niedziela, 23 lipca 2017

NDH - Rozdział 43


Harry rzucił się na łóżko ze szczęśliwym westchnięciem. Mimo że dobrze bawił się z Ronem i Weasleyami, nie wspominając o Łapie i Lunatyku, wciąż był szczęśliwy z powodu tego, że wrócił do Hogwartu, do swojego łóżka oraz jego taty, który krząta się w laboratorium z eliksirami. Mógł stwierdzić, że jego tata też jest zadowolony z tego, że jest w domu, choć był całkiem pewny, że mężczyzna dobrze bawił się w Szwajcarii z Brunhildą. Tata wyszedł z nią kilka razy po tym, jak Syriusz pierwszy ich zaprosił, a Harry nawet był z nimi raz, czy dwa razy. Lubił Brunhildę – nie traktowała go jak dzieciaka; brała jego pytania na serio i również nie wydawała się zainteresowana tym, żeby zatrzymać tatę tylko dla siebie. I mógł powiedzieć, że tata lubił z nią rozmawiać – i patrzeć na nią, choć Harry nauczył się, że lepiej mu tego nie wytykać!
Mimo to, Brunhilda postawiła sprawę jasno, że jest bardzo zajęta pracą w Bazylei i ma tam dziewięcioletniego chrześniaka, Jonaha, którego oczywiście uwielbia. Zasugerowała, że może Harry i jego tata mogliby odwiedzić czasami ją i Jonaha, a Harry nie potrafił się tego doczekać – to chyba jedyna rzecz, za którą tęsknił u Łapy i Lunatyka; nie było tam dzieci, z którymi mógłby się bawić. Niestety, Jonah i jego rodzina byli na wakacjach w Rumunii oglądać smoki, ale Brunhilda obiecała, że do ich zafiuka. Mimo to, miło było myśleć, że Harry może mieć towarzystwo do zabawy następnym razem, gdy odwiedzi ojca chrzestnego… Nie żeby Syriusz sam nie kwalifikował się jako duży towarzysz zabaw!
Chociaż Harry wiedział, że jego tata lubi Brunhildę, Harry nie sądził, żeby Snape miał coś przeciwko temu, że była tak bardzo zajęta swoim życiem i nie interesowała się – przynajmniej na razie – spędzaniem dużo czasu razem. Wiedział, że Snape też ma dużo do roboty, to jest nauczanie i jego Dom i wymyślanie sposobu, w jaki pokonać Voldesnorta. Harry odprężył się na łóżku, patrząc na baldachim i zastanawiając się, czy nowy semestr będzie równie ekscytujący, co poprzedni.
- Oooooooch, mistrz Harry Potter! – Trzask tuż przy jego uchu sprawił, że się poruszył i odskoczył, kiedy zobaczył nieznajomego skrzata domowego, stojącego przy jego łóżku i wykręcającego ręce.
Harry spojrzał na skrzata z zaciekawieniem. Chyba nie spotkał go wcześniej i wyglądał znacznie inaczej od przeciętnego skrzata domowego z Hogwartu. Na początek, był ubrany w obszarpany ręcznik i był całkowicie wychudzony.
- Eee, cześć? – powiedział niepewnie.
- Mistrz Harry Potter  powiedział cześć! – pisnął z zachwytem, a potem natychmiast walnął głową o ziemię, okropnie zaskakując Harry’ego.
- Ej! Nie rób tak! – krzyknął Harry, wyskakując z łóżka i starając się go powstrzymać. – Przestań się ranić!
- Och, mistrz Harry Potter jest dobrym panem. Mistrz Harry Potter jest miły i dobry, nawet do tak niedobrego skrzata jak Zgredek.
- Zgredek? To twoje imię? – zapytał Harry, beznadziejnie zagubiony.
- Mistrz Harry Potter chce znać imię Zgredka! – Oczy skrzata błyszczały od łez. – Mistrz Harry Potter jest tak dobry!
- Eee, dziękuję… chyba. Um… mogę ci w czymś pomóc? – Harry zaczął marzyć o tym, by jego opiekun pojawił się w drzwiach.
- Nie, nie, mistrzu Harry Potter! Zgredek jest tutaj, by pomóc tobie! Mistrz Harry Potter musi w tym momencie opuścić Hogwart! Tak, mistrz Harry Potter nie może tu zostać.
- Co? Ale ja tu mieszkam! – zaprotestował Harry.
-Nie, nie, nie! To zbyt niebezpieczne! Wkrótce wydarzą się złe rzeczy i… Nie, nie, nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek! – Skrzat pociągnął się za własne uszy w szale samo wstrętu. – Nie może powiedzieć! Nie może wyjawić sekretów!
- Zgredek! Czekaj! Cicho! Przestań! – Harry złapał szalonego malca. – Przestań! Jakie niebezpieczeństwo? Mi będzie zagrażać?
- Mistrz Harry Potter musi opuścić Hogwart! Mistrz Harry Potter musi obiecać Zgredkowi, że odejdzie!
Odejść z Hogwartu? I wrócić do Dursleyów? Harry zacisnął zęby.
- Nie – stwierdził stanowczo. – Mieszkam tu teraz i nie odejdę.
Zgredek posłał mu umęczone spojrzenie.
- Ale jeśli mistrz Harry Potter nie odejdzie sam, Zgredek sam sprawi, że będzie musiał. Nie! Nie! Zły Zgredek! Zły Zgredek grozi dobremu, miłemu mistrzowi Harry Potter! – I znowu dziwny elf zaczął uderzać głową o kamienną podłogę.
Teraz całkowicie pozbawiony odwagi, Harry podbiegł do drzwi. Nie był pewny, czy skrzat chciał go zranić czy był kompletnie stuknięty, ale w każdym razie był całkiem pewny, że jego chciałby, żeby się schował albo szukał pomocy. Ku jego uldze, skrzat był zbyt zajęty karaniem się, by zauważyć i zapobiec jego ucieczce.
- Tato! – Harry wpadł do laboratorium, zaskakując Snape’a i sprawiając, że ten upuścił kilka żabich nóg.
- Harry Jamesie Potterze! Co ja ci mówiłem o bieganiu wokoło jak bansh… - Gniewne narzekanie Snape’a urwało się gwałtownie, kiedy Harry wbił się w niego, jakby szukał ochrony. Natychmiast w jego dłoni znalazła się różdżka i skierował ją w drzwi, podczas gdy drugą ręką przytrzymał Harry’ego bliżej boku.
- Co jest? – zapytał tylko, kiedy żadne oczywiste zagrożenie nie wpadło do pokoju w pogoni za dzieciakiem.
- Skrzat domowy! – wykrzyknął Harry.
Snape zwalczył chęć smagnięcia różdżką po tyłku bachora. Skrzat domowy? Mały potwór uciekł tutaj, jakby goniła go horda z piekieł, strasząc go śmiertelnie, marnując cenne składniki eliksirów, a to wszystko dlatego, że jakiś cholerny skrzat domowy był za bardzo skupiał na nim swoją zdziecinniałą uwagę?
- Ty… - zaczął z wściekłością.
- Nie, nie! – Harry potrząsnął głową, zdając sobie sprawę, do jakich wniosków doszedł Snape. – To nie był normalny skrzat domowy! Ten był szalony! Wciąż uderzał głową o podłogę, jakby nie mógł znieść rozmowy ze mną, chciał mnie odesłać z powrotem do Dursleyów i groził mi!
Snape zamrugał. Skrzat domowy groził czarodziejskiemu dziecku? To było niesłychane. Rozpieszczanie małych żebraków, tak. Grożenie im? Wątpliwe.
- Jesteś pewny, że to był skrzat domowy? – zapytał, ponownie unosząc różdżkę w obronie.
- Wyglądał jak skrzat i brzmiał jak skrzat – powiedział powątpiewająco Harry i pomimo swoich obaw, Snape był zadowolony z tej ślizgońskiej odpowiedzi. Bardzo dobrze, mój mały wężu, pomyślał. Zaczynasz patrzeć poza wygląd zewnętrzny, czego nie robią ci głupcy, Gryfoni.
Snape pierwszy ruszył do sypialni Harry’ego i nic nie wskazywało, by był tam jakiś skrzat. Snape rzucił kilka zaklęć, ale nie był w stanie znaleźć nic, poza dowodem, że w którymś momencie był tam skrzat domowy – ale ponieważ szkolne skrzaty czyściły kwatery, tego można się było spodziewać. Usadził Harry’ego na łóżku i spojrzał na chłopca srogo.
- Naprawdę był tu jakiś dziwny skrzat domowy? – zapytał, marszcząc brwi. – To nie był sen, ani może wyimaginowany skrzat z gry, w którą grałeś?
Harry posłał mu pełne oburzenia, wściekłe spojrzenie.
- Nie jestem dzieckiem! – powiedział z oburzeniem. – Nie wymyśliłem tego dla uwagi!
- Hymmmm. – Ton Snape’a pozostał sceptyczny, ale nie naciskał na problem. – W każdym razie, już go nie ma, więc nie ma cię o co martwić. – Odwrócił się, by odejść, po czym skinął z niecierpliwością na chłopca. – Chodź. Posprzątasz żabie nogi, które przez ciebie upuściłem, a potem wymyślę kilka składników do przygotowania, żeby oderwać twój umysł od obłąkanych skrzatów domowych.
Harry prychnął, jakby został bardzo źle potraktowany, ale ponieważ nie miał nic przeciwko spędzeniu trochę czasu z opiekunem w laboratorium, posłusznie podążył za wysokim mężczyzną, a kolejne zadania szybko odciągnęły jego myśli od wizyty dziwnego skrzata domowego.
Pomimo zewnętrznego spokoju, Snape nie lekceważył tak bardzo tego wydarzenia. Zachowujący się osobliwie skrzat domowy nie mógł być dobrym omenem. Miał zamiar z determinacją trzymać oczy szeroko otwarte na niewyjaśnione zjawiska w nowym semestrze.
- Tato – przemówił nieoczekiwanie Harry, kiedy oboje byli zajęci mieleniem wysuszonych jagód cisu. – Czy Weasleyowie są, no wiesz, normalni?
Snape stłumił odruchową, obraźliwą odpowiedź i spojrzał na chłopca. Skąd mu się to wzięło?
- Co masz na myśli mówiąc „normalni”? – grał na zwłokę.
Harry zmarszczył brwi, patrząc na moździerz i tłuczek, jakby uznał mielenie za bardzo trudne. Spędzanie czasu z Weasleyami było naprawdę bardzo interesujące, choć to sprawiło, że wiele myślał o Dursleyach i różnicach między nimi. Harry nie sądził jednak, że są wielkie różnice między mugolskimi a czarodziejskimi rodzinami. Wspaniale bawił się z Łapą i Lunatykiem, ale z nimi było bardziej jak z przyjaciółmi. Jedyne reguły pochodziły od jego taty i Harry podejrzewał, że Łapa z chęcią by kilka złamał, gdyby Lunatyk nie posyłał mu Spojrzenia za każdym razem, gdy zaczął o tym napomykać.
Ale Weasleyowie byli prawdziwą rodziną, z zasadami, karami, prezentami i innymi takimi rzeczami, a to stale uświadamiało Harry’emu, że nie wszystkie rodziny zachowują się jak Dursleyowie. Podczas gdy Snape w kółko mu powtarzał, że jego krewni to odrażające stworzenia, Harry naprawdę nie rozumiał, jak inaczej był wychowywany Ron, aż nie spędził ferii z Weasleyami.
- Harry? – nalegał Snape, krzywiąc się na milczenie chłopca.
- Eee, ciocia Molly powiedziała ci, że tak jakby wpadłem w kłopoty, prawda? – zapytał Harry, jakby chciał zmienić temat.
- Jeśli chodzi ci o spalenie choinki Weasleyów, tak, słyszałem o tym. A może jest jeszcze coś, z czym chciałbyś się ze mną podzielić?
Harry szybko spojrzał na swojego tatę i z ulgą zobaczył, że mężczyzna marszczy sardonicznie brwi. Dobrze. Nie był wściekły.
- Nie – zapewnił go pospiesznie. – To wszystko. Uch, czy ciocia Molly powiedziała ci, że bliźniacy to zaczęli? I że to oni podpalili drzewko i ucięli sofę na pół?
Snape zamrugał.
- Ucięli sofę na pół?
- No tak, ale Bill szybko ją naprawił, więc chyba ciocia Molly nawet nie zauważyła – przyznał Harry.
- Jestem świadomy tego, że bliźniacy są całkowicie odpowiedzialni za te wydarzenia. – Snape skinął głową, decydując, że lepiej pominąć kwestię sofy.
Harry wrócił do mielenia jagód.
- Kiedy to wszystko się stało i ciocia Molly pierwsza weszła do pokoju, wiesz, co powidziała?
- Nie mieści mi się to w głowie – odpowiedział sucho Snape.
Harry spojrzał na niego.
- Powiedziała: „Kto to zrobił?” – Czekał, jakby właśnie powiedział coś doniosłego.
Snape skrzywił się. Nie lubił się czuć tak, jakby coś przegapił.
- I co w tym tak cię zaskakuje? – zapytał. – Brak przekleństw?
Harry potrząsnął niecierpliwie głową.
- Nie. Zapytała. Nie rozumiesz? Nie myślała automatycznie, że to byłem ja!
Ach. Snape na nowo zdał sobie sprawę, jakie życie Harry miał z Dursleyami.
- Rozumiem.
Harry skinął głową.
- A kiedy bliźniacy powiedzieli, że to w większości ich wina, wiesz, co wtedy zrobiła?
Snape ostrożnie rozważył odpowiedz. Nie miał pojęcia, dokąd Harry zmierza.
- Rozumiem, że zostali ukarani… fizycznie.
Harry spojrzał na niego poważnie.
- Zlała ich po tyłkach drewnianą łyżką. Całkiem mocno.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że tobie się to nigdy nie stanie? – zapytał szybko Snape. Czy ta kara przeraziła chłopca?
- Tak – skinął głową Harry. – Ale…
- Co?
- Ciocia Molly nie biła ich tak mocno, ani tak długo, jak wuj Vernon bił mnie. A jak nigdy nie spaliłem choinki, ani nie zrobiłem nic tak strasznego.
Snape powstrzymał westchnięcie i odłożył narzędzia.
- To dlatego, że twoi mugolscy krewni byli nieludzcy i nieczuli. Kara bliźniaków, mimo że była dla nich nieprzyjemnym doświadczeniem i może była nieco przerażająca dla świadków, była nieskończenie bardziej odpowiednia od tego, co robili tobie ci mugole.
Harry skupił się na jagodach cisu, które rozgniatał na proszek.
- Mój wuj – i moja ciotka – bili mnie bardzo mocno – powiedział cicho. – Nawet kiedy byłem dużo młodszy. To naprawdę bolało.
- Wiem – powiedział miękko Snape, obserwując chłopca. Co, w imię Merlina, miałby powiedzieć albo zrobić?
- Powiedzieli, że na to zasłużyłem.
- A to było kłamstwo! – splunął Snape. Przejęła go wściekłość i runął na małego chłopca obok niego, unosząc jego brodę, by spojrzeć mu w oczy. – W żadnym wypadku nie zasługiwałeś na takie traktowanie. Nieważne co być zrobił, nie zasłużyłeś na traktowanie, które otrzymałeś z ich rąk.
Harry zamrugał, by powstrzymać łzy.
- Po prostu oni mnie nie tylko bili. Znaczy, nie robili tego często, ale nawet kiedy byłem dobry, wciąż musiałem wykonywać te zadania, podczas gdy Dudley nie robił nic. A jeśli wpadłem w kłopoty, nie jadłem i dostawałem dodatkowe zadania, a Dursleyowie byli na mnie całkowicie wściekli. Ale w Norze, po tym, jak bliźniacy oberwali, po prostu wrócili do reszty. Nie zostali zamknięci w komórce. Nie musieli bardziej czyścić salonu niż ktokolwiek inny. I dostali kolację wieczorem i nawet deser. Tak jak reszta, a my też zostaliśmy ukarani. I mimo że musieliśmy iść szybciej do łóżek, i tak zostaliśmy przytuleni i wycałowani na dobranoc i pozwolono nam wychodzić do łazienki, gdybyśmy tego potrzebowali i nikt nie musiał robić więcej zadań od innych… - Hary urwał, zalewając się łzami. – Dlaczego moi krewni tak bardzie mnie nienawidzili? – zawołał. – Naprawdę starałem się być dobry!
Snape przeklął pod nosem, dostrzegając, że w jego ramionach jest płaczący, zasmarkany chłopiec. Drogi Miesięczniku Czarodziejskiej Rodziny, pisał wewnętrznie. Dlaczego dzieci tak bardzo nalegają, by brać na siebie odpowiedzialność za rzeczy, które są całkowicie poza ich kontrolą, takie jak zauważalna oziębłość ich opiekunów, a mimo to są całkowicie niezdolne do odpowiedzialności za tak proste zadania, jak mycie zębów albo sprzątanie za sobą?
Przetransmutował stołek laboratoryjny w bardziej wygodne siedzenie i usadził sobie dzieciaka na kolanach. Merlinie, gdyby Albus albo Minerva zobaczyli tą scenę, nigdy by nie pozwolili mu o tym zapomnieć! Kiedy łzy chłopca w końcu przestały lecieć, szturchnął bachora, by sprowadzić na siebie jego uwagę. Kiedy wilgotne, zielone oczy napotkały jego, zapytał:
- Harry, jak myślisz, co by się stało, gdybym poszedł do twojego domu i rzucił urok na ciebie i twojego kuzyna, sprawiając, że oboje bylibyście tym drugim?
Harry zamrugał zdezorientowany.
- Huh?
- Co by się stało? Czy twoje wujostwo zaakceptowałoby zachowanie ich syna, gdyby miał twoją twarz? Czy byliby zadowoleni, że ich syn najwyraźniej rozpoczyna nowy rozdział życia i zostawia za sobą nieposłuszeństwo, kiedy ty – nosząc twarz twojego kuzyna – będziesz gotować i sprzątać?
- N-nie. Pewnie zabiliby Dudleya, gdyby zachowywał się w swój normalny sposób, a mnie próbowali powstrzymać przed wykonywaniem obowiązków. – Oszołomiony Harry spojrzał na tatę. Dlaczego zadawał tak głupie pytanie?
- Nie rozumiesz, durny dzieciaku? – skarcił go Snape. – To, jak cię traktowali, nie miało nic wspólnego z twoim zachowaniem. Robiłeś wszystko, co od ciebie chcieli, a wciąż traktowali cię okropnie. To nie miało nic wspólnego z tobą. Reagowali na to, co myśleli o tobie, a nie na to, jaki byłeś i dlatego nie mogłeś nic robić, by temu zapobiec. Wina leży po stronie ich obrzydliwej natury, a nie w tym, co robiłeś lub nie robiłeś. Mogli czuć presję, by zaakceptować cię w swoim domu po śmierci twoich rodziców, ale to nie jest wymówka do tego, jak cię traktowali.
Harry pociągnął nosem. Tata zawsze tak dobrze wszystko wytłumaczy.
- T-to nie była moja wina? – wyszeptał. – Nawet kiedy robiłem… - rzucił w górę nerwowe spojrzenie, – dziwaczne rzeczy?
Snape przewrócił oczami.
- Harry Jamesie Potterze, te „dziwaczne rzeczy” były całkowicie poza twoją kontrolą, a karanie dziecka za coś, czego nie może kontrolować nigdy nie jest uzasadnione. Rozumiesz mnie, młody człowieku?
Harry skinął głową i zakopał twarz w piersi ojca.
- Dobrze. Ponieważ następnym razem, jak zasugerujesz, że to była twoja wina, a nie tych okropnych mugoli, będziesz mi winny 100 linijek „Nie kontroluję innych ludzi”.
Wbrew sobie, Harry zachichotał.
- To brzmi, jak co, co powinien napisać stary Voldesnort.
Snape uniósł brew.
- Możemy to zmienić w: „Nie jestem odpowiedzialny za nędzne zachowanie innych ludzi”?
Harry wydął wargi.
- Nie! To jest dłuższe!
Unosząc lekko chłopca, Snape wyczarował ciepłą flanelę i otarł twarz Harry’ego ze smarków i łez, nie zważając na głośne protesty chłopca.
- Proszę wracać do pracy, panie Potter. Chyba powiedziałem zmiel jagody cisu, a nie sproszkuj. Zostaniesz na swojej ławce, aż nie zrobisz, co ci kazano.
- Tatooo – jęknął Harry. – Jestem głodny! Minęły już jakieś cztery godziny! Czy to nie jest już czas na kolację?
- Minęło czterdzieści minut, niemożliwy bachorze, i jeśli dobrze pamiętam, to ty rozproszyłeś mnie swoją opowiastką o szalonych skrzatach domowych. Dokończ pracę z jagodami i będziesz mógł coś przekąsić.
W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin nie było kolejnych wizyt skrzatów domowych, szalonych lub nie, a reszta szkoły wróciła do Hogwartu. Harry stał we frontowych drzwiach, by powitać przyjaciół.
- Harry! – krzyknął Ron, jakby nie widzieli się od miesięcy, chwytając czarnowłosego chłopca i miażdżąc go z podekscytowaniem.
- Jak było w Szwajcarii? – zapytała Hermiona Harry’ego, z niecierpliwością odpychając Rona.
- Wspaniale! Syriusz zabrał mnie wszędzie, a Lunatyk i ja zobaczyliśmy ten film, o którym mi mówiłaś, a…
- Ej, Harry! – Seamus i Dean powitali go klepnięciami w ramię. – Zamierzasz dzisiaj trochę polatać w Wielkiej Sali?
Harry wyszczerzył się.
- Nie. Ale mogę wrócić z wami do Wieży, chłopaki!
- To świetnie! – wykrzyknął Dean.
- Ej, a gdzie Draco? – zapytał Harry, rozglądając się za blondynem.
- Nie wiemy – odpowiedział Neville ze zmartwieniem, zbliżając się z Crabbem i Goylem po bokach. – Słyszeliście o nim od wizyty na arenie? Rozglądaliśmy się, ale nie mogliśmy go znaleźć w pociągu.
- Ponieważ mój ojciec przyszedł zobaczyć się z dyrektorem i zabrał mnie ze sobą – wyjaśnił Draco, podchodząc do nich. – Nie miałem powodu, by jechać pociągiem z całą hołotą – dodał, rzucając Ronowi pogardliwe spojrzenie.
- Ach, tak? – zapytał Ron.
- Tak! – odciął się Draco, a Hermiona przewróciła oczami, kiedy dwójka zaczęła radośnie się popychać.
- Draco! Porozrywasz sobie szaty! – zaskrzeczała Pansy Parkinson, podbiegając do niego i odciągając od Rona.
Draco spojrzał na nią wrogo, kiedy przerwała tak niegrzecznie jego rozrabianie.
- A kto ciebie pytał, Pansy? – warknął.
- Oooch, Draco ma dziewczynę! – zaśpiewał radośnie Ron.
- Zamknij się! – warknął Draco, ponownie popychając Rona. Ale zanim ponownie mogły zacząć się działania wojenne (choć gorliwie wyczekiwane przez ich uczestników), Hermiona pstryknęła palcami na Goyle’a i Crabbe’a i dwaj giganci stanęli posłusznie między niedoszłych wojowników.
- Nie chcę się spóźnić na ucztę powitalną – powiedziała surowo chłopcom.
Obrażony Draco spiorunował ją wzrokiem, ale Ron, jak zwykle, był szczęśliwie rozproszony perspektywą jedzenia.
- Okej – zgodził się.
- Co robiłeś w Nowy Ron, Draco? – zapytał Harry, gdy weszli do Wielkiej Sali. Większość innych uczniów wciąż witała się z przyjaciółmi i odnosili swoje zwierzaki, więc byli pierwszymi w wielkiej komnacie.
- Malfoyowie mieli wielki bal maskowy – wtrąciła się szybko Pansy. – Wszyscy najważniejsi ludzie tam byli – powiedziała dosadnie, patrząc na Gryfonów.
Draco przewrócił oczami.
- Tak, a ojciec kazał mi tańczyć z nią – powiedział Harry’emu tonem całkowitego niesmaku. Nawet Ron patrzył na niego współczująco. – Będę miał koszmary przez kilka tygodni.
Pansy prychnęła obrażona.
- Powiem twojemu ojcu! Zobaczymy, co myśli o twoich manierach!
- Więc powiedz mu – warknął Draco. – Ale ja powiem profesorowi Snape’owi, że wpędziłaś kolegę z Domu w kłopoty.
Pansy zbladła na myśl o reakcji ich Opiekuna Domu na naruszenie kodu Slytherinu.
- Dobra. Zobaczymy, czy go to obchodzi – zdołała warknąć, po czym odwróciła się ze zdenerwowaniem.
Draco wytknął język w kierunku jej oddalających się pleców, a Ron i reszta chłopców zaśmiała się głośno.
Hermiona, po chwili niezdecydowania, pospieszyła za Pansy. Z pewnością nie lubiła dziewczyny, ale były takie momenty, kiedy potrzebowało się siostrzanego wsparcia, a była pewna, że Pansy słyszała nieuprzejme śmiechy chłopaków i ją to zabolało.
- Pansy, poczekaj! – zawołała. – W porządku? Chłopcy są tacy niedojrzali – stwierdziła pocieszająco, docierając do boku dziewczyny.
- W ogóle mnie nie obchodzą – powiedziała twardo Pansy, choć jej drżąca warga sugerowała coś innego. – Kogo obchodzą jacyś głupi chłopcy?
- Założę się, że miałaś naprawdę ładną sukienkę na balu – szepnęła Hermiona, a twarz Ślizgonki rozświetliła się.
- Oooch, tak! Była zielona i… co to? – powiedziała Pansy, a jej oczy padły na jakiś przedmiot na najbliższym stole.
Hermiona rozejrzała się, kiedy Pansy sięgnęła po książkę.
- To wygląda jak czyjś pamiętnik – odpowiedziała. – Ktoś pewnie położył i zapomniał go, żeby zobaczyć przyjazd przyjaciół. Daj mi go.
Twarz Pansy pociemniał z podejrzliwością i dziewczyna przytuliła książkę do piersi.
- Dlaczego miałabym? – zapytała.
Hermiona cierpliwie wskazała na sztandar nad stołem.
- To stół Gryffindoru. Pewnie to należy do kogoś z mojego Domu. Oddam to profesor McGonagall.
- To już nie jest stół Gryfonów – odparła Pansy. – To, że jest najbliżej sztandaru Gryffindoru, nic nie oznacza. Wszyscy siedzą teraz, gdzie chcą.
- No, niby tak – Hermiona była zmuszona przyznać rację drugiej dziewczynie. – Ale wciąż bardziej prawdopodobne jest, że należy do…
- Nie, nie prawda! Chcesz go, ponieważ jesteś apodyktyczna i chcesz zebrać całą nagrodę! Nie dostaniesz jej. Ja to znalazłam i ja go zatrzymam. Jeśli ktoś z twojego Domu wyzna, że zgubił książkę, to po prostu twoja Opiekunka porozmawia z moim Opiekunem Domu! – warknęła Pansy, odwracając się i wybiegając z Sali.
Hermiona przewróciła oczami. To ją nauczy, by być miłą do Parkinson. Dołączyła do chłopców, którzy teraz głośno przeżywali wizytę na arenie, uzupełniając wywód tym, jak Jones potraktowała bliźniaków.
Tego wieczora Wielka Sala była głośniejsza niż zwykle, bo uczniowie z podekscytowaniem dzielili się swoimi wakacyjnymi przygodami, ale w końcu dyrektor zdołał ich uciszyć.
- Witam w kolejnym semestrze – powiedział ciepło. – Jestem pewny, że będzie on pełny różnych ekscytujących przygód naukowych!
Siedzący dalej przy stole nauczycielskim, Snape przewrócił oczami na niepoprawny optymizm mężczyzny. „Przygód”, a i owszem. „Naukowych”, wątpliwe.
- Jak wszyscy wiecie, w zeszłym semestrze ucierpieliśmy z powodu nieoczekiwanej straty nauczyciela OPCM-u – kontynuował Albus. Snape stłumił szydercze parsknięcie. Tak, to najlepszy sposób, by określić to, co się stało – „nieoczekiwana strata” doprawdy! – Niestety, w połowie roku szkolnego trudno jest znaleźć wykwalifikowanego nauczyciela, więc bądźmy szczęśliwi, że sam Minister Magii nam w tym pomógł.
Snape, tak jak większość uczniów, skupił się gwałtownie. Knot maczał palce w zatrudnieniu nowego nauczyciela OPCM-u? Snape zmarszczył brwi. To z pewnością oznaczało, że w sprawie miał coś do powiedzenia Lucjusz Malfoy – Knot miał tyle rozumu, że szukał porady, gdy musiał zmienić skarpetki. Ale co to mogło oznaczać? Snape nie skupiał wielkiej uwagi na sprawie OPCM-u; wiedział, że Dumbledore mu tego nie zaoferuje – nie, kiedy miał własne zajęcia eliksirów, swój Dom i Harry’ego pod opieką. Jednak myśląc o tym, było nieco dziwne to, że Albus nic o tym wcześniej nie wspomniał.
Severus spojrzał na Minervę, ale wyglądała na tak zdziwioną i ostrożną, jak on się czuł. Oczywistym było, że Minerva nie brała udziału w wyborze nowego członka kadry. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wybory Albusa, nie była to dobra wiadomość.
Snape zmarszczył brwi. Był pewny, że nie byli to Black ani Lupin. Mimo że zaoferowanie Blackowi pozycji w szkole byłoby zgodne z determinacją Albusa, by zatrzymać Harry’ego w Hogwarcie i rozładowałoby jego strach, że Black planuje wyrwać dla siebie opiekę nad chłopcem, ani kundel, ani wilkołak nie byliby tak głupi, by nie informować o tym Severusa. Cóż, przynajmniej wilkołak. Kundel mógł równie dobrze myśleć, że to będzie zabawna niespodzianka, ale brakowało mu samokontroli, by nie podzielić się swoim planem z Harrym, a Snape był pewny, że Harry nie byłby w stanie utrzymać tajemnicy przed nim.
A więc. Jeśli to nie był jeden z żyjących Huncwotów, więc kto? Albus miał całkowitą rację: wszyscy wykwalifikowani nauczyciele OPCM-u mieli już pracę w ciągu roku szkolnego. Nawet idioci i szarlatani, jak Gilderoy Lockhart albo Emmanuelle Throckmorton raczej nie rzuciliby wszystkiego, by zająć stanowisko nauczyciela z małym ostrzeżeniem. Jeśli nie nic innego, to reklamowałoby ich ze złej strony i byliby postrzegani jako dostępni do wszystkich.
Snape zmarszczył brwi. Jeśli był w to zaangażowany Knot, może to sugerować, że do szkoły został oddelegowany jakiś urzędnik na resztę roku? Hymm – może jakiś nowo emerytowany auror albo jakiś przykuty do biurka z powodu kontuzji? Snape zaczął czuć lekki optymizm. Szalonooki Moody byłby wspaniałym wyborem. Zwłaszcza teraz, kiedy wydawał się być mniej przekonany o śmierciożerczej lojalności Snape’a, byłby spokojny, że ma kogoś, kto tak paranoicznie przyczaja się wokół zamku i upewnia się, że Voldemort nie będzie mógł się znowu prześlizgnąć. Członkostwo Moody’ego w Zakonie oznaczało, że Dumbledore nie miałby nic przeciwko zaakceptowaniu go, a po wydarzeniach z poprzedniego semestru, Snape mógł zrozumieć, dlaczego Knot (albo Bones) mogliby chcieć kogoś z Ministerstwa i PPC, kto obserwowałby Hogwart. Tak, to miało sens. A gdyby tak doświadczony auror uczył dzieci, coś by z tego wyniosły. Snape przyznał sobie rację. To mogło być bardzo użyteczne, zwłaszcza, gdyby Moody mógł dać Harry’emu dodatkowe lekcje obrony. To byłoby dobre uzupełnienie jego pojedynków podczas lekcji z Flitwickiem… Ale Albus wciąż mówił.
- Jestem pewny, że razem ze mną powitacie osobisty wybór Ministra Knota w szeregach kadry Hogwartu i waszą nową nauczycielkę OPCM-u, profesor Dolores Umbridge. – Albus skinął głową na dalszy koniec stołu i zaczął klaskać.
Uczniowie i karda dociążyli za wzrokiem dyrektora i zaklaskali, gdy niska, podobna do ropuchy kobieta, ubrana całkowicie na różowo, wstała. Ścisła samokontrola Snape’a pozwoliła mu na stłumienie wściekłych przekleństw, które były jego pierwszą reakcją, choć jedno spojrzenie na Minervę pokazało mu, że ona też nie jest pod zbytnim wrażeniem tego wyboru.
- A teraz – kontynuował dyrektor, – mimo że korytarz na trzecim piętrze nie jest już dłużej zakazany, muszę ostrzec wszystkich uczniów, że…
Przerwała mu niska, przysadzista kobieta.
- Dziękuję, dyrektorze, za te miłe słowa powitania. Każdy nowy dyrektor albo profesor przynosi coś nowego do Hogwartu, ale należy odwodzić od postępu w imię postępu. Proszę pozwolić nam zachować to, co musi być zachowane i uciąć praktyki, które powinny być zakazane! Dzieci, jako wasza nowa nauczycielka OPCM-u obiecuję, że opuścicie Hogwart z dobrze zrozumianą teorią obrony przed czarną magią. Nie będziemy marnować czasu na niedorzeczne kaprysy i sensacyjne pogróżki i nie będzie żadnych niebezpiecznych zajęć praktycznych. Nie, teoretyczna wiedza wystarczy, byście przebrnęli przez swoje egzaminy. Mimo wszystko, jeśli będziecie bardzo dokładnie uczyć się teorii, nie ma powodu, dla którego nie bylibyście w stanie wykonać zaklęcia w bardzo nieprawdopodobnych zdarzeniach, z którymi stykają się praktykujący Czarną Magię.
Snape czuł jednocześnie zadowolenie i odrazę przez sposób w jaki wszyscy – uczniowie i kadra – spojrzeli na niego, kiedy Umbridge wspomniała „praktykujących Czarną Magię”. Groźnie spiorunował wszystkich wzrokiem, a spojrzenia pospiesznie odwróciły się.
- Ach. Tak. Cóż. – Niemal warto było stracić Moody’ego na miejscu profesora OPCM-u, by zobaczyć kompletnie zaskoczonego Albusa. Snape cieszył się chwilą, gdy Dumbledore wyraźnie starał się zdecydować, jak najlepiej odpowiedzieć zarówno na nieoczekiwane wyrwanie się czarownicy i otwarty idiotyzm jej stwierdzeń.
- Nie możesz poważnie sugerować, że w twojej klasie, uczniowie nie będą mogli ćwiczyć zaklęć pod nadzorem – warknęła McGonagall, pochylając się nad swoim talerzem i przyszpilając czarownicę groźnym spojrzeniem.
Zarówno ku przerażeniu i trwodze Snape’a, druga czarownica była niewzruszona.
- Biorąc pod uwagę to, jak niesamowicie nieprawdopodobne jest to, że jakiś czarodziej lub czarownica będą musieli zastosować zaklęcia przeciw Czarnej Magii, uważam za niepotrzebną stratę cennego czasu zajęć na ćwiczenie ich. Nawet większość aurorów w całej ich karierze nie spotkało się z zaklęciami Niewybaczalnymi – dodała beztrosko Umbridge.
Absolutna bezwzględność tego oświadczenia, w połączeniu z pewnym głosem mówiącej, sprawiły, że McGonagall nie potrafiła przez chwilę odpowiedzieć.
Dumbledore, wciąż wyglądając na niesłychanie zdumionego, skorzystał z okazji, by interweniować.
- Jestem pewny, że uznamy twój sposób nauczania za bardzo interesujący, Dolores – powiedział szybko. – A teraz, niech rozpocznie się uczta! – Usiadł pospiesznie, a pojawienie się talerzy z jedzeniem zapobiegło dalszej debacie.
- Albus! Czyś ty oszalał! – zapytała Minerva, łapiąc go za rękaw. – Co to za idiotka? Co, w imię Merlina, ona tu robi?
Albus westchnął.
- No, już, Minervo. Nie byliśmy powiadomieni o pomysłach Dolores – powiedział delikatnie, – ale z łaskawością zgodziła się na prośbę Ministra i przyjęła pozycję nauczyciela na krótki okres czasu. Jestem pewny, że za jakiś czas zmieni zdanie.
Minerva prychnęła głośno, ale powstrzymała się od dalszej kłótni. Z jej drugiej strony, Snape nie był tak bardzo wstrzemięźliwy.
- Dyrektorze, rozumiem, dlaczego pani Umbridge… - odmówił nadania jej takiego tytułu jak „profesor”, – stara się wkraść w łaski Ministerstwa przez podjęcie się tej pracy, ale dlaczego pan się na to zgodził?
Dumbledore westchnął.
- Proszę cię, mój chłopcze, daj jej szansę. Wszędzie szukałem nauczyciela, ale nikogo nie znalazłem. Zgłosiłem się do Ministerstwa, mając dzieję, że będziemy mogli pożyczyć aurora, ale kiedy Minister zapewnił nam pracę pani Umbridge, nie miałem szansy odmówić.
- A jej kwalifikacje? – zapytał posępnie Snape, a jego ton wykazywał jasno, że wątpi, by kobieta jakieś miała.
- Być może nie ma dokładnie istotnych – przyznał Dumbledore, – ale wybitnie radzi sobie w Ministerstwie, a to może być interesujące i użyteczne dla uczniów, którzy są zainteresowani tą samą ścieżką. A program jest ustalony – każdy czarodziej i czarownica mogą zademonstrować większość zaklęć.
- Natychmiastowo nakażę moim prefektom utworzyć grupy naukowe – odpowiedział kwaśno Snape. – Przynajmniej moje młodsze węże będą mogli czerpać doświadczenie od straszych.
- Mam szczerą nadzieję, że dasz jej szansę, mój chłopcze – powiedział Albus, a jego ton miał w sobie ślad stali. – Jestem pewny, że możesz sobie przypomnieć, jak czułeś się niekomfortowo podczas pierwszego semestru nauczania.
Snape ucichł, mrucząc do siebie.
- Ja nie byłem niekompetentny – burknął zuchwale.
- Przynajmniej to nie jest cały rok – westchnęła mu do ucha McGonagall. – Chciałbyś stworzyć jakieś między-domowe grupy? Moi prefekci mogę skontaktować się z twoimi.
Snape skinął głową.
- Może nieformalny Klub Obrony byłby dobrym pomysłem. Myślę, że uczniowie zdający SUM-y i OWTM-y będą najbardziej zainteresowani czymś takim.
Oboje wrócili posępnie do swoich posiłków, a uczniowskie radosne ćwierkanie wirowało wokół nich.

CDN…



Ale się porobiło... Jak myślicie, co z tego wyniknie? 
Wybaczcie, że cały tydzień nie pojawiały się żadne rozdziały ani miniaturki, ale miałam straszny bałagan w życiu, który musiałam uprzątnąć. W środę pojawi się jedna z dwóch miniaturek, zamówionych przez (chyba) fajtłapcię (wybacz, ale zdążyłam usunąć komentarz z Propozycji, a nie zapisałam sobie, kto mnie o nie prosił). Druga będzie w przyszłym tygodniu, a w weekend może uda mi się siąść do SR. Nie pytajcie mnie nawet o PDP, bo kompletnie nie mam natchnienia i póki co zamierzam skupić się na tłumaczeniu :)

poniedziałek, 17 lipca 2017

Tym razem


Oryginalny tytuł: This Time
Autor: Amanuensis
Zgoda: jest
Rating: +18
Pairing: Harry/Syriusz
Ilość części: miniaturka
Notka: Harry wraca, by naprawić pewne rzeczy i dostrzega, że być może nie będzie chciał odejść.


Hermiono,
Udało się. Jak na razie, wszystko okej.

Nie podpisuje się.
Pomagał Hermionie poszukać czegoś, co było w bibliotece, co najmniej, trzydzieści lat (nie było to łatwe; musieli polegać na szkicach z archiwów Hogwartu), w czym mógłby zostawiać wiadomości.
- Będę je pisać, jak przybędę – powiedział. – I zostawię je dla ciebie w tej urnie. W ten sposób powiadomię cię, co się dzieje. Myślisz, że to zadziała?
- Nie – stwierdziła. – Nie sądzę. Uważam, że to bezużyteczny pomysł. Ponieważ nie będą się pojawiać jedna po drugiej. Jeśli je napiszesz, jeśli to zrobisz, już tu będą, cały czas, będą na nas czekały. Nawet jeśli to zrobisz, Harry, nie dostanę w ten sposób żadnego listu, nie rozumiesz?
Spojrzał na urnę.
- Może to nie zadziała w ten sposób. A może to zadziała, kiedy już odejdę.
Spojrzała na niego z przygryzioną wargą i założonymi ramionami.
- Może.
Nie może zapomnieć wątpliwości w jej „może”, kiedy upuszcza niepodpisaną notkę do urny, słysząc, jak osiada na ceramicznym dnie. Jest dla niego za wysoka, by do niej zerknąć; może mógłby przynieść krzesło, kiedy już wszyscy pójdą i spojrzeć do środka
^^^
Hermiono,
Opowiedziałem Dumbledore’owi historię, którą wymyśliliśmy. Zerknij na rejestry szkoły – czy coś się zmieniło? Może dzięki temu będziesz wiedzieć, jak długo tu jestem, nie wiem.

Dumbledore układa palce w wieżyczkę, a jego łokcie leżą na biurku.
- Tak, rzeczywiście na twojej szyi jest oznaczony przez Ministerstwo Zmieniacz Czasu, młody człowieku. W to, że jesteś z przyszłości, jestem skłonny uwierzyć. Podejrzewam, że spodziewałeś się ode mnie większych wątpliwości, prawda? – Miał na nosie te okulary połówki nawet wtedy – teraz – Harry’emu trudno uporządkować czasy – i patrzy przez nie na Harry’ego. – Ale nie podzielisz sięze mną swoją misją.
Harry nie odwraca wzroku.
- Jeszcze nie.
- I twoją ceną jest, jak mówisz, powiedzenie, że możesz pozostać w szkole. Póki nie dokończysz tego, po co przybyłeś. – Dumbledore wstaje, robi kilka kroków w stronę okna. – Mimo że nie wyczuwam w tobie wrogości, Harry, obawiam się, że nie mogę być tak emocjonalny, by zwyczajnie cię zlekceważyć. Niemniej, jestem skłonny pozwolić na to, o co prosisz. Przyszła do mnie obca propozycja i czuję, że twoją powinienem wziąć na poważnie. Nie próbuję wyjaśnić, dlaczego; wolę polegać na moich uczuciach. – Jego usta zaciskają się. – Niewiele osób próbuje napisać książki o uczuciach, tylko o faktach. Myślę, że przez chwilę zasługują na odrobinę łaski.
- To jest… dziękuję, proszę pana.
Dumbledore przeczesuje swoją brodę.
- Z twojej szaty zakładam, że powinieneś zostać przydzielony do Gryffindoru? I jeśli nie podasz mi swojego prawdziwego nazwiska, musimy wymyślić inne.
I ponieważ Harry nie może nazywać się Potterem, nie może być Jamesem czy Evansem, nie ryzykowałby nawet Dursleya, pozwala Dumbledore’owi wybrać. Dumbledore mówi, że nazwą go Foster, po szczeniaku, którego był właścicielem w dzieciństwie. I, że lubi grę słów.
^^^
Hermiono,
Syriusz.
Ledwo pamiętam rodziców; Remusa właśnie zostawiłem, tam gdzie jesteś ty, całego i zdrowego. Ale Syriusz. Widzę go ponownie.

Nie ma wielkiego ogłoszenia w Wielkiej Sali; zamiast tego, Dumbledore informuje profesor McGonagall, która mówi prefektom Gryffindoru, którzy ogłaszają to reszcie Gryfonów. Podczas pierwszego posiłku, Harry przyciąga zaciekawione spojrzenia swoich kolegów z roku i w jakiś sposób utrzymuje równowagę, co uznaje za niemałe zwycięstwo, bo jest bardzo bliski rzucenia się na nich – na Syriusza w szczególności – jak jakaś dziewczyna na bluzkę.
Remus, będąc prefektem, wita go głośno; Syriusz mówi „Hejka” i uśmiecha się lekko, a James i Peter odwzajemniają jego skinięcie głową – co na siedemnastoletnich chłopców jest całkiem dobrym osiągnięciem.
~~~
Hermiono,
Oni są tacy młodzi. Moi rodzice i Syriusz i Remus, są tacy młodzi, tacy beztroscy, tacy głupio szczęśliwi, że to aż boli.

- Masz pióro? – pyta James Remusa, który przewraca oczami i podaje mu zapasowe. – Dzięks, Lunatyku.
Remus na to porusza się lekko i kaszle, a James przesuwa się wraz z tym ruchem. Remus kopnął go pod stołem.
- Ach, nie martw się o to, Lunatyku. – Spogląda na Harry’ego. – Foster jest w porządku.
Harry nie do końca wie, gdzie patrzeć. Peter zerka na niego, mrugając.
- Tak. Jest w porządku. – Syriusz rzuca w Harry’ego kulkę z pergaminu. Automatycznie ją łapie i odrzuca z powrotem. Syriusz uśmiecha się szeroko. – To Lunatyk, Foster. Ja jestem Łapa. Tylko nie tam, gdzie wszyscy mogą usłyszeć, dobra? Tylko ty.
Harry kiwa głową.
- Dobra.
- Mówiłem, że jest w porządku – mówi James, wracając do swojego zwoju.
^^^
Hermiono,
Nie powiedziałem im jeszcze. Lubią mnie. To początek. Obawiam się, czy nie powiem im zbyt wcześnie.

- Zrozumiałem to – mówi Syriusz, rzucając się na krzesło po boku Harry’ego. – Dlaczego tak bardzo jesteś podobny do Rogacza. Nie musisz się martwić, kumplu. – Szczerzy się jak szaleniec. – Jestem asem w utrzymywaniu sekretów.
Usta Harry’ego są suche.
- Co?
Syriusz pochyla się.
- Tata James – szepcze, cichnąc konspiracyjnie. – Miał strasznie burzliwą młodość, ech? A Rogacz nie wie. Nie mógł wiedzieć. Co jest głupie. Pokochałby brata. Takiego jak ty, oczywiście. Gdyby wiedział. Ponieważ zna jedynie takiego brata jak mój, a nikt nie chciałby Rega. Powinieneś mu powiedzieć. Nie ma znaczenia jeśli…
- Przestań – mówi Harry, niemal unosząc dłonie, by powstrzymać tą powódź. – Już, przestań. Nie. To nie… to w ogóle nie tak.
- Musi tak być. – Syriusz naprawdę wydyma wargi. Jednak nie wygląda głupio, gdy to robi. Dolną wargę wydyma, a brwi ściąga jak o wiele młodszy chłopiec, a przez to Syriusz wygląda słodko, a nie kretyńsko. A przynajmniej wszystkie dziewczyny wydają się tak myśleć. – Moja wersja jest zbyt dobra. No dalej, przyznaj to.
- Słuchaj. – Harry wzdycha. – Moja mama nie mówiła nic o tacie Jamesa, nie mnie. My… nie mieszkaliśmy w pobliżu rodziny Jamesa. – To pewnie lepsze, zdaje sobie sprawę, jeśli zostawi to otwarte, zamiast kontynuować spór. – Jeśli to prawda, nic o tym nie wiem. Mogę ją zapytać, kiedy wrócę do domu na koniec semestru, dlaczego jestem tak podobny do Jamesa.
- Och, dobre. – Syriusz uśmiecha się radośnie. – W ten sposób brzmi to tak niewinnie. I możesz zobaczyć jej minę, by wiedzieć, czy mam rację. A oczywiście, mam rację, bo zawsze ją mam. – Rzuca się w jego stronę, owija ramię wokół szyi Harry’ego i trze kłykciami skórę głowy Harry’ego, aż chłopak krzyczy.
Drzwi do pokoju wspólnego otwierają się i wchodzi Peter.
- Puść go, Łapo. Wyglądasz jak pedał. – Harry ma nadzieję, że Syriusz nie zauważy, jak obecność Petera zawsze sprawia, że Harry staje się zimny. Może przypisze to obserwacją Petera.
- Chciałbyś. Nie sądzisz, że się nim stajesz!? – mówi radośnie Syriusz.
^^^
Hermiono,
Peter jest taki normalny. Nie sądzę, że jest zły, by to zacząć. Po prostu nie był tak silny, jak pozostała trójka. Skończył na boku i zrobił to, bo był tchórzem, to wszystko.
Chciałbym, żeby to było takie proste, by powiedzieć J, S i R, że nie można mu ufać, ale sądzę, że potrzebuję czasu. Mogę mi nie uwierzyć, jeszcze nie.

Słyszy, jak notka opada na dno urny, słyszy, jak szeleści z innymi notkami.
^^^
Spodziewał się, że będzie miał najwięcej szczęścia, mówiąc Syriuszowi, Remusowi i Jamesowi ostrzeżenie. I Dumbledore’owi, oczywiście – powie mu na końcu, ale jeszcze nie. To nie tak, że mu nie ufa, ale jest winny reszcie bezpośrednie ostrzeżenie. Ponieważ tego chciałby on, gdyby był nimi.
W ogóle nie spodziewał się, że zbliży się do własnej matki. Ale jest z nim, współpracuje z nim na eliksirach, a Snape piorunuje ich obu wzrokiem (Snape i jego matka? Snape? Nie może być. Nazwał ją szlamą. To niemożliwe). Lily Evans jest poważną uczennicą, ale ma złośliwą żyłkę, która rywalizuje nawet z jamesową. Mimo wszystko, jest jej to tak samo winny. Nie powinien był myśleć, że może ją pominąć, bo to zwyczajnie trudniejsze.
- Foster. Chcesz się później ze mną spotkać i przeczytać jeszcze raz notatki na egzamin?
- Ja… - Tuzin oczy stanęło na nim, a gwizdy zabrzmiały na końcu jej wypowiedzi. James wygląda jak kuguchar, zaciskając palce pod stołem.
Musi spróbować. Może wyjaśnić to Jamesowi później.
- Tak, pewnie.
^^^
Hermiono,
Wciąż nad tym pracuję.

- Szukają zmienników do Quidditcha, po kontuzji Thorne’a i Choudhury’ego. Spróbujesz?
Co? Nie widziała go na miotle.
- Lubisz Quidditch?
- Trochę. Ale wiem, że ty lubisz, sam tak powiedziałeś. – Lily sięga po książkę przy jej łokciu. – Powinieneś iść. Przyszłabym popatrzyć jak grasz.
Coś panicznego pojawiło się w jego piersi.
- Oglądałaś, jak gra James? Spodobałoby mu się to.
Zaciska usta.
- Nie dałabym mu tej satysfakcji. Nie znoszę tych, którzy pysznią się, jak on, jakby oczekiwał, że wszyscy padną przed nim, ponieważ dobrze wygląda. – Odkłada książki i Harry zdaje sobie sprawę, jak bardzo się przybliżyła, by ich sięgnąć. – Jesteś taki, jaki mógłby być James, gdyby nie był takim durniem.
Zamierza mnie pocałować, zdaje sobie sprawę Harry.
- Evans… - Wyskakuje do góry. – Muszę iść. O-oddam ci moje notatki później. Przepraszam. Naprawdę przepraszam.
^^^
Hermiono,
Co zrobię, jeśli mi nie uwierzą? Co zrobię, jeśli mnie znienawidzą za to, że nie powiedziałem im od razu?

- Foster! Psie ty. Opowiedz mi wszystko.
- Nie, ja… - Nie chce mówić o tym na korytarzu. W ogóle nie chce o tym mówić.
- Dajesz – mówi Syriusz. – Gdzie cię dorwała? Za posągiem czarownicy z garbem? To klasyka. Kto pierwszy zaczął migdalenie?
- Syriusz, przestań.
- Och, nie wciskaj mi kitu że się nie całowaliście, Foster. Gdzie dotarłeś? Dotknąłeś jej cycków? James jest gotowy coś odgryźć, jest taki zazdrosny. Nie martw się, przeżyje to. Nigdy nie była…
- Syriusz, do cholery, przestań!
Drży. Syriusz w końcu się zamyka.
- Co? Co się stało? – Podchodzi bliżej. – Merlinie, wyglądasz, jakbyś miał się porzygać. Ktoś was widział?
Harry ociera usta wierzchem dłoni, zbyt późno zdając sobie sprawę, że wygląda to tak, jakby ocierał pocałunek, ale nic nie mógł teraz na to pomóc.
- Słucha. Ja nie… interesuję się Evans. Powiedz to Jamesowi, dobrze? Sam mu powiem, ale chcę, żeby o tym wiedział.
Usta Syriusza układają się w okrągłe O.
- Nie… nie lubisz Evans?
- Nie interesuję się nią – powtarza.
Syriusz wpycha dłonie głęboko w kieszenie. Jest coś dziwnego w jego postawie.
- Och. No cóż. – Strząsa włosy z oczu, a to spojrzenie też wygląda dziwnie, nie było w nim zwykłego wdzięku. – Więc… to dlatego, że jest ktoś inny?
Harry zdaje sobie sprawę, że na tą chwilę to łatwiejsze wyjaśnienie.
- Tak. Ktoś inny.
- Och. No, a więc, to. Kto to?
Cholera. Oczywiście, że to musiało być kolejne pytanie.
- Naprawdę nie chcę teraz o tym rozmawiać.
- Możesz o tym porozmawiać ze mną, prawda? Harry… - Syriusz ponownie strząsa włosy z oczu w swój własny sposób. - … to my. Znaczy, ja. Trzymamy się razem, prawda? Znaczy, jeśli chodzi o pseudonimy – dlaczego my je mamy, a ty nie, mogę to wyjaśnić – naprawdę mogę. Lunatyk nie będzie miał nic przeciwko. Ponieważ to ty…
Syriusz zamierzał mu powiedzieć o tym. Jeśli Harry potrzebował jakiegoś innego sygnału, że są gotowi mu uwierzyć – przynajmniej Syriusz – powinien rozpoznać ten. Ufali mu. Naprawdę mu ufali.
Syriusz mówi w pośpiechu:
- Czy to dlatego nie interesujesz się laskami?
Nie, ponieważ ona jest moją ma… co? Jego mózg drga.
- Co? – pyta głupio.
- Znaczy, możesz mi powiedzieć. Jeśli o to chodzi. Albo jeśli nie jesteś. Nie sądzę, że to coś złego. – Syriusz wciąż ma tą dziwną postawę, a słowa wylewają się z niego, podczas gdy głos łamie się przy każdej sylabie. – Naprawdę. Wiele facetów jest takich. Znaczy, to jest cholerna szkoła z internatem. Praktycznie wszyscy choć raz tego próbowali. Wiesz. Niektórzy lubią obu. To też okej. A ty? Znaczy. Możesz mi powiedzieć. Nie wygadam. Naprawdę. Dotrzymuję tajemnic. Mówiłem ci. – Syriusz zbliża się do niego, a Harry nie jest w stanie wymyślić nic, co mógłby powiedzieć. Ani jednej rzeczy. – Ponieważ nikomu bym nie powiedział. Naprawdę cię lubię, Harry…
I Syriusz – zarozumiały, bystry młody Syriusz Black – jąka się jak pierwszak, który właśnie przekracza jezioro. Wyciąga dłoń, by dotknąć ramienia Harry’ego i to jeden z najbardziej niezręcznych dotyków; Harry nie jest w stanie powiedzieć, który z nich jest w tym momencie bardziej zaskoczony. Syriusz pochyla się i przesuwa swoje usta na wargi Harry’ego, naciska go nimi i językiem w czymś, co musi być najgorszą techniką całowania się w historii, a Harry otwiera usta i zdaje sobie sprawę, że ocenia pocałunek tak, jak zrobiłaby to dziewczyna, ponieważ ten całus jest twardy, kąśliwy i go ogarnia, nie ma w nim ani odrobinę słodyczy, a Syriusz smakuje kawą i tym, co zjadł na deser i Harry myśli Och, Kuźwa i naciska własnymi ustami, sięgając po Syriusza i ponownie myśląc Och, kurwa, tak.
I Syriusz śmieje się w jego usta, odrywa się od niego i śmieje tak, jak stary Syriusz, a w jego głosie jest wielka ulga, gdy mówi:
- Wiedziałem, że tak jest. Miałem nadzieję. Merlinie… - Liże Harry’ego po boku twarzy. – Chciałem, żebym to był ja. Że ci się spodoba. Chodź… - Szarpie Harry’ego za rękę, pociągając go głębiej w cień korytarza. – Mówiłem Rogaczowi – mówi Syriusz, wciąż się śmiejąc, wciąż będąc bez tchu. – Mówiłem mu, że mam cholerną ochotę na ciebie, jak na kogokolwiek innego. Powiedział, że to dobrze, że może go teraz zostawię. Jakbym… Jakbym kiedykolwiek zagrażał jego tyłkowi. Jedynie…
Syriusz opada na kolana przed Harrym.
- Mogę, prawda? – pyta, zerkając na twarz Harry’ego. Wygląda na tak pełnego nadziei, że Harry zastanawia się, czy zatrzymałby go, nawet gdyby, jak się okazało, nie miał na niego ochoty. Syriusz bierze ciszę za zgodę i sięga do guzików spodni Harry’ego. – Oprzyj się o ścianę – mruczy, kierując Harrym, żeby stanął plecami przy niej, naciskając lekko kostki Harry’ego, by je rozdzielić i klęknąć między nimi.
I przez pewien czas, jest to ostatnią rzeczą, jaką mówi Syriusz. Harry opiera się o ścianę, a Syriusz unosi w górę jego koszulkę, nurkując pod nią, by wsunąć odsłoniętą erekcję Harry’ego w swoje usta. Boże. Usta Syriusza są wilgotne i gorące, niezbyt łagodne. Harry bierze gwałtowny oddech i kładzie ręce na czubku głowy Syriusza, biorąc w garść jego włosy. Słyszy, jak Syriusz chichocze wokół tego członka. Opiera głowę o ścianę, sapiąc, a kiedy Syriusz sięga dłonią, by złapać jego jądra, Harry musi położyć własną dłoń na ustach, gryząc ją, by nie krzyczeć w miejscu, w którym stał.
Nie zostaje tak długo, bo wyraźnie wie, że najlepsza część tego wszystkiego – część, która przyciąga go do krawędzi – jest tam, w dole, kiedy patrzy w ponownie w dół i widzi, jak Syriusz patrzy na niego spod rzęs. Jego oczy skupiają się na Łapie, rozszerzonych źrenicach, przysłaniających niemal wszystko, oprócz niewielkiego skrawka błękitu. Harry mocniej przygryza dłoń, tłumiąc jęk, kiedy dochodzi w usta Syriusza. Jego uda i brzuch drżą pod płaszczyzną dłoni Syriusza, a gardło Blacka kurczy się wokół niego, gdy przełyka.
W końcu Syriusz odchyla się, ocierając usta wierzchem dłoni, powtarzając wcześniejszy gest Harry’ego. Wsuwa wiotczejącego członka Harry’ego z powrotem w jego spodnie i podciąga je  niewątpliwie łagodnym ruchu, po czym wstaje.
- Mogę ci coś pokazać? – pyta, pochylając się ku niemu.
Harry kiwa głową, a mówienie jest poza jego zasięgiem.
- Tak. Pewnie.
Syriusz bierze prawą dłoń Harry’ego w swoją lewą, odpina guziki swoich spodni i przesuwa dłoń Harry’ego do swojego krocza.
- Tylko… tak, jak ty lubisz. Proszę, pozwól… - Unosi nagle dłoń Harry’ego i liże ją od podstawy do opuszków palców. – Teraz. – Nakierowuje z powrotem rękę Harry’ego. Palce Harry’ego gładzą włoski na brzuchu Syriusza, a potem dotyka jego penisa, twardego i drgającego w jego uścisku. Zgodnie z instrukcją, naciska na niego z taką samą siłą, jak sam uwielbia.
- Dobrze?
Oczy Syriusza są zamknięte.
- Tak. Kurwa, Harry…
Trwa to trochę dłużej, ale wkrótce Syriusz oddycha ciężko, drga biodrami w pięść Harry’ego i chwyta go za ramiona, naciskając na niego i nie zauważa, jak krople nasienia plamią ubranie Harry’ego. Syriusz dociska usta do szyi Harry’ego, by stłumić krzyk, gdy dochodzi. Harry czuje jego pomruk w całej piersi i przytrzymuje pulsujące penisa i jądra Syriusza w dwojakim uścisku, szczerząc się absurdalnie do ciemnego otoczenia.
^^^
Hermiono,
To zajmie mi nieco więcej czasu, to wszystko.

Są ostrożni. Nigdy nie zachowują się względem siebie czule, gdy inni patrzą. Nawet przed innymi Huncwotami, ponieważ to tylko prowadzi do tego, że się krztuszą i Lunatyk, Rogacz oraz Glizdogon krzyczą: „Znajdźcie sobie pokój”, a oni im odpowiadają: „Znaleźliśmy; właśnie ten”. Czasami udają, że nieco ze sobą rywalizują, a Harry raz czy dwa razy proponuje, że zabierze gdzieś Lily, choć zawsze przed dokładnym wyjaśnieniem Jamesowi, co ten musi zrobić, zanim Lily go polubi. Wkrótce Lily to zauważa, więc kiedy odmawia Harry’emu, by zacząć spotykać się z Jamesem, Harry może tylko głośno lamentować, że został porzucony. Wszystko pięknie się układa.
- Harry. Chcemy cię o coś zapytać. Czy… czy wiesz, co to animag?
Pięknie.
Poza jednym…
Poza tym, jak obserwuje go Dumbledore. Poza tym, w jaki sposób Harry go unika, wymawiając się, kiedy nie może uniknąć spotkania. Jeszcze nie, powtarza. Jeszcze nie.
Nie może tego stracić. Jeszcze nie.
- No… Harry, chcemy cię nauczyć, jak się nim stać.
Może nigdy.
Późno w nocy, idzie do biblioteki. Znajduje krzesło, staje przy urnie. Widzi spiętrzony w niej stosik notek.
I stoi tam z ostatnią notką do Hermiony w dłoni. Czekając. Czekając, by zobaczyć, czy zamierza ją upuścić…
Albo zabrać całą resztę.



Rozdział NDH będzie prawdopodobnie dopiero w przyszłym tygodniu ;(

sobota, 15 lipca 2017

SR - Rozdział 9 - Rita Skeeter


- Mam go!
Harry usłyszał, jak ktoś podbiega do jego boku, ale jeszcze nie miał ochoty otwierać oczu. Czuł ciepło i odprężenie; w przeciwieństwie do całej nocy. Zimna dłoń dotknęła jego twarzy, sprawiając, że zadrżał. Harry niechętnie otworzył oczy i zobaczył zaniepokojoną twarz Hermiony, a potem czwórkę rudzielców. Harry nagle poczuł zdezorientowanie. Czemu wszyscy wyglądali, jakby czuli wielką ulgę? Wciąż miał godzinę, zanim zacznie się śniadanie, prawda?
Wszyscy byli ubrani w płaszcze, szaliki i rękawiczki. Zawinięty w płaszcz, na którym wciąż było zaklęcie ogrzewające, Harry czuł tylko chłodny wiaterek na twarzy. Nadal było zimno, ale z pewnością nie aż tak, jak wcześniej, kiedy rozmawiał z ojcem chrzestnym. Jak długo tutaj był? Nie wydawało się, że aż tak długo, by wszystkich tak zmartwić.
- Wszędzie cię szukaliśmy, Harry – powiedziała szybko Hermiona. – Profesor Dumbledore miał zamiar rozpocząć poszukiwania. Co ty tu robisz w tym zimnie? Byłeś tu całą noc?
- Co? – zapytał zdezorientowany Harry. – Dlaczego Dumbledore miałby zacząć poszukiwania? Większość szkoły wciąż śpi.
Czwórka rodzeństwa Weasley spojrzała na siebie nerwowo.
- Eee, Harry, jest niemal pora obiadu – powiedział George. – Musiałeś tutaj zasnąć. „Zaginąłeś” kilka godzin temu.
Harry jęknął i zdjął okulary, by potrzeć oczy. Już mógł poczuć sztywność w karku i wiedział, że pewnie zapłaci za zaśnięcie tutaj przez resztę dnia.
- Przepraszam – powiedział cicho, zakładając okulary z powrotem na nos. – Chyba byłem bardziej zmęczony, niż myślałem. Są już tu Syriusz i Remus?
- Przyjdą? – zapytał Ron.
Harry skinął głową, spoglądając na jezioro. Słońce było niemal dokładnie nad nim. Spał przez kilka godzin.
- Syriusz nie był zadowolony, kiedy się dowiedział, że ktoś wpisał mnie do Turnieju – powiedział Harry tym samym cichym głosem. – To, że nie myślałem jasno, gdy mu o tym mówiłem, nic nie pomogło. Miałem nadzieję, że jest jakiś sposób, by się z tego wyplątać.
- W jaki sposób mogłeś rozmawiać z Syriuszem? – zapytała zdumiona Hermiona. – Nie ma tutaj żadnego kominka.
Harry wyciągnął lusterko i podał je Hermionie.
- Syriusz ma drugie – powiedział. – Muszę tylko wypowiedzieć jego imię i możemy rozmawiać. Najwyraźniej Syriusz i mój tata używali ich nieco, kiedy mieli oddzielne szlabany.
Fred i George popatrzyli na lusterko z przejęciem.
- Genialne – powiedział ze zdziwieniem Fred. Potem spojrzał na Harry’ego ze skonsternowanym wyrazem twarzy. – Eee, nie obraź się, Harry, ale dlaczego miałbyś chcieć znaleźć sposób na wydostanie się z Turnieju? – zapytał.
Harry spojrzał na Freda z niedowierzaniem.
- Żartujesz sobie? – zapytał. – Turniej został stworzony dla uczniów z siódmego roku, nie czwartego. Nie jestem gotowy na coś takiego, a gdybym nawet był, nie zrobiłbym tego. Nie potrzebuję takiej uwagi. Nie chcę takiej uwagi. – Odwrócił spojrzenie w stronę jeziora. – Myślę, że tutaj zostanę.
- Musisz zmierzyć się z innymi wcześniej czy później, Harry – powiedziała łagodnie Hermiona, podając lusterko Harry’emu. – Wiemy, że nie włożyłeś swojego nazwiska do Czary. Nie miałeś na to czasu. Byliśmy w skrzydle szpitalnym. Wierzymy ci. Tylko to ma znaczenie.
Fred i George podeszli do Harry’ego i pomogli mu podnieść się na nogi.
- No już, drogi bracie – powiedział George z uśmiechem i mrugnął. – To nasz przywilej i obowiązek zrobić żart każdemu, kto przysporzy ci kłopotów.
- Pomyśl o tym jako o próbie dla naszego sklepu z żartami – dodał Fred. – Dostarczysz nam osoby do testów…
- …którzy potrzebują lekcji – zakończył za brata George.
- Tak długo jak nie będziecie testować swoich eksperymentów na mnie, wchodzę w to – powiedział Ron z szerokim uśmiechem. – Chodźmy na obiad. Umieram z głodu.
- Ron! – zbeształa go Hermiona. – Nie mogę uwierzyć, że w takim momencie myślisz o jedzeniu. – Otrzymując tylko bezsilne wzruszenie ramionami, Hermiona przewróciła oczami i odwróciła się do Harry’ego. – Więc co się stało zeszłej nocy? Diggory powiedział, że byłeś dość roztrzęsiony, kiedy rozmawialiśmy z nim rano. Czy Dumbledore wie, kto włożył twoje nazwisko do Czary?
Harry potrząsnął głową, a grupa zaczęła iść w stronę zamku. Zdjął zaklęcie ogrzewające z płaszcza i zadrżał, kiedy w końcu dopadł go chłód. Harry nie potrafił powstrzymać ulgi. Hermiona i Ron wierzyli mu razem z Fredem, Georgem i Ginny. Może nie będzie tak źle.
Weszli do Wielkiej Sali i usiedli na końcu stołu Gryfonów. Ron i Hermiona starali się zacząć rozmowy, ale jasne było, że wszyscy myśleli tylko o Turnieju. Przy stole Puchonów był wielki tłum wokół Cedrica Diggory’ego, w którym stali głównie Puchoni i Krukoni. Wszyscy wydawali się czekać na każde słowo Cedrica. Harry musiał się uśmiechnąć, kiedy Hermiona prychnęła z irytacją. Przynajmniej skupili się na Cedricu, nie na nim.
- Doprawdy, nie wierzę, że niektórzy tak robią – powiedziała Hermiona. – Jak mogą się tak przed nim płaszczyć?
- Sława to rzecz kapryśna, panno Granger – powiedział poważnie Fred, czym zyskał chichoty George’a, Ginny i Rona. Nawet Hermiona uśmiechnęła się lekko na ten komentarz. Mimo wszystko kto wiedział lepiej, jak kapryśna jest sława, niż przyjaciele chłopca, który przeżył?
Po obiedzie, Harry, Hermiona i rodzeństwo Weasley wycofali się do wieży Gryffindoru. Wiedząc, że Harry chce ciszy i spokoju bardziej, niż czegokolwiek innego, Hermiona i Weasleyowie otoczyli Harry’ego przy stoliku w pokoju wspólnym, pracując nad zadaniami. Kilka osób próbowało podejść do Harry’ego i zapytać o Turniej, ale czwórka Weasleyów odsyłała wszystkich samym spojrzeniem, podczas gdy Hermiona starała się robić cokolwiek, by Harry skupił się na czymś innym, a nie na tych, którzy próbowali z nim pomówić o byciu czwartym reprezentantem.
Późnym popołudniem wszyscy już wiedzieli, że powinni trzymać się z daleka od stołu w najdalszym kącie pokoju wspólnego. Kiedy Gryfoni nie dostali szansy na przepytanie Harry’ego, zwyczajnie znaleźli sobie miejsca w pokoju wspólnym i pracowali nad zadaniami, wciąż zerkali na Harry’ego, mimo wszystko mając nadzieję, że będą mieli szansę z nim pomówić. Rozmowy były toczone szeptem, poza okazjonalnymi krzykami irytacji.
Było to całkowicie drażniące, ale Harry ugryzł się w język i starał się to zignorować. Nie znosił, kiedy ludzie traktowali go tak, jak na pierwszym roku. Myślał, że jego własny dom zna go lepiej, żeby wiedzieć, że nienawidzi uwagi. Nie sądził, że musi uciekać się do tego, by rodzina Weasleyów służyła mu jak jego własna ochrona, choć wydawało się, że nieskończenie bawi Freda i George’a.
Wszyscy za mocno skupiali uwagę na Harrym albo na swojej pracy domowej, by zauważyć, że wejście w portrecie otwiera się i do pokoju wspólnego wchodzą dwie osoby. Nikt nie zauważył, jak rozglądają się po pomieszczeniu, by znaleźć jedną osóbkę w całym tym bałaganie. Zauważyli skupisko rudych głów w najdalszym kącie i zrozumieli, że tam najlepiej zacząć.
- To zwyczajnie smutne – ogłosił głośno Syriusz Black, sprowadzając na siebie uwagę wszystkich. – Jest sobotnie popołudnie, a wszyscy są w środku… tutaj, ucząc się. Życie w Hogwarcie z pewnością zmieniło się.
Wszyscy gapili się na niego w szoku. Syriusz Black, jedyny człowiek, który uciekł z Azkabanu, ojciec chrzestny i opiekun Harry’ego Pottera był w ich pokoju wspólnym razem z ich dawnym nauczycielem obrony przed czarną magią, Remusem Lupinem.
- Tak, to niezwykłe, jak wiele może zmienić się w ciągu roku – stwierdził Remus. – Raczej nie pamiętam, bym kiedykolwiek widział coś takiego.
- Myślę, że gdzieś tutaj może być jakiś dementor – powiedział Syriusz z namysłem, – bo to musi być mój najgorszy strach: dzieci chętnie uczące się w weekendy. Zaraz się dowiemy, że Snape będzie biegał po korytarzach z uśmiechem na twarzy… śmiejąc się… śpiewając… tańcząc…
- Augh! – krzyknął Remus z niesmakiem. – Syriusz, przestań! Przez ciebie wszyscy będą mieć koszmary. – Zadrżał widocznie. – Włącznie ze mną.
Syriusz wyszczerzył się i złączył palce, po czym wyprostował przed siebie ramiona.
- Więc wykonałem swoją robotę – powiedział z dumą, po czym rozejrzał się po uczniach, którzy obserwowali ich z osłupieniem. – Czy ktoś z was wie, gdzie może ukrywać się mój chrześniak?
Harry zamknął książkę i wstał.
- Tutaj jestem, Syriuszu – powiedział, po czym ostrożnie manewrując między innymi, by dotrzeć do opiekunów, desperacko starając się powstrzymać uśmiech. – Naprawdę wiecie, jak zrobić wielkie wejście. – Harry spojrzał na Syriusza z uniesioną brwią. – Śpiewający i tańczący Snape? Nie mogłeś wymyślić czegoś mniej prawdopodobnego albo bardziej szokującego?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Nie wiem, jakie dziwne rzeczy mogą się wydarzyć – powiedział, po czym pomyślał przez moment. – Nie mogę teraz niczego wymyślić, ale daj mi trochę czasu. – Syriusz spojrzał uważnie na Harry’ego, a jego przed chwilą świetny humor zniknął z jego twarzy. – Masz czas na spacer po błoniach?
Harry skinął głową, po czym wyszedł z opiekunami, kompletnie zapominając o pokoju wspólnym pełnym patrzących na niego osób. W momencie, gdy stanął poza wieżą Gryfonów, Harry dostrzegł, że został pociągnięty do gwałtownego uścisku przez Syriusza, a potem przez Remusa. Spoglądając na opiekunów, Harry mógł zobaczyć to na ich twarzach. Wciąż musi wziąć udział w Turnieju.
- Co powiedział profesor Dumbledore? – zapytał cicho Harry.
Remus westchnął, kładąc ramię na barkach Harry’ego i zaczął iść korytarzem, milcząco sugerując Harry’emu i Syriuszowi, by szli razem z nim.
- Przeprosił, że nie poinformował nas o twoim wybuchu w piątek – powiedział miękko. – Mimo że oboje nie zgadzamy się z tym, w jaki sposób było to załatwione, zarówno Syriusz i ja zgadzamy się, że to najlepsze rozwiązanie, zwłaszcza, że nadchodzi Turniej. Będziesz musiał skupić się na zadaniach, a takie zachowanie twojej magii może być katastroficzne.
- Próbowaliśmy wydostać cię z tego Turnieju, Harry – dodał Syriusz. – Naprawdę się staraliśmy, ale wiążąca magiczna umowa jest nieodwracalna. Uwierz mi, że Dumbledore wie, że spaprał sprawę. Wie, że jest tutaj ktoś, kto próbuje cię zranić. Sprawdza wszystkich, którzy przybyli, żeby się dowiedzieć, kto jest zagrożeniem.
- A co wy o tym wszystkim myślicie? – zapytał cicho Harry. Nie potrafił powstrzymać się przed zastanawianiem, czy coś jeszcze stało się w gabinecie profesora Dumbledore’a. Syriusz był trochę zbyt dyplomatyczny. Syriusz nigdy nie jest dyplomatyczny. Remus tak. To on jest tym spokojnym. Spoglądając to na jednego opiekuna, to na drugiego, Harry zaczął czuć zdenerwowanie. – Co się dzieje?
Syriusz i Remus wymienili szybkie spojrzenia.
- Po prostu tak naprawdę nie widzieliśmy się teraz oko w oko z Dumbledorem – powiedział ostrożnie Remus. – Nie zgodziliśmy się z nim, że zmusza cię do uczestnictwa, ponieważ nie zgłosiłeś się do Czary sam. – Harry chciał zaprotestować w obronie Dumbledore’a, ale Remus go powstrzymał. – Tak, wiemy o kontrakcie, Harry, ale to nie oznacza, że musi się nam to podobać. Dumbledore zapewnił nas, że nikt nie byłby w stanie przejść przez ochronę, którą nałożył na Czarę.
- Z tego, co słyszałem, nikt jej nie zdjął – zapewnił Remusa Harry, kiedy dotarli do poruszających się schodów. – Nikt poniżej siedemnastu lat nie mógł przejść przez barierę. Takie było ograniczenie.
- Oznacza to, że wszyscy powyżej siedemnastki mogli jakoś skonfundować Czarę, żeby zaakceptowała twoje nazwisko – stwierdził Syriusz. – To wydaje się dość skomplikowanym zadaniem dla siedemnastolatka, co oznacza, że zostają dorośli. Moim kluczowym podejrzanym jest Karkaroff.
Harry potrząsnął głową, kiedy schodzili po schodach.
- Ja tak nie sądzę – odparł. – Profesor Karkaroff i madame Maxime nie byli w najmniejszym stopniu zadowoleni z tego, że biorę w tym udział. Karkaroff nawet zagroził, że zabierze Kruma z Turnieju. Inni dorośli, jakich widziałem to Crouch i Bagman, ale dlaczego mieliby mnie zgłosić? To nie ma sensu.
- Masz rację – zgodził się Remus. – Bagman nie ma mózgu, żeby choćby spróbować wywinąć coś takiego, a Crouch nie ośmieliłby się, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się ostatnio. – Harry i Remus spojrzeli na Syriusza, który był teraz dziwnie cichy. Dla Ministerstwa był to wielki cios, kiedy Syriusz został uniewinniony. Ponieważ nie miał procesu, pojawiło się wiele pytań, co do tych, ukaranych za bycie śmierciożercami w poprzednich latach. Pytania, na które Ministerstwo naprawdę nie miało ochoty odpowiadać i dlatego byli tak chętni, by dać Syriuszowi cokolwiek chciał, w tym opiekę nad  Harrym Potterem.
Dotarli do końca schodów i przeszli przez Salę Wejściową. Uczniowie mijali ich z sapnięciami na widok Syriusza Blacka, idącego obok Harry’ego Pottera. Syriusz Black był niemal tak rozpoznawalny jak Harry. Wielu było ciekawych, jak ktoś, kto spędził tyle czasu w Azkabanie mógł być odpowiednim opiekunem dla nastolatka, nie mówiąc o Harrym Potterze.
Szli w ciszy, aż wyszli na błonia. Harry’emu nie podobało się napięcie, które niemal mógł wyczuć u opiekunów. Bolało go to, że on był powodem tego wszystkiego.
- Naprawdę was za to przepraszam – powiedział cicho Harry. – Nie chciałem was zezłościć…
Syriusz nagle zatrzymał się i jednym ramieniem pociągnął Harry’ego do uścisku.
- Nawet nie zaczynaj – ostrzegł. – To nie twoja wina, Harry. Nie jesteśmy na ciebie źli, nawet w najmniejszym stopniu. Oboje wiemy, że to bardzo trudne, zwłaszcza, że jesteś trzy lata młodszy od innych uczestników. Cała ta presja jest ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebujesz.
Spędzili resztę czasu do kolacji zwyczajnie rozmawiając o wszystkim i o niczym. Syriusz i Remus nawet przyznali, że odkażanie Domu Blacków było bardziej wstrętną robotą, niż pierwotnie myśleli. Najwyraźniej Stworek przez ostatnie dwanaście lat robił wszystko oprócz sprzątania. Harry tylko słuchał, z ulgą przyjmując rozproszenie uwagi. Przez krótką chwilę, wszystko było normalne.
Syriusz i Remus pożegnali się tuż przed rozpoczęciem kolacji, ale nie bez zasypania Harry’ego radami. Obiecali, że będą w Hogwarcie podczas pierwszego zadania pod koniec listopada, by go wesprzeć oraz ostrzegli go przed prasą. To, że chłopiec, który przeżył znalazł się w Turnieju było wielką wiadomością, a dwaj Huncwoci zamartwiali się, że Harry może być wykorzystany jako sposób sprzedaży gazet. Harry obiecał, że nie będzie rozmawiał z żadnymi reporterami bez nich, co nieco złagodziło obawy dwójki mężczyzn. Wiedzieli, że Harry nie był gotowy na to, jak okrutna potrafiła być prasa.
^^^
Kilka następnych dni z pewnością było dla Harry’ego przykrych. Rzadko zostawał sam, co uniemożliwiało wielu osobom zbliżenie się, ale nikogo nie powstrzymywało przed patrzeniem. Zdawało się, że Gryfonów nie mogło obchodzić mniej to, czy Harry zgłosił się sam, czy nie. Cieszyli się po prostu, że ktoś z Gryffindoru jest w Turnieju. Hufflepuff był wyraźnie podzielony. Cedric Diggory był Puchonem, który współczuł sytuacji Harry’ego, ciągnąc za sobą większość domu. Jednak byli tacy, którzy myśleli, że Cedric jest zbyt pobłażliwy, ponieważ to była szansa Hufflepuffu, by wygrzewać się w blasku świateł, które zwykle były skierowane na Gryffindor i Slytherin.
Ravenclaw też był podzielony, ale nie tak widocznie. Jedyny dom, który głośno ogłaszał, co myśli o Harrym w Turnieju był Slytherin. Draco Malfoy nie tracił czasu i zaczął drwić z Harry’ego i mówić, jak niebezpieczne mogą być zadania. Harry nic nie powiedział, bo wiedział, że to prawda. W pierwszej kolejności to był cały powód wiekowego ograniczenia.
Nie będąc w stanie znieść więcej spojrzeń i szeptów, Harry większość czasu spędzał w bibliotece. Pracował nad zadaniami, a potem nurkował do innych książek o klątwach, zaklęciach, przekleństwach… czymkolwiek, co mogłoby mu pomóc w Turnieju. Wiedział, że potrzebował każdej pomocy, jaką mógł uzyskać.
Zanim nadeszły podwójne eliksiry w piątek, Harry z desperacją chciał spędzić ten weekend w samotności. Malfoy musiał dodać coś od siebie do jego zdenerwowania, razem z przyjaciółmi pokazując swój najnowszy wynalazek. Wszyscy Ślizgoni nosili na szatach duże odznaki, które rozświetlały się zdaniem: Kibicuj Cedricowi Diggory’emu, PRAWDZIEWEMU reprezentantowi Hogwartu. Harry natychmiast odwrócił się i popatrzył za okno. Potrzebował wakacji.
Następnie Harry widział, jak Ron atakuje Malfoya. Skupiając się na sytuacji, Harry zauważył, że odznaki wszystkich rozświetliły się teraz napisem „Potter Cuchnie” zamiast poprzedniego napisu. Harry szybko pomógł Hermionie odciągnąć Rona od Malfoya i przytrzymał go mocno, czekając, aż Ron się uspokoi. Bez ostrzeżenia grot światła minął Harry’ego i Rona, uderzając w Hermionę.
Harry i Ron szybko odwrócili się do Hermiony, która trzymała się za usta. Bez słowa, Harry wyciągnął swoją różdżkę i szybko zablokował przekleństwo. Odciągając Hermionę od tłumu, Harry powili odsunął dłonie Hermiony od jej  ust i zerknął. Mógł tylko przygryźć wargę, kiedy zobaczył, że przednie zęby Hermiony urosły, wyglądając bardziej jaj bobrowe niż ludzkie. Hermiona wyciągnęła dłoń i dotknęła zębów, a jej oczy wypełniły się łzami.
- Powinniśmy zabrać ją do pani Pomfrey – mruknął Ron zza Harry’ego.
Zerkając za ramię, Harry zobaczył, że Ron czuje się winny tego, że zaczął walkę i wiedział, że częściowo to też jego wina, bo Ron go bronił.
- Masz rację – powiedział Harry, po czym ponownie skupił się na Hermionie. – Chcesz, żebyśmy z tobą poszli, Hermiono? Tylko kiwnij głową, a zostaniemy przy tobie, nie ważne jak długo pani Pomfrey będzie musiała to naprawiać.
Hermiona przestała płakać i spojrzała to na Harry’ego, to na Rona. Nawet z zakrytymi ustami, Harry i Ron mogli zobaczyć, że uśmiecha się na jego słowa. Potrząsnęła głową i zrobiła krok, by odejść, ale zatrzymała się, ponownie spoglądając na przyjaciół.
- Wiemy – powiedział Ron ze zmęczeniem. – Zróbcie notatki i powiedzcie Snape’owi, gdzie poszłam. Zajmiemy się tym, Hermiono.
Hermiona wyszła szybko, po czym przyszedł profesor Snape. Harry stanął z tyłu, kiedy wszyscy wchodzili do klasy, więc był ostatni. W momencie, gdy doszedł do profesora Snape’a, Harry wziął głęboki oddech i stanął przed Mistrzem Eliksirów.
- Profesorze, Hermiona dostała klątwą i musiała iść do skrzydła szpitalnego – powiedział tak odważnym tonem, na jaki było go stać. – Gdyby mogła zrobić pracę…
- Jestem pewny, że mnie odnajdzie – przerwał mu profesor Snape. – A teraz rusz się, Potter.
Wiedząc, że lepiej się nie kłócić, Harry zrobił, co mu kazano i usiadł obok Rona. Zaczęli pracę nad odtrutkami, więc Harry i Ron zrobili dla Hermiony tyle notatek, ile byli w stanie. Oboje wiedzieli, że będzie strasznie niezadowolona, jeśli nie zapiszą wszystkiego, nie ważne, jaki to miałby być szczegół. Wszyscy właśnie zaczęli zbierać swoje zapasy do warzenia, kiedy rozległo się pukanie w drzwi lochów. Harry był zbyt skupiony na zrobieniu dobrze eliksiru, by to zauważyć.
Jednak profesor Snape zauważył i nie był zbyt zadowolony.
- Tak, panie Creevey? – zapytał chłodno.
- Eee… Harry jest potrzebny na górze – powiedział nerwowo Colin. – Pan Bagman chce się zobaczyć z nim i resztą reprezentantów.
Harry stłumił jęk irytacji, słysząc to. Czy nie może się uwolnić od tego przeklętego Turnieju chociaż na godzinę? Czy prosił o zbyt wiele? Chwycił mocno stół, sprawiając, że jego ręce drżały. Wszyscy zrobili krok w tył z przerażenia, kiedy ich kociołki zaczęły się niekontrolowanie trząść. Zamykając oczy, Harry spróbował odepchnąć od siebie złość. Wpadanie we wściekłość nikomu nie pomoże. Zniszczenie odtrutek innych również.
Kociołki przestały się trząść, przez co wszyscy spojrzeli nerwowo na profesora Snape’a. Nikt nie wiedział, co teraz robić… przynajmniej póki Snape nie spiorunował wszystkich wzrokiem, więc natychmiast wrócili do pracy. Przecież Snape i tak nie odpowiadał na żadne pytania, które chcieli zadać.
Powoli otwierając oczy, Harry zauważył, że profesor Snape stoi tuż przed nim i spogląda na niego kątek oka, po czym skupia się na Colinie. Harry westchnął, podświadomie unosząc rękę i dotykając naszyjnika, ukrytego pod kołnierzykiem koszulki. Myślał, że Dumbledore się tym zajął. To dlatego przez cały czas nosił naszyjnik.
- Potter, spakuj swoje rzeczy – powiedział zimno profesor Snape. – Zobaczę się z tobą i panną Granger później, żebyście uzupełnili to, co straciliście.
Harry skinął głową, po czym spakował rzeczy, mrucząc przeprosiny do Rona i wyszedł z lochów. Podążył za Colinem do Sali Wejściowej i korytarzem do małej klasy. Colin parę razy starał się rozpocząć rozmowę, ale Harry był zbyt zamyślony, by odpowiedzieć. Musiał porozmawiać z profesorem Dumbledorem. Musiał się dowiedzieć, co się, do licha, dzieje.
Wzdychając głęboko, Harry zapukał do zamkniętych drzwi, które powoli się otworzyły. Wsunął głowę do środka i zobaczył, że na środku pokoju jest duża, otwarta przestrzeń z pięcioma krzesłami ustawionymi w jednej linii. Ludo Bagman siedział na jednym i rozmawiał z kobietą w głęboko czerwonych szatach, której Harry nie rozpoznawał. Viktor Krum przechylał się przez jedno z biurek, podczas gdy Cedric i Fleur rozmawiali ze sobą cicho.
Bagman pierwszy zobaczył Harry’ego i szybko wstał.
- Wejdź, Harry – powiedział radośnie. – Gdy tylko przybędzie reszta sędziów, odbędzie się ceremonia sprawdzenia różdżek. Twoja różdżka zostanie przetestowana, żeby mieć pewność, że nie będzie żadnych problemów w nadchodzących zadaniach. Dumbledore jest na górze z ekspertem. Potem zrobimy małą sesję zdjęciową. – Bagman spojrzał na czarownicę, z którą wcześniej rozmawiał. – To jest Rita Skeeter, dziennikarka z Proroka Codziennego. Napisze mały kawałeczek o Turnieju.
Rita Skeeter popatrzyła bezpośrednio na Harry’ego. Jej kompletnie kręcone włosy zdawały się nie pasować do jej twarzy i błyszczących okularów.
- Rozmiar nie został jeszcze określony, Ludo – powiedziała Rita. – Może mogłabym przeprowadzić mały wywiad z Harrym.
- Przepraszam panią – powiedział uprzejmie Harry, czując nagłą radość, że Syriusz i Remus ostrzegli go przed reporterami. – Nie mogę mówić z prasą bez obecności moich opiekunów.
Rita Skeeter zmarszczyła na moment brwi, ale szybko wróciła do siebie.
- Nie wspomnimy o tym, jeśli nie chcesz – zaproponowała.
- Panno Skeeter – powiedział Cedric, podchodząc do boku Harry’ego. – Harry się nie zgodził. Jeśli tak bardzo chce pani z nim wywiad, może powinna pani zapytać jego opiekunów o pozwolenie. – Spojrzał na Harry’ego i mrugnął, po czym zwrócił swoje spojrzenie na Ritę Skeeter. – Oczywiście, tylko jeśli nie boi się pani Syriusza Blacka. Nie obawia się go pani, prawda?
Najwyraźniej Rita Skeeter bała się Syriusza, bo natychmiast się wycofała. Cedric pociągnął Harry’ego i oboje stanęli obok Fleur. Nie musieli czekać długo, aż przyjdzie profesor Dumbledore, a za nim profesor Karkaroff, madame Maxime, pan Crouch i pan Ollivander. Harry założył, że to pan Ollivander sprawdza różdżki, ponieważ ponad trzy lata temu kupił u niego różdżkę na ulicy Pokątnej. Rita Skeeter zajęła miejsce, wyjmując rolkę pergaminu i pióro, które natychmiast zaczęło samo pisać.
Profesor Dumbledore poprosił, by reprezentanci usiedli. Kiedy to zrobili, Dumbledore spojrzał przez ramię na pana Ollivandera i skinął głową.
- Panie i panowie, to jest pan Ollivander – powiedział uprzejmie Dumbledore. – To on sprawdzi wasze różdżki. Wyciągnijcie je i możemy zaczynać.
Pierwsza była różdżka Fleur, palisander, dziewięć i pół cala z rdzeniem z włosa Wili. Harry powstrzymał się, by nie otworzyć ust. Więc Fleur była w jakiejś części Wilą. Następny był Cedric, jesion, dwanaście i ćwierć cala z rdzeniem z włosa jednorożca. Kolejny był Viktor. Jego różdżka miała dziesięć i ćwierć cala, był z grabu i miała w rdzeniu włókno ze smoczego serca. To sprawiło, że Harry był ostatni.
Harry machnął prawym nadgarstkiem i chwycił różdżkę w dłoń. Od kiedy Remus da mu na poprzednie Święta kaburę na nadgarstek, Harry nigdy nie trzymał różdżki w innym miejscu. Tego lata Syriusz również nauczył go, jak dobrze pielęgnować różdżkę, co było całkiem przydatne, bo nie wyglądałaby tak reprezentacyjnie. Harry podał swoją różdżkę i odskoczył, kiedy pan Ollivander sapnął w szoku i szybko ją upuścił.
Wszyscy zebrali się wokół, by zobaczyć, co się stało, a pan Ollivander spojrzał na Harry’ego z podziwem na twarzy.
- Zaczyna pan personalizować swoją różdżkę, panie Potter – powiedział wytwórca różdżek. – To nadzwyczajne. Większość ludzi nawet nie zaczyna tego zadania, aż nie wyjdą ze szkoły. Ostatecznie tylko pan będzie mógł dotknąć różdżki bez bólu.
Harry spojrzał nerwowo na profesora Dumbledore’a, prosząc o pomoc. Nie zdawał sobie z tego sprawy. Po prostu używał jej sporo podczas ostatnich dwóch wakacji.
- Przepraszam pana – powiedział Harry do Ollivandera. – Ja, eee… nie wiedziałem.
Profesor Dumbledore ukląkł i z łatwością podniósł różdżkę.
- Nie ma za co przepraszać, Harry – powiedział uprzejmie. Machnął wolną ręką nad różdżką, po czym podał ją panu Ollivanderowi.
Harry przypomniał sobie dzień, kiedy pierwszy raz wszedł do sklepu pana Ollivandera i dostał jedenastocalową różdżkę z ostrokrzewa i rdzeniem z pióra feniksa, tego samego, co w różdżce Lorda Voldemorta. Harry powstrzymał dreszcz na tą myśl. Naprawdę nie chciał mieć czegokolwiek wspólnego z Voldemortem. Mógł sobie tylko wyobrazić, co powiedzieliby ludzie, gdyby Rita Skeeter opublikowała ten mały kawałek informacji.
Kiedy ceremonia sprawdzania różdżek się skończyła, wszyscy ustawili się do kilku zdjęć, po czym pozwolono im odejść. Harry odrzucił propozycję indywidualnych fotografii i wyszedł tak szybko, jak tylko potrafił. W momencie, gdy wyszedł z pomieszczenia, Harry westchnął z ulgą. Przeżył, ale nie znosił każdej minuty tego wszystkiego. Nie znosił Rity Skeeter, która próbowała sprawić, by był zauważalny i w jakiś sposób Harry wiedział, że to był dopiero początek.


czwartek, 13 lipca 2017

Nikt nie lubi ponurego Łapy

Autor: articcat621
Zgoda: czekam
Rating: K+ (wg ff.net)
Pairing: Wolfstar
Ilość części: miniaturka
Notka: Syriusz jest nieco zdenerwowany, a Remus stara się zrobić wszystko, żeby przy nim być, pomimo swoich sprzecznych uczuć.


Remus skierował się do stołu Gryfonów, opadając na ławkę. Położył na niej plecak, a książki wylądowały z głuchym łomotem. SUM-y były już za tydzień i Remus nie potrafił przestać się uczyć. Wiedział, że zda śpiewająco, ale nie mógł odepchnąć od siebie wątpliwości.
Syriusz pojawił się kilka chwil później, wyglądają szczególnie ponuro. Ale nawet z takimi dąsami na twarzy, Remus nie potrafił się powstrzymać, by nie pomyśleć, że Syriusz wciąż jest poruszająco przystojny.
Byli najlepszymi przyjaciółmi, ale Remus chciałby, żeby byli czymś więcej.
- Hej, Syriuszu, skąd ta smutna mina? – zapytał Remus, trącając przyjaciela łokciem.
Syriusz zignorował go, nakładając jedzenie na talerz.
- Łapo, poważenie, co jest?
Cisza.
Remus przewrócił oczami.
- Przestań być takim sztywniakiem, Syriuszu. Powinniśmy być dzisiaj dla siebie mili. Może pójdziemy nad jezioro?
- Taka wesołość wcześnie rano może być niezwykle nieznośna, zwłaszcza, kiedy jestem wkurzony – burknął Syriusz.
- Ach, mówi! – powiedział Remus, klepiąc Syriusza w plecy. – Co się dzieje?
- Powiem ci później – mruknął, a jego spojrzenie popłynęło na lewo.
Remus podążył za jego wzrokiem i dostrzegł, że patrzy na Marlenę. Typowe, pomyślał, przewracając oczami.
- Możemy iść nad jezioro, żeby się pouczyć, jak tylko skończę jeść – powiedział Syriusz, biorąc gryz tosta.
Remus skinął głową, uśmiechając się szeroko.
- Brzmi nieźle.
W ciszy skończyli śniadanie, po czym skierowali się w stronę Czarnego Jeziora.
Remus robił wszystko, by ignorować Syriusza; wydymał wargi, kiedy schodzili w dół zbocza. Czarne włosy Huncwota muskały wysoką trawę, sprawiając, że wznosiła się w małych pęczkach. Wymamrotał coś nieskładnie do siebie.
Remus zawsze lubił chodzić nad jezioro. Była tam cisza i spokój, nawet z tą całą wrzawą wokół niego. To było jego serdeczne miejsce i zawsze mógł przyjść tam z Syriuszem i Jamesem.
W dwójkę usiedli na trawie pod wielkim dębem. Rozejrzeli się po Czarnym Jeziorze, obserwując, jak co kilka minut kałamarnica wypływa na powierzchnię.
- Więc chcesz pomówić o tym, co cię gnębi? – zapytał Remus, zerkając na Syriusza.
Syriusz prychnął.
- Marlena już nie chce spędzać ze mną dużo czasu.
- Dlaczego?
- Ponieważ już nie bierze mnie na serio. Jestem zbyt wielkim podrywaczem i po prostu nie może mi ufać.
Remus zmarszczył brwi, słuchając słów Syriusza. Uznał za dziwne to, że Marlena mówi takie rzeczy, zwłaszcza, że widywali się ze sobą przez ostatnie trzy lata.
- Najwyraźniej jestem dla niej zbyt zarozumiały? Nie jestem materiałem na męża, więc lepiej zakończyć to teraz…
Wilkołak wyczuł, co jest nie tak.
- Ach – powiedział.
- Co? – spytał Syriusz, przekrzywiając głowę w stronę Remusa.
- Jesteś zdenerwowany, bo przypalono ci ego.
Oczy Syriusza rozszerzyły się.
- Bzdura.
- A właśnie tak – powiedział Remus, przebiegając palcami przez ostrą trawę. – Zawsze myślałeś, że jesteś lepszy od innych. Myślisz, że możesz mieć wszystko, co chcesz, Syriuszu. Ale teraz widzisz, e to tak nie jest.
Syriusz westchnął drżąco.
- Chyba masz rację.
- Smutek przejdzie – powiedział z przekonaniem Remus, uśmiechając się do przyjaciela. – Wkrótce wrócisz do swojego egoistycznego ja.
Syriusz uśmiechnął się ironicznie.
- Tak, myślę, że masz rację. Dzięki, Remus. – Poklepał przyjaciela po plecach, po czym wstał. – Zobaczymy się później.
Remus patrzył, jak Syriusz odchodzi. Bez wątpienia skieruje swój urok na jakąś inną kobietę. Syriusz nie był jednym z tych, których trzeba było długo pocieszać, kiedy ich uczucia zostały zranione. Podnosił się, otrzepywał z kurzu i szedł dalej. Tak właśnie załatwiał rzeczy.
Bolała Remusa świadomość, że Syriusz nigdy nie odda jego miłości, ale trzymał to wszystko wewnątrz siebie. Byli najlepszymi przyjaciółmi i nigdy by nie mógł tego zniszczyć.
Pewne rzeczy lepiej trzymać w tajemnicy.
Spoglądając w górę, obserwował, jak wiatr sprawia, że jezioro się marszczy. To było jego miejsce… tutaj mógł powoli uczyć się, jak sklejać kawałki złamanego serca.
Wzdychając, wyjął podręcznik do eliksirów, by trochę poczytać. Siedząc na ziemi, spędził resztę dnia ucząc się do egzaminów.



W niedzielę dodam rozdział SR ;)