w bardziej określonych mięśniach, gdyby ktoś go widział bez ubrania, ale oczywiście Harry nie miał zamiaru pozwolić, by to się stało. Będąc ubrany w szaty, nowa fizyczna postura Harry’ego była dobrze ukryta, nawet jeśli ktoś by go zobaczył pomyślałby, że przybrał trochę na wadze.
Kolejną zmianą były okulary. Profesor McGonagall spędziła prawie tydzień pomagając Harry’emu nauczyć się, jak przekształcać przedmioty w parę okularów w przypadku, gdyby stracił je lub uległy nieodwracalnym zniszczeniom. Dwie z tych lekcji dotyczyły zmiany ich wyglądu (to była zabawna część, zgadzając się z nauczycielką transmutacji). Harry miał na sobie parę okularów, które miały oprawkę uzupełniającą lepiej jego twarz; tak przynajmniej powiedziała mu profesor McGonagall.
Wyglądając przez okno na wciąż pusty peron, Harry zaczął się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Tak, brakowało mu przyjaciół bardziej niż czegokolwiek innego, ale czy był naprawdę gotowy być z nimi szczery? Nie, zdecydowanie nie. Tu nie chodziło o jego trening. Harry wiedział, że nie może im o tym powiedzieć, bo prawdopodobnie mogą być zazdrośni. Poza tym Dumbledore powiedział ci, by tego nie robić.
Harry nie miał zamiaru ogłaszać światu, co wydarzyło się tego lata na Privet Drive, ale czy może naprawdę zataić to przed Ronem i Hermioną? Co będzie, gdy zauważą, jak jest teraz blisko z większością kadry pedagogicznej? Poza profesorem Snapem, cała kadra była z Harrym na ty. Byli też bardzo nadopiekuńczy. Wydawało się, że w ciągu kliku tygodni Harry przeszedł od nie posiadania rodziców do bycia z dziwną wersją rodziny. Profesor Lupin zachowywał się jak zastępczy ojciec, pani Hooch i profesor Sprout były jak zabawne ciotki, a profesor Flitwick jak zabawny wujek, Hagrid był oczywiście jak broniącym go starszy brat, profesor McGonagall zachowywała się jak surowa babcia, a profesor Dumbledore jak cierpliwy i wyrozumiały dziadek. Pani Weasley miała już pozycję apodyktycznej matki.
To wystarczająco, by przyprawić kogoś o zawrót głowy.
- Harry? – spytał profesor Lupin z ciekawością. – Coś nie tak?
Wyrwany z myśli, Harry szybko spojrzał na profesora Lupina i pokręcił głową. Naprawdę nie ufał sobie teraz, by mówić. Co miałby powiedzieć? Czuję się dobrze. Martwię się tylko, co moi najlepsi przyjaciele będą myśleć, kiedy się dowiedzą, że pozwoliłem mojemu wujowi mnie bić, a człowiek, który zdradził moich rodziców porwał mnie z domu. Nic niezwykłego.
- Jestem pewien, że twoi przyjaciele po prostu martwią się o ciebie, Harry – powiedział Lupin łagodnie. – Nie musisz im nic mówić, jeśli nie jesteś gotowy. Jeśli są prawdziwymi przyjaciółmi będą respektować twoją decyzję.
Harry spuścił wzrok.
- Ale co, jeśli dowiedzą się o Dursleyach? – spytał cicho. – Wiem, że nie jestem gotowy im o tym powiedzieć, ale nie zna pan Rona i Hermiony. Jeśli myślą, że coś ukrywam, wtedy nic ich nie zatrzyma póki się nie dowiedzą, co to. Co jeśli będę miał kolejne przebłyski wspomnień?
Lupin zmarszczył brwi. Najwyraźniej Harry nie robił takich postępów jak im się wydawało.
- Nie miałeś żadnego w ciągu ostatnich dwóch tygodni, Harry – powiedział Lupin. – Rozmawialiśmy o tym. Wiesz, że jeśli coś się stanie lub jeśli chcesz porozmawiać moje biuro jest zawsze otwarte. Profesor Dumbledore i profesor McGonagall powiedzieli ci to samo. To, że szkoła się zaczyna nie oznacza, że się od ciebie odwrócimy.
Ramiona Harry’ego opadły. Wiedział, że brzmiało to dziecinnie, ale po prostu nie mógł się powstrzymać.
- Wiem – powiedział cicho. – Przepraszam...
- Nie masz za co przepraszać – przerwał mu Lupin. – Miałeś trudne i samotne wakacje. Może zająć trochę czasu nim przyzwyczaisz się do hałasu i zamieszania w zamku pełnym ludzi. – Zauważając, że Harry nadal jest nerwowy Lupin postanowił zmienić temat. – Jak chcesz usłyszeć to opowiem ci, jak twój ojciec zdołał oświadczyć się twojej matce?
Harry spojrzał na profesora Lupina i skinął głową, jego strach natychmiast poszedł w zapomnienie. Lupin już opowiedział Harry’emu kilka opowieści o czasach szkolnych Huncwotów. Zawsze zdawały się mieć bardziej uspokajający wpływ niż eliksir. Harry słuchał zrelaksowany, jak Lupin opowiada swoją historię. Mógłby nawet zobrazować to, co się działo w jego głowie. Harry lubił te historie o swoich rodzicach. To było tak, jakby byli teraz konkretnymi ludźmi.
Zanim Harry się zorientował, ludzie zaczęli przybywać na peron, ale był zbyt pochłonięty opowieścią profesora Lupina, by się o to martwić. W rzeczywistości, póki nie otworzyły się drzwi do przedziału, Harry nie zdawał sobie sprawy, ile minęło czasu. Zarówno Harry i Lupin odwrócili się, by zobaczyć wysokiego, rudowłosego chłopca z piegami na twarzy i opaloną dziewczynę z burzą włosów i dziwnie patrzącym pomarańczowym kotem w ramionach, stojących w drzwiach. Nastąpiła niezręczna cisza, podczas gdy dwójka nastolatków patrzyła na Harry’ego w szoku.
Wreszcie dziewczyna poruszyła się najpierw upuszczając kota, a następnie pędząc do Harry’ego i przytuliła go tak mocno, jak tylko mogła.
- Tak się martwiliśmy! – zawołała. – Wiem, że powiedziałeś, że wszystko w porządku, ale po prostu nie mogliśmy w to uwierzyć. Jak może być w porządku po porwaniu przez kogoś takiego, jak Syriusz Black? Zarówno Ron i ja próbowaliśmy przekonać Dumbledore’a, aby pozwolił nam odwiedzić cię, ale nie chciał. On nie powiedział nam nic oprócz tego, że jesteś bezpieczny!
Harry spojrzał na Lupina, który rozpaczliwie starał się nie śmiać.
- Eee, Hermiono? – Harry spytał niepewnie. – Czuję się dobrze, naprawdę. Ale byłbym wdzięczny, gdybyś pozwoliła mi oddychać.
Harmiona natychmiast puściła Harry’ego i usiadła obok niego. Wtedy w końcu zauważyła kogoś innego w wagonie. Spojrzała na nieznaną twarz niepewnie.
- Och, przepraszam – powiedziała niepewnie. – Jest pan przyjacielem Harry’ego? Jestem Hermiona Granger, a to – wskazała na Rona, - jest Ronald Weasley.
Lupin skłonił lekko głowę i uśmiechnął się.
- Cieszę się, że was poznałem – powiedział uprzejmie. – Jestem Remus Lupin, nowy nauczycielem Obrony przed Czarną Magią. Harry i ja właśnie omawialiśmy jaką ciekawą kuratelę mieliście w ciągu ostatnich kilku lat. Jedna osoba nie żyje, a druga jest bez pamięci. To nie do końca pozytywny rekord.
Ron wszedł i usiadł naprzeciwko Hermiony..
- Eee... dużo ludzi twierdzi, że ta pozycja jest przeklęta – powiedział brzmiąc nieco nerwowo. – Nie ma pan Sam Wiesz Kogo przyczepionego z tyłu głowy lub nie kradnie pan osiągnięć innych ludzi, prawda?
- Ron! – krzyknęła Hermiona. – Nie bądź niegrzeczny! To nauczyciel!
Drzwi otworzyły się ponownie ujawniając rudowłosą dziewczynę, której oczy rozszerzyły się na widok Harry’ego. Ginny Weasley, siostra Rona i najmłodsza z dzieci Weasleyów, natychmiast zarumieniła się i spuściła wzrok.
- Jestem szczęśliwa, że wszystko z tobą w porządku, Harry – powiedziała nieśmiało. – Wszyscy martwiliśmy się o ciebie.
Kolejne dwie rude głowy, które wyglądały identycznie znalazły się w środku. Harry słyszał, że Ron i Hermiona wzdychają z irytacją. Fred i George Weasley, nadzwyczajni żartownisie przyszli i planowali uraczyć ich swoją obecnością.
- Hej, Harry! – powiedział wesoło Fred. – Jak się miewasz.
- Brakowało nam cię tego lata – dodał George.
- Tak, moglibyśmy korzystać z innego podmiotu testów – powiedział Fred ze złośliwym uśmieszkiem. – Umęczanie Ronnusia po chwili przestało być zabawne, a Ginny była z pewnością objęta zakazem.
- Niestety prawda, mój drogi Forge – powiedział George. – Dodatkowo zawsze możemy liczyć na Harry’ego, by nasze życie pozostało ciekawe.
- Zgadzam się, Gred – powiedział Fred.
Hermiona przewróciła oczami i wydała sfrustrowane westchnięcie, twarz Rona była czerwona ze wstydu, Ginny i profesor Lupin starali się nie śmiać, a Harry po prostu zniósł to. Zostaw to bliźniakom Weasley, aby być jedynym działającym normalnie.
- Czy to prywatna rozmowa czy może ktoś dołączyć? – zapytał Harry z uśmiechem.
Zarówno Fred i George byli zszokowani.
- Harry, jako honorowy członek rodziny Weasleyów – zaczął Fred. – Już teraz powinieneś wiedzieć...
- że nie istnieje coś takiego jak prywatność – dodał George. – Więc, bracie, słyszeliśmy, że zostałeś przeniesiony w bezpieczniejsze miejsce po tym całym incydencie. Proszę, och proszę powiedz nam, że było przynajmniej kilka nielegalnych zachowań z twojej strony.
- Czy to rozmowa, przy której chcę być? – spytał profesor Lupin, jednak było widać, że cieszył się z przekomarzania bliźniaków. – Niech Merlin broni, bym usłyszał intrygi kawału legendarnych bliźniaków Weasleyów.
Fred i George uśmiechnęli się dumnie.
- Słyszałeś to? – spytał Fred. – Legendarni! A mama myślała, że do niczego nie dojdziemy. HA!
- Prawdę mówiąc, mój drogi bracie, tak powiedział Zarozumialec Percy* – skorygował George kręcąc głową. – Wstyd, że nasz starszy brat jest Prefektem Naczelnym* jest czymś, czego nie możemy nigdy przeżyć.
- Zgadzam się – dodał Fred. Wydawał się przez chwilę pogrążony w myślach zanim odwrócił się do George’a z niecierpliwością na twarzy. – Może powinniśmy zacząć spuszczać powietrze z jego wielkiej głowy*.
- Doskonały pomysł! – zawołał George. – Cóż, żegnamy nasze drogie rodzeństwo, honorowe rodzeństwo i naszego szanownego profesora. Mamy dużo do zrobienia. To może potrwać miesiące, by wyrządzić Percy’emu wystarczająco dużo szkód, by wrócił z powrotem do miejsca, nazywanego przez ludzi ziemią.
- Prawda, prawda – powiedział Fred i wyszedł za swoim bratem z przedziału.
Gdy drzwi przedziału się zamknęły, Harry spojrzał na Hermionę, która głaskała pomarańczowego kota, którego wcześniej trzymała. Zdesperowany, by zacząć jakąś rozmowę, która nie byłaby skoncentrowana na nim, Harry zauważył oczywistość.
- Hermiono, masz nowego zwierzaka? – spytał.
Hermiona rozpromieniła się.
- To prezent urodzinowy od rodziców – powiedziała radośnie. – Chciałam dostać sowę, ale kiedy zobaczyłam Krzywołapa nie mogłam odmówić. Jest wspaniały, prawda?
Harry spojrzał na Rona z uniesioną brwią. W jego opinii kot był jakikolwiek, ale nie wspaniały. Jego futro było grube i puszyste, a jego twarz wyglądała dziwnie; trochę jakby był w złym humorze i dziwnie spłaszczona. Harry musiał się zastanowić czy nie wbiegł twarzą na ceglastą ścianę. Jednak zwierzę wydawało się zadowolone i mruczało, gdy Hermiona głaskała tego stwora.
- To cholerny potwór – powiedział Ron z irytacją. – Po prostu trzymaj to-to-coś z dala od Parszywka!
Rozległ się głośny gwizdek zapraszający wszystkich. Harry wyjrzał przez okno, gdy pociąg ruszył. Spojrzał na profesora Lupin, po czym wrócił do patrzenia przez szybę. Na prawdę nie wyglądał jakby nie mógł się doczekać, by wrócić do tych wszystkich ograniczeń, które nałożył na niego profesor Dumbledore. Naprawdę nie wyglądał, jakby nie mógł się doczekać powrotu do strzeżonego przez Dementorów zamku.
- Więc, profesorze – Hermiona przerwała milczenie. – Jeśli mogę zapytać, to dlaczego jest pan w pociągu? To znaczy, nigdy wcześniej nie jechaliśmy z nauczycielem i jestem po prostu ciekawa... – W końcu zauważyła, że wszyscy na nią patrzą. – Już będę cicho.
Profesor Lupin spojrzał na Harry’ego, który tylko wzruszył ramionami zanim spojrzał z powrotem na Hermionę.
- W związku z ostatnimi wydarzeniami, profesor Dumbledore chciał, by kilku nauczycieli byli w pociągu jako środek ostrożności – powiedział od niechcenia. – Jestem pewien, że jesteście świadomi, że Syriusz Black nie został złapany. Choć jest mało prawdopodobne, że wsiadłby do pociągu, wolimy dmuchać na zimne.
Harry westchnął z irytacją.
- Innymi słowy, profesor Lupin jest moim ochroniarzem, póki nie wrócimy do Hogwartu – podsumował; jego rozdrażnienie zbliżyło się do powierzchni. – Nie wolno mi nic robić w tym roku, włącznie z wyjściem do Hogsmeade.
Ron i Hermiona popatrzyli na Harry’ego w szoku.
- A-ale na pewno Black nigdy nie spróbuje zaatakować wioski pełnej ludzi w biały dzień! – krzyknęła Hermiona. – Nikt nie jest tak tępy! – Spojrzała na Rona szukając pomocy, ale on tylko wzruszył ramionami. – Naprawdę! To takie niesprawiedliwe! Masz podpisane pozwolenie na wyjście, prawda?
Harry skrzywił się.
- Eee, nie – powiedział nerwowo. Jak, do licha, powinien z tego wybrnąć?
- Hermiono, muszę ci poradzić, byś się uspokoiła – powiedział profesor Lupin swoim zwykłym swobodnym tonem. – Jeśli pamiętasz, szkolne listy zawierające zgodę na wyjście zostały wysłane po tym całym bałaganem z Blackiem. Również, to profesor Dumbledore ma ostatnie słowo w tym, kto może lub nie może iść do Hogsmeade. Ma swój powód i po prostu musimy to zaakceptować.
Hermiona odwróciła wzrok zawstydzona swoim wybuchem.
- Przepraszam – powiedziała cicho. – Nie chciałam być niegrzeczna, tylko po prostu, to mogło być tak fajne, a teraz nie możemy iść.
Harry musiał na moment pomyśleć, co powiedziała, pewny, że usłyszał źle.
- Co znaczy „my”? – zapytał. – Jestem jedynym, który nie może iść. Wasza dwójka nie powinna zostawać ze względu na mnie.
- Ale będziesz sam tkwił w zamku – sprzeciwił się Ron. – Nigdy byśmy ci tego nie zrobili.
- Nie będzie sam – powiedział Lupin z uśmiechem. – Profesor Dumbledore uważa, że byłoby mądrze, by zrobić Harry’emu kilka lekcji zaawansowanej obrony, co jest dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę jego historię.
Oczy Hermiony rozszerzyły się w szoku.
- D-dodatkowe lekcje? – wyjąkała, po czym odwróciła się do Harry’ego. – Będziesz miał dodatkowe lekcje? Oh! Możemy dołączyć? Moglibyśmy skorzystać z praktyki, zwłaszcza po ostatnich dwóch latach. Proszę, och, proszę! Szansa, by nauczyć się, jak się właściwie bronić jest po prostu zbyt dobra, by z niej zrezygnować!
Harry i Ron jęknęli. Oboje wiedzieli, że teraz Hermiona nie cofnie się przed niczym, by być częścią tych lekcji.
- Naprawdę nie powinien pan tego mówić, profesorze – powiedział Harry cicho. – Ulubionym miejscem Hermiony jest biblioteka. Zapisała się na każdy przedmiot jaki istnieje.
Profesor Lupin skrzywił się.
- Przepraszam – powiedział szczerze.
^^^
Wydawało się, że Hermiona jest w niebie, gdy ona i profesor Lupin omawiali plany na nadchodzący rok. Wiedząc, że nie należy przerywać Hermionie, kiedy jest w swoim żywiole, Harry i Ron rozsiedli się na podłodze i grali w szachy, podczas gdy Ginny obserwowała ich w milczeniu. Z perspektywy czasu, profesor Lupin zrobił Harry’emu przysługę. Hermiona była teraz tak pogrążona w sprawach szkolnych, że nie pytała Harry’ego o lato. Było jasne, że Ron nie wiedział, co powiedzieć, a Ginny była zbyt nieśmiała, by zapytać.
Około popołudnia zaczął padać deszcz. Hermiona w końcu porzuciła narzucanie się i teraz czytała jedną z jej wielu książek, Ron i Ginny opowiadali Harry’emu o podróży do Egiptu, a profesor Lupin analizował swoje notatki do lekcji. Harry musiał się roześmiać, gdy usłyszał, że Fred i George próbowali zamknąć Percy’ego w piramidzie. Nie miał nic przeciwko nowo zadeklarowanemu Perfektowi Naczelnemu. Percy był tylko trochę zbyt surowy. Oczywiście z Fredem i Georgem jako braćmi, Harry zakładał, że ktoś musiał być ich przeciwieństwem.
Drzwi przedziału otworzyły się szybko, sprawiając, że Ginny i Hermiona podskoczyły. Trzech chłopców stanęło w progu. Jeden stał pośrodku i tym liderem był Draco Malfoy. Był otoczony przez jego kumpli, Vincentego Crabbe’a i Gregory’ego Goyle’a, którzy zawsze wydawali się wspólnie korzystać z mózgu. Jak chłopcy potrafili zdawać ich lekcje to nadal było tajemnicą. Cała trójka była ze Slitherinu, więc naturalnie byli rywalami czwórki Gryfonów z przedziału.
- No, no – wycedził Malfoy swoim zwykłym leniwym głosem. – Czyż to nie Bliznowaty, dwa Rudzielce i Szlama. Co się stało, Potter? Jesteś teraz tak przerażony, że potrzebujesz opiekunki?
Harry przewrócił oczami i powstrzymał chęć przeklnięcia rywala.
- Ciebie? – spytał z irytacją. – Raczej nie.
- Malfoy? – spytał Lupin z ciekawością i zrozumienie zalało mu twarz. – Ach tak, Draco Malfoy, syn Lucjusza Malfoya. Widzę, że twój ojciec przekazał ci swoje ideały. Jednak radzę powstrzymać się od używania takiego języka i szanować prywatność innych ludzi, wracając do swojego przedziału.
Malfoy uśmiechnął się szyderczo do mężczyzny.
- A kim ty jesteś, by mi rozkazywać? – zapytał.
Ron uśmiechnął się.
- To profesor Lupin – powiedział z dumą. – Jest nowym nauczycielem Obrony. Gratulacje Malfoy. Udało cię się zrobić złe wrażenie jeszcze przed Ucztą Powitalną. Nawet Fred i George jeszcze tego nie osiągnęli.
Policzki Malfoya poróżowiały ze wstydu. Nie będąc w stanie pomyśleć o ripoście, jedyne, co mógł zrobić, to wyjść razem z Crabbem i Goylem. Gdy tylko drzwi przedziału się zamknęły, Ron, Hermiona i Ginny parsknęli śmiechem. Harry nie potrafił do nich dołączyć. Ponownie zaczął wyglądać przez okno. Podjął decyzję. Nie chciał powiedzieć nikomu o tym, co się działo latem. Nie mógł dać szansy Malfoyowi na dowiedzenie się jakoś i ośmieszenie go. Profesor Snape był wystarczającym złem.
Podróż na północ została kontynuowana, ale była to już raczej spokojna podróż. Deszcz padał silniej, a ciemne teraz niebo sprawiło, że atmosfera stała się trochę bardziej przerażająca. Zerwał się wiatr, powodując silne wycie, które sprawiło, że wszyscy stali się nerwowi. Było jasne, że wszyscy myśleli o jednej rzeczy: im szybciej znajdą się w Hogwarcie, tym lepiej.
Jednak ich przejęcie skończyło się, gdy pociąg zaczął zwalniać i ostatecznie się zatrzymał. Wszyscy odwrócili się do profesora Lupina, który powoli wstał i wyciągnął różdżkę.
- Wasza czwórka niech się nie rusza – powiedział po czym spojrzał na Harry’ego. – Nie wpuszczaj tutaj nikogo i niczego.
Harry miał skinąć głową, kiedy znajome uczucie intensywnego zimna wypełniło jego ciało. Walczył z oddechem, gdy złapał się za klatkę piersiową. Nie, nie proszę, nie! Nie mogą być tutaj! Jego ciało zaczęło się trząść, gdy profesor Lupin pośpieszył do jego boku. Ron, Hermiona i Ginny patrzyli w szoku. Nigdy wcześniej nie widzieli, by Harry zachowywał się w taki sposób.
Myśląc szybko, Lupin wyciągnął czekoladę i wsunął kawałek w usta Harry’ego.
- Po prostu pozwól jej się roztopić, Harry – powiedział spokojnie. – Nie skupiaj się na zimnie.
Przypominając sobie, że nie są sami, profesor Lupin szybko rozdał czekoladę trzem innym Gryfonom. – Jedzcie, możecie tego potrzebować.
Drzwi przedziału otworzyły się powoli ujawniając wysoką, zamaskowaną postać. Jej twarz była całkowicie ukryta pod kapturem. Profesor Lupin szybko wstał i wycelował różdżką w stworzenie. Całe ciepło, które dała Harry’emu czekolada, już zniknęło. Nie mógł oddychać. Znajomy głos wypełnił jego uszy, ale tym razem coś mówił.
Nie Harry, proszę nie, weź mnie, zabij mnie zamiast...
Ciepła dłoń dotknęła jego czoła, podczas gdy kolejny kawałek czekolady został umieszczony w jego ustach, wyciągając Harry’ego z zimna. Otwierając oczy, Harry spojrzał w górę, by zobaczyć profesora Lupina, Rona, Hermionę i Ginny patrzących na niego z niepokojem. Łza uciekła z jego prawego oka, kiedy odwrócił wzrok. Teraz wiedział, do kogo należał ten głos.
- Mamo – powiedział cicho.
Lupin złapał lewe ramię Harry’ego.
- Co powiedziałeś? – zapytał.
Harry spojrzał na przyjaciela jego rodziców z niepłynącymi łzami w oczach.
- Słyszałem mamę – powiedział drżącym głosem. – Błagała Voldemorta, by zabił ją, zamiast mnie.
Rozległ się gwizd i pociąg ruszył. Ron, Hermiona i Ginny usiedli naprzeciw Harry’ego, podczas gdy Lupin usiadł obok nastolatka i objął go ramieniem. Harry jak zwykle spiął się na początku, ale potem się zrelaksował. Jego najgorsze wspomnienie. Teraz wiedział, że jest to Halloweenowa noc, gdy Voldemort zamordował jego rodziców.
Drzwi przedziału otworzyły się ponownie i profesor Flitwick wsunął głowę.
- Czy wszystko w porządku? – spytał, po czym zauważył Harry’ego i westchnął. – Jak blisko byli tym razem?
Ron, Hermiona i Ginny spojrzeli na Harry’ego z szeroko otwartymi oczami, ale milczeli. Harry nawet ich nie zauważył. Wciąż drżał, ale nie tak bardzo jak wcześniej. Czuł, że jego ciało powoli się rozgrzewa, ale w jego umyśle wciąż rozbrzmiewał głos jego matki. Miała teraz głos.
- Był dokładnie tam, gdzie stoisz – odpowiedział profesor Lupin. – Czy rozmawiałeś już z konduktorem?
Flitwick skinął głową.
- Sprawdziłem również kilka przedziałów – powiedział. – Kilku studentów było nieco wstrząśniętych, ale poza tym wszystko wydaje się być w porządku. – Podszedł do Harry’ego i położył delikatnie dłoń na ramieniu chłopca. – Nie skupiaj się na wspomnieniach, Harry. Spróbuj pomyśleć o czymś szczęśliwym, czymś z teraźniejszości.
- Cóż, jesteśmy prawie na miejscu – powiedział profesor Lupin do trzech gapiów. – Powinniście zmienić swoje szaty.
Hermiona wstała pierwsza, ale wahała się ruszyć dalej. Było jasne, że ma pytania, ale boi się je zadać.
- Profesorowie, co to było? – zapytała nerwowo.
- To był dementor – powiedział profesor Flitwick. – Strzegą więzienia Azkaban i przeszukiwali pociąg, by znaleźć Syriusza Blacka.
Harry w końcu przestał się trząść, ale nadal czuł się słabo. Zauważył, że profesor Lupin oferuje mu kolejny kawałek czekolady i przyjął go z wdzięcznością. Efekt był natychmiast w momencie, gdy Harry włożył kawałek do swoich ust. Prawie czuł się normalnie. Cóż, był tak blisko normy, jak można było być po usłyszeniu swojej matki błagającej o jego życie.
Ron, Hermiona i Ginny wyszli, by się przebrać, a za nimi podążył profesor Flitwick, który musiał sprawdzić resztę przedziałów. Zarówno Harry i profesor Lupin siedzieli w ciszy do końca podróży. Żaden nie wiedział, co powiedzieć, jeśli naprawdę jest coś do powiedzenia. Jak można pocieszyć kogoś w takiej sytuacji? Nie można. Wszystko, co można zrobić, to być tam dla tego, kto cię potrzebuje.
W chwili, gdy przybyli na stację, Harry zauważył, że czarodzieje stali na posterunku w każdym miejscu. Harry został poinformowany o tym z wyprzedzeniem i że to tylko środek ostrożności, ale to nadal było trochę stresujące. Profesor Lupin pozostał przy boku Harry’ego, gdy opuszczali pociąg wraz z Ronem, Hermioną i Ginny. Szepty wybuchły, gdy tylko studenci spojrzeli na Chłopca, Który Przeżył. To sprawiło, że Harry poczuł się wyjątkowo skrępowany tym, że tak wiele ludzi na niego patrzy, pomimo tego, jak bardzo starał się to ignorować.
Profesor Flitwick dogonił grupę, gdy dotarli do co najmniej stu bezkonnych powozów. Czując się teraz bardzo niewygodnie uwagą, która była na nim skupiona, Harry pozwolił pokierować się profesorowi Lupinowi do pierwszego powozu. Zajął go z profesorem Lupinem i Flitwickiem. Ron, Hermiona i Ginny zajęli następny, zostawiając Harry’ego samego z nauczycielami.
Gdy powóz ruszył do szkoły, wyraźny zapach pleśni i słomy uderzył w nos Harry’ego, ale nie zwracał na to uwagi. Kiedy dotarli do bram, w Harry’ego uderzyła kolejna fala zimna i powoli cofnął się w stronę profesora Lupina. Zamknął oczy, a gdy chwytając się za pierś nigdy nie zauważył, że profesor Lupin delikatnie pociera jego plecy w pocieszający sposób. Ruszając do zamku, powóz nabrał prędkości, aż gwałtownie się zatrzymał.
Profesor Filtwick wysiadł pierwszy. Profesor Lupin ruszył się, by za nim iść, ale zauważył, że Harry nadal jest w tej samej pozycji. To było prawie tak, jakby chłopak był spetryfikowany.
- Harry, wszystko w porządku – powiedział Lupin łagodnie. – Jesteś bezpieczny, z powrotem w Hogwarcie.
Harry powoli spojrzał na Lupina i pokiwał głową ze zrozumieniem. Naprawdę zaczynał nienawidzić tego, jaki dementorzy mają na niego wpływ. Nie chciał słuchać, jak jego matka błaga Voldemorta. Strach w jej głosie wywoływał dreszcze wzdłuż jego kręgosłupa. Ruszając za profesorem Lupinem i profesorem Flitwickiem, Harry starał się skupić na teraźniejszości, jak mu poradzono, ale miał z tym trudność. Bezmyślnie wszedł po stopniach i przez duże, dębowe drzwi frontowe do Sali Wejściowej.
- Potter! Granger! – krzyknął znajomy głos mimo paplaniny uczniów wychodzących z powodów. Kiedy Harry w końcu spojrzał w górę zauważył, że zbliża się profesor McGonagall. Szybko zerknęła na profesora Lupina, po czym spojrzała na Harry’ego z sympatią.
- Pani Pomfrey cię oczekuje, Potter – powiedziała cicho, po czym odwróciła się do Hermiony. – Panno Granger, proszę za mną.
Harry chciał protestować i nalegać, że wszystko jest w porządku, ale profesor Lupin uciszył go spojrzeniem. Harry sfrustrowany, parsknął, gdy niechętnie ruszył za Lupinem do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey czekała na niego. Szybko przebadała go, nawet nie słuchając protestów Harry’ego. Przyjął kilka eliksirów i zanim Harry się obejrzał pochłonęła go ciemność.

*Head Boy to Prefekt Naczelny, a Bighead znaczy zarozumialec, ważniak. Bliźniacy śmieją się, że chcą spuścić powietrze z jego „wielkiej głowy”. Jest to gra słów trudna do przetłumaczenia. Mam nadzieję, że dałam radę i jakoś to brzmi :D