czwartek, 28 lipca 2016

NS - Rozdział 13 - Stare rany i nowe zmartwienia



Dźwięk zatrzaskiwanych kufrów przestraszył Harry’ego, wyrywając go ze snu. Szepczące, stłumione głosy, powstrzymywały Harry’ego przed ponownym zaśnięciem. W każdym razie, dlaczego wszyscy wstali tak wcześnie? Będąc zbyt zmęczonym, by zapytać, Harry po prostu nałożył poduszkę na głowę, by odciąć się od hałasu. Osiągnął cel, kiedy ktoś uchylił zasłony, pozwalając światłu słonecznemu ogrzać plecy Harry’ego. Harry natychmiast miał ochotę przekląć osobę niepokojącą go. Chciał tylko spać. Czy to zbyt wiele?
- Harry? – zapytał niepewnie Ron. – Eee… wszyscy idą na pociąg. – Nie było odpowiedzi. – Um… możesz po prostu przyjść, gdy będziesz gotowy. Hermiona i ja będziemy w Pokoju Wspólnym.
Zasłony zostały ponownie zasłonięte, ale Harry wiedział, że nie będzie już w stanie spać. Nie mógł po prostu zostawić Rona i Hermiony, by na niego czekali. Jęknąwszy, Harry niechętnie podniósł się z łóżka i przebrał w proste jeansy i koszulkę z długim rękawem. Ocierając pozostałe zmęczenie z oczu, Harry założył okulary i wyszedł z pokoju.
Dochodząc do końca schodów, Harry zauważył, że Ron siedzi przed ogniem zajadając słodycze, podczas gdy Hermiona już miała zadanie domowe rozłożone na wielu stołach. Przywitał się mruknięciem zanim zwalił się na kanapę przed ogniem. To proste działanie wystarczyło, by odciągnąć zarówno Rona i Hermionę od tego, co robili.
- Harry, dobrze się czujesz? – spytała Hermiona zatroskanym tonem. – Nie wyglądasz dobrze. Może powinieneś zobaczyć się z panią Pomfrey.
- Dobrze się czuję – powiedział Harry automatycznie. Wymyśl coś szybko! – To było po prostu bardzo długie kilka miesięcy.
Hermiona dołączyła do Harry’ego na kanapie, a Ron przeniósł się na pobliskie krzesło.
- Wiesz, że możesz nam powiedzieć wszystko, prawda Harry? – zapytała łagodnie. – Chcemy pomóc, ale byłeś taki skryty. Może pomoże ci porozmawianie o tym, cokolwiek cię niepokoi. To nie jest zdrowe, trzymać wszystko wewnątrz siebie.
Harry odruchowo podciągnął kolana do piersi, chcąc rozpaczliwie się ukryć. Nie był na to gotowy. Nie chciał, by wiedzieli. Nie był gotowy podjąć ryzyka i zaufać im w czymś, co tak desperacko próbował ukryć.
- Nie mogę – powiedział cicho. – To by wszystko zmieniło. Tyle już się zmieniło… ja… nie mogę… po prostu nie mogę…
Ron i Hermiona spojrzeli na siebie z szeroko otwartymi oczami, zanim zwrócili z powrotem swoją uwagę na Harry’ego. Taka reakcja tylko potwierdziła to, że coś jest naprawdę nie tak z Harrym.
- Co się stało, kumplu? – spytał Ron. – Czy to z powodu pojawienia się Syriusza Blacka w Halloween? Profesor McGonagall powiedziała, że nie byłeś ranny. Nie okłamała nas, prawda?
Harry nie wiedział, co zrobić. Nie chciał im powiedzieć, ale potrzebował to zrobić. Potrzebował ich pomocy, ale nadal bał się, co pomyślą. Był zmęczony tymi wszystkimi kłamstwami. Tęsknił za dobrymi stosunkami, które zwykł mieć ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Kiedyś to była jedyna rzecz, na której mógł polegać.
Delikatna dłoń dotknęła jego prawego ramienia i lekko ścisnęła.
- Nic się nie zmieni, Harry – powiedziała cierpliwie Hermiona. – Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi. Cokolwiek to jest, jestem pewna, że potrafimy przez to przejść. Jak zawsze.
- Wkrótce złapią Blacka, Harry – dodał Ron. – Możemy porozmawiać z Dumbledorem, więc nie musisz ponownie się ukrywać, ale nawet jeśli to przynajmniej jest to lepsze ni Dursleyowie, prawda?
Harry spojrzał w bok i westchnął zmęczony. Teraz nie mógł się wycofać.
- Nie wrócę do Dursleyów.
Ron i Hermiona spojrzeli na Harry’ego z zaskoczeniem. Oboje wiedzieli, że Harry nie ma innej rodziny i innego miejsca, gdzie mógłby się zatrzymać oprócz Dursleyów.
- Co? – spytała Hermiona. – Dlaczego? Dlatego, że Black cię tam znalazł?
 Harry potrząsnął głową, przygryzając dolną wargę.
- Ja, eee, nie mogę tam wrócić – powiedział tak cicho, że Ron i Hermiona musieli się wysilić, by go usłyszeć. – Profesor Dumbledore i profesor Lupin nie puszczą mnie.
Hermiona poruszyła się tak, że klęczała na podłodze przed Harrym. Ostrożnie dotknęła policzków Harry’ego i odwróciła jego twarz, by ich oczy się spotkały. Pełne bólu spojrzenie Harry’ego sprawiło, że Hermionie trudno było mówić.
- Harry – powiedziała w końcu, - co się stało tego lata? Co oni ci zrobili? Zranili cię?
Łzy wymknęły się spod jego powiek, gdy Harry próbował odwrócić się, ale Hermiona mu nie pozwoliła. Harry mógł zauważyć, że zrozumiała.
- Wuj Vernon był zły… bardzo zły – powiedział w końcu Harry. – O-on myślał, że jeśli ukarze mnie wystarczająco mocno, nie będę więcej używać magii. O-on był zły za… pewne rzecz, które przypominały mu o tym, kim jestem.
- Ukarany? – zapytał Ron z zakłopotaniem, zanim uderzyło w niego to, czego Harry nie powiedział. – Masz na myśli, że bił cię… wiele razy?
Łzy popłynęły po twarzy Hermiony. W jednym ruchu chwyciła Harry’ego w ciasny uścisk nie wykazując objawów, że chce go w najbliższym czasie puścić.
- Harry, to nic nie zmienia – powiedziała stanowczo. – Nadal jesteśmy twoimi przyjaciółmi. To się nigdy nie zmieni. Czy twój wuj uderzył cię kiedykolwiek przed tymi wakacjami?
Harry potrząsnął głową. Musiał przyznać, że czuł ulgę, ale nadal był zdenerwowany nimi (zwłaszcza Rona), gdy dowiedzą się, co to zaczęło. Wiedział, że pan i pani Weasley dowiedzieli się i czuli się winni tego całego zdarzenia, więc Harry nie miał zamiaru robić tego samego Ronowi. Mimo wszystko to nie miało znaczenia, co to zaczęło. Harry miał wrażenie, że wuj Vernon znalazłby jakąś inną wymówkę bez względu na to, co się stało.
Ron pochylił się i ukrył twarz w dłoniach.
- O tym mówili – powiedział głównie do siebie. – Myślałem, że rodzice mówią o Blacku. Nigdy nie pomyślałem, że rozmawiali o twoim wuju, Harry. – Uniósł głowę, patrząc na Harry’ego z niedowierzaniem. – Chwileczkę, jeśli to twój wuj cię krzywdził, to znaczy, że Black uratował cię.
Hermiona cofnęła się i spojrzała na Rona.
- Szczerze, Ron – powiedziała rzeczowym tonem. – Syriusz Black prawdopodobnie nie wiedział…
- Wiedział – przerwał Harry. – Dumbledore powiedział, że Black widział, jak mój wuj… eee… karze mnie. Zaatakował mojego wuja i zabrał mnie. Potem zostawił w pubie i powiedział Dumbledore’owi, gdzie mnie znaleźć. Chce mojej śmierci, więc dlaczego mi pomaga? Dlaczego ostrzegł mnie w Halloween? To nie ma po prostu żadnego sensu.
- Cóż, wszyscy mówią, że jest szalony – stwierdziła Hermiona.
Harry tylko pokręcił głową.
- Ale w Halloween brzmiał rozumnie – odparował. – Wydawał się niemal… przestraszony. To było prawie tak, jakby chciał mnie chronić przed kimś lub czymś, co było w wieży Gryffindoru, ale wszyscy byli na kolacji. Mógł mnie zabrać. Mógł mnie zabić, ale nie zrobił tego. A zamiast ostrzegł mnie, bym był ostrożny.
- Są różne stopnie szaleństwa, Harry – powiedziała łagodnie Hermiona. – Sam to powiedziałeś: nikogo nie było w wieży tego wieczoru. To dość możliwe, że perspektywa Blacka jest nieco… er… zniekształcona. Może on nie pamięta… no wiesz, ale to nie znaczy, że nie jest niebezpieczny. Wszedł do Hogwartu, Harry. Został przekazany dementorom.
- Wiem – powiedział Harry zmęczonym głosem. Nie wiedział, dlaczego zaczynał się zastanawiać nad motywami Syriusza Blacka, ale było tego tak wiele, że nie miało żadnego sensu. Black miał prawie tydzień szans udając Midnighta, ale wszystko, co pies robił to słuchał i pomagał, kiedy tylko mógł. To wydawało się być prawie tak, jakby Blackowi rzeczywiście zależało, ale to było niemożliwie. Dlaczego człowiek, który zdradził jego rodziców dbał o niego?
^^^
Świąteczny poranek nastał szybko. Tego ranka Harry został obudzony przez dwie osoby rzucające się na jego łóżko. Jęknąwszy, Harry chwycił swoje okulary i założył je zauważając rozpromienione twarze Rona i Hermiony. Nie dbając o to, jaki dziś dzień, Harry odwrócił się i nakrył głowę poduszką. Nie wiedział, dlaczego jest tak zmęczony przez ostatnie kilka dni. Wstanie wcześnie było niemożliwe i zazwyczaj pierwszy z ich trzech szedł spać.
Ron i Hermiona zauważyli to, więc postanowili postępować ostrożnie.
- Harry, jest Boże Narodzenie – powiedziała łagodnie Hermiona. – Nie chcesz otworzyć prezentów? Jest ich z pewnością dużo.
- Nie – wymamrotał Harry spod poduszki. – Pozwólcie mi spać. Jestem zbyt zmęczony.
- Zawsze jesteś zmęczony, Harry – powiedziała Hermiona ze śmiechem. – Myślę, że ostatni semestr za bardzo cię osłabił. Chodź. Otwórz prezenty i będziesz mógł zrelaksować się w Pokoju Wspólnym aż do śniadania. Umowa stoi?
Harry niechętnie zgodził się i usiadł. Ron podbiegł do swojego łóżka i począł otwierać szybko swoje prezenty, podczas gdy Harry zabrał się za swoje. Dostał szkarłatny sweter od pani Weasley z lwem Gryffindoru wydzierganym z przodu, razem z kilkunastoma babeczkami z kruchego ciasta nadziewanymi bakaliami*, ciastem z bakaliami** i pudełkiem orzechów w karmelu. Od profesora Lupina dostał kaburę na różdżkę przyczepianą do nadgarstka, którą Harry musiał od razu wypróbować. Na początku było to niewygodne, ale Harry szybko przystosował się do machania różdżką ruchami nadgarstka.
Hermiona spojrzała zazdrośnie, ale rozumiała, dlaczego Harry otrzymał prezent. Harry powiedział swoim przyjaciołom, że profesor Lupin jest tymczasowym opiekunem i byli z tego powodu bardzo szczęśliwi. Lupin nie był całkiem rodziną, ale był Harry’emu najbliższy.
Profesorowie Dumbledore, McGonagall, Flitwick, Sprout i pani Hooch dali Harry’emu rzadki zestaw książek o Obronie Przed Czarną Magią, co było zaskoczeniem. Hermiona natychmiast zaczęła zerkać na nie, wyglądając jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Harry nie wiedział, czy to dobrze, czy źle. Hermiona już znała więcej zaklęć niż on i Ron razem wzięci.
Następny prezent, który zobaczył Harry był długi i chudy. Otworzywszy przesyłkę, oczy Harry’ego rozszerzyły się niedowierzająco na widok błyszczącej miotły. Jego oddech uwiązł w gardle. Nigdy wcześniej nie widział takiej miotły. Z wahaniem Harry podniósł ją i mógł poczuć, jak wibruje mu w dłoni. Puścił ją i był zaskoczony widząc, że wisi w powietrzu, jakby mówiąc: „wsiądź na mnie”.
- MERLINIE! – wykrzyknął Ron, podbiegając do łóżka Harry’ego, by przyjrzeć się bliżej. – To Błyskawica! Prawdziwa Błyskawica! Najnowszy model miotły wyścigowej. Podobno ma przyspieszenie do 150 mil na godzinę w ciągu dziesięciu sekund. To miotła o międzynarodowym standardzie! – Odwrócił się do Harry’ego, wciąż z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. – Kto ci ją wysłał?
Hermiona znalazła się u boku Harry’ego i sprawdziła opakowanie.
- Nie ma kartki – powiedziała wzruszając ramionami. – Widzieliśmy takie na Pokątnej. Wydaje mi się, że kartka mówiła „cena dostępna na żądanie”.
- Eee… w porządku – powiedział Harry niezręcznie. – Więc była droga. Więc kto wydałby tak dużo na mnie? – To nie tak, że znał dużo ludzi, nie mówiąc o tych z mnóstwem pieniędzy, którzy wydaliby je na miotłę. – Cóż, to musiał być ktoś, kto wiedział, że mój Nimbus został zniszczony, co zostawia nam wszystkich w Hogwarcie.
- Nie koniecznie – poprawiła Hermiona. – Każdy uczeń mógł wysłać list do rodziców i powiedzieć im, co się stało. Ich rodzice mogli powiedzieć komukolwiek. Ale nie sądzę, że ktoś mógłby wydać tak wiele na ciebie, chyba że rzeczywiście cię zna.
- Jak Dumbledore – zaproponował Ron. – Może czuje się źle po tym, co się wydarzyło, bo to wina dementorów.
- Nie wydałby tyle na ucznia, Ron – zaoponowała Hermiona, zerkając na Harry’ego, bezgłośnie wzywając go, by się z nią zgodził. – Nie może tak faworyzować. Może powinniśmy powiedzieć o tym profesorowi Dumbledore’owi albo profesor McGonagall. Choć to trochę dziwne. Ktokolwiek chciałby wydać tyle, wysłałby przynajmniej kartkę.
Harry przygryzł dolną wargę i spojrzał na miotłę. Znał ten ton i wiedział, że teraz Hermiona była w trybie śledczym. Nie sądziła, że prezent jest w ogóle prezentem.
- Myślisz, że jest przeklęta, prawda – bardziej stwierdził niż zapytał. – Myślisz, że ktoś mi ją wysłał, by mnie zranić.
Hermiona westchnęła.
- Kto byłby podejrzanym? – spytała. – Myślę, że po tym wszystkim, co się stało w tym roku, powinniśmy wystrzegać się przed lataniem na niej, Harry. Nie zgodzisz się?
- Postradałaś rozum? – spytał Ron z niedowierzaniem. – Kto przy zdrowych zmysłach przekląłby tak drogą miotłę jak Błyskawica?
Hermiona spiorunowała Rona wzrokiem.
- Och, no nie wiem – powiedziała sarkastycznie. – Ktoś, kto nie jest przy zdrowych zmysłach, jak może Syriusz Black?
Ron przewrócił oczami.
- Och, proszę – powiedział. – Naprawdę myślisz, że Syriusz Black mógłby po prostu wmaszerować do Sklepu z Quidditchem i kupić miotłę? Każdy wie, jak on wygląda i wszyscy go szukają. Poza tym, gdzie miałby dostać pieniądze? Jest ściganym przez Ministerstwo!
Harry opadł na łóżko, uderzając głową o poduszkę. Wiedział, że kłóciliby się godzinami, jeśli tego nie przerwie. Problem polegał na tym, że zgadzał się z obydwoma. To dziwne, że nie ma kartki, ale kto wydałby tak dużo na coś, co mógłby łatwo zrobić z tańszym modelem? Dlaczego kupił najdroższy dostępny model?
Może po to, by pokusa była zbyt duża, by się jej oprzeć.
^^^
Harry podążał za Ronem i Hermioną do Wielkiej Sali na obiad. Po raz kolejny Ron i Hermiona nie odzywali się do siebie i Harry został umieszczony pośrodku. Oboje chcieli, by Harry udowodnił błąd tego drugiego sprawiając, że Harry chciał tylko wyjść z pokoju. Nienawidził brać stron dlatego, że zawsze ktoś był zraniony. Oboje mieli rację, dlaczego nie mogli tego zaakceptować?
Wchodząc do Wielkiej Sali, Harry zauważył, że wszystkie stoły domów były pod ścianami, a jeden stół stał na środku, zastawiony na dwanaście osób. Profesorowie Dumbledore, McGonagall, Snape, Sprout i Flitwick już siedzieli, wraz z woźnym Filchem, dwoma nerwowymi uczniami z pierwszego roku i piąto rocznym Ślizgonem. Na końcu stołu byłby trzy wolne miejsca, które zajęli Harry, Ron i Hermiona. Harry był oczywiście pomiędzy swoimi upartymi przyjaciółmi.
Harry wlepił wzrok w talerz, jego ramiona opadły. Nie miał pojęcia, co robić. Jeśli zwróciłby Błyskawicę już nigdy nie zobaczy jej ponownie, ale jeśli jej nie odda, podejmie ryzyko, że zostanie ranny albo zabity, gdy się na niej przejedzie. To jest po prostu niesprawiedliwe! Wiedział co musiał zrobić, ale to nie znaczy, że chciał tego. Przeciwnie.
- Wszyscy wcinać! – powiedział entuzjastycznie profesor Dumbledore.
Gdy wszyscy się częstowali, drzwi otworzyły się i ukazała się profesor Trelawney spacerująca w ich kierunku. Harry stłumił jęk. Właśni teraz, gdy myślał, że dzień nie może być gorszy.
- Sybilla – powiedział Dumbledore wstając. – Proszę, przyłącz się do nas. To dość niespodziewane. – Machnięciem różdżki, Dumbledore wyczarował krzesło, które pojawiło się znikąd i spadło między Snape’a i McGonagall.
Profesor Trelawney została tam, gdzie była.
- Obawiam się, że nie mogę, dyrektorze – powiedziała niemal z lękiem. – Trzynaście osób jedzących obiad jest najbardziej nieszczęśliwe! Pierwszy, kto wstanie, pierwszy umrze!
Profesor McGonagall parsknęła z irytacją.
- Myślę, że możemy zaryzykować, Sybillo – powiedziała. – Usiądź proszę, zanim jedzenie nie jest zbyt zimne.
Trelawney usiadła, jej oczy były szczelnie zamknięte, jakby wymawiała cichą modlitwę. Kiedy znów je otworzyła, rozejrzała się i powiedziała:
- A gdzie jest profesor Lupin?
Ron i Hermiona spojrzeli na Harry’ego, który w końcu podniósł głowę i spojrzał na nauczycielkę wróżbiarstwa. Jego frustracja wobec profesor Trelawney i ochronna natura wobec profesora Lupina uniemożliwiły mu milczenie.
- Nie wie pani? – spytał Harry z zaciekawieniem. – Myślałem, że widziałaby to pani.
Profesor McGonagall zakaszlała zamaskowując śmiech, czym zarobiła na klepnięcie plecy przez profesora Dumbledore’a. Profesorowie Flitwick i Sprout nie zdołali ukryć uśmiechów, a piorunujące spojrzenia profesora Snape’a było trochę mniej zastraszające niż zwykle. Hermiona szybko zakryła dłonią usta i odwróciła się, podczas gdy Ron zakrztusił się dużym kęsem ziemniaków, który wszedł z złą dziurkę.
Trelawney spojrzała prosto na Harry’ego.
- Oczywiście, że wiedziałam, panie Potter – powiedziała stanowczo. – Muszę udawać, że nie mam oka, by wszyscy inni nie czuli się nieswojo w mojej obecności.
Harry powoli pokiwał głową, jakby zrozumiał i zaczął robić górę ze swoich ziemniaków.
- Jakież to ślizgońskie – mruknął.
Ron wypluł swoje picie i zaczął kaszleć. Profesor McGonagall nie powstrzymała śmiechu tym razem z profesorami Sprout i Flitwick. Oczy Dumbledore’a migotały na widok przekomarzań ucznia z nauczycielką. Dwaj pierwszoroczni i Ślizgon patrzyli na Harry’ego w szoku. Nigdy nie słyszeli, by uczeń mówił w taki sposób do nauczyciela i uniknął kary.
Jednak profesor Trelawney nie była rozbawiona, gdy wstała.
- Nie podoba mi się twój ton, panie Potter – powiedziała.- Ze wszystkich ludzi ty powinieneś wiedzieć, jak to jest być innym.
Harry odłożył widelec i usiadł wygodniej na krześle i napotkał rozgniewany wzrok Trelawney.
- No, no – powiedział zatroskanym tonem. – Kto pierwszy wstanie ten pierwszy umrze. Czy to nie tak pani powiedziała, pani profesor? – Uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Witam w moim świecie.
Trelawney popatrzyła na Harry’ego w szoku z całkowicie bladą twarzą. Bez słowa pospieszyła do wyjścia wywołując u prawie całego stołu wybuch śmiechu. Były jedynie trzy osoby, które się nie śmiały, czyli profesor Snape, Filch i Harry, którego uśmiech zniknął w chwili, gdy profesor Trelawney wyszła. Po prostu wrócił do tworzenia góry z ziemniaków.
Gdy tylko śmiech się skończył, wszyscy w końcu zauważyli stonowaną postawę Harry’ego. Profesorowie zerknęli na siebie z niepokojem, w końcu Ron i Hermiona popatrzyli na siebie i pochylili głowy ze wstydem. W końcu zrozumieli, co ich walka zrobiła Harry’emu. To był jego wybór, by to zrobić, a oni nie ułatwili mu tego.
- Harry, Ron, Hermiono, czy stało się coś, co powinniśmy wiedzieć? – zapytał profesor Dumbledore z zaciekawieniem.
Ron i Hermiona spojrzeli nerwowo na Harry’ego, nie wiedząc, co powiedzieć. Wzruszając ramionami w porażce, Harry w końcu spojrzał na profesora Dumbledore’a.
- Ja, um, dostałem rano prezent na Boże Narodzenie – powiedział niepewnie. – Nie było żadnej kartki.
Wszyscy nauczyciele odwrócili się do Harry’ego, bezpośrednio zainteresowani.
- Co się stało, Harry? – zapytał profesor Dumbledore stanowczym głosem.
Harry powiercił się na krześle.
- Eee, nic… jeszcze – powiedział. – Chodzi o to, że nie znam nikogo, kto wydałby tak dużo na mnie i nie powiedział, kim jest, więc zastanawialiśmy się, czy istnieje sposób, by dowiedzieć się, kto to wysłał.
Dumbledore spojrzał na McGonagall zanim zwrócił z powrotem wzrok na Harry’ego.
- Harry, co dostałeś?
- Błyskawicę, proszę pana – powiedział Harry cicho.
Wszyscy nauczyciele i trójka nie-gryfońskich uczniów popatrzyli na Harry’ego w głuchej ciszy. Nie lubiąc takiej uwagi, Harry ponownie zaczął się wiercić na krześle i nie patrzeć nikomu w oczy. Nagle zapragnął się ukryć i zaczął rozglądać się na lewo i prawo szukając szybkiego wyjścia. Dlaczego nikt nic nie powiedział? Dlaczego musiał coś powiedzieć? Dlaczego posłuchał Hermiony?
Profesor McGonagall wstała powoli.
- Potter – powiedziała stanowczo. – Proszę, chodź za mną.
Harry niechętnie wyszedł za McGonagall z Wielkiej Sali. Wiedział, że teraz miotła zostanie prawdopodobnie zabrana, pozostawiając go znowu bez miotły do Quidditcha. W chwili, gdy drzwi się zamknęły, poczekała na niego i ruszyła dalej. Żaden z nich nic nie powiedział, aż dotarli do portretu Grubej Damy i nawet wtedy było to tylko hasło.
Profesor McGonagall ruszyła za Harrym przez Pokój Wspólny, po schodach i do dormitorium. Harry podszedł do łóżka i otworzył zasłony pokazując błyszczącą miotłę. To co robił rozdzierało mu serce. Obawiał się, że już więcej jej nie zobaczy.
Drżącymi rękami, Harry podniósł miotłę, ignorując uczucie drgającej magii w przedmiocie. W głębi duszy Harry wiedział, że nie jest przeklęty, ale kto miałby mu uwierzyć? Nikt. Mimo wszystko, jaki miał dowód? Żaden. Wyrywając się z zamyślenia, Harry przeniósł ją McGonagall.
Profesor McGonagall posłała Harry’emu współczujące spojrzenia, biorąc od niego miotłę.
- Poproszę profesora Flitwicka i panią Hooch, by od razu na nią spojrzeli, Harry – powiedziała łagodnie. – To może zająć kilka tygodni, ale gdy tylko upewnimy się, że nie jest przeklęta, otrzymasz ją z powrotem. Rozumiesz, dlaczego muszę to zrobić?
Harry skinął głową, ale nie mógł na nią spojrzeć.
- Tak, proszę pani – powiedział automatycznie. – Um, jeśli to nie problem… Nie jestem już głodny.
Harry stał tam, gdy profesor McGonagall wychodziła z Błyskawicą trzymaną ochronnie w rękach. W chwili, gdy drzwi się zamknęły wszystko, co Harry zmuszał się, by nie czuć, ujawniło się. To był kolejny przypadek, gdzie Harry nienawidził  bycia Harrym Potterem, Chłopcem, Który Przeżył. Nic nigdy nie było łatwe dla Harry’ego Pottera, a przynajmniej nie było słuszne.

*mince pie – babeczki spożywane w okresie świąt Bożego Narodzenia
**Christmas cake 

Dziękuję za każdą opinię ;)

piątek, 22 lipca 2016

NDH - Rozdział 18



Harry obudził się następnego dnia, czując się zaskakująco dobrze, jak na kogoś, kto został zaatakowany zaledwie dwanaście godzin temu. Eliksiry, nie wspominając już o masażu pleców, nieźle się wykonały swoją pracę tak, że Harry praktycznie podskakiwał idąc korytarzem, gdy towarzyszył profesorowi Snape’owi w drodze na śniadanie. Oczywiście, pobudka w swoim wspaniałym pokoju, z profesorem delikatnie klepiącym go po ramieniu, wystarczyła, by wprawić go w dobry humor, jako że był przyzwyczajony do wściekle krzyczących Dursleyów przez drzwi od komórki.
Snape z dezaprobatą obserwował wesołego urwisa u swojego boku. Nienawidził porannych ludzi. Nie, żeby jakoś szczególnie lubił kogokolwiek innego, ale czuł, że ludzie, którzy obudzili się z uśmiechem na twarzy i pieśnią w sercu, powinni być utopieni w ich śniadaniowej owsiance. I dlaczego ten mały potwór musiał być taki szczęśliwy? Praktycznie wytrząsnął smarki z bachora, by go obudzić, a powstrzymał się przed użyciem Aquamenti tylko dlatego, że nie chciał później tracić czasu na używaniu nieuniknionych zaklęć suszących.
- Potter – wycedził przez zęby, gdy Harry wskoczył na jeden z wiszących gobelinów, by zobaczyć, czy dosięgnie jego górnej części. – Jeśli nie zaczniesz zachowywać się z odpowiednią godnością, poprowadzę cię przez korytarz za ucho.
Harry posłał mu długie, rozważające spojrzenie i w jednym strasznym momencie Snape obawiał się, że bachor zmusi go do pokazania kart*, ale w końcu dzieciak uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
- Okey, profesorze – powiedział zgodnie. – Czy mogę zjeść naleśniki na śniadanie? – zapytał po chwili.
Snape spojrzał na niego oceniająco. Tym razem to było niemal ślizgońskie.
- Prooooszę? – powiedział Harry, jak najlepiej robiąc swoje „oczka szczeniaczka”.
- Dopiero po jakiś owocach i małej misce płatków owsianych – powiedział Snape surowo. – Nie załadujesz się cukrem i syropem, by potem przez resztę dnia latać po zamku.
Harry przewrócił oczami.
- Nie zrobię tak!
- Hmf – Snape posłał mu sceptyczne spojrzenie, ale nic więcej nie powiedział na ten temat.
- Profesorze? – odważył się Harry chwilę później.
- Tak? – odparł złowrogo.
- Zamierza pan warzyć dziś wieczorem? – spytał Harry nazbyt niedbale.
Snape surowo stłumił wykrzywienie ust. Więc o to chodziło bachorowi.
- Być może – powiedział wymijająco.
Idąc, Harry ciągnął za sobą palec przyłożony do ściany.
- Więc może będzie pan potrzebował pomocy w przygotowywaniu składników? – zaproponował tym samym wymijającym tonem.
Snape przewrócił oczami na przewidywalność chłopca. A co gorsza, bachor naprawdę czuł, że przygotowywanie składników eliksirów to zabawa! Lubił spędzać czas w lochach, a on wplątał się w przerażający zwyczaj przyprowadzania przeróżnych Gryfonów razem z nim. Jak Snape miał używać tego jako kary, jeśli nowi pierwszoroczni chcieli spędzać czas na zgniataniu czyrakobulw i marynowaniu oczu traszki? Był zbulwersowany, gdy Harry pierwszy raz pisnął w przerażonym zachwycie i nagrodził wcześniej uciążliwe zadanie największym nastoletnim wyróżnieniem: „OBRZYDLIWE!”
Teraz on i Weasley, a nawet wcześniej przerażony Longbottom, przyzwyczaili się do „wpadania” do jego laboratorium w nadziei na możliwość patroszenia, obierania ze skóry, gniecenia lub siekania czegoś. Snape wiedział ponuro, że to tylko kwestia czasu, zanim zwietrzy to mała panna wiem-to-wszystko, a gdy tylko zacznie domagać się przyjścia, Krukoni będą tuż za nią. Wtedy jego węże zaczną narzekać, że ich opuścił, a Puchoni będą rozglądać się smutno i z przygnębieniem, a wtedy co miałby zrobić, by sprawić, żeby jego szlabany były najbardziej znienawidzoną i przerażającą karą w Hogwarcie? Straciłby reputację Złego Nietoperza z Lochów, a to wszystko była wina bachora.
Spiorunował wzrokiem małego potwora.
- Jeszcze nie jestem pewien – warknął.
- Och. – Harry wyglądał na rozczarowanego, ale nie na długo. – No to może przyjdziemy tylko po to, by sprawdzić.
- Nie napiszę ci przepustki, jeśli zapomnisz o godzinie policyjnej – zagroził Snape, - a jeśli złapie cię Filch, będziesz szorował toalety swoją szczoteczką do zębów.
Harry wzruszył lekceważąco ramionami.
- Jakbym nie robił tego wcześniej. W domu moich krewnych, Dudley lubił próbować zmusić mnie potem do użycia tej szczoteczki – przypomniał sobie, drżąc, a Snape przysiągł sobie w duchu, że kiedy Harry dostanie szlaban z Filchem, da charłakowi bardo jasne instrukcje, jak Harry ma być traktowany i czego nie spodziewać się, że zrobi.
- Możesz przyjść wieczorem, po zrobieniu całej pracy domowej. Oczekują, że pokażesz mi swoje eseje, jeśli się pojawisz, więc nie marnuj mojego czasu, wracając bez nich.
Harry westchnął. Profesor Snape zrobił dobrze swoimi groźbami, by dać mu prywatne lekcje i nalegał na przeglądanie zadań Harry’ego co najmniej trzy razy w tygodniu. Harry musiał przyznać, że profesor jest bezcenny w pomaganiu mu nauczyć się, jak układać i przeprowadzać badania do esejów, nie wspominając już o wyraźnym przedstawianiu swoich pomysłów, ale nie był zadowolony, gdy musiał przepisywać kilka razy swoje zadanie, gdy Ron i inne dzieci wydawały się zmienić to w byle co. Spojrzał na profesora, zastanawiając się, czy mógłby zaryzykować protest, ale patrząc na srogie oblicze wstrzymał się przed tym pomysłem.
Rozumiał, że dodatkowa praca w tym momencie będzie opłacać się na dłuższą metę i był zachwycony, dowiadując się, że profesor uważa go za sprytnego i ma wysokie wymagania, ale praktycznie spędzał więcej czasu z nosem w książkach niż Granger! Tylko wiedza jego kolegów, że Snape sprawdzał podwójnie jego zadania zapewniała sympatię, a nie pogardę mola książkowego. Harry zrobił jeden powściągliwy protest, kiedy Snape nalegał, by przepisał po raz trzeci esej z Transmutacji, a jego profesor posłał mu tak diabelne spojrzenie, że Harry w połowie spodziewał się, że zarobił 500 linijek „Nie będę próbował być kretynem” – które usłyszał przypadkiem, gdy Snape wyznaczał je jednemu ze Ślizgonów, którego esej z Eliksirów najwyraźniej miał oznaki niedostatecznego wysiłku. Zamiast tego Snape zrobił coś znacznie, znacznie gorszego.
Wstał, otworzył drzwi i wskazał, że Harry powinien wyjść.
- Sio, Potter – warknął, gdy dzieciak tylko siedział i patrzył. – Jeśli masz na tyle niewdzięczności, by oburzać się na inwestowanie mojego czasu, to jest bardziej niż mile widziane, byś samodzielnie odpowiadał za swoje szkolne przedsięwzięcia. Ale niech ci Merlin dopomoże, jeśli nie dostaniesz takich ocen, jakich oczekuję od mojego podopiecznego.
- Ale… ale… - zaprotestował Harry nieskładnie. Wzrosła w nim fala paniki. Jak profesor mógłby pomyśleć o wykopaniu go w taki sposób?
Twarz Snape’a złagodniała nieco na widok oczywistej grozy Harry’ego.
- Nie eksmituję cię z tych kwater, głupi bachorze, ale mam lepsze sposoby spędzenia czasu niż próbowanie wbijania pierwszorocznemu pojęć w upartą czaszkę. Jeśli nie jesteś zainteresowany moją pomocą, możesz zejść mi z oczu. Idź się uczyć samemu lub ze swoimi małymi przyjaciółmi.
Harry zaczął pociągać nosem.
- Ale powiedział pan, że mi pomoże – utrzymywał, ignorując fakt, że chwilkę temu pragnął uciec z gabinetu Snape’a.
Snape skrył uśmieszek. Gryfoni – łatwiej nimi grać niż tamburynem.
- A czy dopiero co nie wskazałeś, że moja pomoc nie jest pożądana? – chciał wiedzieć.
- Nie to miałem na myśli – wymamrotał Harry. – Chcę zostać.
Snape odetchnął gwałtownie.
- A oczekiwałem z niecierpliwością pracy nad moimi badaniami. – Harry spojrzał na niego błagalnie. – Och, w takim razie, dobrze. Pracuj nad tym esejem, - zgodził się niechętnie Snape, zauważając, że trudno nie chichotać, gdy żałosna twarz Harry’ego błyskawicznie zmienia się w promienny uśmiech.
Po tym, jak Harry ostatecznie skończył esej (znowu), profesor Snape niechętnie go zatwierdził, a potem spędził niemal godzinę pokazując Harry’emu całkiem fajne zaklęcie obronne, „ponieważ, pokazałeś, że – mimo wszystko, - posiadasz niezbędną dojrzałość, by skoncentrować się na takich naukach.” Harry mógł być Gryfonem, ale potrafił nawet zauważyć nagrodę, kiedy była mu dana, i relaksował się, wiedząc, że profesor dłużej nie był na niego zły. Musiał też przyznać, że trzykrotnie poprawiany esej dostał najwyższą ocenę i zarobiła Harry’emu rzadki komplement od profesor McGonagall.
Harry zmarszczył brwi, kiedy pomyślał o tym potkaniu. Nie okazało się takie, jak się spodziewał, ale tak to było, jeśli wiele rzeczy miało związek z profesorem. Coś, co myślał, ż będzie straszne, okazywało się dla niego dobre. Westchnął – profesor prawdopodobnie miał też rację, jeśli chodzi o warzywa i słodycze, jakkolwiek irytujące to było.
- Profesorze? – zapytał, gdy uderzyła w niego pewna myśl.
- Mm? – Snape został oderwany od myśli o dzisiejszym planie lekcji. – Co?
- Czy ci chłopcy – Jeffreys i inni – będą na śniadaniu?
- Nie. Zostali wydaleni ze szkoły za swoje działania i zabrani ostatniej nocy ze szkoły przez aurorów. Aurorzy są czarodziejską wersją policjantów – wyjaśnił, na widok pustego spojrzenia Harry’ego.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się.
- Co? Dlaczego? – zapytał z niedowierzaniem. Po tych wszystkich latach szkolnych zniszczonych atakami kuzyna i jego zbirów, Harry nigdy nie przypuszczał, że czwórka Krukonów zostanie pociągnięta do odpowiedzialności za swoje działania.
- Wszyscy byli aż nazbyt chętni, żeby odejść zamiast zmierzyć się z moim gniewem – odparł sucho Snape. – I jasno pokazałem dyrektorowi, że nie zamierzam tolerować żadnych zagrożeń dla twojego bezpieczeństwa. Jeśli nie wydaliłby tych chłopców, przeniósłbym cię do innej szkoły, zamiast dawać atakującym kolejną szansę.
Harry popatrzył na niego. Nigdy w życiu nie miał nikogo, kto stanąłby w taki sposób w jego obronie. Oczywiście ciotka i wuj zakładali, że Harry był prowokatorem w każdym konflikcie z Dudleyem, a nawet nauczyciele szybko zmienili swoje nastawienie, ponieważ Dudley zawsze głośno i płaczliwie zapewniał o swojej niewinności, podczas gdy Harry wiedział, że lepiej nie mówić ani słowa w swojej obronie. Harry był dość zaskoczony, że starsi chłopcy zostali zabrani przez dyrektora, ale w po bitewnym podnieceniu, nie zwrócił na to uwagi. Ale nigdy, przenigdy nie zakładał, że zostaną wydaleni – i to z jego powodu.
- Naprawdę? Przeniósłby mnie pan?
Snape zatrzymał się i spojrzał na niego.
- Panie Potter, jakie są moje najważniejsze zasady? Dam ci podpowiedź; naruszenie ich będzie skutkowało obolałym tyłkiem.
- N-nie narażać się na niebezpieczeństwo i nie być nieposłusznym – Harry przełknął ślinę.
- Dokładnie. Dbanie o twoje bezpieczeństwo, zdrowie i… - Snape skrzywił się, ale powiedział to, - szczęście jest moim obowiązkiem, jako twojego opiekuna. Nie będę tolerował żadnych zagrożeń dla twojego dobrego samopoczucia, nieważne czy ty je spowodowałeś, czy ktoś inny. Rozumiesz, głupi dzieciaku?
Otwierając szeroko oczy, Harry przytaknął. Wow. Snape naprawdę brał to na poważnie. Musiał lubić Harry’ego, przynajmniej trochę, skoro chciał dbać o jego bezpieczeństwo. Choć teraz wyglądał, jakby wgryzł się w cytrynę. Harry wiedział, że Snape nie lubił wyjawiać i przyznawać się do tych wszystkich bzdurnych rzeczy, ale było to dla Harry’ego w porządku, ponieważ Snape pokazywał, ja się czuje cały czas, jakkolwiek to robił przez upewnianie się, że ma dobre oceny lub robiąc mu masaż pleców, gdy był zbyt podekscytowany, by zasnąć albo przekonywał dyrektora, by pozbył się chłopaków, którzy go zaatakowali.
- Profesorze? – zapytał Harry bardzo cichym głosem.
- Co tym razem, Potter? – gderliwie chciał wiedzieć mężczyzna.
- Ko… - Harry przerwał. Nie mógłby tego powiedzieć. Czułby się jak głupek, a profesor byłby tak samo upokorzony. – Um, dziękuję.
Snape poruszył się czując niezręcznie.
- Nie ma za co – powiedział szorstko, zarzucając rękę na ramię dzieciaka i lekko je ściskając. Jest. Bardziej pozytywne wzmocnienie małego diabła.
Po tym weszli do Wielkiej Sali i Harry udał się do stołu uczniowskiego, podczas gdy Severus ruszył do stołu nauczycielskiego.
- Jaki jest dzisiaj Harry? – zapytała z niepokojem McGonagall, zanim nawet zdążył usiąść.
- Irytujący jak zwykle – odparł, ignorując jej groźne spojrzenie.
- No naprawdę, Severusie! – sapnęła. – Właśnie przeszedł przez przerażające doświadczenie. Myślę, że powinieneś zebrać odrobinę współczucia!
Snape spojrzał tylko na miejsce, gdzie Harry zabawiał siebie i swoich kolegów robiąc sobie wąsy z plasterków arbuza. McGonagall podążyła za jego wzrokiem i zamrugała.
- Tak, jest niczym kruchy kwiat – skomentował kwaśno. Nie miał zamiaru szerzyć pogłosek, że jego podopieczny jest delikatnym, niestabilnym emocjonalnie dzieckiem. Oczywiście, był, ale mając taką słabość trudno, by publika działała w dobrym interesie chłopca. Dlaczego McGonagall myślała, że nalegał zeszłej nocy na powrót chłopaka do jego kwater? Potrząsnął głową – młodzi czy starzy, Gryfoni mieli subtelność cegły.
Och, wielki Merlinie. Teraz Malfoy poszedł w ślady najmłodszego Weasleya i sprawdzał, ile winogron w jednym momencie zdoła wepchnąć do ust. Snape chwycił nasadę nosa. Wiedział, że pozwolenie zeszłego wieczoru na ominięcie starej zasady siedzenia przy swoich Domach było niebezpiecznym precedensem i na pewno wystarczyło, by cała szkoła się pomieszała z przerażającymi rezultatami.
Szanowny Lordzie Voldemorcie, pisał Snape w myślach, kiedy przylepiłeś Weasleyom nalepkę zdrajców krwi, zrobiłeś to ze względu na ich sprzeciw, co do twoich zasad, czy ich prawdziwie strasznych zachowań przy stole? Ponadto, mógłbyś wyjaśnić, dlaczego – jeśli dziedzictwo czystej krwi jest zdecydowanie lepsze – wspomniane dzieci zdają się dużo łatwiej demoralizować niż półkrwi czy mugolaki?
Szybko porzucając jedenaście lat szkolenia sztywnej etykiety, Malfoy – jak zwykle naśladowany przez Crabbe’a i Goyle’a, - demonstrował, jak można użyć podłużnych tostów jako kłów wampira, podczas gdy Weasley próbował utrzymać po jednym w każdej z dziurek nosa z jakiegoś chaotycznego powodu. Teraz Granger zbeształa ich za zabawę jedzeniem, a chłopcy wzięli to do siebie z większym szacunkiem, niż Snape się tego spodziewał. Może została zauważona obecność Jones? I oczywiście jego prefekt siedziała obok Percy’ego Weasleya, który na przemian wyglądał na zachwyconego ponad miarę i przerażonego. Nawet, gdy Snape ich obserwował, Jones przysunęła się nieco bliżej i szepnęła mu do ucha coś, co sprawiło, że chłopak zarumienił się po czubki uszu.
Reszta jego węży była rozrzucona po Wielkiej Sali i podsłuchał, jak Teddy Nott i Milicenta Bulstrode – oboje potomkowie dumnych czystokrwistych rodów, - prosili półkrwi Puchona, by pokazał im jakiś mugolski artefakt zwany „game boyem”. Widocznie starszy kuzyn Puchona, Niewymowny, zdołał zaczarować przedmiot, by działał w Hogwarcie, a jego węże czekały w podnieceniu, by na nim zagrać. Oczywiście, Puchon zgodził się na to, więc teraz niewątpliwie Borsuki będą wałęsać się przez jego Pokój Wspólny.
Cudownie. Och, a teraz Potter, Malfoy i Weasley kłócili się zajadle z Granger i Longbottomem o wysokiej wartości społecznej Quidditcha. Oczywiście panna wiem-to-wszystko prowadziła przez większość kłótni, ale Longbottom wykazywał nieoczekiwany upór sugerując, że może, ale tylko może, zajęcia są nieco ważniejsze niż klasyfikacja Quidditcha. Pozostali trzej chłopcy drwili z tego, pokazując przy tym przerażające ilości na w pół przeżutego jedzenia, podczas gdy Crabbe i Goyle flegmatycznie jedli wszystko, co było w ich zasięgu – niezależnie od tego, czyj to był talerz.
Nastrój Snape’a opadł, gdy zdał sobie sprawę, że będzie musiał wziąć stronę mądrali i Longbottoma, gdy – a wydawało się to nieuniknione, - będzie musiał interweniować w coraz gwałtowniejszej kłótni. Teraz również starsze roczniki zaczęły zwracać na to uwagę.
- Hymm. Obawiam się, że panna Granger nie nauczyła się, jak się dobrze wpasować – skomentowała Minerva z dezaprobatą.
Snape spojrzał na nią wilkiem.
- Bo nie stała się wariatką z obsesją na punkcie Quidditcha, jak jej Opiekunka Domu? – zapytał złośliwie.
McGonagall również spojrzała na niego groźnie.
- Quidditch jest najbardziej szlachetnym ze sportów! Jego unikalne dziedzictwo jest…
- Nieistotne w instytucjach wyższego szkolnictwa! – warknął Snape. – Dlaczego ty i dyrektor domagacie się takiego rodzaju rozproszenia uwagi…
McGonagall uśmiechnęła się złośliwie.
- Jesteś po prostu zazdrosny, bo nigdy nie byłeś dobrym graczem.
Podczas gdy Snape zakrztusił się wściekłością, Pomfrey przystąpiła do walki.
- Severus ma całkowitą rację i ty o tym wiesz! Liczba obrażeń, jakie ta głupia gra powoduje co roku…
- Głupia gra!? – pisnęła Hooch. – Ja…
- No, już, już – z opóźnieniem, dyrektor próbował interweniować.
Kłótnia uczniów się przerwała i oczy wszystkich zwróciły się na stół nauczycielski, sprawdzając, czy zanosząca się wrzawa się wydarzy. W rezultacie minęło kilka chwil, zanim ktokolwiek się zorientował, że drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się na oścież.
CDN…
*W oryginale “Call his bluff” – czyli że zmusi do pokazania, że nie blefuje

poniedziałek, 18 lipca 2016

Od pierwszej chwili



Autor: ObsisianEmbrace
Zgoda: Czekam
Tłumaczenie: Ginger
Streszczenie: Syriusz opowiada Harry’emu o dniu, w którym się urodził.
Notka: Jest to część opowiadania „A Life More Ordinary”, którego nie zamierzam tłumaczyć, gdyż nie jest skończone.

- Opowiedz mi jakąś historię.
- Historię? O smoku z rogiem na ogonie latającym wysoko ponad chmurami?
- E-e.
- O zaczarowanym trollu wędrującym przez góry?
- Już mi ją opowiadałeś.
- Tak? A co powiesz na opowieść o małym chłopcu o imieniu Harry?
- O mnie?
- Jesteś jedynym Harrym, którego znam.
- Z czasów, gdy byłem mały?
- Chcesz usłyszeć jedną?
- Pamiętasz, jak byłem mały?
- Oczywiście. Pamiętam wszystko.
- Wszystko?
- Absolutnie. Pamiętam dzień, w którym się urodziłeś.
- Byłeś tam?
- Oczywiście. Gdzie indziej miałbym być?
- Mój tata tam był?
- Przez cały czas przy boku twojej mamy. Dokładnie pamiętam jego wyraz twarzy, gdy powiedział mi…
W kominku Syriusza pojawiła się głowa Jamesa, jego twarz była zaczerwieniona, a włosy w nieładzie.
- Syriusz! – wychrypiał. – To Lily! Już czas!
Zrywając się z krzesła, Syriusz niemal potknął się o własne stopy. Remus szybko podtrzymał go ręką, a gdy tylko James wciągnął głowę z powrotem w płomienie, Syriusz zanurkował i po prostu udało mu się wylądować na nogi w salonie Potterów. Remus wyszedł obok niego, a jego oczy zeskanowały pomieszczenie.
- Gdzie jest Lily?
- Na piętrze – powiedział James bez tchu. – Położna… chciała, żeby Lily się wykąpała.
- Więc? – zapytał, chwytając oszołomionego przyjaciela za ramiona. – Na co czekasz? Idź tam, Tatusiu!
Głupkowaty uśmiech pojawił się na twarzy Jamesa. Syriusz roześmiał się i poprowadził go w kierunku schodów. Szczerząc się teraz, James ruszył na górę truchtem, a Syriusz i Remus czekali, aż niknie za rogiem.
- Szalony – zadecydował Syriusz, wciąż się uśmiechając, gdy odwrócił się do Remusa. Remus uśmiechnął się czule.
- Byłbyś gorszy.
- Ja? Obrażam się, Luni. Spójrz na mnie; jestem oazą spokoju.
- Nie byłem, wiesz. Spokojny i w ogóle.
- Jak to?
- Miałeś się urodzić, Harry! A ja miałem zostać ojcem chrzestnym.
- Co robiłeś?
- Chodziłem w te i z powrotem. Przez kilka godzin. Zdecydowałeś, że nie będziesz się spieszyć. Uparte stworzenie.
- Pani Weasley powiedziała, że wszystkie dzieci się nie spieszą.
- Tak, ale cóż, nikt mi o tym nie powiedział. Minęło sześć godzin zanim usłyszałem cokolwiek z piętra.
- Co usłyszałeś?
Ciszę przerwał głośny płacz i Syriusz zatrzymał się w pół kroku. Razem z Remusem stanęli na dole schodów, patrząc w górę. Syriusz wyraźnie drżał zanim pojawiła się położna Lily i z miękkim uśmiechem, skinęła na nich.
Ledwo powstrzymując swoje rozedrgane emocje, Syriusz dotarł do sypialni Jamesa bez rozbijania się w biegu. Mógł praktycznie poczuć, że za nim Remus wibruje jego własnym oczekiwaniem.
Położna wprowadziła ich do środka. James stał po boku łóżka Lily z cichym zawiniątkiem w ramionach – szczerzył się.
- Tylko na niego popatrzysz? – szepnął, a jego oczy błyszczały dumą. – Jest doskonały.
Syriusz uśmiechnął się powoli, podchodząc cicho.
- To chłopiec?
- James nalegał – powiedziała Lily, a jej oczy były tak radosne jak oczy Jamesa; bez względu na to, że Syriusz nigdy wcześniej nie widział jej tak wyczerpanej.
- Następna będzie dziewczynka – szepnął James, nawet nie podnosząc oczu, gdy gruchał do swojego nowego synka. – Harry James – mruknął, najwyraźniej próbując tego imienia pierwszy raz.
Remus usiadł na brzegu łóżka, biorąc Lily za rękę i pochylając się, by pocałować ją w policzek, mrucząc gratulacje. James wtedy uniósł wzrok i skinął czubkami palców na Syriusza, by się zbliżył.
Syriusz spojrzał na maleńką, zaczerwienioną twarz i poczuł, jak jego gardło puchnie, choć nie wiedział, dlaczego. Dzieciak był piękny. Idealny.
- Chcesz potrzymać swojego chrześniaka?
Syriusz zamrugał, ponownie spoglądając na Jamesa. Oczy Jamesa błyszczały.
- Brzmi nieźle, prawda?
Syriusz wyszczerzył się, choć chwilę później zawahał się, gdy skoncentrował się na nie upuszczeniu cennego zawiniątka, które podał mu James. Wspierając dłonią maleńką główkę, Syriusz pogładził ciepły policzek kciukiem.
Jego chrześniak.
Ciemne oczy Harry’ego zatrzepotały, a serce Syriusza zostało schwytane.
- Hej – wyszeptał. – Jestem twoim chrzestnym, Harry. Witaj na świecie, dziecino. – Usta Harry’ego poruszyły się, gdy patrzył na niego niewzruszony. Syriusz zachichotał. – Będzie lepiej. Obiecuję.
- Nie chciałem cię oddać. Ale twoja mama nalegała. Powiedziała, że nie mogę mieć całej zabawy.
- Twoje ręce by się zmęczyły.
- Nie ma szans. Kochałem cię trzymać.
- Tak? Jak to możliwe?
- Ponieważ, wariacie, kochałem cię.
- Już wtedy?
- Od pierwszej chwili.

Koniec