piątek, 28 lipca 2017

SR - Rozdział 10 - Zazdrość


Najwyraźniej grożenie Syriuszem Blackiem było tym, czego trzeba. W dniu, gdy Rita Skeeter opublikowała swój artykuł o Turnieju, Harry był pewny, że będzie w nim coś wyrwanego z kontekstu, ale ku jego zaskoczeniu, nic takiego nie napisała. Były podane równe ilości informacji o wszystkich czterech reprezentantach, chociaż Harry był wyraźnie wykreowany na słabeusza gotowego na odważną walkę w zadaniach. Harry mógł tylko przewrócić oczami na ten komentarz. Dlaczego wszyscy musieli postrzegać go jako jakiegoś rodzaju bohatera? Był od tego daleki.
Tylko tego Malfoy potrzebował, żeby zacząć się naśmiewać. Niemal czuł, jak Malfoy łazi za nim, czekając na pierwszą szansę, by uderzyć. Za każdym razem, gdy Harry szedł do biblioteki z Ronem i Hermioną, Malfoy ich obserwował. Za każdym razem, kiedy Harry kończył posiłek i wychodził, Malfoy wychodził krótko potem. Na szczęście, Ron i Hermiona rozpoznali to, co się działo i przekazali to innym Gryfonom. Cały dom obserwował Harry’ego, ale nie mogli być przy nim cały czas.
Ponieważ żaden z uczniów nie był świadomy magicznych wybuchów Harry’ego, musiał znaleźć czas, żeby porozmawiać z profesorem Dumbledorem, do czego nadarzyła się okazja po kolacji, gdy wszyscy byli już w ich pokojach wspólnych. Jak się okazało, Dumbledore wiedział, w jakim momencie się to stało z powodu zaklęć umieszczonych na naszyjniku. Niestety, naszyjnik zrobił to, do czego został stworzony i pochłonął pochłoną większość magii, co bardzo zdenerwowało Harry’ego. Jeśli to, co się stało było tylko ułamkiem tego, co mogło się naprawdę wydarzyć, obawiał się myśleć, co by się stało przy pełnej mocy. Było tylko jedno rozwiązanie, by upewnić się, że nic takiego nie stanie się ponownie.
Harry nie mógł pozwolić, by emocje brały nad nim górę… w każdym momencie. Nie wiedział, jak będzie w stanie wykonać coś takiego, ale wiedział, że musi spróbować Nie mógł ryzykować, że ktoś stanie na linii ognia, ponieważ się zezłościł.
Opuszczając gabinet profesora Dumbledore’a, Harry był zbyt zamyślony, by dostrzec, że ktoś go śledzi. Musiał wymyślić jakiś sposób, by trzymać potężne emocje na wodzy. Czytał o zaklęciach tłumiących emocje, ale wiedział, że były ryzykowne, a ich skutki nie były przyjemne. Ostatecznie wszystko, co się czuło, wychodzi na powierzchnię. Och, tak, dlaczego zwyczajnie nie zniszczyć Hogwartu, gdy w nim jestem?
Dopiero, gdy coś uderzyło go mocno w tył głowy, Harry zdał sobie sprawę z tego, że nie jest sam. Potknął się na parę kroków, zanim odzyskał równowagę. Odwróciwszy się, Harry zobaczył, że w jego stronę idą Malfoy, Crabbe i Goyle ze wrednymi uśmieszkami na twarzach. Zaczął panikować. Co miał zrobić? Nie mógł zaryzykować walki i stracenia kontroli, ale nie mógł po prostu stać i nic nie robić.
- Co jest, Potter? – zapytał uszczypliwie Malfoy. – Nikt nie może cię teraz ochronić. Żadnych opiekunów, żadnych przyjaciół i żadnej wielbiącej publiki. Myślisz, że jesteś lepszy od innych, że wszyscy powinni oddawać cześć ziemi, po której stąpasz tylko z powodu głupiej blizny, której się dorobiłeś przy dziwacznym wypadku. Owinąłeś sobie wszystkich nauczycieli wokół palca, ponieważ straciłeś rodziców, a twój wuj zdecydował zbić w ciebie trochę rozsądku.
Harry zamarł. To właśnie ludzie myśleli? Co takiego zrobił, że ludzie w to wierzyli? Nie uważał się za lepszego. Jeśli już, był zazdrosny o innych. I nie owinął sobie nauczycieli wokół palca. Był z nimi blisko, ponieważ pomagali mu przejść najcięższy czas. Powiedzieli mu, że jego wuj robił źle, wyżywając się na nastolatku, więc dlaczego Malfoy mówi, że na to zasłużył?
Komu zamierzasz wierzyć? Swoim nauczycielom, opiekunom i przyjaciołom czy Draco Malfoyowi?
Harry powrócił do rzeczywistości, kiedy Crabbe i Goyle chwycili go za ramiona, by przytrzymać go w miejscu. Właśnie. Malfoy był zazdrosny o wszystko, co miał Harry. Harry miał to, czego Malfoy pragnął: sławę, popularność i dorosłych, którzy o niego dbali. Nie miało znaczenia to, że życie Harry’ego było w ciągłym niebezpieczeństwie. Ani to, że Voldemort chciał jego śmierci. Malfoy widział tylko zalety bycia chłopcem, który przeżył. Nie rozważał złych rzeczy, które się z tym wiązały.
- Masz pojęcie, co ten wilkołak zrobił w dniu Mistrzostw Świata? – kontynuował Malfoy, wyciągając różdżkę i kierując ją w Harry’ego. – Całkowicie zawstydził Ministerstwo. Bułgarski Minister pytał Knota, dlaczego w Ministerstwie nie ma więcej ludzi takich, jak Lupin. Nawet nie obchodziło go to, że Knot mu powiedział, że Lupin wilkołakiem. Wiesz, jaki to był cios w twarz dla mojego ojca, że ktoś woli mieszańca od czystokrwistego?
- Nie nazywaj tak Remusa – powiedział w obronie Harry. Malfoy posunął się za daleko. Harry mógł znieść obelgi, ale nikt nie mógł obmawiać Remusa i Syriusza. – Jest lepszą osobą niż twój ojciec kiedykolwiek był.
Oczy Malfoya zwęziły się ze złości. Podszedł do Harry’ego i skierował różdżkę w jego głowę, a jego dłonie trzęsły się z wściekłości.
- Tak? – syknął. – Co ty wiesz, Potter? Dorastałeś wśród mugoli. Nie jesteś ani trochę lepszy od szlamy albo mieszańca. Marnujesz tylko miejsce.
Harry spiorunował Malfoya wzorkiem.
- Cóż, ty z pewnością doskonale wiesz, jak „marnować miejsce” – odparował. Musiał grać na zwłokę. Wcześniej czy później ktoś przyjdzie… miał taką nadzieję. – Nie mogłeś stanąć przede mną, kiedy byli wokół mnie moi przyjaciele, więc wybrałeś sposób tchórza i potrzebowałeś swoich lokai, żeby przytrzymali mnie w miejscu, gdy ty będziesz rzucał na mnie klątwę. Gdzie w tym jest honor?
TRZASK!
Pięść zetknęła się z twarzą Harry’ego, z impetem odwracając ją w lewo. Jego okulary zleciały mu z twarzy i zobaczył biel. Mrugając kilka razy, Harry starał się wrócić do swojego poprzedniego położenia, ale rozmazany obraz nieco to utrudnił. Zamknął oczy i spróbował otrząsnąć się ze zdezorientowania, ale wydawało się, że nie jest w stanie. Jego uszy wypełnił śmiech, ale szybko zamarł, po tym, jak korytarz wypełnił wyraźny grzmot.
- NIE SĄDZĘ, CHŁOPCZYKU!
Uścisk na ramionach Harry’ego znikł, sprawiając, że na moment Harry stracił równowagę. Gdy machnął nadgarstkiem, w jego dłoni znalazła się różdżka i przywołał nią okulary. Założywszy je, oczy Harry’ego rozszerzyły się z szoku, gdy zobaczył jedną białą i dwie czarne fretki w miejscach, gdzie stali wcześniej Malfoy, Crabbe i Goyle. Drżąco cofnął się o krok, uderzając w coś plecami. Szybko się odwrócił i zobaczył, że profesor Moody patrzy na niego normalnym okiem, podczas gdy magiczne było utkwione w trzech fretkach.
Profesor Moody przytrzymał brodę Harry’ego i odwrocił jego twarz, by zobaczyć siniak, który, jak czuł Harry, zaczynał się już formować. Moody odetchnął głęboko, po czym puścił podbródek Harry’ego.
- W porządku, Potter? – burknął.
Harry nie ufał własnemu głosowi, że nie zadrży, więc skinął głową. Nie mogąc już dłużej znieść intensywnego spojrzenia oczu Moody’ego, Harry szybko odwrócił wzrok. Ruch wywołał iskrę bólu biegnącą w dół szyi Harry’ego, co sprawiło, że się skrzywił. Profesor Moody zauważył to i wyciągnął chusteczkę, przyciskając ją do tyłu głowy Harry’ego.
- Nic ci nie będzie – burknął Moody, kiedy Harry odruchowo przytrzymał chusteczkę w miejscu, żeby profesor Moody nie musiał tego robić. – To tylko małe rozcięcie. Dobrze, że ten skrzat domowy mnie znalazł. Czy mam rację, przypuszczając, że to te przemiłe osóbki za to odpowiadają? – Harry nie odpowiedział. – Tak myślałem – powiedział Moody i obszedł Harry’ego. – I co tu teraz zrobić z trzema tyranami?
Harry odwrócił się i zobaczył, jak Moody wyczarowuje trzy małe klatki. Trzy fretki zaczęły uciekać, ale po machnięciu różdżką, podleciały do klatek i ostatecznie jedna była w każdej. Nigdy nie widział czegoś takiego. Mimo że musiał się uśmiechnąć, że Malfoy dostał za swoje, Harry zastanowił się, czy nauczycielom wolno robić coś takiego uczniom.
Moody ponownie machnął różdżką i trzy klatki uniosły się w powietrze.
- Powinieneś iść do skrzydła szpitalnego, Potter – powiedział profesor Moody. – Nie martw się. Upewnię się, że ci uczniowie nigdy nie zrobią czegoś tak okrutnego ponownie. Jeśli na takiego typu zachowania Snape pozwala swoim uczniom, z nim też muszę zamienić parę słów.
Harry’emu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odszedł do skrzydła szpitalnego, gdzie pani Pomfrey szybko zaleczyła ranę na tyle jego głowy oraz tak wiele siniaka na jego twarzy, jak tylko mogła. Nalegała też, żeby Harry spędził noc w skrzydle szpitalnym, żeby się upewnić, że nie będzie żadnych komplikacji z urazem głowy. Harry był zbyt zmęczony, by protestować i zasnął niemal natychmiast. Miał tylko nadzieję, że profesor Moody nie zranił Malfoya i jego goryli… przynajmniej nie za mocno.
^^^
Następny poranek był chyba najdłuższym, jakiego Harry kiedykolwiek doświadczył. Ron spanikował, kiedy zobaczył, że w łóżku Harry’ego nikt nie spał i zaalarmował Deana, Seamusa i Neville’a. Ta czwórka chyba najbardziej go chronili i rozpoczęli poszukiwania. Kiedy odkryli, że Harry jest w skrzydle szpitalnym i dlaczego tam jest, Gryfoni wściekli się. Nie mogli uwierzyć, że Malfoy zrobił coś takiego. Jednak wybuchli śmiechem, kiedy usłyszeli, że Malfoy, Crabbe i Goyle zostali zmienienie we fretki przez profesora Moody’ego.
Gdy tylko Harry wyszedł ze skrzydła szpitalnego, już kilka osób odmówiło opuszczanie jego boku. Plotka o ataku Malfoya szybko obiegła wszystkie cztery domy, docierając do nauczycieli, którzy wyglądali na przerażonych. Jedynym potwierdzeniem, którego potrzebowali był lekki siniak na twarzy Harry’ego. Profesor Dumbledore, McGonagall i Snape wybiegli z Wielkiej Sali i wrócili po dwudziestu minutach z Malfoyem, Crabbem i Goylem, którzy wyglądali jakby mieli wyjątkowo brutalną noc. Harry nawet nie usiłował spojrzeć na Malfoya, siedzącego przy stole Ślizgonów.
Po śniadaniu, Harry jak najszybciej wyszedł z Ronem i Hermioną do Hogsmeade, wioski, którą mogli odwiedzać uczniowie trzeciego roku i starsi. Przez poprzedni wieczór i to, że pierwsze zadanie było tuż za rogiem, Harry potrzebował rozproszenia uwagi. Założył na włosy i bliznę czapkę, żeby nie zostać rozpoznany, ale ludzie wciąż go rozpoznawali. Wszyscy ciągle życzyli mu powodzenia w Turnieju, co sprawiało, że Harry czuł okropne zawstydzenie. Ludzie powinni życzyć tego Cedricowi, Fleur i Viktorowi.
Poszli do podstawowych sklepów: Miodowego Królestwa i Zonka, a potem weszli do Trzech Mioteł, gdzie usiedli z daleka od innych, żeby nie ściągać uwagi na Harry’ego. Ron zgłosił się na ochotnika, by kupić piwo kremowe, zostawiając Harry’ego i Hermionę w ciszy. Mroczne oświetlenie ukryło bladość na twarzy Harry’ego. Patrząc na stół, Harry starał się ignorować spojrzenia Hermiony. Nie powiedziała wiele, od kiedy dowiedziała się, co się stało, sprawiając, że Harry zastanawiał się, jak bardzo była wściekła.
- Będziesz teraz na mnie wrzeszczeć, czy dalej będziesz się gapić? – zapytał cicho Harry.
Hermiona szybko odwróciła wzrok.
- Wybacz, Harry – powiedziała. – Wszystko w porządku, prawda? Jesteś dzisiaj okropnie cichy.
Harry prychnął na ten komentarz.
- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie – stwierdził dosadnie. Zauważył, że uśmiecha się z zakłopotaniem i dostrzegł, że coś się zmieniło. – Pani Pomfrey rozwiązała twój problem z zębami. – Hermiona spojrzała zaskoczona na Harry’ego, po czym zarumieniła się i skinęła głową. – Ładnie wyglądają – dodał, sprawiając, że Hermiona zaczerwieniła się mocniej i wymamrotała podziękowanie.
- Trzy piwa kremowe – powiedział Ron, wracając do nich i podając picie. – Nie uwierzycie, co przypadkiem usłyszałem. Właśnie weszli jacyś Ślizgoni, którzy mówili o Malfoyu. Mówili, że Malfoy stracił sto punktów i dostał dwumiesięczny szlaban z profesor McGonagall. Jest też pod nadzorem. Jeśli zrobi coś jeszcze, zostanie zawieszony albo nawet wydalony. Możecie sobie wyobrazić, co zrobi tata Malfoya, gdy dostanie rano pocztę?
- Zasłużył na to – powiedziała zwyczajnie Hermiona. – Mógł cię naprawdę skrzywdzić, Harry. Dlaczego z nim nie walczyłeś tak, jak w pociągu? Dlaczego wyszedłeś po rozpoczęciu godziny policyjnej?
Harry przez chwilę patrzył na przyjaciółkę, po czym spuścił wzrok na swoje piwo kremowe. Z jakiegoś powodu nie potrafił wyrzucić z głowy tego, co się stało wczoraj.
- Czy myślicie, że uważam się za lepszego od innych? – zapytał z rezerwą. – Uważacie, że ludzie czczą ziemię, po której stąpam? Albo że zasłużyłem na to, co zrobił mi wuj Vernon?
Ron i Hermiona wyglądali na przerażonych.
- Absolutnie nie! – krzyknęła Hermiona. – Harry, dlaczego pytasz o coś takiego? Wiemy, że nie znosisz, jak ludzie traktują cię inaczej niż innych. Coś takiego powiedział ci wczoraj Malfoy?
- Hermiono! – ostrzegł Ron. – Ciszej!
Hermiona zarumieniła się i rozejrzała szybko, by upewnić się, że nikt nie podsłuchiwał.
- Przepraszam – powiedziała cicho, po czym pochyliła się, by nie mógł jej słyszeć nikt oprócz Harry’ego i Rona. – Harry, nikt nie zasługuje na to, co zrobił ci wuj. Tak, ludzie mają tendencję do idealizowania ciebie, ale to nie twoja wina. Malfoy jest po prostu zazdrosny. Jego ojciec musi kupować mu to, co tobie przychodzi naturalnie.
Harry przewrócił oczami.
- Codziennie wita go obsesja Voldemorta moją osobą – powiedział gorzko. – Nikt nie zdaj sobie sprawy z ceny ten sławy, której tak pragną. Czy oni nie wiedzą, że w ułamku sekundy oddał bym to wszystko, by mieć normalne życie i rodziców?
Ron i Hermiona wymienili spojrzenia, po czym Hermiona wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni Harry’ego.
- Nie, Harry – powiedziała łagodnie. – Oni nie zdają sobie sprawy z tego, że pod nazwą chłopca, który przeżył jest nastolatek, który jest po prostu jak wszyscy inni.
Gdy więcej ludzi wypełniło pub, Harry, Ron i Hermiona uznali to za wskazówkę, by wyjść. Niemal wbiegli w Ritę Skeeter, która właśnie weszła i schylili głowy, by ich nie zauważyła. Harry przekazał przyjaciołom, jak mocno Rita nalegała na wywiad z Harrym, przez co oboje czuli do kobiety niechęć. Wiedzieli, że im dalej są od Rity Skeeter, tym lepiej.
Zaczęli długą podróż powrotną do Hogwartu, kiedy zobaczyli dwie postacie; jednego dość sporego mężczyznę i jednego, który kuśtykał, biorąc łyk ze swojej piersiówki. Hagrid i profesor Moody. Hagrida było widać w każdym tłumie z powodu jego wzrostu. Zanim Harry mógł choćby przywitać się z Hagridem, został pociągnięty do mocnego uścisku i wydawało się, że niezbyt szybko zostanie puszczony. Gdy Harry’emu już kręciło się w głowie z braku tlenu, Hagrid w końcu puścił go.
- W porząsiu, Harry? – zapytał Hagrid, po czym zauważył siniaka na twarzy Harry’ego. – Dumbledore cię szukał. – Hagrid pochylił się tak, że był oko w oko z Harrym i położył mu wielką dłoń na ramieniu. – Musimy się zobaczyć dzisiaj o północy, Harry – wyszeptał. – Przyjdź sam i weź płaszcz ojczulka.
Harry był zdezorientowany, ale i tak skinął głową, a wtedy Hagrid wyprostował się i odwrócił do Rona i Hermiony. Dlaczego Hagrid chce się zobaczyć z nim samym i to tak późno w nocy? Hagrid i Moody pożegnali się i kontynuowali swoją wycieczkę do Hogsmeade, zostawiając Harry’ego w oszałamiającej ciszy. Odpychając wiadomość Hagrida na skraj umysłu, Harry ruszył z Hermioną i Ronem z powrotem do Hogwartu. Teraz musiał tylko wymyślić jakąś wymówkę, żeby nikt się nie martwił, ponieważ Hagrid nie chciałby się z nim spotkać o tak dziwnej porze, gdyby nie miał ważnego powodu.
^^^
Jak się okazało, tak jak wszyscy inni profesor Dumbledore chciał tylko się upewnić, że z Harrym wszystko w porządku. Zapewnił też Harry’ego, że Malfoy, Crabbe i Goyle zostali ukarani za ich zachowanie. Po uniknięciu odpowiedzi na takie pytania, jak dlaczego Harry nie walczył, chłopiec opuścił gabinet Dumbledore’a jak najszybciej potrafił. Wiedział, że nie bronił się przez strach. Nie pomagało też to, że Crabbe i Goyle trzymali go tak mocno, że nie mógłby się uwolnić.
Późno w nocy, Harry wymknął się z wieży Gryfonów, by spotkać się z Hagridem. Okryty niewidzialnym płaszczem swojego ojca, Harry był w stanie poruszać się bezpotrzebny martwienia się o to, że ktoś go zobaczy. Korytarze były w większości puste, nie licząc nauczycieli i prefektów, którzy je patrolowali. Kilku prefektów mamrotało coś o „głupich Ślizgonach”, ostrzegając Harry’ego, że wokół było tylu ludzi ze względu na to, co się stało poprzedniego wieczora.
Wyszedł na błonia i pobiegł w kierunku chatki Hagrida. Znał drogę na pamięć, a światło ze środka chatki pomogło Harry’emu manewrować w ciemności. Kiedy się zbliżył, Harry zauważył, że wciąż świeci się również w powozie Beauxbatons. Wydawało się, że całkiem sporo ludzi dzisiaj nie śpi do późna.
Harry szybko dotarł do chatki i cicho zapukał w drzwi. Nie chciał informować wszystkich, że Hagrid ma gościa. W momencie, gdy drzwi się otworzyły, Harry szybko wślizgnął się do środka i ściągnął płaszcz. Spojrzał dokładnie na Hagrida i z zaskoczeniem dostrzegł, że nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami wygląda na nerwowego. Co się działo?
- Coś nie tak, Hagridzie? – wyszeptał Harry. – Doś się stało?
Hagrid podniósł palec do ust, by Harry był cicho.
- Chodź, Harry – powiedział szeptem. – Jest coś, co powinieneś zobaczyć. Załóż płaszcz.
Harry wykonał polecenie i wyszedł za Hagridem z chatki. Szybko zatrzymał się, kiedy zobaczył, że Hagrid idzie w stronę powozu Beauxbatons. Obserwował, jak Hagrid puka i zostaje powitany przez madame Maxime. Przygryzając dolną wargę, Harry podążył za nimi, upewniając się, żeby zachować dystans, żeby madame Maxime nie dowiedziała się, że z nimi jest. Ledwie słyszał, jak Hagrid mówi o czymś wartym zobaczenia, o czym nie powinni jeszcze wiedzieć. To dało mu do myślenia. W co grał Hagrid? Czy to miało coś wspólnego z pierwszym zadaniem?
Na jego pytanie odpowiedział głośny ryk. Harry niemal nie upadł z szoku. Taki ryk mógł pochodzić tylko od czegoś naprawdę wielkiego i bardzo niebezpiecznego; czegoś, do czego Harry naprawdę nie chciał się zbliżać. Widząc, że Hagrid i madame Maxime zatrzymali się, Harry ostrożnie zmniejszył przestrzeń między nimi i zerknął na to, na co patrzyli. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. To było zdecydowanie coś wielkiego, od czego wolałby trzymać się z daleka.
Smoki… dokładnie cztery.
Harry obserwował, jak czarodzieje otaczając smoki, starając się je kontrolować. Harry nie mógł stwierdzić wiele, ale mógł powiedzieć, że miały przynajmniej pięćdziesiąt stóp, wielkie zęby w okropnie ogromnych paszczach, które wypluwały również ogień w niebo. Były przykute do ziemi, ale to nie było zbyt pocieszające. Smoki wyglądały na tak silne, że mogłyby wyrwać się na wolność, zanim inni by mrugnęli.
Obserwował, jak czarodzieje starają się uspokoić smoki, rzucając w nie oszałamiające zaklęcia. Siedem potężnych zaklęć uderzyło w każdego smoka, wymuszając u nich głęboki sen, poza łomotem, który rozbrzmiał, gdy ich wielkie cielska uderzyły o ziemię. Harry zanotował w umyśle, by nigdy nie stać blisko smoka, kiedy próbuje się czegoś takiego.
Czarodziej odsunął się od grupy i podszedł do Hagrida i madame Maxime. W momencie, gdy Harry zobaczył jego rude włosy, rozpoznał w nim brata Rona, Charlie’ego, który pracował ze smokami w Rumunii. Z jakiegoś powodu, Harry poważnie wątpił, by te zwierzęta były przygotowane na następną lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami.
- Nic im nie będzie, Hagridzie – powiedział Charlie, brzmiąc na kompletnie wykończonego. – Dostały eliksir Słodkiego Snu na czas podróży. Po prostu nie przyjęły dobrze zmiany otoczenia. – Charlie spojrzał na madame Maxime, po czym ponownie skupił się na Hagridzie. – Wiesz, że reprezentanci nie powinni o nich wiedzieć?
- Pomyślałem, że się jej spodobają – powiedział Hagrid z uśmiechem. – Cztery smoki. Jeden dla każdego reprezentanta, którzy muszą, co? Walczyć z nimi?
- Nie jestem pewny na sto procent – powiedział szczerze Charlie. – Myślę, że muszą je zwyczajnie minąć. Będziemy tam, gdyby sprawy wyślizgnęły się spod kontroli. Poprosili nas o gniazdujące matki, więc takie zabraliśmy. Rogogon Węgierski – paskudny gnojek, Walijski Zielony, Szwedzki Krótkopyski i Chiński Ogniomiot. – Charlie urwał i spojrzał na Hagrida z ciekawością. – Jak się ma Harry?
Hagrid wyglądał na zakłopotanego.
- Niezbyt dobrze, Charlie – powiedział ze szczerością. – Zeszłego wieczora został zaatakowany przez kilku Ślizgonów. Dumbledore jest wściekły…
- Nic mu nie jest? – przerwał mu Charlie z iskrą troskliwości w głosie. – Proszę, powiedz mi, że coś z tym zrobiliście. Mama zrobiła larmo, kiedy Fred wysłał jej sowę i wszystko wyjaśnił. Gdyby się dowiedziała…
- Nie martw się, Charlie – powiedział szybko Hagrid. – Dumbledore się tym zajął.
Nie chcąc podsłuchiwać więcej, Harry pospieszył z powrotem do zamku. Nie mógł uwierzyć, że mówili o nim w taki sposób. Wtedy prawda uderzyła w Harry’ego. Wszyscy mówili o nim chłopiec, który przeżył. Widzieli w nim tylko dzieciaka. Musiał przyznać, że zachowywał się tak, kontaktując się z Syriuszem i tarzając się w swoich problemach, ale koniec z tym.
Pierwsze zadanie było we wtorek, więc miał jeszcze trochę czasu na przygotowanie. Mógł wykorzystać jutrzejszy czas wolny, by pouczyć się coś o smokach, a w szczególności o gniazdujących matkach, żeby znaleźć ich słabe strony. Charlie powiedział, że będzie musiał tylko przejść obok smoka, a pan Crouch, że będzie miał jedynie swoją różdżkę. Trzeba było siedmiu dobrze wytrenowanych czarodziei, by powalić smoka zaklęciami oszałamiającymi, więc to nie wchodziło w rachubę.
Zagubiony w myślach, Harry drgnął zaskoczony, kiedy wbiegł w coś, przez co upadł do tyłu. Ktoś zapytał w ciemności: „Kto tu jest?” i Harry zrozumiał, że wpadł na kogoś. Pozostał kompletnie nieruchomy, nie mając odwagi wydać żadnego dźwięku. Mrugając w ciemności, Harry ledwo mógł uwierzyć, kiedy zobaczył znajomą kozią bródkę. Wpadł na profesora Karkarowa.
Po kilku minutach, Karkarow zaprzestał poszukiwać i zapuścił się w miejsce, gdzie były smoki. Jak tylko dostatecznie się oddalił, Harry wstał i pobiegł do zamku. Nie było wątpliwości, co do tego, co knuje Karkarow. Zamierzał dowiedzieć się czegoś o smokach dla Vikrota, tak samo jak madame Maxime dla Fleur. To oznaczało, że jedyną osobą, która była w niekorzystnej sytuacji, był Cedric, jedyna osoba, która wstawiła się za Harrym.
Wszedł do pokoju wspólnego Gryfonów i ściągnął płaszcz. Była niemal pierwsza nad ranem, ale Harry był zbyt rozbudzony, by zasnąć. Jak najciszej, Harry wszedł do dormitorium, odłożył pelerynę i chwycił kilka książek, zanim wyszedł na palcach. Mógł spędzić cały jutrzejszy dzień, szukając czegoś na temat smoków. I tak wątpił, by ktoś pochwalał pójście do biblioteki o takiej porze.
Siadając na podłodze przed kominkiem, Harry zaczął od książek o opiece nad magicznymi stworzeniami, ale znalazł bardzo niewiele o smokach. Przeniósł się na książkę do zaklęć, ale ponownie się rozczarował tak, jak się tego spodziewał. Ostatni raz, jak Harry sprawdzał, walczenie ze smokami nie było w programie czwartego roku. Chwycił książkę do obrony przed czarną magią, po czym odrzucił podręczniki i wyciągnął książkę o zaklęciach obronnych, którą kupił tego lata. Przynajmniej, gdyby nadeszło najgorsze, może nie da się zabić.
Minęło dużo czasu, zanim Harry pozwolił pojęciu snu przyjść do jego głowy.



Myślę, że w środę dodam kolejną miniaturkę, kontynuację "Nie mojego syna", a rozdział NDH będzie dopiero w przyszłym tygodniu.

środa, 26 lipca 2017

Nie mój syn


Oryginalny tytuł: Not my son
Autorka: marksmom
Zgoda: jest!
Rating: +15
Ilość części: 1 + 1
Notka: Potterowie przeżywają atak Voldemorta i wkrótce po tym biorą rozwód. James niedługo po tym umiera na misji, a Harry mieszka ze swoją mamą i jej mężem – Severusem Snape. Severus nienawidzi Jamesa i przenosi to na jego syna… jak to zadziała na Harry’ego po dłuższym czasie? Co się wydarzy, gdy stanie się coś nieoczekiwanego małemu chłopcu?
Notka tłumaczki: Ta miniaturka posiada sequel – „Drogi Severusie Snape”.


- Panie Snape, dobrze pana znowu widzieć.
- Nie jestem Snape… nazywam się Harry Potter. – Lucjuszowi te słowa były tak pełne smutku i porażki, wychodzące z ust, bądź co bądź, sześcioletniego chłopca, że zaczął się zastanawiać, dlaczego dzieciak odmówił bycia pasierbem Severusa.
- Czyż Severus Snape nie poślubił twojej matki? – Chłopiec skinął głową. – No więc, czy to nie daje ci nazwiska Harry Potter-Snape? – Dzieciak potrząsnął głową. – Dlaczego nie? Nie chcesz być synem Severusa? – Lucjusz był zaskoczony przez nagłe łzy, pojawiające się w zielonych oczach chłopca.
- Pan Snape mnie nie chce. – Harry schylił głowę, patrząc na swoje stopy.
Lucjusz zamrugał kilka razy, starając się ogarnąć umysłem to, co właśnie powiedział dzieciak.
- Czy Severus ci to powiedział?
Harry pokręcił głową, a kilka łez spadło na posadzkę.
- Słyszałem, jak ktoś mówił, że on mówił, że nigdy nie będę mógł być jego synem, że zawsze będę dzieciakiem Jamesa Pottera. Muszę teraz iść; miło było pana znowu zobaczyć, panie Malfoy… proszę powiedzieć Draco, by do mnie zafiukał. – Harry zdawał się zrozumieć, że powiedział zbyt wiele przyjacielowi swojego ojczyma.
Serce Lucjusza ścisnęło się, gdy dzieciak pobiegł ulicą Pokątną, by spotkać się z matką, ojczymem i siostrą. Obserwował ostrożnie, jak chłopiec wita wszystkich i wszyscy odpowiadają na powitanie… wszyscy poza Severusem; najwyraźniej dzieciak się nie mylił, jak na początku myślał Lucjusz. Zobaczył, jak Harry odwraca się, by spojrzeć na niego przez ulicę, jakby chciał mu powiedzieć „Widzisz, a nie mówiłem”; Lucjusz uniósł rękę na pożegnanie i otrzymał w odpowiedzi bardzo dorosłe skinięcie głową.
^^^
Tego wieczoru, w zaciszu swojego gabinetu, Lucjusz sprawdził, co się o rodzinie Snape ; był zaniepokojony sytuacją między jego przyjacielem a jego pasierbem. Wiedział, co się stało 31 października 1981… do diabła, wszyscy wiedzieli, co się wtedy stało! Czarny Pan, reagując na przepowiednię, poszedł do domu Potterów i usiłował zabić wszystkich, gdy siedzieli w salonie; nie znał całej przepowiedni… gdyby znał, zostawiłby Potterów w spokoju. Jego mordercza klątwa nie tylko nie zabiła Potterów, ale ich syn, Harry, zdołał jakoś obronić wszystkich i odesłać klątwę z powrotem w Czarnego Pana; kiedy klątwa dotknęła mężczyzny, jego ciało eksplodowało, pokrywając dużą część salonu, wraz z będącymi tam ludźmi,  obrzydliwymi szczątkami zmarłego Czarnego Pana.
Lily i James Potter natychmiast rzucili na siebie i swojego syna Chłoszczyść i wezwali aurorów, Albusa Dumbledore’a i wszystkich innych, którzy mogli mieć jakieś znaczenie. Gdy zostało to potwierdzone, wiadomość dostała się do opinii publicznej, a Harry Potter stał się natychmiastowym, małym bohaterem. James Potter kontynuował karierę aurora, ale stres wywołany pracą szybko odbił się na małżeństwie Potterów; rozwiedli się, zanim Harry skończył trzy lata. Przynajmniej… to była oficjalna wersja tego, co się stało. Niedługo po rozwodzie, dosłownie dwa tygodnie później, Lily zaczęła spotykać się z Severusem Snape, sprawiając, że Lucjusz i większa część Czarodziejskiej Wielkiej Brytanii zaczęli się zastanawiać, czy Lily nie oszukiwała Jamesa w małżeństwie; Lucjusz dobrze wiedział o tym, że Severus wzdychał do Lily Potter i nie byłby zaskoczony, gdyby nie mieli romansu przez cały czas. Biorąc pod uwagę to, że Lily urodziła Severusowi córkę po pięciu miesiącach od ich ślubu, a osiem i pół miesiąca po rozwodzie, wydawało się, że Lucjusz miał rację. Najwyraźniej James Potter też tak myślał i przebadał Harry’ego, by upewnić się, że rzeczywiście jest jego synem. Severus odmówił „grania ojca” Harry’ego, więc chłopak został z Jamesem, aż ten nie zginął podczas misji, zaledwie rok po rozwodzie; nie mając dokąd iść, Harry musiał mieszkać ze swoją matką i Severusem.
 Lucjusz zastanowił się dobrze, co wie na temat Severusa. Mężczyzna miał umiejętność trzymania urazy przez lata; wciąż nienawidził Jamesa Pottera za to, że znęcał się nad nim w czasach szkolnych. Nie żeby Lucjusz miał coś przeciwko, ale Potter był martwy od trzech lat i nie mógł już zranić Severusa. Severus również szybko zauważał słabości innych, ale bywał niemal oburzony, kiedy ktoś wypominał mu jego własne. Nie sądził, by Młodszy Minister (z departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof) Korneliusz Knot wyzdrowiał po złośliwym napadzie słownym, który otrzymał od Severusa kilka lat wcześniej, kiedy Knot nierozsądnie zdecydował się skomentować wiek Severusa i zakwestionował to, czy jest odpowiednim kandydatem na nauczyciela eliksirów w Hogwarcie.
Lucjusz mógł sobie tylko wyobrazić, że Severus uważał Harry’ego Pottera za wierną kopię jego ojca, z którym Severus nigdy nie miał dobrych relacji; modlił się, by Severus nie okazał się być takim, jak jego ojciec.
^^^
Lucjusz nie musiał się martwić, że Severus zacznie się fizycznie znęcać nad własnym dzieckiem albo Harrym Potterem; dawno temu podjął decyzję, że nigdy nie stanie się taki, jak jego ojciec i starał się kontrolować swój ohydny temperament. Nigdy nie położył ręki na Harrym Potterze… tylko słownie skracał chłopca przy każdej okazji; odmówił dania dzieciakowi klapsa, nawet gdy ten na niego zasługiwał… pozostawił to w gestii Lily. Severus chciał dotykać ikry Pottera tak mało, jak tylko to możliwe; żeby tego dokonać, unikał bachora, kiedy tylko mógł.
Jednak Amanda, jego córka, to całkiem inna historia; naprawdę się z nią bawił. Czytał jej historyjki, pozwalał jej podskakiwać na jego kolanach i często ją przytulał; w opinii Severusa, nie było lepszego dziecka od Amandy. Kiedy Ikra (było to ulubione przezwisko Severusa, jakim obdarzył Harry’ego) zamieszkał z nimi, Severus przydzielił mu skrzata domowego, w nadziei, że nie będzie widywał bachora częściej, niż na posiłkach. Nigdy nie bawił się z chłopcem, nigdy nie starał się, by coś się o nim dowiedzieć; gdyby spróbował, mógłby być zaskoczony tym, że bardzej Harry jest podobny do matki niż do ojca.
Ale nigdy się o to nie postarał; w krótkim czasie, Harry nauczył się unikać męża matki niczym plagi. Harry stał się poważnym introwertykiem i zdecydowanie rzadko opuszczał swój bezpieczny i wygodny pokój; pan Snape nie może  powiedzieć o nim nic złego, jeśli nie ma z Harrym kontaktu.
^^^
Lucjusz wciąż obserwował przyjaciela, zatrzymując się często na wizytę, zarówno wtedy, gdy była obecna Lily i kiedy jej nie było; zaczął zauważać wzór w zachowaniu Severusa. Kiedy Lily była z nimi, nienaturalnie starał się być lekko uprzejmym dla Harry’ego i włączać go do rodzinnego kręgu; kiedy kobiety nie było, Severus zachowywał się tak, jakby chłopca nie było. Mówił chłopcu niemiłe rzeczy, żeby ten się ulotnił; kiedy Harry znikał tam, gdzie znikał, Severus stawał się kochającym ojcem dla swojej córeczki. Lucjusz zastanawiał się, czy Lily wie, że Severus werbalnie krzywdzi jej syna; nie mógł sobie wyobrazić, że zadziorna rudowłosa tolerowała takie nadużycie, więc Lucjusz zdał sobie sprawę z tego, że kobieta o niczym nie wie.
Raz, kiedy Lucjusz krzyknął na Severusa za jego zachowanie, Severus powiedział mu, że jeśli nie podoba mu się to, jak traktuje syna żony, może odejść i nigdy nie wracać. Lucjusz nie mógłby zrobić tego Harry’emu; Draco wydawał się być jedynym przyjacielem, na jakiego Harry’emu pozwolono.
^^^
Harry siedział w swoim pokoju, czytając jedną z książek dla dzieci, która przyniósł mu pan Malfoy, kiedy pan Snape zapukał do drzwi i powiedział mu, że jego matka chce z nim rozmawiać. Harry wstał i prześlizgnąć się obok pana Snape’a bez dotykania go, ale jak w większości innych przypadków, pan Snape mu na to nie pozwolił.
- Patrz, jak chodzisz, Chłopcze! Nie możesz tak wbiegać w innych ludzi!
- Przepraszam, proszę pana… To się więcej nie stanie. – Harry nie znosił kłócić się z mężem swojej matki, więc po prostu zgadzał się z wszystkim, co powiedział mężczyzna… tak było łatwiej. Pan Snape prychnął i odszedł majestatycznie; coś sprawiło, że był dziś wieczorem naprawdę wściekły i Harry chciał tylko mieć to za sobą i wrócić do swojego pokoju. Nie znosił tych rozmów z matką; nigdy nie widziała, jak traktuje go pan Snape i nigdy się nie kłóciła, gdy pan Snape powiedział, że Harry zrobić coś, czego nie zrobił. Z roztargnieniem zastanowił się, co wydarzyło się tym razem; cóż, jak za każdym innym przypadkiem, przyjmie karę i nie będzie się kłócił… to i tak do niczego dobrego nie prowadzi. Wszedł do salonu i kiedy matka skinęła na niego, usiadł koło niej.
- Harry, muszę wyjechać na jakiś czas; św. Mungo wysyła mnie na konferencję do Paryża. Nie będzie mnie jakieś półtorej tygodnia… może trochę mniej, jeśli wszystko szybko wyjaśnią. Severus zajmie się tobą i Amandą, więc bądź dla niego grzeczny, dobrze? – Lily wypełniała jakieś formularze, więc nie zauważyła strachu w oczach jej syna ani tego, jak jego ciało zesztywniało.
Wyjeżdża? Matka ma zamiar wyjechać? Jak długo to półtora? Przez chwilę, myśli Harry’ego pędziły dziko i musiał wziąć kilka głębokich wdechów, zanim jego magia się uspokoiła. Niedługo wcześniej jego matka wyjaśniła mu o co chodzi w przypadkowej magii, a pan Snape niechętnie pokazał mu kilka ćwiczeń, żeby mógł ją kontrolować. Harry wiedział, zwyczajnie wiedział, tym razem to pan Snape wpadnie w taką złość, że nie będzie się umiał kontrolować. Pan Malfoy powiedział Harry’emu, że ojciec pana Snape’a był złym człowiekiem i że był pana Snape’a, a nie wiedział, czy pan Snape jest w stanie się tak zezłościć, by uderzyć jego, ale zawsze opłacało się być ostrożnym. Harry nie wiedział, czy ostrożność ma coś wspólnego z płaceniem za błędy, ale zamierzał robić wszystko, cokolwiek pan Malfoy powiedział… nie chciał zezłościć pana Snape’a tak mocno, by ten go uderzył.
Lily spojrzała na syna w chwili, gdy udało mu się usunąć strach z oczu.
- Co chciałbyś dostać z Paryża? Grę albo nową książkę, która pomoże ci nauczyć się mówić po Francusku? Myślisz, że to by ci się spodobało?
Harry skinął głową z wahaniem; nie wiedział, czy pan Snape zgodzi się z tym, by matka wydała ich pieniądze na ikrę Jamesa Pottera. Pan Snape o tym nie wiedział, ale Harry słyszał, jak rozmawia z kimś i nazywa Harry’ego „Ikrą Pottera”; nie wiedział, co to oznaczało, ale nie brzmiało to miło. Spodobałoby my się, gdyby matka przyniosła mu coś z wycieczki, ale nie był pewny, czy ma na to liczyć; pan Snape zwykle nie pozwalał mu na posiadanie „niepoważnych” rzeczy, jak sam je określał. Wiedział, że pan Snape nie uważa, że Harry jest czegokolwiek wart, ale miał szczerą nadzieję, czuł ją całym sercem, że matka nie uważa w ten sposób; ponownie na to nie liczył… pewne rzeczy się zmieniły, od kiedy pojawiła się Amanda. Jego matka nie miała dla niego czasu po tym, jak urodziła i zanim jego tatuś odszedł, by mieszkać w chmurach. Kiedy jego tatuś odszedł, on musiał przyjść tutaj… a pan Snape go nienawidził… i nie mógł niczego dotykać… nawet swojej siostrzyczki; wciąż nie mógł jej dotykać… była Snapem… a on nie.
Później tego wieczora, Harry usłyszał podniesione głosy z salonu i podkradł się do schodów, by zobaczyć, czy będzie w stanie usłyszeć, o co chodzi. Wiedział, że powinien być w łóżku, ale był zbyt przestraszony, by iść spać; kiedy się obudzi, jego matki, jedynej ochrony przed panem Snapem, nie będzie.
- Lily, rozpuścisz tego chłopaka! On nie potrzebuje nauki Francuskiego; po co mu to?
- Więc uważasz, że to głupi pomysł, by Draco Malfoy uczył się mówić po Francusku, tak? Nigdy nie słyszałam, żebyś się kłócił, kiedy Lucjusz powiedział ci, że zatrudnił nauczyciela dla swojego syna… w rzeczywistości, mówiłeś, że yo dobry pomysł. Dlaczego w stosunku do Harry’ego jesteś inny?
- Draco Malfoy pochodzi z francuskiej rodziny; Lucjusz ma kilku kuzynów, którzy tam mieszkają. To, że Draco uczy się Francuskiego to dobry pomysł, bo będzie mógł łatwo rozmawiać z krewnymi. Harry nie ma żadnych krewnych, poza tobą.
- Ma też ciebie i Amandę. – Głos jego matki miał miękkie i smutne brzmienie, i Harry pomyślał, że brzmiała, jakby chciało jej się płakać.
- On nie jest moim synem. – Harry poczuł łzę spływającą po jego policzku; to był pierwszy raz, kiedy pan Snape powiedział to, kiedy mógł usłyszeć. Wiedział, że pan Snape to właśnie czuje, ale usłyszenie tego było okropne.
- Może nie być twoim synem, ale to tylko dlatego, że odmówiłeś adoptowania go po śmierci Jamesa. Jednak jest moim synem, więc kupię mu to, co zechcę. Zauważyłam, że nie sprzeciwiałeś się zakupowi lalki albo zabawki dla Amandy; dlaczego z moim synem jest inaczej? – Na chwilę było cicho, a potem Harry usłyszał westchnięcie matki. – Wiesz co? Nie chcę się o to z tobą kłócić. Nie będzie mnie przez półtorej tygodnia; chcę, żebyś obiecał, że postarasz dogadać się z Harrym, gdy mnie nie będzie. Nie chcę spędzić całej konferencji, martwiąc się, czy się ze sobą dogadujecie. Harry jest sześcioletnim dzieckiem, dzieckiem, którego nigdy nie starałeś się nawet poznać; obiecaj mi, że spróbujesz, gdy mnie nie będzie. Proszę, Sev? Spróbuj.
- W porządku… spróbuję. Nie obiecuję żadnych rezultatów, ale spróbuję.
- Dziękuję, Sev… nie masz pojęcia, jak to wiele dla mnie znaczy… Zanim wrócę, powinnam wiedzieć, czy jestem ponownie w ciąży. Nie chcę, żebyś mówił cokolwiek dzieciom; kiedy wrócę, będzie dość czasu, by ich powiadomić, że mogą mieć nowego braciszka lub siostrzyczkę.
Harry wycofał się do ściany i potrząsnął gwałtownie głową. Kolejne dziecko? Kolejne dziecko, które odciągnie jego matkę jeszcze dalej od niego? Harry odwrócił się i wśliznął się z powrotem do pokoju; zanurkował pod kołdrę i wypłakał swoje maleńkie serce. Kiedy pojawi się to nowe dziecko, nic już dla niego nie zostanie; równie dobrze może uciec, jeśli to się wydarzy. Harry zaszlochał ostatni raz, po czym zapadł w niespokojny sen; jego koszmary były przerywane obrazami jego matki, pana Snape’a, Amandy i nowego dziecka, którzy szli dokądś i zostawiali go za sobą. Nie chciał stracić swojej matki, ale wyglądało na to, że tak się stanie… a wtedy naprawdę zostanie sam.
^^^
- Nie masz nic lepszego do roboty poza siedzeniem tutaj?
Ostre słowa tak zaskoczyły Harry’ego, że upuścił kredkę, którą rysował i odwrócił się do drzwi. Pan Snape stał w nich, z rękami na biodrach i szeroko rozstawionymi nogami; język jego ciała powiedział Harry’emu, że jest on z jakiegoś powodu zły. Harry pochylił głowę i sprzątnął swoje kredki i kolorowankę ze stołu w jadalni; wciąż trzymał głowę pochyloną, kiedy zbliżył się do drzwi i czekał, aż pan Snape przesunie się, by mógł wyjść.
Severus powoli przesunął się z drogi chłopca; nie wiedział, dlaczego traktował dzieciaka okropnie, poza tym, że był on synem Jamesa Pottera… po prostu zdawało się, że nie umie się powstrzymać. Lily wyjechała na konferencję dwa dni temu i, póki co, bachor dobrze się zachowywał; Severus był pewny, że dzieciak nie powiedział więcej niż dwóch słów przez cały ten czas. Nie był dobry, ale coś wydawało się zmienić w chłopcu; zdawał się być o wiele mniej skłonny do przebywania z nim i zawsze wyglądał na tak przestraszonego, kiedy Severus koło niego przechodził.
Severus westchnął, obserwując, jak chłopczyk niemal wbiega po schodach, by przed nim uciec; naprawdę nie chciał nienawidzić chłopca, chciał powitać go w swoim domu, ale kiedy pierwszy raz dostrzegł dzieciaka, kiedy Lily była w ciąży z Amandą, coś zwiędło i umarło w jego sercu. Chłopiec wyglądał dokładnie jak jego ojciec, nawet musiał nosić okulary, by dobrze widzieć; nie podobał mu się ten mniejszy klon Jamesa Pottera. Zgoda, nie postarał się, by powitać chłopca, ale Harry nigdy nie miał nic przeciwko. Severus westchnął ponownie i poszedł obudzić Amandę z drzemki na lunch; natychmiast całkowicie zapomniał o Harrym Potterze, kiedy zobaczył serdeczny uśmiech swojej córki.
^^^
Harry spojrzał na mały zegar na stoliku nocnym; duża wskazówka była na czwórce, a mała w połowie drogi między jedynką a dwójką. Było już dawno po porze lunchu, a pan Snape nie zawołał go na dół na jedzenie; nie powinien przychodzić, jeśli nie był zawołany… Pan Snape dokładnie to wyjaśnił pierwszego dnia, jak jego matki nie było. Był głodny i zastanawiał się, czy Bitsy, jego skrzat domowy, mogłaby przynieść mu przekąskę; pomyślał jednak, że lepiej nie, kiedy przypomniał sobie, że wszystkie skrzaty składały raport panu Snape’owi. Nie chciał wpaść w kłopoty za przesadzanie z jedzeniem; pan Snape wcześniej już zapominał go nakarmić, a teraz nie był to pierwszy raz, kiedy Harry został sam, kiedy pan Snape powinien się nim opiekować.
Harry podniósł ciężarówkę i samochód; zamierzał wyjść na zewnątrz i się pobawić. Zszedł cicho po schodach, nie chcąc, by pan Snape usłyszał go i powiedział, że nie może wyjść. Prześlizgnął się obok salonu i zobaczył, że pan Snape i Amanda śpią na podłodze; poczuł, że jego serce odrobinę pęka… chciał podejść i położyć się razem z nimi. Choć raz chciał udawać, że pan Snape go kocha, a przynajmniej, że go trochę lubi. Jednak nie mógł; pan Snape nigdy by na to nie pozwolił… Harry nie był Snapem. Spuścił głowę i ruszył do ogrodu; zastanawiał się, czy ktokolwiek kochał go na tyle, by chcieć z nim przebywać. Tęsknił za swoim ojcem, mimo że tak naprawdę nie pamiętał dobrze Jamesa Pottera… mimo wszystko nie było go już dość długi czas. Harry zastanawiał się, co musiałby zrobić, by ponownie móc być ze swoim ojcem.
Bawił się swoją ciężarówką, gdy usłyszał za sobą chrząknięcie; odwrócił się i zobaczył mężczyznę stojącego za ogrodową bramką.
- Przepraszam, że przestraszyłem ciebie, młody człowieku, ale szukam Severusa Snape’a… czy mieszka tu?
Harry przyjrzał się mężczyźnie; nie wyglądał na wrednego, ale mógł poczuć dobiegające od niego fale emocji. Miał długie brązowe włosy, które wyglądały, jakby nie były długo czesane; kiedy mężczyzna lekko odwrócił głowę, Harry mógł zobaczyć jasnoczerwone pasmo włosów na jego boku. Pan Snape i matka mówili Harry’emu, by nie rozmawiał z obcymi ludźmi, więc po prostu patrzył na mężczyznę, milcząc.
- Wiem, nie powinieneś ze mną rozmawiać, prawda? Cóż, to dobrze; nic nie musisz mówić… możesz skinąć głową… to będzie nasz sekret. Czy tutaj mieszka Severus Snape? – Kiedy Harry skinął twierdząco głową, mężczyzna uśmiechnął się, a Harry napiął mięśnie; coś w tym uśmiechu było nie tak. – Dobrze więc… ty musisz być Harry Potter. To niemal zbyt łatwe. – Mężczyzna wyciągnął rękę i chwycił ramię Harry’ego, przeciągając go przez ogrodzenie i zrzucając jego okulary, które upadły na trawę przy bramce. – Idziesz ze mną… stary, drogi Severus zapłaci fortunę, by odzyskać swojego kochanego pasierba z powrotem.
Kiedy Harry zacisnął uścisk na Harrym i odwrócił się, jedyną myślą chłopca było to, że pan Snape będzie zadowolony, że zniknął.
^^^
- No… a teraz, mały Harry, poczekamy, aż nasz stary, dobry Severus doniesie o twoim zniknięciu. Jestem pewny, że zrobi wszystko, by odzyskać swojego drogiego pasierba, prawda?
Harry nie chciał poprawiać mężczyzny, ale nie chciał, żeby ten myślał, że dostanie od pana Snape’a worek galeonów; Harry wiedział, że pan Snape pewnie zapłaciłby mężczyźnie, żeby go zatrzymał. Harry niepewnie potrząsnął głową.
- Nie zapłaci za mnie… nie lubi mnie.
Mężczyzna odwrócił się powoli i popatrzył na chłopca.
- Czy powiedziałem, że możesz mówić? Nie, nie sądzę! – Harry spadł z krzesła i uderzył głową o podłogę, kiedy dosięgła go dłoń mężczyzny i uderzyła w policzek; czuł krew spływającą z nosa i miał nadzieję, że nie jest on złamany.  Mężczyzna złapał go za kołnierzyk koszulki i pchnął z powrotem na krzesło. – Gdzie cała twoja magiczna siła, co, Harry Potterze? Gdzie jest ta magia, której użyłeś, by zabić mojego pana?
Harry potrząsnął głową, żałując, że nie… pomieszczenie rozpłynęło się przed jego oczami i wpadł w ciemność.
Scabior wpatrywał się w wymiętoszonego chłopca; nie sądził, że uderzył go tak mocno, by dzieciak zemdlał. Rozejrzał się za swoją różdżką, żałując, że nie przykładał tak wielkiej uwagi na lekcjach z uzdrawiania, które przeprowadzał Czarny Pan.
^^^
Z natury, Lucjusza Malfoya trudno było przestraszyć; przez lata był stalowo spokojny, kiedy zmuszano go do służby u największego megalomana na świecie. Jednak, sytuacja między Severusem a Harrym go przerażała; był bardzo zaniepokojony, że jeśli nic z tym nie zrobi, Harry będzie miał poważną traumę po zachowaniu Severusa. Spędził kilka dni, myśląc o tym i doszedł do wniosku, że będzie musiał ponownie pomówić z Severusem o jego pasierbie. Aportował się na tyły domu Snape’a i pchnął ogrodową bramkę; usłyszał szorstki odgłos, kiedy zrobił pierwszy krok na trawie. Lucjusz ukląkł, patrząc, na co stanął i poczuł przerażenie, gdy zobaczył, że to okulary Harry’ego; wiedział, że chłopiec nie może bez nich widzieć i obawiał się, że coś się dziecku stało. Wyzbierawszy wszystkie kawałki, które był w stanie znaleźć, niemal podbiegł do domu i gwałtownie otworzył tylne drzwi.
- Lucjusz! Co się stało? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha. – Severus siedział przy stole, obserwując, jak Amanda je lunch; Lucjusz rozejrzał się, ale nie dostrzegł Harry’ego.
- Gdzie jest Harry, Severusie?
- Najprawdopodobniej na górze, w swoim pokoju; nie wychodził od kilku dni… chyba każe skrzatom domowym przynosić mu jedzenie, żeby nie musiał być blisko mnie. – Lucjusz był w stanie usłyszeć szyderstwo w głosie Severusa, a to zezłościło go ponad wszystko.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie widziałeś swojego sześcioletniego pasierba od przynajmniej dwóch, trzech dni? A to, z jakiegoś powodu, w ogóle ci nie przeszkadza? – Lucjusz wbiegł po schodach i zapukał w drzwi do pokoju Harry’ego. – Harry? Harry, jesteś tam? Odpowiedz!
Lucjusz otworzył drzwi tak gwałtownie, że uderzyły w ścianę i odbiły się do niej. Wpadł do pokoju i zaczął rozglądać się po miejscach, gdzie mógłby ukryć się sześciolatek; kiedy nigdzie go nie dostrzegł, Lucjusz wybiegł z pokoju i zbiegł po schodach. Severus wciąż siedział w tym samym miejscu… nawet nie wstał, by poszukać swojego pasierba.
- Nie ma go tam, Severusie… gdzie on jest? – Lucjusz złapał Severusa za przód koszulki i dosłownie pociągnął go do góry z krzesła; Severus mógł być cal lub dwa wyższy od blondyna, ale Lucjusz fizycznie był potężniejszy od Mistrza Eliksirów. Potrząsnął lekko Severusem, zanim pchnął go z powrotem na krzesło. – Chcesz wiedzieć, dlaczego o to pytam, Severusie? Chcesz? – Lucjusz rzucił kawałki okularów Harry’ego w pierś drugiego mężczyzny, po czym wrócił do ogrodu, by poszukać czegoś, co powiedziałoby mu, gdzie zniknął Harry.
Severus wpatrywał się w zgniecioną metalową ramkę i odłamki szkła, które ledwo do niej przylegały; jego serce zatonęło, kiedy zdał sobie sprawę, że nie tylko nie widział Harry’ego od kilku dni, ale też go nie słyszał. Normalnie, mógł powiedzieć, kiedy chłopiec szedł sobie ulżyć; nie ważne, jak mały dzieciak był, mógł usłyszeć każdy jego krok, kiedy siedział w kuchni. Zawołał skrzata domowego, by został z Amandą, po czym wyszedł do ogrodu.
- Nie ma go, Severusie… nie ma go tutaj. Rzuciłem zaklęcie Wskaż Mi, żeby zobaczyć, czy nie siedzi na jakimś drzewie, ale moja różdżka się nie poruszyła; zniknął. – Lucjusz zacisnął jedną dłoń w pięść i uderzył nią w szczękę przyjaciela; usłyszał satysfakcjonujący trzask, kiedy jego pięść spotkała się z twarzą Severusa. – Muszę wezwać aurorów i skontaktować się z Lily. Musisz powiedzieć swojej żonie, że jej syn zaginął. – Lucjusz natychmiastowo wyszedł z ogrodu i zniknął z głośnym trzaskiem.
^^^
Scabior przeszukiwał gazety i słuchał CRR, szukając jakiegoś znaku, że Snape doniósł o zaginięciu pasierba; jak na razie, po czterech dniach, nigdzie nie było reportażu o zaginionym chłopcu. Zaczął się zastanawiać, czy chłopak nie miał racji; powiedział, że Snape go nie lubi i nie zapłaci za jego powrót.
Scabior wiedział, że musi znaleźć jakieś inne miejsce dla bachora; nie mogli już tu zostać, sąsiedzi zaczęli coś podejrzewać. Zaczął rozmyślać, gdzie mógłby zabrać chłopca; nie było wiele opcji. Było powszechnie wiadomo, że był lojalnym śmierciożercą, ale ponieważ nikt nie mógł zrzucić na niego winy, w pierwotnym procesie dostał tylko łagodną reprymendę. Mały gówniak był wrzodem na tyłku, od kiedy postanowił go porwać; najpierw, musiał wyczyścić jego krwawiący nos, a potem pojawiły się wymioty, za każdym razem, kiedy dzieciak starał się ruszyć. Scabior wpadł w złość, po jednym szczególnie obrzydliwym zwymiotowaniu, że rzucił na utrapieńca zaklęcie łamiące kości; po tym naprawdę żałował, że nie uczył się użytecznych zaklęć leczniczych… musiał poświęcić jedno z dwóch krzeseł, by zrobić szynę na ramię bachora.
Próbując wymyślić jakieś miejsce, gdzie mógłby pójść, wreszcie jedno wpadło mu do głowy; zły uśmieszek uniósł kąciki jego ust. Wiedział, że Lucjusz Malfoy go ukryje.
^^^
Severus wiedział, że Lily wścieknie się na niego, że pozwolił Harry’emu zaginąć, ale nie spodziewał się, że rzuci w niego ślubną obrączką. Wróciła zaledwie sześć godzin wcześniej, ale w tym czasie, jego małżeństwo rozpadło się i żona go zostawiła, zabierając ze sobą ich córkę. Co gorsza, kiedy pokazał się, by pomóc aurorom szukać Harry’ego, został z eskortą wyproszony z ich biura i kazano mu opuścić budynek Ministerstwa.
Więc siedział w pustym domu, słuchając odgłosów życia; dokończył mętną butelkę ognistej whiskey, zastanawiając się, dlaczego w ogóle nienawidził chłopca. Wiedział, że Harry nie mógł poradzić nic na to, że był synem Jamesa Pottera; tak samo jak on nie mógł poradzić nic na to, że był synem Tobiasza Snape’a. Zastanawiał się, czy w tym wypadku, jabłko nie spadło bezpośrednio pod drzewem; może nie był tak zły jak jego ojciec… nie… był tak zły jak jego ojciec. Pierwszy raz, od kiedy był dzieckiem, Severus Snape zapłakał; zapłakał nad bałaganem, który zrobił w swoim małżeństwie; zapłakał nad bólem, który sprawił Lily; ale najbardziej, zapłakał nad tym, co zrobił niewinnemu sześciolatkowi.
Niedługo potem zemdlał; nie usłyszał, jak Lily przechodzi przez frontowe drzwi. Po tym, jak położyła Amandę do łóżka, poszła poszukać męża; miała nadzieję, że nie zrobił nic głupiego, po jej wyjściu. Znalazła go rozwalonego na podłodze w salonie; szybko przewróciła go, szukając jakichkolwiek oznak, że próbował się zranić. Lily wiedziała, że Severus miał okresy, kiedy w Hogwarcie się okaleczał i nie chciała, żeby zaczął ponownie. Zapach ognistej whiskey uderzył ją w twarzy i zrozumiała, że był aż tak pijany, że stracił przytomność; to nie było o wiele lepsze od kaleczenia się. Tobiasz Snape był alkoholikiem… a alkoholizm łatwo przechodził z rodziców na dzieci; Lily machnęła różdżką i cały alkohol z domu wyparował.
Ułożyła Severusa tak, żeby rano zbyt mocno go nie bolało, kiedy się obudzi… byli rodziną i… cholera!... musieli przejść przez to jak rodzina.
^^^
Narcyza Malfoy wyglądała trochę mniej idealnie, kiedy została zawołana do drzwi Dworu Malfoyów przez trzęsącego się skrzata; próbowanie nauczyć Draco malowania robiłoby to samo z każdym. Żałując, że zostawiła różdżkę w pracowni, Narcyza podeszła do wejścia i zatrzymała się jak wryta; Scabior, dawny śmierciożerca, stał tuż za drzwiami, trzymając przed sobą bardzo przestraszonego Harry’ego Pottera.
- Ach, Narcyza, moja piękna pani… właśnie ciebie chciałem zobaczyć. Chciałbym, żebyś przenocowała mnie i… mojego bratanka… na kilka dni. Jestem pewny, że macie pokój i nie będzie to dla was kłopot.
- S-Scabior… ten chłopiec to nie twój bratanek; to Harry Potter! – Narcyza umilkła nagle, gdy mężczyzna warknął i wskazał różdżką dokładnie w jej pierś.
- I co z tego? Nic nie możesz z tym zrobić… a teraz pokaż nam pokój i nas zostaw.
Bojąc się o życie własne i Harry’ego, skinęła krótko głową i odwróciła się, by poprowadzić ich do głównych schodów; pokaże im pokój, który Lucjusz przygotował właśnie na taką okazję. Ze względu na ochronne zaklęcia i osłony wokół tego pokoju, nikt nie będzie mógł z niego wyjść bez bezpośredniej zgody Lucjusza… a Scabior nie będzie w stanie użyć magii.
- Nie tutaj, słodziutka; wiem, co to za pokój. Zabierz mnie do piwnicy.
Narcyza zatrzymała się, po czym zmieniła kierunek, a jej nogi automatycznie poprowadziły ją do drzwi piwnicy Malfoyów; stała się jeszcze bardziej przerażona, kiedy przed nią pojawił się skrzat domowy, sprawiając, że Scabior podszedł jeszcze bliżej jej pleców.
- Pani… Panicz Draco chciałby przekąskę. Czy Zgredek może przynieść mu ciastka? – Wielkie oczy skrzata popatrzyły na jej twarz, ale wiedziała, że malec pojmuje całą sytuację; wykonała gest, który wszystkie skrzaty natychmiast poznawały… Sprowadź Mistrza!
- Tak, Zgredku, możesz dać Draco kilka ciastek; powiedz, że za niedługo do niego dołączę. – Skrzat skinął głową i zniknął; Narcyza miała nadzieję, że Zgredek dostrzegł gest… modliła się o to.
^^^
Lucjusz siedział przy stole w jadalni Snape’a, przeglądając mapy, pokazujące, gdzie już patrzyli przez ostatnie dwa dni; nie znaleźli nic, żadnej poszlaki, żadnego śladu Harry’ego… nic. Severus pracowicie poszukiwał eliksiru, który pokaże im, gdzie jest dziecko; problemem było to, że taki eliksir mógł być warzony nawet tydzień… w zależności od tego, jakie wielkie wkładało się w niego wysiłki. Severus już oświadczył, że nie będzie spał, aż Harry się nie znajdzie; także chciał zobaczyć rezultaty tak szybko, jak to możliwe.
Lily oddała Amandę do Weasleyów na kilka dni; Lucjusza naprawdę oni nie obchodzili, ale mieli swoje korzyści… mieli siedmioro dzieci, a to gwarantowało, że Amanda nie będzie nudzić się przez te kilka dni. Lily była w rogu pokoju, cicho rozmawiając ze swoim dawnym mentorem, Filiusem Flitwickiem; nauczyciel zaklęć jako jeden z najlepszych lokalizował stracone dzieci i został wezwany, by pomóc aurorom.
Lucjusz niemal spadł z krzesła, kiedy jeden z jego skrzatów domowych, nazywający się bodajże Zgredek, pojawił się z trzaskiem koło niego.
- Mistrzu, pani natychmiast cię potrzebuje. Dziwny mężczyzna przyszedł do dworu… ma ze sobą panicza Harry’ego Pottera. – Martwa cisza opadł ciężko na uszy skrzata; miał nadzieję, że poprawnie odczytał gest swojej pani. Jeśli nie, ponownie będzie musiał przypalić dłonie żelazkiem.
Lucjusz spojrzał na Severusa i Lily, która przesunęła się, by stanąć obok męża.
- Pójdę do Dworu; muszę sprawdzić, czy Zgredek ma rację. Mógłby mnie znaleźć tylko, jeśli Narcyza kazała mu to zrobić; skontaktuję się z wami, gdy tylko się czegoś dowiem. – Lucjusz deportował się z jadalni, ledwie wydając dźwięk, zostawiając za sobą splecionych ciasno Lily i Severusa, którzy mieli nadzieję, że skrzat się nie mylił.
^^^
Narcyza skoczyła na równe nogi, kiedy Lucjusz pojawił się pokoju wejściowym; pokój był położony na uboczu i szło się do niego aportować i przenieść fiuu, więc ich goście mogli uspokoić się, zanim zostaną zaprezentowani. Niemal wskoczyła w ramiona Lucjusza, cały czas płacząc.
- Cyzia, kochanie, musisz przestać; nie rozumiem ani słowa. – Lucjusz pocieszająco pocierał dłonią plecy żony; nie widział jej tak zdenerwowanej, od kiedy Draco sturlał się z głównych schodów i złamał nogę.
- On tu jest! Scabior tu jest… i ma ze sobą Harry’ego! Och, Lucjuszu, nie wiedziałam, co robić… próbowałam zamknąć go w niebieskim pokoju, ale on o nim wiedział. Zabrał Harry’ego do piwnicy; nie wiem, co on mu robi! Lucjuszu, musisz zabrać stamtąd Harry’ego, zanim zostanie naprawdę ranny! Ja…
- Narcyzo Malfoy! Przestań, weź głęboki oddech i uspokój się! – To, że jego żona była w stanie histerii, ani trochę nie pomagało mu myśleć. – W porządku… zrobimy tak. Ja pójdę na dół; daj mi pięć minut, a potem wezwij aurorów. Następnie weź Draco i zamknij się z nim w jego pokoju; tam są najsilniejsze osłony. Nie wychodź, póki do ciebie nie przyjdę… rozumiesz? – Lucjusz poczekał, aż jego żona skinie głową, po czym ucałował ją szybko. – Pamiętaj, pięć minut.
Lucjusz skierował się do drzwi do piwnicy; zatrzymał się na moment, wciął głęboki oddech i otworzył je.
^^^
Narcyza wbiegła do pracowni i złapała syna w pasie; nie przykładając uwagi do jego pytań, aportowała ich bezpośrednio do pokoju Draco i rzuciła na drzwi i okna wszystkie zaklęcia, jakie tylko mogła wymyślić. Przytuliła go mocno do piersi, kiwając się w przód i w tył; wiedziała, że robi to dla pocieszenia samej siebie, nie jego, ale zdawało się, że nie może go puścić. Gdy minęło pięć minut, uklękła przed kominkiem; wrzuciła trochę proszku w puste palenisko i wypowiedziała wyraźnie:
- Syriusz Black, Biuro Aurorów, Ministerstwo Magii. – Minęła mniej niż minut, a głowa jej kuzyna pojawiła się w migoczących, zielonych płomieniach.
- Cyzia! Długo z tobą nie rozmawiałem… hej… w porządku?
- Nie, Syriuszu… Nie wiem, czy słyszałeś o poszukiwaniach Harry’ego Pottera… - Urwała, kiedy twarz jej kuzyna pociemniała ze złości.
- Co się dzieje z Harrym? Dlaczego trzeba go szukać? Właśnie wróciłem z misji… DLACZEGO NIKT MI NIE POWIEDZIAŁ, ŻE MÓJ CHRZEŚNIAK ZAGINĄŁ? – Ostatni zdanie krzyknął przez zaciśnięte zęby w stronę biura aurorów. Narcyza usłyszała, że na drugim końcu połączenia fiuu wszystkie ruchy ustają i wiedziała, że Syriusz zrobi wszystko, by ci w biurze zapłacili za to, że nie powiedzieli mu natychmiastowo o zaginięciu Harry’ego.
- Syriuszu, proszę, musisz zebrać tylu aurorów, ilu możesz i natychmiast przyjść do Dworu. Harry jest tutaj, ale w niewoli trzyma dawny śmierciożerca. Pamiętasz Scabiora? Cóż, to on ma Harry’ego. Lucjusz poszedł do piwnicy, żeby spróbować chłopca stamtąd wydostać, ale musisz tu być, gdy tylko mu się uda. – Syriusz nie kłopotał się pożegnaniem; po prostu zerwał połączenie, zostawiając Narcyzę na podłodze. Miała nadzieję, że zrobiła dobrze, mówiąc swojemu porywczemu kuzynowi, co się dzieje.
Draco wskoczył na kolana matki i splótł palce z jej palcami.
- Mamusiu? Dlaczego ktoś trzyma Harry’ego w piwnicy? Tatuś powiedział mi, żeby nigdy tam nie chodzić; dlaczego ktoś miałby zabrać tam Harry’ego?
- Draco, kochanie, mężczyzna, który porwał Harry’ego jest bardzo zły. Pamiętasz, co ojciec mówił ci o Czarnym Panie i jego podwładnych? – Draco skinął powoli głową. – Ten mężczyzna, Scabior, był jednym z tych, którzy podążali za Czarnym Panem.
- Jak tatuś? – Nawet dziecko czasem potrafi powiedzieć coś mądrego.
- Nie, kochanie, twój ojciec tylko udawał; ale ten mężczyzna naprawdę popierał Czarnego Pana.
- Czy on skrzywdzi Harry’ego? – Narcyza mogła zobaczyć łzy w oczach syna i drżenie jego wargi.
- Zamierza, Draco… zamierza skrzywdzić Harry’ego… i wierzę, że on to chce zrobić. Dlatego wezwałam kuzyna mamusi, Syriusza. Jest ojcem chrzestnym Harry’ego, tak jak Severus jest twoim; zrobi wszystko, by upewnić się, że Harry jest bezpieczny. – Narcyza miała nadzieję, że aurorzy dotrą na czas, by Harry i Lucjusz nie zostali mocno ranni.
^^^
- Scabior… Narcyza poinformowała mnie, że chcesz się ze mną widzieć. Dlaczego ukrywasz się w piwnicy? – Lucjusz miał plam; jeśli zadziała, mimo że nie był pewnie najlepszy, ale miał nadzieję, że się uda. Miał też nadzieję, że Harry będzie na tyle bystry, by w nim zagrać.
- Lucjuszu, przyjacielu! Doskonale! Przybyłeś akurat, żeby mi pomóc. – Scabior odsunął się od składanego łóżka w kącie małego pokoju i podszedł w stronę Lucjusza. – Przyniosłem ci małą zabawkę… zobacz.
Lucjusz podszedł do łóżka i spojrzał na leżącego na brzuchu chłopca; dzieciak nie spał i patrzył na niego z mieszaniną nadziei i ulgi. Ponieważ Scabior był za nim, udało mu się mrugnąć do Harry’ego; Lucjusz zobaczył błysk świadomości w oczach Harry’ego, zanim odwrócił głowę i zaszlochał w kierunku ściany. Lucjusza wypełniła duma… chłopiec zrozumiał i zamierzał podążyć jego kierunkiem; modlił się tylko, żeby Harry wybaczył mu to, co miał powiedzieć.
- Przyprowadziłeś mi dziecko? Scabior, wiesz, że nigdy nie brałem udziału w takiego typu zabawach. Dlaczego go tu przyprowadziłeś? – Lucjusz pozwolił, by szyderstwo przeniknęło do jego tonu; jeśli zwyczajnie zmusi mężczyznę do mówienia, to da Narcyzie czas na wezwanie aurorów.
- Spójrz na jego czoło, Lucjuszu… to nie jakiś tam chłopiec.
Lucjusz odsunął włosy Harry’ego, zauważając, jak mocno chłopiec skrzywił się, gdy go dotknął; gdy to wszystko się skończy, Harry będzie potrzebował naprawdę intensywnej terapii.
- No, no, no… Harry Potter. Jak odebrałeś go Lily?
- Był w ogrodzie, bawił się zabawkami… nikogo nie było w pobliżu… więc go zabrałem. – Lucjusz poczuł szturchnięcie różdżki w bok szyi i napiął się. – Lucjuszu, mój przyjacielu… oddaj mi swoją różdżkę.
- Czemu potrzebujesz mojej różdżki? Twoja wydaje się doskonale działać. – Lucjusz wpatrywał się ściśle w oczy Harry’ego.
- Ponieważ nie jestem pewny, czy nie zamierzasz pójść i oddać mnie aurorom. Zachowanie naszej drogiej Narcyzy sprawiło, że zacząłem myśleć… co jeśli nie byłeś tak lojalnym sługą, na jakiego zawsze wyglądałeś? Co, jeśli naprawdę nie podążałeś za naszym Panem? To uczyniłoby cię jednym z nich, prawda? Oddaj mi swoją różdżkę. – Lucjusz poczuł, jak różdżka Scabiora wbija się w miękkie miejsce tuż pod jego szczęką; wiedział, że będzie musiał oddać mężczyźnie jedną ze swoich różdżek… ale którą?
Wyjął różdżkę swojego ojca z kabury na ramieniu i ostrożnie podał ją drugiemu mężczyźnie; ta różdżka nigdy dobrze z nim nie współpracowała, więc nie miał nic przeciwko oddaniu jej. Scabior chwycił różdżkę i pociągnął Harry’ego z łóżka; to był błąd, bo chłopiec stał się chorobliwie zielonkawy, po czym zwymiotował na stopy Scabiora.
Scabior pchnął chłopca z powrotem na łóżko, sprawiając, że uderzył głową o ścianę i wstrząsnął swoim złapanym ramieniem, przez co jęknął z bólu i stracił przytomność; Lucjusz dostrzegł swoją szansę, kiedy drugi mężczyzna skupił się na swoich butach. Kiedy Scabior zaczął mamrotać zaklęcie czyszczące, Lucjusz wyciągnął własną różdżkę z tej samej kabury i uniósł ją w pierś mężczyzny.
- Drętwota!
Scabior odleciał na kilka stóp i upadł zmięty na podłogę; Lucjusz rzucił na niego zaklęcie wiążące całe ciało, po czym podszedł do niego i zabrał zarówno różdżkę swojego ojca i tą, którą posługiwał się Scabior. Szybko podszedł do boku Harry’ego i uniósł go; biedny dzieciak zemdlał zarówno przez wymioty i uderzenie głową o ścianę. Kiedy niósł Harry’ego w ramionach, zauważył mizernie wykonaną szynę na ramieniu chłopca i zrozumiał, że Scabior wyrządził mu więcej szkód niż początkowo myślał.
Rzucił kolejne zaklęcie na Scabiora, dodatkowo owinął go ciasno magicznymi więzami, dodając je do zaklęcia wiążącego ciało i oszałamiającego. Zaciskając uścisk na Harrym, Lucjusz skoncentrował się i aportował bezpośrednio do pokoju Draco.
Ostrożnie położył istotkę na łóżku, gdy Narcyza podeszła do jego boku.
- Co się stało, Lucjuszu? Czy z Harrym wszystko dobrze?
- Wydaje mi się, że ma złamane ramię i, całkiem prawdopodobnie, ma też dość okropne wstrząśnienie mózgu. Nie uzdrawiaj go; aurorzy muszą zobaczyć rany i skatalogować je na proces tego śmiecia. Pójdę na dół i poczekam na aurorów.
- Kochanie… powinieneś wiedzieć… aurorem, którego wezwałam, jest Syriusz, więc pewnie będzie dość zdenerwowany.
- Poślę go prosto tutaj; nie chcę, żeby zabił Scabiora, zanim odbędzie się jego proces.
Po unieważnieniu zaklęć zamykających, Lucjusz zeszedł na dół, by poczekać na kuzyna żony; Draco ostrożnie wspiął się na łóżko, tuż obok boku Harry’ego i delikatnie zaczął gładzić twarz przyjaciela.
^^^
Lucjusz nakazał Syriuszowi iść prosto do pokoju Draco, by spisał rany Harry’ego; Syriusz jednak wiedział, że Lucjusz stara się odsunąć go, żeby mogli żywemu przestępcy zorganizować proces. Wbiegł na górę, po dwa schodki i pobiegł korytarzem, do znanego mu pokoju jego małego kuzyna; zapukał w drzwi.
- Cyzia! Otwórz drzwi, to ja, Syriusz!
Drzwi uchyliły się i spojrzały na niego stalowo szare oczy tuż nad różdżką wymierzoną bezpośrednio w jego twarz.
- Jakie jest moje drugie imię? – Nikt, kto żył z jej rodziny nie znał drugiego imienia Narcyzy; okropnie go nienawidziła.
- Aurelia, to twoje drugie imię… zawsze go nienawidziłaś, bo brzmi strasznie staromodnie. A teraz, WPUŚĆ MNIE DO ŚRODKA! – Drzwi otworzyły się i Syriusz rzucił się, by klęknąć u boku swojego chrześniaka. – Och, Harry! Co on ci zrobił? – Wyciągnął swoją różdżkę i zaczął rzucać zaklęcia diagnozujące na małego chłopca; łzy pojawiły się w jego oczach, kiedy zanotował poważny wstrząs mózgu i złamane ramię. Wydawało się, że to wszystko, poza tym, że chłopiec nie miał absolutnie nic w żołądku; zastanowił się, czy ten cały Scabior w ogóle karmił Harry’ego.
Narcyza obserwowała, jak jej kuzyn tworzy skrupulatną listę urazów Harry’ego; wiedziała, że zamierza wykorzystać ją podczas walki ze Scabiorem podczas procesu, ale nie mogła się powstrzymać i zastanowiła się, czy nie szuka czegoś jeszcze. Zauważyła, że, obok każdego wpisu, Syriusz stawiał datę powstania urazu; wtedy prawda ją uderzyła… szukał czegoś, czego mógłby użyć przeciwko Severusowi, żeby zabrać dziecko Lily i Severusowi.
- Syriuszu, on nigdy fizycznie nie skrzywdził Harry’ego.
Syriusz przerwał skanowanie i powoli spojrzał na Narcyzę.
- Musiał coś zrobić… Harry nie znosił przebywać z nim w jednym pokoju. Co zrobił?
- Nie zranił go w fizyczny sposób.
- Powtarzasz to… co mi nie mówisz… - Syriusz urwał i spojrzał bezpośrednio na swoją kuzynkę. – Snape nie skrzywdził fizycznie mojego chrześniaka… zranił go psychicznie?
- Nie mogę powiedzieć tak i nie mogę powiedzieć nie… ty będziesz musiał zdecydować, czy chcesz to drążyć.
Syriusz Black, auror, obrońca dzieci, a zwłaszcza swojego chrześniaka, wziął głęboki oddech i wypuścił go. Doskonale rozumiał to, co mówiła mu Narcyza przez nie mówienie czegoś; jeśli zdecyduje się odebrać Harry’ego jego matce i jej mężowi, Harry może nigdy mu nie wybaczyć, że zabrał go od jedynej rodziny, która mu pozostała. W tym momencie, namyślił się.
- Mam już zdecydowanie wystarczająco, żeby skazać tego człowieka za zagrożenie dziecku i znęcanie się nad nim. Nie mogę znaleźć nic więcej, więc mogę zapewnić, że nic więcej nie ma. – Delikatnym machnięciem różdżką, wszystkie starsze urazy usunął z listy; i tak nie były czymś, czego nie dorobiłby się mały normalny chłopiec. Zwinął pergamin i wsunął go w szaty; siadając na łóżku obok chrześniaka, czekał, aż inni aurorzy powiadomią Lily, że jej syn jest bezpieczny.
Towarzyszył im do św. Mungo, żeby Harry’ego mógł zobaczyć uzdrowiciel; nie opuścił boku chrześniaka, nawet gdy przybyła Lily… mógł nie mieć konkretnych wskazówek, co do tego, co robił Snape, ale to nie oznaczało, że ufał mężczyźnie bardziej, niż wcześniej.
Mógł tylko czekać i obserwować… w końcu Snape zrobi coś, co odepchnie od niego Harry’ego na dobre.
^^^
Minął miesiąc od powrotu Harry’ego do swojej matki i jej męża. Sytuacja między Harrym a panem Snapem była taka sama jak wcześniej; Harry unikał pana Snape’a, a pan Snape unikał Harry’ego.
Lily bardzo niechętnie pozwoliła Harry’emu uczęszczać do małej szkoły w Hogsmeade; nie chciała spuszczać z niego wzroku na dłuższy czas… z dobrego powodu. Zdecydowała nauczać dzieci w domu; była w stanie uczyć ich tak dobrze, jak nauczyciele w szkole. W końcu poinformowała dzieci, że tak, będą mieli małego braciszka lub siostrzyczkę za kilka miesięcy; kiedy o tym mówiła, bacznie obserwowała Harry’ego… niektóre z jego ostatnich reakcji zaniepokoiły ją. Jak zauważyła, Harry nigdy nie dotykał swojej siostry, kiedy Severus był w pobliżu; wyglądało to niemal tak, jakby się bał, że zostanie ukarany za zachowywanie się względem niej jak brat.

Gdyby skupiła się na nim bardziej, zauważyłaby, że Harry odsuwa się od nich wszystkich. Harry zaczynał bronić się przed nieuniknioną stratą matki; wiedział, że kiedy urodzi się dziecko, matka będzie miała dla niego mniej czasu, niż dotychczas. Zaczął spędzać coraz więcej czasu z Draco, w jego domu, oczywiście; już miał w umyśle plan na czas uczęszczania do magicznej szkoły. Uważnie słuchał wujka Lucjusza, kiedy mówił o szkole ukrytej gdzieś w północnej Europie… Zdaniem Harry’ego, nazywała się ona Durmstrang.

niedziela, 23 lipca 2017

NDH - Rozdział 43


Harry rzucił się na łóżko ze szczęśliwym westchnięciem. Mimo że dobrze bawił się z Ronem i Weasleyami, nie wspominając o Łapie i Lunatyku, wciąż był szczęśliwy z powodu tego, że wrócił do Hogwartu, do swojego łóżka oraz jego taty, który krząta się w laboratorium z eliksirami. Mógł stwierdzić, że jego tata też jest zadowolony z tego, że jest w domu, choć był całkiem pewny, że mężczyzna dobrze bawił się w Szwajcarii z Brunhildą. Tata wyszedł z nią kilka razy po tym, jak Syriusz pierwszy ich zaprosił, a Harry nawet był z nimi raz, czy dwa razy. Lubił Brunhildę – nie traktowała go jak dzieciaka; brała jego pytania na serio i również nie wydawała się zainteresowana tym, żeby zatrzymać tatę tylko dla siebie. I mógł powiedzieć, że tata lubił z nią rozmawiać – i patrzeć na nią, choć Harry nauczył się, że lepiej mu tego nie wytykać!
Mimo to, Brunhilda postawiła sprawę jasno, że jest bardzo zajęta pracą w Bazylei i ma tam dziewięcioletniego chrześniaka, Jonaha, którego oczywiście uwielbia. Zasugerowała, że może Harry i jego tata mogliby odwiedzić czasami ją i Jonaha, a Harry nie potrafił się tego doczekać – to chyba jedyna rzecz, za którą tęsknił u Łapy i Lunatyka; nie było tam dzieci, z którymi mógłby się bawić. Niestety, Jonah i jego rodzina byli na wakacjach w Rumunii oglądać smoki, ale Brunhilda obiecała, że do ich zafiuka. Mimo to, miło było myśleć, że Harry może mieć towarzystwo do zabawy następnym razem, gdy odwiedzi ojca chrzestnego… Nie żeby Syriusz sam nie kwalifikował się jako duży towarzysz zabaw!
Chociaż Harry wiedział, że jego tata lubi Brunhildę, Harry nie sądził, żeby Snape miał coś przeciwko temu, że była tak bardzo zajęta swoim życiem i nie interesowała się – przynajmniej na razie – spędzaniem dużo czasu razem. Wiedział, że Snape też ma dużo do roboty, to jest nauczanie i jego Dom i wymyślanie sposobu, w jaki pokonać Voldesnorta. Harry odprężył się na łóżku, patrząc na baldachim i zastanawiając się, czy nowy semestr będzie równie ekscytujący, co poprzedni.
- Oooooooch, mistrz Harry Potter! – Trzask tuż przy jego uchu sprawił, że się poruszył i odskoczył, kiedy zobaczył nieznajomego skrzata domowego, stojącego przy jego łóżku i wykręcającego ręce.
Harry spojrzał na skrzata z zaciekawieniem. Chyba nie spotkał go wcześniej i wyglądał znacznie inaczej od przeciętnego skrzata domowego z Hogwartu. Na początek, był ubrany w obszarpany ręcznik i był całkowicie wychudzony.
- Eee, cześć? – powiedział niepewnie.
- Mistrz Harry Potter  powiedział cześć! – pisnął z zachwytem, a potem natychmiast walnął głową o ziemię, okropnie zaskakując Harry’ego.
- Ej! Nie rób tak! – krzyknął Harry, wyskakując z łóżka i starając się go powstrzymać. – Przestań się ranić!
- Och, mistrz Harry Potter jest dobrym panem. Mistrz Harry Potter jest miły i dobry, nawet do tak niedobrego skrzata jak Zgredek.
- Zgredek? To twoje imię? – zapytał Harry, beznadziejnie zagubiony.
- Mistrz Harry Potter chce znać imię Zgredka! – Oczy skrzata błyszczały od łez. – Mistrz Harry Potter jest tak dobry!
- Eee, dziękuję… chyba. Um… mogę ci w czymś pomóc? – Harry zaczął marzyć o tym, by jego opiekun pojawił się w drzwiach.
- Nie, nie, mistrzu Harry Potter! Zgredek jest tutaj, by pomóc tobie! Mistrz Harry Potter musi w tym momencie opuścić Hogwart! Tak, mistrz Harry Potter nie może tu zostać.
- Co? Ale ja tu mieszkam! – zaprotestował Harry.
-Nie, nie, nie! To zbyt niebezpieczne! Wkrótce wydarzą się złe rzeczy i… Nie, nie, nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek! – Skrzat pociągnął się za własne uszy w szale samo wstrętu. – Nie może powiedzieć! Nie może wyjawić sekretów!
- Zgredek! Czekaj! Cicho! Przestań! – Harry złapał szalonego malca. – Przestań! Jakie niebezpieczeństwo? Mi będzie zagrażać?
- Mistrz Harry Potter musi opuścić Hogwart! Mistrz Harry Potter musi obiecać Zgredkowi, że odejdzie!
Odejść z Hogwartu? I wrócić do Dursleyów? Harry zacisnął zęby.
- Nie – stwierdził stanowczo. – Mieszkam tu teraz i nie odejdę.
Zgredek posłał mu umęczone spojrzenie.
- Ale jeśli mistrz Harry Potter nie odejdzie sam, Zgredek sam sprawi, że będzie musiał. Nie! Nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek grozi dobremu, miłemu mistrzowi Harry Potter! – I znowu dziwny elf zaczął uderzać głową o kamienną podłogę.
Teraz całkowicie pozbawiony odwagi, Harry podbiegł do drzwi. Nie był pewny, czy skrzat chciał go zranić czy był kompletnie stuknięty, ale w każdym razie był całkiem pewny, że jego chciałby, żeby się schował albo szukał pomocy. Ku jego uldze, skrzat był zbyt zajęty karaniem się, by zauważyć i zapobiec jego ucieczce.
- Tato! – Harry wpadł do laboratorium, zaskakując Snape’a i sprawiając, że ten upuścił kilka żabich nóg.
- Harry Jamesie Potterze! Co ja ci mówiłem o bieganiu wokoło jak bansh… - Gniewne narzekanie Snape’a urwało się gwałtownie, kiedy Harry wbił się w niego, jakby szukał ochrony. Natychmiast w jego dłoni znalazła się różdżka i skierował ją w drzwi, podczas gdy drugą ręką przytrzymał Harry’ego bliżej boku.
- Co jest? – zapytał tylko, kiedy żadne oczywiste zagrożenie nie wpadło do pokoju w pogoni za dzieciakiem.
- Skrzat domowy! – wykrzyknął Harry.
Snape zwalczył chęć smagnięcia różdżką po tyłku bachora. Skrzat domowy? Mały potwór uciekł tutaj, jakby goniła go horda z piekieł, strasząc go śmiertelnie, marnując cenne składniki eliksirów, a to wszystko dlatego, że jakiś cholerny skrzat domowy był za bardzo skupiał na nim swoją zdziecinniałą uwagę?
- Ty… - zaczął z wściekłością.
- Nie, nie! – Harry potrząsnął głową, zdając sobie sprawę, do jakich wniosków doszedł Snape. – To nie był normalny skrzat domowy! Ten był szalony! Wciąż uderzał głową o podłogę, jakby nie mógł znieść rozmowy ze mną, chciał mnie odesłać z powrotem do Dursleyów i groził mi!
Snape zamrugał. Skrzat domowy groził czarodziejskiemu dziecku? To było niesłychane. Rozpieszczanie małych żebraków, tak. Grożenie im? Wątpliwe.
- Jesteś pewny, że to był skrzat domowy? – zapytał, ponownie unosząc różdżkę w obronie.
- Wyglądał jak skrzat i brzmiał jak skrzat – powiedział powątpiewająco Harry i pomimo swoich obaw, Snape był zadowolony z tej ślizgońskiej odpowiedzi. Bardzo dobrze, mój mały wężu, pomyślał. Zaczynasz patrzeć poza wygląd zewnętrzny, czego nie robią ci głupcy, Gryfoni.
Snape pierwszy ruszył do sypialni Harry’ego i nic nie wskazywało, by był tam jakiś skrzat. Snape rzucił kilka zaklęć, ale nie był w stanie znaleźć nic, poza dowodem, że w którymś momencie był tam skrzat domowy – ale ponieważ szkolne skrzaty czyściły kwatery, tego można się było spodziewać. Usadził Harry’ego na łóżku i spojrzał na chłopca srogo.
- Naprawdę był tu jakiś dziwny skrzat domowy? – zapytał, marszcząc brwi. – To nie był sen, ani może wyimaginowany skrzat z gry, w którą grałeś?
Harry posłał mu pełne oburzenia, wściekłe spojrzenie.
- Nie jestem dzieckiem! – powiedział z oburzeniem. – Nie wymyśliłem tego dla uwagi!
- Hymmmm. – Ton Snape’a pozostał sceptyczny, ale nie naciskał na problem. – W każdym razie, już go nie ma, więc nie ma cię o co martwić. – Odwrócił się, by odejść, po czym skinął z niecierpliwością na chłopca. – Chodź. Posprzątasz żabie nogi, które przez ciebie upuściłem, a potem wymyślę kilka składników do przygotowania, żeby oderwać twój umysł od obłąkanych skrzatów domowych.
Harry prychnął, jakby został bardzo źle potraktowany, ale ponieważ nie miał nic przeciwko spędzeniu trochę czasu z opiekunem w laboratorium, posłusznie podążył za wysokim mężczyzną, a kolejne zadania szybko odciągnęły jego myśli od wizyty dziwnego skrzata domowego.
Pomimo zewnętrznego spokoju, Snape nie lekceważył tak bardzo tego wydarzenia. Zachowujący się osobliwie skrzat domowy nie mógł być dobrym omenem. Miał zamiar z determinacją trzymać oczy szeroko otwarte na niewyjaśnione zjawiska w nowym semestrze.
- Tato – przemówił nieoczekiwanie Harry, kiedy oboje byli zajęci mieleniem wysuszonych jagód cisu. – Czy Weasleyowie są, no wiesz, normalni?
Snape stłumił odruchową, obraźliwą odpowiedź i spojrzał na chłopca. Skąd mu się to wzięło?
- Co masz na myśli mówiąc „normalni”? – grał na zwłokę.
Harry zmarszczył brwi, patrząc na moździerz i tłuczek, jakby uznał mielenie za bardzo trudne. Spędzanie czasu z Weasleyami było naprawdę bardzo interesujące, choć to sprawiło, że wiele myślał o Dursleyach i różnicach między nimi. Harry nie sądził jednak, że są wielkie różnice między mugolskimi a czarodziejskimi rodzinami. Wspaniale bawił się z Łapą i Lunatykiem, ale z nimi było bardziej jak z przyjaciółmi. Jedyne reguły pochodziły od jego taty i Harry podejrzewał, że Łapa z chęcią by kilka złamał, gdyby Lunatyk nie posyłał mu Spojrzenia za każdym razem, gdy zaczął o tym napomykać.
Ale Weasleyowie byli prawdziwą rodziną, z zasadami, karami, prezentami i innymi takimi rzeczami, a to stale uświadamiało Harry’emu, że nie wszystkie rodziny zachowują się jak Dursleyowie. Podczas gdy Snape w kółko mu powtarzał, że jego krewni to odrażające stworzenia, Harry naprawdę nie rozumiał, jak inaczej był wychowywany Ron, aż nie spędził ferii z Weasleyami.
- Harry? – nalegał Snape, krzywiąc się na milczenie chłopca.
- Eee, ciocia Molly powiedziała ci, że tak jakby wpadłem w kłopoty, prawda? – zapytał Harry, jakby chciał zmienić temat.
- Jeśli chodzi ci o spalenie choinki Weasleyów, tak, słyszałem o tym. A może jest jeszcze coś, z czym chciałbyś się ze mną podzielić?
Harry szybko spojrzał na swojego tatę i z ulgą zobaczył, że mężczyzna marszczy sardonicznie brwi. Dobrze. Nie był wściekły.
- Nie – zapewnił go pospiesznie. – To wszystko. Uch, czy ciocia Molly powiedziała ci, że bliźniacy to zaczęli? I że to oni podpalili drzewko i ucięli sofę na pół?
Snape zamrugał.
- Ucięli sofę na pół?
- No tak, ale Bill szybko ją naprawił, więc chyba ciocia Molly nawet nie zauważyła – przyznał Harry.
- Jestem świadomy tego, że bliźniacy są całkowicie odpowiedzialni za te wydarzenia. – Snape skinął głową, decydując, że lepiej pominąć kwestię sofy.
Harry wrócił do mielenia jagód.
- Kiedy to wszystko się stało i ciocia Molly pierwsza weszła do pokoju, wiesz, co powidziała?
- Nie mieści mi się to w głowie – odpowiedział sucho Snape.
Harry spojrzał na niego.
- Powiedziała: „Kto to zrobił?” – Czekał, jakby właśnie powiedział coś doniosłego.
Snape skrzywił się. Nie lubił się czuć tak, jakby coś przegapił.
- I co w tym tak cię zaskakuje? – zapytał. – Brak przekleństw?
Harry potrząsnął niecierpliwie głową.
- Nie. Zapytała. Nie rozumiesz? Nie myślała automatycznie, że to byłem ja!
Ach. Snape na nowo zdał sobie sprawę, jakie życie Harry miał z Dursleyami.
- Rozumiem.
Harry skinął głową.
- A kiedy bliźniacy powiedzieli, że to w większości ich wina, wiesz, co wtedy zrobiła?
Snape ostrożnie rozważył odpowiedz. Nie miał pojęcia, dokąd Harry zmierza.
- Rozumiem, że zostali ukarani… fizycznie.
Harry spojrzał na niego poważnie.
- Zlała ich po tyłkach drewnianą łyżką. Całkiem mocno.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że tobie się to nigdy nie stanie? – zapytał szybko Snape. Czy ta kara przeraziła chłopca?
- Tak – skinął głową Harry. – Ale…
- Co?
- Ciocia Molly nie biła ich tak mocno, ani tak długo, jak wuj Vernon bił mnie. A jak nigdy nie spaliłem choinki, ani nie zrobiłem nic tak strasznego.
Snape powstrzymał westchnięcie i odłożył narzędzia.
- To dlatego, że twoi mugolscy krewni byli nieludzcy i nieczuli. Kara bliźniaków, mimo że była dla nich nieprzyjemnym doświadczeniem i może była nieco przerażająca dla świadków, była nieskończenie bardziej odpowiednia od tego, co robili tobie ci mugole.
Harry skupił się na jagodach cisu, które rozgniatał na proszek.
- Mój wuj – i moja ciotka – bili mnie bardzo mocno – powiedział cicho. – Nawet kiedy byłem dużo młodszy. To naprawdę bolało.
- Wiem – powiedział miękko Snape, obserwując chłopca. Co, w imię Merlina, miałby powiedzieć albo zrobić?
- Powiedzieli, że na to zasłużyłem.
- A to było kłamstwo! – splunął Snape. Przejęła go wściekłość i runął na małego chłopca obok niego, unosząc jego brodę, by spojrzeć mu w oczy. – W żadnym wypadku nie zasługiwałeś na takie traktowanie. Nieważne co być zrobił, nie zasłużyłeś na traktowanie, które otrzymałeś z ich rąk.
Harry zamrugał, by powstrzymać łzy.
- Po prostu oni mnie nie tylko bili. Znaczy, nie robili tego często, ale nawet kiedy byłem dobry, wciąż musiałem wykonywać te zadania, podczas gdy Dudley nie robił nic. A jeśli wpadłem w kłopoty, nie jadłem i dostawałem dodatkowe zadania, a Dursleyowie byli na mnie całkowicie wściekli. Ale w Norze, po tym, jak bliźniacy oberwali, po prostu wrócili do reszty. Nie zostali zamknięci w komórce. Nie musieli bardziej czyścić salonu niż ktokolwiek inny. I dostali kolację wieczorem i nawet deser. Tak jak reszta, a my też zostaliśmy ukarani. I mimo że musieliśmy iść szybciej do łóżek, i tak zostaliśmy przytuleni i wycałowani na dobranoc i pozwolono nam wychodzić do łazienki, gdybyśmy tego potrzebowali i nikt nie musiał robić więcej zadań od innych… - Hary urwał, zalewając się łzami. – Dlaczego moi krewni tak bardzie mnie nienawidzili? – zawołał. – Naprawdę starałem się być dobry!
Snape przeklął pod nosem, dostrzegając, że w jego ramionach jest płaczący, zasmarkany chłopiec. Drogi Miesięczniku Czarodziejskiej Rodziny, pisał wewnętrznie. Dlaczego dzieci tak bardzo nalegają, by brać na siebie odpowiedzialność za rzeczy, które są całkowicie poza ich kontrolą, takie jak zauważalna oziębłość ich opiekunów, a mimo to są całkowicie niezdolne do odpowiedzialności za tak proste zadania, jak mycie zębów albo sprzątanie za sobą?
Przetransmutował stołek laboratoryjny w bardziej wygodne siedzenie i usadził sobie dzieciaka na kolanach. Merlinie, gdyby Albus albo Minerva zobaczyli tą scenę, nigdy by nie pozwolili mu o tym zapomnieć! Kiedy łzy chłopca w końcu przestały lecieć, szturchnął bachora, by sprowadzić na siebie jego uwagę. Kiedy wilgotne, zielone oczy napotkały jego, zapytał:
- Harry, jak myślisz, co by się stało, gdybym poszedł do twojego domu i rzucił urok na ciebie i twojego kuzyna, sprawiając, że oboje bylibyście tym drugim?
Harry zamrugał zdezorientowany.
- Huh?
- Co by się stało? Czy twoje wujostwo zaakceptowałoby zachowanie ich syna, gdyby miał twoją twarz? Czy byliby zadowoleni, że ich syn najwyraźniej rozpoczyna nowy rozdział życia i zostawia za sobą nieposłuszeństwo, kiedy ty – nosząc twarz twojego kuzyna – będziesz gotować i sprzątać?
- N-nie. Pewnie zabiliby Dudleya, gdyby zachowywał się w swój normalny sposób, a mnie próbowali powstrzymać przed wykonywaniem obowiązków. – Oszołomiony Harry spojrzał na tatę. Dlaczego zadawał tak głupie pytanie?
- Nie rozumiesz, durny dzieciaku? – skarcił go Snape. – To, jak cię traktowali, nie miało nic wspólnego z twoim zachowaniem. Robiłeś wszystko, co od ciebie chcieli, a wciąż traktowali cię okropnie. To nie miało nic wspólnego z tobą. Reagowali na to, co myśleli o tobie, a nie na to, jaki byłeś i dlatego nie mogłeś nic robić, by temu zapobiec. Wina leży po stronie ich obrzydliwej natury, a nie w tym, co robiłeś lub nie robiłeś. Mogli czuć presję, by zaakceptować cię w swoim domu po śmierci twoich rodziców, ale to nie jest wymówka do tego, jak cię traktowali.
Harry pociągnął nosem. Tata zawsze tak dobrze wszystko wytłumaczy.
- T-to nie była moja wina? – wyszeptał. – Nawet kiedy robiłem… - rzucił w górę nerwowe spojrzenie, – dziwaczne rzeczy?
Snape przewrócił oczami.
- Harry Jamesie Potterze, te „dziwaczne rzeczy” były całkowicie poza twoją kontrolą, a karanie dziecka za coś, czego nie może kontrolować nigdy nie jest uzasadnione. Rozumiesz mnie, młody człowieku?
Harry skinął głową i zakopał twarz w piersi ojca.
- Dobrze. Ponieważ następnym razem, jak zasugerujesz, że to była twoja wina, a nie tych okropnych mugoli, będziesz mi winny 100 linijek „Nie kontroluję innych ludzi”.
Wbrew sobie, Harry zachichotał.
- To brzmi, jak co, co powinien napisać stary Voldesnort.
Snape uniósł brew.
- Możemy to zmienić w: „Nie jestem odpowiedzialny za nędzne zachowanie innych ludzi”?
Harry wydął wargi.
- Nie! To jest dłuższe!
Unosząc lekko chłopca, Snape wyczarował ciepłą flanelę i otarł twarz Harry’ego ze smarków i łez, nie zważając na głośne protesty chłopca.
- Proszę wracać do pracy, panie Potter. Chyba powiedziałem zmiel jagody cisu, a nie sproszkuj. Zostaniesz na swojej ławce, aż nie zrobisz, co ci kazano.
- Tatooo – jęknął Harry. – Jestem głodny! Minęły już jakieś cztery godziny! Czy to nie jest już czas na kolację?
- Minęło czterdzieści minut, niemożliwy bachorze, i jeśli dobrze pamiętam, to ty rozproszyłeś mnie swoją opowiastką o szalonych skrzatach domowych. Dokończ pracę z jagodami i będziesz mógł coś przekąsić.
W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin nie było kolejnych wizyt skrzatów domowych, szalonych lub nie, a reszta szkoły wróciła do Hogwartu. Harry stał we frontowych drzwiach, by powitać przyjaciół.
- Harry! – krzyknął Ron, jakby nie widzieli się od miesięcy, chwytając czarnowłosego chłopca i miażdżąc go z podekscytowaniem.
- Jak było w Szwajcarii? – zapytała Hermiona Harry’ego, z niecierpliwością odpychając Rona.
- Wspaniale! Syriusz zabrał mnie wszędzie, a Lunatyk i ja zobaczyliśmy ten film, o którym mi mówiłaś, a…
- Ej, Harry! – Seamus i Dean powitali go klepnięciami w ramię. – Zamierzasz dzisiaj trochę polatać w Wielkiej Sali?
Harry wyszczerzył się.
- Nie. Ale mogę wrócić z wami do Wieży, chłopaki!
- To świetnie! – wykrzyknął Dean.
- Ej, a gdzie Draco? – zapytał Harry, rozglądając się za blondynem.
- Nie wiemy – odpowiedział Neville ze zmartwieniem, zbliżając się z Crabbem i Goylem po bokach. – Słyszeliście o nim od wizyty na arenie? Rozglądaliśmy się, ale nie mogliśmy go znaleźć w pociągu.
- Ponieważ mój ojciec przyszedł zobaczyć się z dyrektorem i zabrał mnie ze sobą – wyjaśnił Draco, podchodząc do nich. – Nie miałem powodu, by jechać pociągiem z całą hołotą – dodał, rzucając Ronowi pogardliwe spojrzenie.
- Ach, tak? – zapytał Ron.
- Tak! – odciął się Draco, a Hermiona przewróciła oczami, kiedy dwójka zaczęła radośnie się popychać.
- Draco! Porozrywasz sobie szaty! – zaskrzeczała Pansy Parkinson, podbiegając do niego i odciągając od Rona.
Draco spojrzał na nią wrogo, kiedy przerwała tak niegrzecznie jego rozrabianie.
- A kto ciebie pytał, Pansy? – warknął.
- Oooch, Draco ma dziewczynę! – zaśpiewał radośnie Ron.
- Zamknij się! – warknął Draco, ponownie popychając Rona. Ale zanim ponownie mogły zacząć się działania wojenne (choć gorliwie wyczekiwane przez ich uczestników), Hermiona pstryknęła palcami na Goyle’a i Crabbe’a i dwaj giganci stanęli posłusznie między niedoszłych wojowników.
- Nie chcę się spóźnić na ucztę powitalną – powiedziała surowo chłopcom.
Obrażony Draco spiorunował ją wzrokiem, ale Ron, jak zwykle, był szczęśliwie rozproszony perspektywą jedzenia.
- Okej – zgodził się.
- Co robiłeś w Nowy Ron, Draco? – zapytał Harry, gdy weszli do Wielkiej Sali. Większość innych uczniów wciąż witała się z przyjaciółmi i odnosili swoje zwierzaki, więc byli pierwszymi w wielkiej komnacie.
- Malfoyowie mieli wielki bal maskowy – wtrąciła się szybko Pansy. – Wszyscy najważniejsi ludzie tam byli – powiedziała dosadnie, patrząc na Gryfonów.
Draco przewrócił oczami.
- Tak, a ojciec kazał mi tańczyć z nią – powiedział Harry’emu tonem całkowitego niesmaku. Nawet Ron patrzył na niego współczująco. – Będę miał koszmary przez kilka tygodni.
Pansy prychnęła obrażona.
- Powiem twojemu ojcu! Zobaczymy, co myśli o twoich manierach!
- Więc powiedz mu – warknął Draco. – Ale ja powiem profesorowi Snape’owi, że wpędziłaś kolegę z Domu w kłopoty.
Pansy zbladła na myśl o reakcji ich Opiekuna Domu na naruszenie kodu Slytherinu.
- Dobra. Zobaczymy, czy go to obchodzi – zdołała warknąć, po czym odwróciła się ze zdenerwowaniem.
Draco wytknął język w kierunku jej oddalających się pleców, a Ron i reszta chłopców zaśmiała się głośno.
Hermiona, po chwili niezdecydowania, pospieszyła za Pansy. Z pewnością nie lubiła dziewczyny, ale były takie momenty, kiedy potrzebowało się siostrzanego wsparcia, a była pewna, że Pansy słyszała nieuprzejme śmiechy chłopaków i ją to zabolało.
- Pansy, poczekaj! – zawołała. – W porządku? Chłopcy są tacy niedojrzali – stwierdziła pocieszająco, docierając do boku dziewczyny.
- W ogóle mnie nie obchodzą – powiedziała twardo Pansy, choć jej drżąca warga sugerowała coś innego. – Kogo obchodzą jacyś głupi chłopcy?
- Założę się, że miałaś naprawdę ładną sukienkę na balu – szepnęła Hermiona, a twarz Ślizgonki rozświetliła się.
- Oooch, tak! Była zielona i… co to? – powiedziała Pansy, a jej oczy padły na jakiś przedmiot na najbliższym stole.
Hermiona rozejrzała się, kiedy Pansy sięgnęła po książkę.
- To wygląda jak czyjś pamiętnik – odpowiedziała. – Ktoś pewnie położył i zapomniał go, żeby zobaczyć przyjazd przyjaciół. Daj mi go.
Twarz Pansy pociemniał z podejrzliwością i dziewczyna przytuliła książkę do piersi.
- Dlaczego miałabym? – zapytała.
Hermiona cierpliwie wskazała na sztandar nad stołem.
- To stół Gryffindoru. Pewnie to należy do kogoś z mojego Domu. Oddam to profesor McGonagall.
- To już nie jest stół Gryfonów – odparła Pansy. – To, że jest najbliżej sztandaru Gryffindoru, nic nie oznacza. Wszyscy siedzą teraz, gdzie chcą.
- No, niby tak – Hermiona była zmuszona przyznać rację drugiej dziewczynie. – Ale wciąż bardziej prawdopodobne jest, że należy do…
- Nie, nie prawda! Chcesz go, ponieważ jesteś apodyktyczna i chcesz zebrać całą nagrodę! Nie dostaniesz jej. Ja to znalazłam i ja go zatrzymam. Jeśli ktoś z twojego Domu wyzna, że zgubił książkę, to po prostu twoja Opiekunka porozmawia z moim Opiekunem Domu! – warknęła Pansy, odwracając się i wybiegając z Sali.
Hermiona przewróciła oczami. To ją nauczy, by być miłą do Parkinson. Dołączyła do chłopców, którzy teraz głośno przeżywali wizytę na arenie, uzupełniając wywód tym, jak Jones potraktowała bliźniaków.
Tego wieczora Wielka Sala była głośniejsza niż zwykle, bo uczniowie z podekscytowaniem dzielili się swoimi wakacyjnymi przygodami, ale w końcu dyrektor zdołał ich uciszyć.
- Witam w kolejnym semestrze – powiedział ciepło. – Jestem pewny, że będzie on pełny różnych ekscytujących przygód naukowych!
Siedzący dalej przy stole nauczycielskim, Snape przewrócił oczami na niepoprawny optymizm mężczyzny. „Przygód”, a i owszem. „Naukowych”, wątpliwe.
- Jak wszyscy wiecie, w zeszłym semestrze ucierpieliśmy z powodu nieoczekiwanej straty nauczyciela OPCM-u – kontynuował Albus. Snape stłumił szydercze parsknięcie. Tak, to najlepszy sposób, by określić to, co się stało – „nieoczekiwana strata” doprawdy! – Niestety, w połowie roku szkolnego trudno jest znaleźć wykwalifikowanego nauczyciela, więc bądźmy szczęśliwi, że sam Minister Magii nam w tym pomógł.
Snape, tak jak większość uczniów, skupił się gwałtownie. Knot maczał palce w zatrudnieniu nowego nauczyciela OPCM-u? Snape zmarszczył brwi. To z pewnością oznaczało, że w sprawie miał coś do powiedzenia Lucjusz Malfoy – Knot miał tyle rozumu, że szukał porady, gdy musiał zmienić skarpetki. Ale co to mogło oznaczać? Snape nie skupiał wielkiej uwagi na sprawie OPCM-u; wiedział, że Dumbledore mu tego nie zaoferuje – nie, kiedy miał własne zajęcia eliksirów, swój Dom i Harry’ego pod opieką. Jednak myśląc o tym, było nieco dziwne to, że Albus nic o tym wcześniej nie wspomniał.
Severus spojrzał na Minervę, ale wyglądała na tak zdziwioną i ostrożną, jak on się czuł. Oczywistym było, że Minerva nie brała udziału w wyborze nowego członka kadry. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wybory Albusa, nie była to dobra wiadomość.
Snape zmarszczył brwi. Był pewny, że nie byli to Black ani Lupin. Mimo że zaoferowanie Blackowi pozycji w szkole byłoby zgodne z determinacją Albusa, by zatrzymać Harry’ego w Hogwarcie i rozładowałoby jego strach, że Black planuje wyrwać dla siebie opiekę nad chłopcem, ani kundel, ani wilkołak nie byliby tak głupi, by nie informować o tym Severusa. Cóż, przynajmniej wilkołak. Kundel mógł równie dobrze myśleć, że to będzie zabawna niespodzianka, ale brakowało mu samokontroli, by nie podzielić się swoim planem z Harrym, a Snape był pewny, że Harry nie byłby w stanie utrzymać tajemnicy przed nim.
A więc. Jeśli to nie był jeden z żyjących Huncwotów, więc kto? Albus miał całkowitą rację: wszyscy wykwalifikowani nauczyciele OPCM-u mieli już pracę w ciągu roku szkolnego. Nawet idioci i szarlatani, jak Gilderoy Lockhart albo Emmanuelle Throckmorton raczej nie rzuciliby wszystkiego, by zająć stanowisko nauczyciela z małym ostrzeżeniem. Jeśli nie nic innego, to reklamowałoby ich ze złej strony i byliby postrzegani jako dostępni do wszystkich.
Snape zmarszczył brwi. Jeśli był w to zaangażowany Knot, może to sugerować, że do szkoły został oddelegowany jakiś urzędnik na resztę roku? Hymm – może jakiś nowo emerytowany auror albo jakiś przykuty do biurka z powodu kontuzji? Snape zaczął czuć lekki optymizm. Szalonooki Moody byłby wspaniałym wyborem. Zwłaszcza teraz, kiedy wydawał się być mniej przekonany o śmierciożerczej lojalności Snape’a, byłby spokojny, że ma kogoś, kto tak paranoicznie przyczaja się wokół zamku i upewnia się, że Voldemort nie będzie mógł się znowu prześlizgnąć. Członkostwo Moody’ego w Zakonie oznaczało, że Dumbledore nie miałby nic przeciwko zaakceptowaniu go, a po wydarzeniach z poprzedniego semestru, Snape mógł zrozumieć, dlaczego Knot (albo Bones) mogliby chcieć kogoś z Ministerstwa i PPC, kto obserwowałby Hogwart. Tak, to miało sens. A gdyby tak doświadczony auror uczył dzieci, coś by z tego wyniosły. Snape przyznał sobie rację. To mogło być bardzo użyteczne, zwłaszcza, gdyby Moody mógł dać Harry’emu dodatkowe lekcje obrony. To byłoby dobre uzupełnienie jego pojedynków podczas lekcji z Flitwickiem… Ale Albus wciąż mówił.
- Jestem pewny, że razem ze mną powitacie osobisty wybór Ministra Knota w szeregach kadry Hogwartu i waszą nową nauczycielkę OPCM-u, profesor Dolores Umbridge. – Albus skinął głową na dalszy koniec stołu i zaczął klaskać.
Uczniowie i karda dociążyli za wzrokiem dyrektora i zaklaskali, gdy niska, podobna do ropuchy kobieta, ubrana całkowicie na różowo, wstała. Ścisła samokontrola Snape’a pozwoliła mu na stłumienie wściekłych przekleństw, które były jego pierwszą reakcją, choć jedno spojrzenie na Minervę pokazało mu, że ona też nie jest pod zbytnim wrażeniem tego wyboru.
- A teraz – kontynuował dyrektor, – mimo że korytarz na trzecim piętrze nie jest już dłużej zakazany, muszę ostrzec wszystkich uczniów, że…
Przerwała mu niska, przysadzista kobieta.
- Dziękuję, dyrektorze, za te miłe słowa powitania. Każdy nowy dyrektor albo profesor przynosi coś nowego do Hogwartu, ale należy odwodzić od postępu w imię postępu. Proszę pozwolić nam zachować to, co musi być zachowane i uciąć praktyki, które powinny być zakazane! Dzieci, jako wasza nowa nauczycielka OPCM-u obiecuję, że opuścicie Hogwart z dobrze zrozumianą teorią obrony przed czarną magią. Nie będziemy marnować czasu na niedorzeczne kaprysy i sensacyjne pogróżki i nie będzie żadnych niebezpiecznych zajęć praktycznych. Nie, teoretyczna wiedza wystarczy, byście przebrnęli przez swoje egzaminy. Mimo wszystko, jeśli będziecie bardzo dokładnie uczyć się teorii, nie ma powodu, dla którego nie bylibyście w stanie wykonać zaklęcia w bardzo nieprawdopodobnych zdarzeniach, z którymi stykają się praktykujący Czarną Magię.
Snape czuł jednocześnie zadowolenie i odrazę przez sposób w jaki wszyscy – uczniowie i kadra – spojrzeli na niego, kiedy Umbridge wspomniała „praktykujących Czarną Magię”. Groźnie spiorunował wszystkich wzrokiem, a spojrzenia pospiesznie odwróciły się.
- Ach. Tak. Cóż. – Niemal warto było stracić Moody’ego na miejscu profesora OPCM-u, by zobaczyć kompletnie zaskoczonego Albusa. Snape cieszył się chwilą, gdy Dumbledore wyraźnie starał się zdecydować, jak najlepiej odpowiedzieć zarówno na nieoczekiwane wyrwanie się czarownicy i otwarty idiotyzm jej stwierdzeń.
- Nie możesz poważnie sugerować, że w twojej klasie, uczniowie nie będą mogli ćwiczyć zaklęć pod nadzorem – warknęła McGonagall, pochylając się nad swoim talerzem i przyszpilając czarownicę groźnym spojrzeniem.
Zarówno ku przerażeniu i trwodze Snape’a, druga czarownica była niewzruszona.
- Biorąc pod uwagę to, jak niesamowicie nieprawdopodobne jest to, że jakiś czarodziej lub czarownica będą musieli zastosować zaklęcia przeciw Czarnej Magii, uważam za niepotrzebną stratę cennego czasu zajęć na ćwiczenie ich. Nawet większość aurorów w całej ich karierze nie spotkało się z zaklęciami Niewybaczalnymi – dodała beztrosko Umbridge.
Absolutna bezwzględność tego oświadczenia, w połączeniu z pewnym głosem mówiącej, sprawiły, że McGonagall nie potrafiła przez chwilę odpowiedzieć.
Dumbledore, wciąż wyglądając na niesłychanie zdumionego, skorzystał z okazji, by interweniować.
- Jestem pewny, że uznamy twój sposób nauczania za bardzo interesujący, Dolores – powiedział szybko. – A teraz, niech rozpocznie się uczta! – Usiadł pospiesznie, a pojawienie się talerzy z jedzeniem zapobiegło dalszej debacie.
- Albus! Czyś ty oszalał! – zapytała Minerva, łapiąc go za rękaw. – Co to za idiotka? Co, w imię Merlina, ona tu robi?
Albus westchnął.
- No, już, Minervo. Nie byliśmy powiadomieni o pomysłach Dolores – powiedział delikatnie, – ale z łaskawością zgodziła się na prośbę Ministra i przyjęła pozycję nauczyciela na krótki okres czasu. Jestem pewny, że za jakiś czas zmieni zdanie.
Minerva prychnęła głośno, ale powstrzymała się od dalszej kłótni. Z jej drugiej strony, Snape nie był tak bardzo wstrzemięźliwy.
- Dyrektorze, rozumiem, dlaczego pani Umbridge… - odmówił nadania jej takiego tytułu jak „profesor”, – stara się wkraść w łaski Ministerstwa przez podjęcie się tej pracy, ale dlaczego pan się na to zgodził?
Dumbledore westchnął.
- Proszę cię, mój chłopcze, daj jej szansę. Wszędzie szukałem nauczyciela, ale nikogo nie znalazłem. Zgłosiłem się do Ministerstwa, mając dzieję, że będziemy mogli pożyczyć aurora, ale kiedy Minister zapewnił nam pracę pani Umbridge, nie miałem szansy odmówić.
- A jej kwalifikacje? – zapytał posępnie Snape, a jego ton wykazywał jasno, że wątpi, by kobieta jakieś miała.
- Być może nie ma dokładnie istotnych – przyznał Dumbledore, – ale wybitnie radzi sobie w Ministerstwie, a to może być interesujące i użyteczne dla uczniów, którzy są zainteresowani tą samą ścieżką. A program jest ustalony – każdy czarodziej i czarownica mogą zademonstrować większość zaklęć.
- Natychmiastowo nakażę moim prefektom utworzyć grupy naukowe – odpowiedział kwaśno Snape. – Przynajmniej moje młodsze węże będą mogli czerpać doświadczenie od straszych.
- Mam szczerą nadzieję, że dasz jej szansę, mój chłopcze – powiedział Albus, a jego ton miał w sobie ślad stali. – Jestem pewny, że możesz sobie przypomnieć, jak czułeś się niekomfortowo podczas pierwszego semestru nauczania.
Snape ucichł, mrucząc do siebie.
- Ja nie byłem niekompetentny – burknął zuchwale.
- Przynajmniej to nie jest cały rok – westchnęła mu do ucha McGonagall. – Chciałbyś stworzyć jakieś między-domowe grupy? Moi prefekci mogę skontaktować się z twoimi.
Snape skinął głową.
- Może nieformalny Klub Obrony byłby dobrym pomysłem. Myślę, że uczniowie zdający SUM-y i OWTM-y będą najbardziej zainteresowani czymś takim.
Oboje wrócili posępnie do swoich posiłków, a uczniowskie radosne ćwierkanie wirowało wokół nich.

CDN…



Ale się porobiło... Jak myślicie, co z tego wyniknie? 
Wybaczcie, że cały tydzień nie pojawiały się żadne rozdziały ani miniaturki, ale miałam straszny bałagan w życiu, który musiałam uprzątnąć. W środę pojawi się jedna z dwóch miniaturek, zamówionych przez (chyba) fajtłapcię (wybacz, ale zdążyłam usunąć komentarz z Propozycji, a nie zapisałam sobie, kto mnie o nie prosił). Druga będzie w przyszłym tygodniu, a w weekend może uda mi się siąść do SR. Nie pytajcie mnie nawet o PDP, bo kompletnie nie mam natchnienia i póki co zamierzam skupić się na tłumaczeniu :)