niedziela, 22 stycznia 2017

NDH - Rozdział 28


- Hej, kumplu, co jest? – zapytał Ron, opadając obok Harry’ego na sofę w Pokoju Wspólnym. Jego przyjaciel wzruszył ramionami.
- Nic.
- Och, daj już spokój, Harry – namawiała Hermiona, siadając po jego drugiej stronie. – Jesteś taki od kilku dni. Co się dzieje?
- Szlaban już się niemal skończył, powinieneś się cieszyć – przypomniał mu Ron, próbując pocieszyć Harry’ego, ale chłopak tylko skinął głową.
Hermiona przyjrzała się mu uważnie. Czy Harry dąsał się przez karę? Raczej nie on byłby pierwszą osobą, która irytowałaby się tygodniowym zakazem. Oczekiwała, że to Ron zacznie narzekać, ale nadal był tak zachwycony swoją nową różdżką, że naprawdę nie zauważał wiele poza nią. Ale nie, Harry nie wydawał się być takim typem. Ale jeśli tak, to o co chodziło?
- Czy pokłóciłeś się z profesorem Snapem? – zaryzykowała przypuszczenie.
Prychnął?
- Jak? Ostatnio praktycznie w ogóle go nie widziałem.
Twarz Rona zajaśniała konsternacją.
- Huh? Ale widzieliśmy go na eliksirach i nadzorował nas ostatniego wieczoru i…
- Nie widziałem się z nim sam na sam – wyjaśnił Harry. – Nie możemy pokłócić się na zajęciach.
- Och. Prawda – przytaknął Ron.
Hermiona również skinęła głową.
- Tęsknisz za nim – powiedziała ze zrozumieniem.
Harry oblał się szkarłatem.
- Nie prawda! Myślisz, że jestem aż tak dziecinny? – zapytał gniewnie, niecharakterystycznie wybuchowo.
Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną.
- Nie, Harry! Nie! Chodzi mi o to, że – cóż, ty i profesor Snape nie mięliście dużo czasu na poznanie się. To uzasadnione, że nadal jest wiele rzeczy, o których chcesz porozmawiać. Nie miałam na myśli tego, że… jesteś strasznie stęskniony za domem, czy coś w tym stylu.
Ron obserwował szeroko otwartymi oczami, jak Hermiona nerwowo próbuje udobruchać przyjaciela.
- W takim razie okej – mruknął zmiękczony Harry. Przez kilka minut patrzył ponuro w ogień, podczas gdy jego przyjaciele wymienili zdenerwowane spojrzenia nad jego głową, ale sumienie nie pozwoliło mu milczeć zbyt długo.
- Przepraszam – wymamrotał z poczuciem winy, nie patrząc na Hermionę. Nie było w porządku, że wyładowywał swój zły humor na którymś z przyjaciół. Hermiona po prostu musiała zrozumieć leżącą przed nią układankę, a to, że był trochę zakłopotany brakiem Snape’a nie znaczy, że parskać na nią w ten sposób. A Ron był jego pierwszym prawdziwym przyjacielem – choć Harry wątpił, że zostanie nim, jeśli nadal będzie go tak ignorował.
- W porządku, kumplu – odpowiedział Ron za nich, zarzucając rękę na ramiona Harry’ego. – Jest właśnie tak, jak powiedziała Hermiona. Byliśmy jedenaście lat z naszymi rodzinkami – to nie taka wielka sprawa, gdy jesteśmy z dala od nich. Nie tęsknisz za Dursleyami, prawda? – Harry wzruszył ramionami i pokręcił głową. – Widzisz? To dlatego, że Snape jest nowy. Dlatego za nim tęsknisz. To całkowicie uzasadnione, co nie? – zapytał Hermiony.
- Absolutnie – zgodziła się, ciesząc się, że Harry uśmiecha się nieśmiało.
- Dzięki – powiedział, wdzięczny za to, że ma tak wspaniałych przyjaciół. – Tylko, kiedy zszedłem do niego kilka razy, był zbyt zajęty, by ze mną rozmawiać. Znaczy, jeśli chcę, mogę zostać w moim pokoju, ale nie pozwala mi być przy nim, nawet po to, by pociąć składniki do eliksirów. – Jego ramiona opadły. – Może się mną znudził.
- Nie, kumplu! – sprzeciwił się Ron. – Dlaczego miałby to zrobić?
- Nie wiem. Ale nie mam interesujących rzeczy, o których moglibyśmy rozmawiać. Zawsze robi coś bardzo ważnego, jak pamiętacie tego dnia, kiedy dyrektor powołał go do tego komitetu? Zawsze jest zajęty takimi rzeczami. Ostatnio wyjątkowo ciężko pracował nad jakimś projektem… - Wzruszył ponownie ramionami z przygnębieniem. – Co mam robić oprócz chodzenia na lekcje?
- Nie wiem, czy jesteś dla siebie całkiem sprawiedliwy, Harry – zauważyła Hermiona, jak zwykle głosem pełnym rozsądku. – Znaczy, mięliśmy szlaban od tygodnia. Byłby zły, gdybyś robił coś ciekawego.
- Tak. Kiedy już będziesz mógł znowu latać, będziesz miał mu wiele do opowiedzenia! – powiedział zachęcająco Ron.
Harry nadal wyglądał, jakby miał wątpliwości.
- Chyba tak… Tylko że on nie interesuje się tak Quidditchem.
Ron spojrzał na niego przerażony.
- Nie interesuje się… Żartujesz?
Harry i Hermiona wymienili rozbawione spojrzenia.
- Cóż, chodzi mi o to, że on chce, by jego Dom wygrał Puchar i w ogóle, ale raczej nie spędza dużo czasu na czytaniu wyników Quidditcha w Proroku czy coś w tym stylu.
Ron pokręcił głową ze zdumieniem.
- O kurczę.
- Cóż – powiedział Hermiona jak zwykle rozsądnie, - dlaczego nie zrobisz czegoś, co uznałby za interesujące?
Harry poderwał się.
- Świetny pomysł!
- Tak!... Um, jak, na przykład, co? – zapytał po chwili Ron.
- No, mógłbyś zrobić dodatkowe zadanie badawcze na projekt z eliksirów – zaczęła Hermiona z ożywieniem. – Albo może…
- Nie – Harry zmiótł jej pomysły w podnieceniu. – Rozwiążemy zagadkę!
Hermiona wyglądała na pełną obaw.
- Jaką zagadkę? Lepiej żebyś nie mówił o trzecim piętrze…
Harry przewrócił oczami.
- Nie, Hermiono. Nie jestem głupi, okej? Profesor Snape zabiłby mnie, gdybym poszedł tam po tym, jak dyrektor tego zabronił i powiedział, że to niebezpieczne. A co nawet gorsze, dyrektor mógłby zadecydować, że wyśle mnie z powrotem do Dursleyów za bycie nieposłusznym.
- Ale jaka tu jest inna zagadka? – zapytała bezbarwnie.
- Profesor Quirrell!
- Zagadka na temat profesora Quirrella? – powtórzył zdezorientowany Ron.
- Jasne! – Oczy Harry’ego błyszczały. – Znaczy, profesor Snape go nie znosi – zawsze posyła mu to Spojrzenie – a to musi coś znaczyć. A teraz Quirrell jest w skrzydle szpitalnym do meczu Quidditcha – to też musi coś znaczyć!
Hermiona przewróciła oczami. Chłopcy! Zawsze starali się znaleźć jakiś sekret tam, gdzie go nie było.
- To znaczy, że ten biedny facet spadł z siedzeń przy tym całym zamieszaniu. Dyrektor ogłosił, że został poważnie ranny i będzie musiał pozostać przez jakiś czas w szpitalu, pamiętasz?
Harry prychnął z niedowierzaniem.
- Daj spokój! Pani Pomfrey w momencie wyleczyła twój nadgarstek – co on musiałby sobie zrobić, że wyleczenie go zajęło jej ponad tydzień? Jeśli jest tak ranny, dlaczego miałby tu zostać? Czy nie powinien iść do prawdziwego szpitala? – przerwał nagle, nieco niepewny. – Istnieją czarodziejskie szpitale, prawda?
Ron zamyślił się.
- On ma rację, Hermiono. Jeśli ktoś jest naprawdę ranny, powinni zabrać go do czarodziejskiego szpitala, św. Mungo. Znaczy, pani Pomfrey jest serio niezła, ale jest tylko jedną osobą, a to jest tylko szkolny szpitalik. Św. Mungo ma duży personel, specjalne zaklęcia i inne takie.
- Hmmmmm. – Harry zobaczył to spojrzenie w oczach Hermiony i wiedział, że też złapała haczyk.
- I jest jeszcze największa zagadka ze wszystkich – powiedział Harry kusząco. – Co znajduje się pod turbanem?
Ron prychnął z rozbawieniem.
- Czy to tak jak pytanie, co jest pod jego kiltem? (szkocka spódnica męska – dop. Tłum.)
Hermiona posłała mu spojrzenie pełne sztywnej dezaprobaty, ignorując chichot Harry’ego.
- Jestem pewna, że nie wiem, o co ci chodzi, Ronaldzie.
- No już, poważnie – nalegał Harry. – Podsłuchałem, jak inni uczniowie mówili, że nigdy wcześniej nie nosił turbanu, więc dlaczego zaczął? Może coś pod nim ukrywa!
Hermiona spojrzała na niego z powątpiewaniem.
- Dlaczego? Jeśli miał coś do ukrycia, dlaczego zwyczajnie nie zostawił tego u Gringotta albo jakimś bezpiecznym miejscu?
- Może nie może. Może to coś jest na nim – zasugerował Ron. – Jak… jak przeklęta blizna! – krzyknął, a jego wzrok padł na Harry’ego.
- Jest nauczycielem OPCM-u. Dlaczego miałby chować bliznę po przekleństwie? – wykłócała się Hermiona.
- Może dlatego, że przegrał walkę i nie chce, żeby ktoś o to pytał i się dowiedział? – zaproponował nieco słabo Ron.
- Założę się, że jest zwyczajnie łysy i to wszystko jest na daremno – powiedziała Hermiona lekceważąco. – Facet może zgłupieć przez utratę włosów.
Ron przewrócił oczami.
- Tak, jasne. A dziewczyny w ogóle nie głupieją, gdy chodzi o ich włosy. – Zaczął naśladować wysoki głos Lavender i jej rozdrażniony ton. – Ooooch, już naprawdę nie wiem, co mam zrobić, Parvati! Moje włosy zwyczajnie nie będą się układać tak, jak chę. Masz takie szczęście, że twoje włosy są idealne. Chciałabym mieć takie proste włosy, jak twoje!
Harry dołączył do zabawy.
- Ooooch, Lavender, nie wiem, o co ci chodzi! Uwielbiam twoje włosy. Masz takie piękne loki. Chciałabym mieć kręcone włosy! – Harry dreptał w nienajgorszym uosobieniu Parvati.
Hermiona prychnęła.
- Tylko oboje poczekajcie. Za kilka lat też będziecie stać przy lustrach, chcąc wyglądać ładnie i zachwycić wszystkie dziewczyny!
Harry i Ron zawyli ze śmiechu.
- My? Przy lustrze? Dziewczyny? Ta, jasne!
Hermiona prychnęła ponownie i przewróciła oczami. Czasami było tak trudno być tą najdojrzalszą.
^^^
Snape spojrzał na stos pergaminów, które jeszcze musiały zostać poprawione i westchnął. Doprawdy, praca spiętrzyła się przez ostatni tydzień, przez to, że z ukrycia kierował powrotem Blacka do czarodziejskiego świata. Nie wspominając namawianiu Dumbledore’a, że trzeba zrobić coś z Quirrellem. Po ostatnim meczu Quidditcha, powiedział Albusowi w niedwuznaczny sposób, że należy pozbyć się tego jąkającego wraku, ale dyrektor okazał się zaskakująco oporny.
Na początku Snape przypuszczał, że po raz kolejny niezdolność Albusa do widzenia ciemnej strony kogokolwiek oślepiła go na niebezpieczeństwo, które mężczyzna postawił przed Harrym, ale dalsza rozmowa dała jasno do zrozumienia, że Dumbledore zwyczajnie chciał wiedzieć, kto wydawał Quirrellowi rozkazy.
- Oboje wiemy, że profesor Quirrell nie ma ani rozumu ani ambicji, by z własnej woli atakować Chłopca, Który Przeżył – powiedział Dumbledore, a jego mina choć raz była ponura. – Chcę wiedzieć, kto ma miał czelność atakować jednego z moich uczniów.
Snape niechętnie uznał logikę tego planu – czy mógł to być Lucjusz? Lub jeden z Lestrangów, pociągający za sznurki z Azkabanu? Lub może… Był zmuszony przyznać, że niewiedza była zwyczajnie zbyt niebezpieczna.
- Bardzo dobrze, ale jak masz zamiar powstrzymać go przed ponownym atakiem na Harry’ego lub – w przypadku, gdyby nie była to jednak śmierciożercza zmowa, - na innego z uczniów?
- Pozostanie w ambulatorium, zdrowiejąc po swoim bolesnym upadku – odparł Dumbledore, a jego oczy znowu zabłyszczały. – Wydaje się, że w tym całym zamieszaniu biedny profesor Quirrell stracił równowagę i doznał bardzo poważnych obrażeń przez swój upadek z trybun.
Snape niechętnie zgodził się. To przynajmniej kupi im trochę czasu. Quirrell będzie odizolowany, a Harry bezpieczny póki nie natkną się na tego, kto pociąga za sznurki Quirrella. Ale nie ufał Albusowi w całości i w nocy snuł się po korytarzach niedaleko ambulatorium, upewniając się, że profesor OPCM-u nie wymknie się, gdy pani Pomfrey spała.
Pomiędzy pilnowaniem Quirrella, reżyserowaniem konferencji prasowych Syriusza, nauczaniem i opieką nad Domem, czuł się bardziej niż wypompowany. Naprawdę nie skupiał wiele uwagi na Harrym, choć przynajmniej widywał go w klasie i na posiłkach w Wielkiej Sali, nie wspominając o tych wieczorach, kiedy nadzorował ich karę. Przez kilka ostatnich dni chłopak wydawał się nieco cichy, ale teraz wraz ze swoimi małymi przyjaciółmi ciągle pochylali się ku sobie, szepcząc i mrucząc. Oczywiście knuli coś na uczczenie końca szlabanu i jeśli nie będą ostrożni, skończą z powrotem z nim, wściekał się Snape. Nie miał zamiaru pozwolić, by Harry szalał w sposób, jaki robił to jego ojciec, choć musiał przyznać, że ostatnio nie był szczególnie dobrym opiekunem. Może musi zrobić coś z bachorem, tylko po to, by przypomnieć małej potworze, że jest pod ścisłą kontrolą.
^^^
- NIE! Nie nie nie nie. Nie.
Albus uśmiechnął się.
- Mam tylko nadzieję, że to przemyślisz, mój chłopcze.
- Ogłuchł pan, dyrektorze? Powiedziałem nie. To absurdalny pomysł. Kiedy poruszyłem ten temat, myślałem raczej nad tym, że któregoś wieczora bachor zrobi swoje zadanie domowe w moich kwaterach – warknął Snape, dając sobie mentalnego kopa za to, że w ogóle wspomniał o swojej myśli Albusowi.
- I on będzie pracował przy jednym stole, a ty przy drugim? To raczej nie jest spędzanie z nim czasu.
- To z pewnością jest spędzanie z nim czasu. Będzie w mojej obecności, prawda? To jest własnie definicja pojęcia „z nim”. A twój pomysł jest jawnie niedorzeczny. Nie mam zamiaru zachęcać bachora, by uczcił koniec swojej kary. To byłoby uosobieniem popierania złego zachowania!
- Nie to sugerowałem, Severusie…
- Zabranie bachora na lody pierwszego dnia wolności jest z pewnością świętowaniem końca restrykcji. Nie mam zamiaru kupować mu słodyczy i robić zamieszania, kiedy zarobi kolejny dzień szlabanu za swoje przerażające działania. – Snape nadąsał się. – To tak jakby powiedzieć mu, że kara była zbyt surowa.
- A ty ani nie świętujesz ani nie przepraszasz za karę – stwierdził Dumbledore spokojnie. – Upamiętniasz fakt, że teraz, kiedy poddał się karze dla twojej satysfakcji, ponownie ma pozwolenie na normalne przywileje. Co więcej, przypominasz mu, że są pewne zaszczyty, takie jak wycieczka do miasteczka czy smakołyki. – Urwał, a jego radosny błysk w oczach został zastąpiony przez coś przebiegłego. – W pewnym sensie, byłoby dość okrutne, wiesz, pokazanie mu, co stracił przez ostatni tydzień i przypomnienie mu, co traci, gdy zachowuje się źle.
 Wyraz twarzy Severusa zmienił się odrobinę, a Dumbledore wywarł presję swoją przewagą.
- I dzięki temu wycofałby się z zamku i od profesora Quirrella podczas weekendu, kiedy trudne byłoby śledzenie go. Mógłby, na przykład, chcieć powędrować trochę po tak długim zamknięciu w klatce. Dobrze się zachowywał, prawda? Nie wykradał się podczas restrykcji?
- Nie – przyznał niechętnie Snape. Był raczej zaskoczony tym faktem. James Potter nigdy by nie zaakceptował tak pokornie kary, ale Harry i reszta przestrzegała zastrzeżeń, skupieni na swoich esejach, a nawet pomagali mu w przygotowywaniu składników eliksirów bez jakiegokolwiek stękania czy jęczenia.
- No, widzisz? – powiedział Albus radośnie, jakby Snape właśnie zgodził się z absurdalną propozycją. – Baw się dobrze, mój chłopcze.
- Dyrektorze, nawet jeśli zabiorę chłopca ze szkoły, nie ma powodu, by zabierać go aż na Pokątną. Hogsmeade jest całkowicie wystarczające dla…
- Nie, nie, mój chłopcze. Ulica Pokątna. Harry musi doświadczyć Lodziarni Floriana Fortescue – uśmiechnął się Albus i odszedł, zostawiając Snape’a, by wściekał się w tylko swoim towarzystwie.
No i? Czy powinien zrobić to, co stary bałwan ewidentne chciał i zabrać chłopca na wycieczkę? To dawało mu kolejną rzecz, której mógłby zakazać za karę, a miotła działała w tym względzie spektakularnie…
Och, w porządku. Równie dobrze mógłby to zrobić, ponieważ wiedział, że Dumbledore nie dałby mu ani chwili spokoju, póki by tego nie zrobił. Poza tym, dzięki temu będzie mógł przynieść nieco składników, gdy będą na mieście i zobaczy, czy są jakieś nowe czasopisma o eliksirach w Esach i Floresach. Ale z pewnością nie zabierze całej grupy bachorów. Wzdrygnął się na myśl o oprowadzaniu po całej ulicy Neville’a Longbottoma, Draco Malfoya i reszty przyjaciół Harry’ego. Nie, pomyślał surowo, to nie była wycieczka dla małej świty Pottera. Jeśli bachor nie będzie chciał iść bez swoich przyjaciół to się dowie, jak to jest siedzieć w jego kwaterach i przez cały dzień przepisywać linijki. To mu pokaże, że są gorsze rzeczy niż konieczna obecność surowego opiekuna w Londynie i będzie się zachowywał. Jeśli Potter pomyśli, że wycieczka bez przyjaciół była zbyt nudna, by się nad nią w ogóle zastanawiać, szybko dowie się, jaka jest prawda. Snape skinął głową w satysfakcji. Postawi sprawę jasno, że to nie jest niespodzianka dla chłopaka, ale obowiązek, na który lepiej by się nie skarżył.
^^^
Harry truchtał radośnie obok swojego opiekuna. Był taki szczęśliwy! Profesor Snape zabierał go ze sobą aż do Londynu! Tylko jego, Harry’ego. Nikogo więcej. Żadnego Flinta czy Jones czy nawet Draco – nie, profesor Snape wybrał jego zamiast jakiegokolwiek swojego węża. Nawet Hermiona, z jej lepszymi ocenami, byłaby w pewien sposób bardziej racjonalnym wyborem, ale nie, jego profesor chciał jego.
Harry rozpromienił się. Nigdy wcześniej żaden dorosły nie chciał spędzić z nim czasu, ale nie mogło być innego wytłumaczenia na zachowanie profesora Snape’a. Harry czuł się tak, jakby mógł wybuchnąć ze szczęścia.
Nawet wybrany termin profesora Snape’a był idealny. To był pierwszy dzień po szlabanie, a tego ranka Hermiona czekała pod drzwiami na panią Pince, aż ta otworzy bibliotekę. Planowała spędzić tam cały dzień, wśród książek, nadrabiając swoją nieobecność z ostatniego tygodnia. Harry potrząsnął głową. Dziewczyny.
W tym czasie bliźniacy obiecali przemycić Rona do kuchni i przekupić skrzaty, żeby dały mu wszystkie budynie, które stracił przez ten tydzień. Harry podejrzewał, że mięli nadzieję, że Ron będzie jeść aż się pochoruje, ale miał dużo wiary w ogromny apetyt swojego najlepszego kumpla. Domyślał się, że bliźniacy mogą być rozczarowani, gdy ich „dobry uczynek” właśnie się takim okaże, ale może był niesprawiedliwy. Ich obietnica na dzisiejszy dzień pomogła Ronowi przetrwać przez długie, długie posiłki, kiedy mógł tylko patrzyć z milczącą tęsknotą na desery. Harry powiedział Ronowi by nie zostawał przy stole, gdy były podawane budynie, wiedząc z własnego doświadczenia z Dursleyami, że dużo gorzej było móc patrzeć i powąchać jedzenie, którego nie miał szans spróbować, ale Ron wolał się torturować.
Jego zachowanie zagwarantowało to, że reszta szkoły wiedziała wszystko o karze, a w rezultacie Harry odbierał więcej niż jedno współczujące spojrzenie od uczniów, którzy oczywiście uznali, że jego opiekun stosuje przerażającą dyscyplinę. Większość innych nauczycieli zadowoliłoby przydzielenie szlabanu i może linijek, powiedzieli. Tylko Snape mógł wybrać tak ukierunkowaną i bolesną karę.
Harry z radością przyjął troskę swoich szkolnych kolegów – to była duża zmiana między byciem „tym dziwacznym dzieciakiem, który mieszka z Dursleyami” – ale naprawdę był raczej dumny, że jego opiekun nie przetrzepał mu tyłka (jak zrobiliby Dursleyowie) czy użył obojętnego „uniwersalnego” podejścia (jak wydawała się robić reszta kadry), kiedy nawalił. Uznał za raczej miłe to, że profesor spędza czas myśląc nad tym, co mogłoby wywrzeć największe wrażenie na nim i wybrał karę, która naprawdę nauczyła go czegoś, jak esej, czy była dostosowana do wykroczenia, jak restrykcja. Nie był pewny, dlaczego inni uczniowie nie widzieli tego w ten sposób, ale przypuszczał, że to musi być jedna z tych czarodziejskich rzeczy i bardzo się nad tym nie głowił.
A teraz, tak jakby po to, by uporał się ze strachem, że jego profesor nadal jest na niego zły, był zabierany na ulicę Pokątną, na specjalną niespodziankę! Profesor Snape jasno wyjaśnił, że idzie na alejkę, by załatwić sprawunki i normalnie nie zabiera nikogo ze sobą, ale zamierzał pozwolić Harry’emu pójść ze sobą! Nawet znalazł czas, by dokładnie wyjaśnić, jak Harry powinien się zachowywać, co jeszcze bardziej chłopaka uszczęśliwiło. Ostatnim razem, gdy był na ulicy z Hagridem dobrze się bawił, ale był zbyt świadomy tego, że pasował jak wół do karety, nie wiedząc, jak się ubrać, mówić, czy zachowywać. Tym razem profesor Snape upewnił się, że Harry jest dobrze przygotowany i nie zrobi z siebie głupca. Pozwolił nawet Harry’emu iść obok siebie, aniżeli kilka kroków za nim, jak zawsze kazali mu robić jego krewni. Harry ścisnął się w zadowoleniu. To był jeden z najlepszych dni jego życia.
Snape rzucił okiem na urwisa idącego tuż przy jego boku. Przynajmniej bachor nadążał teraz za jego długimi krokami. Na początku mały rozrabiaka wlókł się za nim, ale gdy chwycił go za nadgarstek i pociągnął za sobą, ciągnąc go za rękę jakby był niegrzecznym dzieciakiem, bachor dostał nauczkę. Teraz trzymał się jego boku i – co dziwne – uśmiechał się.
Snape niechętnie podziwiał zdolność diabła do akceptowania nagany. Większość z jego Ślizgonów – jeśli miał być szczery to włączając to jego, - byłaby naburmuszona po takim potraktowaniu, ale Harry zdawał się zwyczajnie pojąć punkt widzenia Snape’a i przejść z tym do porządku dziennego. Zachowywał się podobnie, jak wtedy, gdy Snape usadził go i wyjaśnił z potwornymi szczegółami, jak Harry ma postępować. Opisał wszystkie zachowania, które były nie do zaakceptowania i wpoił w niego podstawy etykiety, aż spodziewał się, że dzieciak wybuchnie. Mimo wszystko miał jedenaście lat i nie potrafiłby docenić wykładu na temat tak podstawowych rzeczy jak użycie w publicznej toalecie zaklęć suszących ręce czy usprawiedliwienie się, jeśli na ulicy wejdzie między czarodzieja a jego znajomego.
Jednak Harry słuchał każdej przestrogi z głęboką uwagą, a Snape powstrzymał się przed chwyceniem dzieciaka za tą postawę sarkazmu. Nawet jego „dziękuję”, które nastąpiło po wysłuchaniu, jak Snape przynudza o odpowiednim pozdrowieniu goblinów z Gringotta, brzmiało na szczere i zaciekawione. Snape uznał, że Albus musiał szepnąć coś bachorowi na temat Lodziarni i chłopak nie zamierzał zrobić czegoś, co mogłoby zagrozić jego niespodziance, nie ważne, jak obrażony mógł się teraz czuć.
Snape był zaskoczony, że bachor nawet nie prosił o zabranie ze sobą przyjaciół, ale znowu, może Albus go ostrzegł. Musiał przyznać, że dzieciak– jak dotąd – zachowywał się rzeczywiście bardzo dobrze. Nawet nie zwymiotował, po tym, jak się aportowali, ku szczeremu zdumieniu Snape’a.
^^^
Harry był w niebie. Kochał uczucie pojawiania się ramię w ramię, zwłaszcza, że dało mu to społecznie akceptowalny powód, by przytulić się do opiekuna. Snape spojrzał na niego nieco dziwnie, ale nie oponował, co więcej poklepał go lekko po ramieniu i pochwalił, kiedy Harry utrzymał się na nogach podczas transportu. A teraz godzinami wędrowali po Pokątnej.
Snape wchodził do najbardziej fascynujących sklepów – z dziwnymi składnikami eliksirów i pochłaniającymi książkami – i naprawdę kupił Harry’emu coś w większości z nich. W doświadczeniu Harry’ego było to całkowicie niespotykane i protestował, ale profesor nalegał w swój zwykły sposób:
- Potter! Mam dość twojej bezczelności! Kupno tego dodatkowego przewodnika do podręcznika eliksirów pozwoli ci rozwinąć temat eseju w bardziej szczegółowy sposób. Żadnych więcej kłótni. Zakupię tą książkę, a ty będziesz ją czytać. Rozumiesz?
A teraz Harry przekartkowywał niesamowitą książkę – która na każdej stronie miała ruchome ilustracje, pokazujące różnice między siekaniem a krojeniem w kostki, i to dlaczego mieszanie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara było ważne, i jak odróżnić oczy salamandry od oczu traszki oraz…
- Potter! Uważaj! Prawie wszedłeś w stojak!
- Przepraszam, proszę pana, proszę pani – powiedział Harry szybko, przytakując w stronę właścicielki straganu. Starsza kobieta dostrzegła jego bliznę i jęknęła z zachwytu.
- Oooch, pan Potter! Proszę, jeden na koszt firmy! – Wetknęła mu patyk w rękę i machnęła ręką na jego podziękowanie.
Harry pospieszył do profesora Snape’a, który czekał na niego z kwaśną miną.
- Co to jest, proszę pana? – zapytał, wyciągając to do kontroli.
- Całodniowy lizak – warknął Snape. – Smakuje jak cokolwiek, co jest stosowne w danej godzinie – naleśniki na śniadanie, herbata w południe i tak dalej.
- Znakomite! – powiedział Harry, wkładając go sobie do ust. – Mmmm!
Snape prychnął.
- Tego właśnie potrzebujesz – więcej cukru.
Harry zaczął wyciągać lizaka, ale Snape potrząsnął głowę z naganą.
- Bardzo niewdzięcznie będzie wyrzucić go i przypuszczam, że nadal potrzebujesz suplementacji kalorycznej, by nadrobić zaniedbania przeszłości.
Harry radośnie włożył lizaka z powrotem i oddał swoją książkę profesorowi, by spakował ją z resztą zakupów.
- Potter – powiedział Snape nieco niezręcznie, kiedy kontynuowali podróż ulicą. – Czy… wszystko w porządku?
- Huh? Ne u’rzyem się o s’isko, jeli o tfo pan pya – powiedział Harry lekko zdezorientowany.
- Nie bełkocz z tym cukierkiem w ustach w tak niechlujny sposób – skarcił go ostro Snape. – Wyjmij go i dopiero mów.
- Dobrze, przepraszam, proszę pana. Co ma pan na myśli?
- To całkiem proste pytanie. – Głos Snape’a był szorstki, odsłaniający jego uczucie niezręczności. – W ciągu ostatnich kilku miesięcy doświadczyłeś wielu zmian w swoim życiu. Było by naturalnie, gdybyś czuł się… niepewnie.
- Och. – Harry zamyślił się. Z pewnością jego życie bardzo się zmieniło, ale to wszystko były dobre zmiany. Ma nowe mieszkanie, pierwszych przyjaciół, więcej niż dość jedzenia i – co najlepsze, - opiekuna, który opiekował się nim i rozpieszczał go wycieczkami i prezentami. Uczył się używać magii i od miesięcy nikt nie nazywał go dziwakiem. Nawet gdy wpadł tutaj w kłopoty, nie musiał obawiać się bicia… Czy jego życie mogłoby być lepsze? – Chyba nie czuję się niepewnie. Wszystko jest dobrze – zapewnił profesora.
- Czy ta uwaga wokół twojego ojca chrzestnego jest – Snape oczyścił gardło z niezręcznością, - trudna dla ciebie?
Harry rozważył to. Jedyna trudność przyszła, gdy Snape złapał go, jak patrzył na coś, co okazało się być niegrzecznym zdjęciem. Harry nadal nie był pewny, czy jego ojciec chrzestny pomógł zabić jego rodziców, czy nie – uznał, że profesor powie mu, kiedy wszystko stanie się jasne i zostanie podjęta decyzja, - ale nawet jeśli nie był tym kimś, ktoś pomógł ich zabić i nadal byli martwi, nie ważne jak. Harry podejrzewał, że gdyby nadal mieszkał z Dursleyami, dużo bardziej obchodziłoby go to, czy jego chrzestny jest winny czy nie, ponieważ to mogłoby zapewnić mu ucieczkę od opieki jego krewnych, ale ponieważ miał profesora, cała sprawa stała się mniej istotna.
Poza tym nie wiedział, jaki jest jego ojciec chrzestny. Przez większość swojego życia szczęście Harry’ego było całkiem kiepskie i wiedział, że lepiej nie oczekiwać, że coś zmieni się dla niego na lepsze. Co jeśli jego chrzestny był wredny i znęcał się nad słabszymi jak Dursleywie? Albo dużo mniej tolerancyjny od jego opiekuna? Harry miał już dość krzyków,  klapsów (prawdziwych klapsów, nie delikatnych smagnięć, które rozdawał profesor) i mycia podłóg. Wiedział, że profesor nie zrobiłby żadnej z tych rzeczy – ale z nowym nieznajomym wszystko było możliwe. Nie, Harry był szczęśliwy właśnie w tym miejscu. Wiedział, że profesor nadal czeka na odpowiedź, więc wzruszył ramionami.
- Nie bardzo.
Snape zmarszczył brwi. Czy bachor zaprzecza? Ukrywa swoje emocje? Hymm. Może musi kupić jeszcze kilka książek o dziecięcej psychologii. Może te mugolskie, które zamówił, w końcu dotarły do Esów i Floresów.
- Chodź, Potter. – Wszedł pierwszy do sklepu. – Możesz wybrać do kupienia dwie książki – powiedział surowo. – Tylko dwie, jasne!
Harry otworzył usta.
- A-ale, profesorze…
- Nie kłóć się – warknął Snape. Chciwy mały diabeł! – Dwie!
- Ale już mi pan kupił książkę! Nie musi pan kupować mi nic więcej! – zaprotestował Harry. Wykosztował już dzisiaj profesora tak bardzo.
Snape zamrugał, regulując swoją z góry założoną opinię.
- Potter – powiedział znacznie mniej ostrym tonem. – Jestem całkowicie pewny, że nie „muszę” kupować ci tych książek, ale w zwyczaju jest to, że dopuszcza się na kilka niespodzianek podczas wyprawy na zakupy – jeśli zachowanie jest takie, jak przystało na młodego czarodzieja – dodał pospiesznie, żeby bachor nie zaczął myśleć, że ma uprawnienia do takich prezentów.
Uśmiech, który ułożył się na twarzy Harry’ego był niczym słońce.
- Więc byłem dobry? Zachowywałem się poprawnie?
- Czyż właśnie tego nie powiedziałem? Czy pani Pomfrey powinna sprawdzić twój słuch? – zapytał Snape złośliwie. – A teraz idź poszukać książek. Nie będę siedział i czekał, podczas gdy ty się ociągasz.
Harry wystrzelił prosto do sekcji Quidditcha. Jak przewidywalnie. Snape przewrócił oczami i ruszył do kasy na tyłu sklepu.
Właśnie skończył płacić za książki i miał iść poszukać małego potwora, gdy za nim zamruczał jakiś głos.
- Severus. Dobrze cię znowu widzieć.
- Lucjuszu. – Odwrócił się, a jego twarz była całkowicie naturalna.
- Pan Malfoy! Cześć! – Harry pojawił się u jego boku, uśmiechając się szeroko do Malfoya. – Czy Draco też tu jest?
-Nie, przypuszczam, że Draco jest bezpieczny z powrotem w Hogwarcie – odpowiedział Lucjusz, rzucając zamierzone spojrzenie Snape’owi. – Nadal jest rok szkolny, czyż nie?
Oczy Severusa zwęziły się, ale nie połknął haczyka. Z drugiej strony Harry był tak naturalny jak zwykle.
- Och, jasne. Ale profesor Snape musiał załatwić kilka spraw, więc zabrał mnie ze sobą. Czy to nie miłe z jego strony?
- Z pewnością – odpowiedział Malfoy, ale jego uśmiech nie sięgał oczu. – Musi wyjątkowo o ciebie dbać.
Harry przytaknął energicznie.
- Jest świetny!
- To dlatego byłem tak zadziwiony, gdy usłyszałem o twojej ostatniej przygodzie – kontynuował Malfoy, w końcu kierując wzrok bezpośrednio na chłopaka. – Troll, panie Potter?
Oczy Harry’ego rozszerzyły się.
- Skąd pan wie o… Och! Draco panu o tym napisał?
- Tak, choć już wcześniej przeczytałem o tym w gazecie.
Usta Harry’ego uformowały się w „O” z zaskoczenia.
- W gazecie! Napisano w niej o trollu? – Odwrócił się do Snape’a. – Wiedział pan o tym?
- Czemu, panie Potter? Oczywiście, że gazeta interesuje się tym, że w Hogwarcie studentom groził troll – odpowiedział Lucjusz, zanim Snape w ogóle mógł. – Hogwart zaczyna być bardzo niebezpiecznym miejscem.
- I mimo wysiłków trolla, z chłopakiem wszystko w porządku – odpowiedział Snape chłodno. – Może byłoby dobrze, gdybyś o tym pamiętał.
- Czy napisali o wszystkim? – zapytał Harry, nie zwracając uwagi na podteksty wymieniane między dwójką mężczyzn. Spojrzał błagalnie na Snape’a. – Czy mówili o… no, wie pan? – Na widok niezrozumiałego spojrzenia Snape’a, rzucił przez ramię zrozpaczone spojrzenie na Lucjusza i syknął: - Wie pan. O karze i w ogóle?
Snape przewrócił oczami. Dzieci!
- Nie, panie Potter, choć jestem także świadomy, że niezaspokojona ciekawość publiki na twój temat bez wątpienia oznacza, że chcieliby wiedzieć, że dostałeś lanie i miałeś zakaz na chodzenie samemu… - Harry poruszył się niespokojnie, rzucając upokorzone spojrzenie na rozbawioną twarz Lucjusza, - jednak takie informacje nie zostały zawarte w artykule. Zaledwie zauważał, że troll wszedł do Hogwartu i postraszył kilku uczniów zanim został zneutralizowany. Większość artykułu koncentruje się na oczywistej potrzebie ulepszenia szkolnych osłon, żeby coś takiego więcej się nie wydarzyło.
- Och. – Harry poczuł ulgę. Nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli o tak żenujących szczegółach z jego życia. Już było złe to, że większość szkoły wiedziała! – Więc tak będzie? Chodzi mi o osłony. Będą ulepszone?
- O, tak – odpowiedział spokojnie Snape. – Oburzenie publiki było ogromne. W zeszłym tygodniu Knot dał zgodę na dodatkowe wydatki i jak rozumiem, dyrektor już wkrótce założy nowe osłony.
Gdyby skończył pisać wszystkie informacje prasowe, musiałby dodać do swojego życiorysu „dziennikarz”, tylko po tym, jak Albus zakazał reporterom wchodzić na teren szkoły, Prorok był bardziej niż zadowolony, akceptując jego sprawozdania z wydarzenia pod pseudonimem. A to pozwoliło mu na poprawę szkolnych osłon, a dodatkowo chroniąc swojego podopiecznego. Od lat mówił Dumbledore’owi, że osłony są coraz bardziej zużyte, ale w przypadku braku jakiegokolwiek realnego zagrożenia, jego słowa trafiały w próżnię. Inne rejony konserwacji zamku zawsze były tak samo naglące.
Cóż, dłużej nie. Teraz Albus zainstalował jedne z najpotężniejszych i najbardziej przestronnych możliwych osłon, porównywalnych do najlepszej ochrony Gringotta.
Lucjusz wyglądał, jakby poczuł jakiś nieprzyjemny zapach.
- Rozumiem – powiedział krótko. – A co z meczem Quidditcha? Co tam się stało?
- O tym też pisali w gazecie? – zapytał Harry z niedowierzaniem.
- Nie. To słyszałem od Draco – przyznał Lucjusz.
- Znalazłeś już dwie książki? – przerwał Snape, zanim bachor mógł zadać Lucjuszowi kolejne pytanie.
- Eee… tylko jedną – przyznał Harry.
- Więc idź szukać kolejnej. Biegnij! – Ton Snape’a jasno wskazywał, że nie ma sensu dyskutować i Harry odszedł szybko. Mistrz Eliksirów odwrócił się do Malfoya, patrząc na niego oceniająco.
- A co wiesz o meczu Quidditcha? – zapytał chłodno.
Malfoy rozłożył ręce w drwiącym geście.
- Ależ, nic, Severusie. Dlaczego? Tylko to, że wydaje się, że – znowu – twój podopieczny był ofiarą ataku. Takie rzeczy zdają się dziać całkiem często, czyż nie?
- Mmm. A jednak chłopak jest cały i zdrowy, a to jego napastnicy cierpią na brak zdrowia. – Snape robił wszystko, co w jego mocy, by zakręcić wydarzeniami tak, by przekazać tą wiadomość. Im silniejszy i odporny wydawał się chłopak, tym mniej śmierciożerców będzie miało odwagę go zaatakować, szczególnie pod nieobecność Lorda Voldemorta, który by ich dopingował.
Malfoy zmarszczył brwi.
- Myślałem o tym, co powiedziałeś – rzekł, nagle zmieniając temat.
Snape uniósł brew.
- I?
- Przyznaję, że poruszyłeś takie pomysły, które były dla mnie… nowe…, ale trudno żebyś oczekiwał, że dorzucę moją część do jakiegoś dzieciaka na podstawie kilku szczęśliwych starć.
Oczy Snape’a zwęziły się.
- Czy tak nazwałbyś przeżycie Śmiertelnej Klątwy?
- Nikt nie wie, czy to był chłopak, czy jego matka, czy nawet jakaś pomyłka ze strony… - Lucjusz rozejrzał się i zniżył głos, - Czarnego Pana.
- A troll? I ostatni zamach na jego życie?
- Nasuwające myśl, ale nie przekonujące – powiedział lekceważąco Lucjusz. – Chłopak musi zrobić więcej, by udowodnić, że jest godnym przeciwnikiem do… Cóż. Wiesz, co mam na myśli.
- Chłopak ma zaledwie jedenaście lat, a już osiągnął więcej niż jakikolwiek czarodziej.
- Jeszcze nie jestem przekonany. Kiedy będę, dam ci znać.
Snape skinął głową i odszedł. W rzeczywistości dostał więcej pozwolenia od Malfoya, niż oczekiwał. Oczywiście porażka Czarnego Pana dziesięć lat temu nieźle nim wstrząsnęła, nie wspominając o pobliskiej katastrofie spowodowanej przez jego rodzinę. Metody Voldemorta może przyciągały kogoś z raczej niezwykłymi upodobaniami Lucjusza, a jego idea wyższości krwi niewątpliwie przemawiała do próżności blondyna, ale główna lojalność Lucjusza zawsze będzie przede wszystkim skierowana do nazwiska Malfoy. W przeciwieństwie do swojej szwagierki, której fanatyzm nie znał granic, Malfoy był z nim tylko dla tortur i władzy. Nigdy nie miał żadnej ochoty do promowania filozofii Voldemorta kosztem własnych interesów… skutkiem tego było powołanie na Imperiusa, podczas gdy niezachwiana wierność Bellatrix do Voldemorta zapewniła jej celę tuż obok Blacka.
 Oczywiście pomimo że Malfoy niewątpliwie planował zrobić najlepszy interes, jaki mógł do siebie i swojego rodowego nazwiska, dopóki nie był przekonany, że w jego interesie było sprzymierzenie się z Harrym a nie przeciwko niemu, nadal pozostawał niebezpieczny. Snape nie był pewny, co Lucjusz miał na myśli w swoim komentarzu o tym, że Harry musi się czymś wykazać. Brzmiało to dość złowieszczo, choć Snape był uspokojony perspektywą nowych osłon, które wkrótce miały być na swoim miejscu.
Zebrał Harry’ego, sprawdził i niechętnie zatwierdził jego wybór książek (jedna była o słynnych szukających, podczas gdy druga – „Tam i z powrotem” – wydawała się być dziennikiem podróży), po czym odprowadził go do lodziarni. Wiedział, że to będzie katorga, ale naprawdę zaskoczony tym, jak niemożliwie zachowywał się bachor.
Oczy Harry’ego były ogromne, gdy patrzył na cały możliwy wybór lodów. Zmieniał zamówienie trzy razy, biegając od jednego końca pokazowej lady do drugiego w pełnym cierpienia niezdecydowaniu. W końcu pękła cierpliwość Snape’a i kazał zająć chłopcu jeden ze stolików pod groźbą klątwy klejącej.
Kilka chwil później podszedł do stołu, niosąc dla dzieciaka ogromne lody i skromną kulkę lodów dla siebie.
- Uspokoiłeś się już? – burknął z irytacją, podtykając małemu potworowi lody z owocami i bitą śmietaną. – Robisz taką szopkę, jakbyś nigdy wcześniej nie… Och. – Nagle zrozumiał powód podekscytowania chłopaka.
Harry zaczerwienił się, ale nie potwierdził przypuszczenia Snape’a. Nie musiał.
- No cóż. – Snape starał się odzyskać część swojego wcześniejszego rozdrażnienia w razie gdyby ten bezużyteczny przypływ litości przerósł go.  Nawet jego własny ojciec – w kilku przypadkach, gdy nie był pijany i wulgarny – zabrał go na lody. – Przypuszczam, że w przyszłości będziemy mięli wiele okazji, by pójść na lody – poinformował bachora, - i spodziewam się, że zapamiętasz to i będziesz zachowywał się z odrobiną godności.
Zakłopotanie Harry’ego odeszło. Profesor Snape właśnie mu obiecał, że wiele razy zabierze go na lody! A czarodziejskie lody wyglądały o wiele lepiej niż te nudne, stare mugolskie. Harry prawie zapragnął wrócić  i powiedzieć Dudleyowi, co ten stracił.
- Czy nie… Z-znaczy, czy mogę zacząć? – zapytał.
Snape przytaknął, a Harry zabrał się za jedzenie z apetytem. MmmmmmmMMMMMMmmmm. To naprawdę było tak dobre, jak marzył. Tak, w Hogwarcie do deserów było dodawane kilka gałek lodów, ale nigdy z owocami i bitą śmietaną i też nigdy w tak ekscytujących smakach.
Harry włożył kolejną łyżeczkę do ust i jęknął z zachwytu. Profesor Snape dał mu lody z bananami i śmietaną. Harry pragnął takiego, od kiedy czytał o nich wiele lat temu. Zrobił błąd, mówiąc spasionemu kuzynowi, jak bardzo chciałby ich spróbować i od tego momentu, musiał patrzeć, jak Dudley zamawia je sobie raz za razem. Nie trzeba dodawać, że Dudley upewniał się, że Harry nigdy nie dostanie więcej niż polizać łyżeczkę, nie ważne jak bardzo błagał czy jak ciężko pracował, by spróbować je choć raz.
Harry westchnął z zadowoleniem. Profesor Snape nie dał mu do roboty dodatkowych prac, by mógł z nim przyjść. Och, powiedział Harry’emu, że jeśli będzie się źle zachowywał, nie dostanie niespodzianki, ale Harry wiedział o tym bez jego słów. A potem, nawet gdy zezłościł profesora swoim podekscytowanym paplaniem i lataniem w tę i z powrotem, profesor nadal kupił mu upragniony smakołyk. Tak, był wart czekania, nie tylko dla zwykłej ambrozji smaku lodów, ale też dla faktu, że siedział i rozkoszował się nimi ze swoim profesorem.
Dopiero gdy już wylizał ostatnią porcję roztopionych lodów, odwrócił się do profesora z na pół oburzonym, na pół rozbawionym pytaniem.
- Tak naprawdę nie przykleiłby mnie pan do krzesła, prawda?
- Z największą pewnością zrobiłbym to – poinformował Snape wyniośle bachora. – Czy kiedykolwiek nie dotrzymałem słowa?
- Ale… - Harry zaczął protestować, dla formalności, ponieważ pomyślał, że jego tyłek przyklejony do krzesła to w rzeczywistości łagodna kara, w porównaniu z karami, które Dursleyowie często stosowali w takim samym wypadku, ale potem uderzył w niego ten pomysł, a jego głos zamarł.
Snape patrzył na chłopaka z takim samym niepokojem. Mały potwór, teraz prawdopodobnie obżarty lodami, zaczął o czymś skomleć, po czym ucichnął, a jego oczy skoncentrowały się na czymś wewnętrznym. Czy groźba Snape’a przywołała jakąś straszną zbrodnię, którą popełnili Dursleyowie? Próbował wyobrazić sobie, co mogliby zrobić, skoro grożenie Zaklęciem Przylepca mogło wywołać… Może zmusili go do siedzenia na krześle przez godziny lub dni, nie pozwalając mu wstać, by załatwić podstawowe potrzeby? Może przywiązali go w miejscu za pomocą czegoś mugolskiego? Może… Snape dostrzegł, że wykrzywił łyżeczkę i teraz Harry patrzy na niego ze zdziwieniem.
Umysł Harry’ego pracował szybko. Zaklęcie Klejące! Oczywiście! To było to. Przez kilka dni razem z przyjaciółmi próbowali wymyślić, w jaki sposób zdjąć turban Quirrella, ale wpadli na tylko kilka głupich pomysłów, które nawet Ron uznał za naciągane – latające haki, przekupienie Irytka i tego typu rzeczy. Ale Quirrell był w Ambulatorium, co oznaczało, że musi być w łóżku, choć słyszeli od Puchona, który musiał zobaczyć się z panią Pomfrey z powodu opacznej klątwy, że mężczyzna nadal miał na sobie turban, nawet w tych okolicznościach. Mimo to, gdyby przykleili turban do jego łóżka, a następnie zdołaliby zmusić go do zerwania się… Harry wyszczerzył się do siebie. To mogłoby zadziałać!
Teraz jedyne, co potrzebował zrobić było poproszenie profesora, by nauczył go tego zaklęcia. Odwrócił się do mężczyzny i dostrzegł najbardziej przerażające groźne spojrzenie na jego twarzy, a łyżeczka w jego ręce była skręcona niczym precel. Harry przełknął. Czy to on sprowokował mężczyznę?
- Przepraszam – powiedział automatycznie, po czym skulił się bardziej na krześle, gdy nowy skurcz wściekłości przeszedł przez oblicze mężczyzny.
Snape’owi ledwo udało się powstrzymać przed rzuceniem łyżeczki w ścianę. Nadal przepraszał! Zawsze zakładał, że to jego wina! Te mugolskie dranie zdecydowanie musiały za to odpowiedzieć. Uspokoił się, myśląc o tym, jaka była reakcja Huncwotów, gdy opowiedział im tę historię. Remus leniwie zaczął się zastanawiać, co zrobiliby Dursleyowie, gdyby wygrali wycieczkę do Rumunii i czy treserzy smoków nie mięli braków w pożywieniu dla swoich podopiecznych. Syriusz odparował, sugerując, że w naprawdę głębokich lasach Transylwanii, były rzeczy, których bały się nawet smoki, nie wspominając o tym, że wilkołaki mogły biegać wolno po tych lasach, a oczywiście smoki, jako stworzenia nieba, mogły pojawić się tam, gdzie były najmniej oczekiwane, zwłaszcza jeśli zmotywowany młody trener smoków pokazał im drogę. Remus wyglądał na intensywnie zamyślonego i wspomniał, że mugole zaczną myśleć o Transylwanii jako o nowym modnym kurorcie wypoczynkowym.
W tym czasie Snape przypomniał im, że nie ma zamiaru puścić tego mugolom tak łatwo i pomysł został oddalony, ale teraz zastanawiał się, czy to nie było zbyt pochopne. Bycie pokiereszowanym przez wilkołaka, a potem spalonym przez smoka brzmiało coraz bardziej atrakcyjnie.
- Nie masz za co przepraszać – warknął na chłopaka, sięgając do niego i raczej szorstko starł rozmazane na jego twarzy lody. Nie chciał przyznać, że musiał dotknąć dzieciaka dla własnej otuchy. Zrobił to tylko dlatego, że zmęczył go widok sosu czekoladowego, który zdawał się przykrywać rysy bachora.
Harry zniósł łagodną troskę mężczyzny, zwalczając własne poczucie zachwytu. Już dawno zrozumiał, że jakkolwiek ciotka Petunia mogła robić zamieszanie wokół Dudleya, ocierając mu brodę, tnąc mięso i całując jego kuku, nigdy nie będzie traktowany tak samo. Ale teraz… Okej, nie było szans, by zaakceptował całowanie zranień (cóż, poza ciocią Molly) czy krojenia mięsa, ale jeśli profesor chciał ukryć opiekuńczy gest pod zrzędliwym monologiem o „niechlujnych małych dzieciakach”, był bardziej niż chętny, by to tolerować.
Zrobił to, co do niego należało i wykręcił się – i tak czekając, aż uznał, że profesor niemal skończył, - i zaprotestował.
- Profesorze! Mam jedenaście lat! Nie jestem dzieckiem!
- Gdybyś prawidłowo używał swojej serwetki, to nie byłbyś obiektem takiego upokorzenia – odparował nieskruszony Snape. – I powiedz, co takiego w naszej rozmowie sprawiło, że tak się zdenerwowałeś?
Harry zamrugał. Zdenerwowało jego?
- Eee, nie jestem pewny, o co panu chodzi – odparł zmieszany.
Snape zacisnął zęby. Oczywiście chłopak był w zbyt wielkim szoku, by rozmawiać o tym incydencie. Lub może miał tylko moment dysocjacyjny i naprawdę nie pamiętał? Albo po prostu był zbyt zakłopotany, by ujawnić, jak nędznie był traktowany. Będzie doskonale pamiętał gorący wstyd, który czuł na myśl, że ktoś zobaczy jego ślady po uderzeniu i rany. Często znosił kilka początkowych dni każdego semestru w agonii, siedząc samotnie na zajęciach, z obandażowanym tyłkiem zamiast przyznać Poppy prawdę, żeby zostać wyleczonym.
- Potter, musisz się nauczyć, że to, jak traktowali cię krewni było przerażające i nienaturalne. Nie masz powodu, by wstydzić się tego, co się stało.
Harry marszczył brwi.
- Okeeeeej – zgodził się powoli.
- Nie staraj się mnie uspokoić, Potter! – Snape zaczerwienił się, na  nowo oburzony automatycznym przytaknięciem bachora. – Masz mi powiedzieć, co cię tak zdenerwowało, kiedy wspomniałem o zaklęciu Przylepca.
- Och! – Oczy Harry’ego pojaśniały zrozumieniem. – Nie byłem zdenerwowany, profesorze. Po prostu myślałem, że… - Nagle zdał sobie sprawę, że raczej nie może powiedzieć profesorowi o ich planach zbadania Tajemnicy Turbanu Quirrella; musiał poczekać, aż rozwiążą ją, a potem będzie miał wiele ciekawych tematów do dyskusji z mężczyzną. -… eee, że to dobre zaklęcie, które można użyć podczas pojedynku.
Snape zamrugał raz, po czym ponownie.
- Och?
- Tak! – Teraz, gdy o tym myślał Harry przekonał się do tego pomysłu. – Znaczy, jeśli przykleisz nogi swojego przeciwnika, nie będzie mógł odskoczyć, prawda?
- Doskonały pomysł – przyznał Snape, będąc pod cichym wrażeniem. Może te dodatkowe lekcje naprawdę się opłacały.
Harry posłał mu chytre spojrzenie.
- To było bystre, prawda?
Teraz Snape był nawet bardziej zaskoczony – bachor rzeczywiście zwracał na niego uwagę?
- Tak sądzę – przyznał bez przemyślenia. Nie byłoby dobrze, gdyby pozwolił małemu potworowi pysznić się tym. – Choć raczej nie będziesz oczekiwać – czy chcieć – otrzymać czekoladową żabę zaraz po tym, jak zjadłeś tą górę lodów.
- Nie, w porządku – zgodził się Harry, - ale zamiast tego mógłby mi pan pokazać to zaklęcie?
Snape rozważył to. Zaklęcie miało ogromny potencjał bycia użytym dla psoty, ale Harry nie wykazywał żyłki żartownisia, ani też nie był obecnie uwikłany jakiekolwiek nieletnie zemsty… I chłopak zasługiwał na nagrodę – nie żeby Snape miał zamiast to przyznać przed samym sobą.
- Och, no dobrze – mruknął, dla prywatności rzucając Muffliato. – A teraz, obserwuj mnie uważnie… - Zademonstrował zaklęcie, nieco zbity z tropu przez błyszczące oczy chłopaka, kiedy ten obserwował go z prawie niepokojącą koncentracją. Snape zwalczył swoje zastrzeżenia. Mimo wszystko było to tylko zaklęcie Przylepca – nawet Potterowi będzie ciężko wpaść w kłopoty przez coś tak łagodnego.

CDN…

Czekam na 6 komentarzy z waszej strony :D Już zaczęłam tłumaczyć kolejny rozdział, więc im szybciej wam się to uda, tym szybciej będzie rozdział ^^

Strona FB - Zapraszam

środa, 18 stycznia 2017

Zwyczajniejsze Święta


Autorka: ObsidianEmbrace
Zgoda: Wysłana, jednak w międzyczasie autorka usunęła konto z ff.net; tekst udało mi się wcześniej ściągnąć z archiveofourown.org
Streszczenie: Harry i Syriusz razem ozdabiają dom na pierwsze Święta.
Notka: Akcja dzieje się podczas innego tekstu autorki, jednak nie zamierzam go tłumaczyć, gdyż jest nieskończony. Harry ma pięć lat i mieszka z Syriuszem.

24 Grudnia 1985
Syriusz patrzył z uśmiechem, jak jego chrześniak wyciąga kolejną ozdobę z gniazdka zrobionego z delikatnego pergaminu. Harry zbadał obracającą się szklaną kulkę, trzymając ją w dłoniach. Jego oczy śledziły złote wzory wirujące na jej powierzchni.
- Piękna, prawda?
Harry spojrzał w górę i skinął głową, a jego twarz roztopiła się w uśmiechu. Podał mu ją w milczeniu, tak jak każdą inną ozdobę.
- Jesteś pewien, że nie chcesz jej zawiesić? – zapytał Syriusz. Harry potrząsnął głową. – Nie zbijesz jej. – Ale Harry dalej wyciągał w jego stronę ozdobę, więc Syriusz zabrał ją i zawiesił na jednej z niższych gałęzi. Złoto zabłyszczało, gdy wzory wiły się po szkle.
- Twoja mama nauczyła mnie tego zaklęcia – powiedział Syriusz. Harry spojrzał na niego. – Była bardzo mądra.
Uśmiech poszerzył się trochę i Harry odwrócił wzrok z powrotem na ozdobę.
- Jest piękna – oświadczył cicho, obserwując ją przez chwilę, zanim z powrotem zanurzył rękę do pudełka. – Wow – odetchnął Harry, gdy jego uwaga padła na kolejną dekorację, którą odkrył.
- Co znalazłeś? – zapyta Syriusz, pochylając się.
- To lew! – Harry uniósł ozdobę za pętelkę, pokazując ją Syriuszowi. Syriusz wziął zaskoczony oddech i natychmiast smutek i radość zawalczyły o miejsce na jego twarzy. Żaden nie wygrał i Syriusz musiał przełknąć, gdy sięgnął palcem, by pogładzić gładką grzywę.
- Tak – powiedział cicho; nie wiedział, że Albus włożył go do przesłanego pudełka z ozdobami.
Harry podniósł wzrok. Syriusz odchrząknął, a smutek zgromadził się w nim ponownie. Przebiegł palcami po policzku Harry’ego, wyobrażając sobie, że może w tym małym chłopcu poczuć Jamesa i Lily. – Twój tata zrobił go dla twojej mamy – wyjaśnił.
Oczy Harry’ego pojaśniały. Szybko odwrócił wzrok z powrotem na lwa.
- Naprawdę?
- Tak – powiedział Syriusz. – Pracował nad nim przez kilka tygodni. – Uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie ogromny uśmiech Lily, kiedy jej go zaprezentował. – Uwielbiała go.
Harry trzymał teraz ozdobę w obu rękach, przyciągając ją bliżej do piersi. Spojrzał szybko na szczyt drzewka, po czym przygryzł wargę, ponownie zerkając na lwa.
- Twoja mama zawsze lubiła dawać go na samą górę.
Harry zerknął na Syriusza, łapiąc nerwowo dolną wargę między zęby.
- Nie jestem pewny, czy dam radę tam sięgnąć – dodał Syriusz. – Ale… - Spojrzał na drzewko, udając, że nad tym naprawdę rozmyśla. – Założę się… jeśli uniosę cię…
- Mógłbym dosięgnąć? – wypalił Harry tak szybko przez podekscytowanie, że Syriusz niemal go nie zrozumiał. Jednak przytaknął, na moment zatrzymując śmiech.
- Chciałbyś spróbować?
Harry pokiwał głową i Syriusz uwalniając chichot, chwycił go. Harry przytulił ozdóbkę, podczas gdy Syriusz uniósł go do góry.
- Teraz? – zapytał niepewnie.
- Umiesz dosięgnąć tamtą gałązkę?
Harry skoncentrował się, jego oczy były szeroko otwarte, gdy wyciągał rękę, ściskając sznurek między kciukiem a palcem wskazującym.
- Mogę sięgnąć! – zatriumfował.
Syriusz uśmiechnął się szeroko.
- Wiedziałem, że będziesz w stanie to zrobić!
Harry rozpromienił się, gdy lew zakołysał się na swojej wysokiej gałązce. A potem jego oczy stały się okrągłe, gdy lew otworzył swoje złote usta i cicho zaryczał.
- On… on zaryczał!
Syriusz zaśmiał się, gdy Harry uczepił się jego szyi i usiadł na jego ramieniu, patrząc na lwa.
 - Twój tata zaczarował go, by robił tak, gdy wisi.
Lew zaryczał ponownie, a Harry zaśmiał się. Ten dźwięk ogrzał serce Syriusza. W duchu podziękował Albusowi za ten dar.


wtorek, 10 stycznia 2017

To tylko włosy

Miniaturka napisana pod wpływem chwili, także nie miejcie mi za złe błędów, czy to logicznych czy rzeczowych ;)

Nieco zdenerwowany odrzucił na plecy długie niemal do pasa włosy, podążając za spieszącym się Lupinem. Wizyta u matki Lily nie była niczym przyjemnym, ale oboje wiedzieli, że w ten sposób pomogli przyjaciółce uporać się z tym, że jej matka umiera. Kobieta już od jakiegoś czasu chorowała na raka trzustki i zdawało się, że nie zostało jej już wiele czasu.
Lily starała się być w szpitalu każdego dnia, od kiedy zaczęły się wakacje po szóstym roku, ale dzisiaj pierwszy raz zabrała ze sobą swojego chłopaka – Jamesa, oraz jego przyjaciół – Syriusza i Remusa. Za dwa tygodnie zaczynał się kolejny rok szkolny i chciała, żeby podczas tych ostatnich regularnych wizyt u matki był z nią ktoś, kto choćby uśmiechnie się do niej i odgoni łzy, które same cisnęły się do oczu za każdym razem, gdy spoglądała na kobietę. Widziała, że na początku chłopcy są dość mocno zszokowani realiami mugolskiego szpitala, jednak nie byliby sobą, gdyby po chwili nie przyzwyczaili się i nie zaczęli żartować z jej mamą. Widziała doskonale, że kobiecie to pomaga i jest szczęśliwa z powodu tego, że jej córka ma tak fantastycznych przyjaciół.
Gdy skończył się czas odwiedzin, Syriusz i Remus wyszli pierwsi, dając parze czas na pożegnanie z panią Evans. Postanowili, że wrócą do domu Jamesa i tam poczekają na pozostałą dwójkę. Szli teraz korytarzem, gdzie mieścił się oddział onkologii dziecięcej. Syriusz, jak to Syriusz, nie miał zamiaru nadkładać drogi do wind i iść okrężną drogą, a jako że na korytarzu nie było wiele osób, Remus zgodził się na skrócenie trasy.
Właśnie przechodzili obok jednego z pokoi, gdzie za szklanymi drzwiami znajdowały się dwa łóżka, gdy wyjrzała z niego dziewczynka, na oko dziesięcioletnia i zerknęła na nich ciekawie. Black przeszedł koło niej szybko, jednak jej słowa sprawiły, że zatrzymał się niepewnie.
- Mamo, widziałaś? Jakie on ma śliczne włosy! – pisnęła dziesięciolatka, a z jej pokoju wyjrzała około trzydziestopięcioletnia kobieta, o bardzo krótko ściętych, płowych włosach i zmęczonym uśmiechu. Syriusz miał ochotę iść dalej, za oddalającym się Remusem, jednak coś mu na to nie pozwoliło. Spojrzał na dziewczynkę i uśmiechnął się niepewnie.
Mała miała na sobie szpitalne ubranie i bezwątpienia była pacjentką. Jej skóra była nieco blada, oczy koloru letniego nieba, a na jej głowie została zawiązana kolorowa apaszka. Spojrzała na niego zauroczonym  wzrokiem, jednocześnie wyglądając na nieco niepewną.
- Mogę dotknąć? – spytała, patrząc na jego włosy. Nie ścinał ich nigdy, na złość rodzicom, którzy zawsze uważali, że prawdziwy arystokrata powinien dobrze wyglądać, nie ważne, że długie włosy dodawały mu pewnego uroku. Miał je do pasa i często lubił spinać czarną wstążką, którą Lupin złośliwie wiązał w słodką kokardkę, gdy tylko Syriusz nie zdawał sobie z tego sprawy.
Ukląkł przed dziewczynką i spojrzał na nią zachęcająco. Gdy podeszła i przejechała maleńką dłonią po miękkich pasmach, uśmiechnął się do niej szeroko.
- Też kiedyś miałam włosy – powiedziała cicho, wplatając delikatnie palce w ciemne kosmki. – Miałam takie jak mama, blond, ale teraz już nie mam. Mama też swoje ścięła, żeby mi nie było przykro. Ale zawsze chciałam mieć takie czarne, jak ty.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko lekko uniósł wargi w uśmiechu. Dziewczynka odsunęła się i westchnęła.
- Dzięki – powiedziała i szybko czmychnęła do pokoju.
Syriusz podniósł się z klęczek i spojrzał na mamę pacjentki, która patrzyła na niego ze smutkiem.
- Lucy zachorowała na raka, gdy miała siedem lat. Od trzech lat niemal mieszka w szpitalu, bo niestety póki co jej stan się nie poprawia.
- Przykro mi – mruknął, spuszczając wzrok na podłogę.
- Zawsze marzyła o tym, że jak dorośnie to będzie miała piękne włosy i zostanie modelką. Gdy po chemii powypadały jej wszystkie włosy, chcieliśmy jej kupić perukę, ale mówiła, że te wszystkie sztuczne nie są ładne, a te z naturalnych włosów nigdy nie miały tego czegoś, co by jej się sposóbało.
- Moje włosy się jej spodobały.
- Nie myślałeś kiedyś… by oddać włosy? – zerknęła na niego z wahaniem. - Żeby zrobić z nich perukę dla dzieci z nowotworem?
- Nie ja… - spojrzał na nią niepewnie. – Mogę jej oddać włosy?
- Tak, jeśli tego chcesz.
Black przygryzł lekko wargę, zastanawiając się nad tym, ale gdy tylko spojrzał na dziewczynkę, która w pokoju przeczesywała dłonią włosy lalki, podjął decyzję.
- Gdzie mógłbym je oddać?
Kobieta spojrzała na niego tak, jakby miała się zaraz rozpłakać.
- Jeśli chcesz to ci pokarzę.
^^^
Przeczesał dłonią krótkie włosy, które układały się na jego głowę w zawadiacką fryzurę. Z przodu nieco sterczały, a po bokach i z tyłu układały się ładnie, okalając jego twarz. Uśmiechnął się lekko do lustra, a potem do fryzjerki, która wyglądała na dumną z siebie.
- Gotowe. Jak się podoba?
- Jest świetnie – wyszczerzył się, po czym zerknął na długie kosmyki włosów, które jakaś kobieta pakowała. Powstanie z nich peruka, specjalnie dla małej Lucy. Westchnął cicho i po raz ostatni podziękował fryzjerce, pożegnał się i wyszedł.
^^^
Wytrzymał tylko tydzień. Nigdy nie należał do osób cierpliwych i mimo że ogólnie na oddział dziecięcy wstęp był raczej utrudniony, udało mu się przemknąć przed pielęgniarką i dotrzeć do pokoju, gdzie leżała Lucy Tollens. Stanął przy szklanych drzwiach i zerknął do pomieszczenia. Naścienne półki wypełnione były różnego rodzaju pluszakami, zabawkami i innymi pierdółkami. Niemal każdy centymetr ściany pokryty był dziecięcymi rysunkami i malunkami, które przedstawiały morze, góry, jakiś ludzików, które wyglądały jak nieco grubsze patyczaki.
Lucy siedziała w łóżku. Kołdra, ubrana w poszewkę przedstawiającą jakąś bajkową księżniczkę, była skopana w nogi posłania, a jednak z mniejszych poduszek leżała na ziemi. W pokoju, oprócz dziewczynki i jej rodziców, siedziała jeszcze inna małolata. Zdawało się, że jest w wieku Lucy i trajkotała z koleżanką jakby ktoś jej za to płacił. Syriusz stał przez chwilę, wpatrując się w pannę Tollens, której okrągłą twarzyczkę okalały czarne włosy, które tydzień temu oddał fryzjerce. Wyglądała kwitnąco. Zdawało się, że ta drobna zmiana w jej życiu sprawiła, że wszystko stało się jakieś lepsze. Miał wrażenie, że nie jest już taka blada, że jej błękitne oczy błyszczą trochę mocniej, a uśmiech jest odrobinę szerszy. I to właśnie wtedy poczuł, że coś się zmienia w jego życiu. Nie było już takim bezsensem, przeciwnie, jego życie poprawiło życie kogoś innego. Pewnego rodzaju duma zalała jego pierś, sprawiając, że przez moment zaparło mu to dech w płucach.
Już miał odwrócić się i odejść, wrócić do przyjaciół, którzy przecież na niego czekali, gdy Lucy podniosła wzrok, który natychmiast padł na jego krótkie włosy. Jej oczy rozszerzyły się, gdy zrozumiała, co chłopak dla niej zrobił. Ze łzami w oczach koloru nieba, podniosła się i podbiegła do niego, rzucając mu się na szyję. Schowała twarz w jego ramieniu, raz za razem powtarzając podziękowanie.
- Nie ma za co. To tylko włosy – posłał jej półuśmiech, na co ona wyszczerzyła się szeroko.
- Jak się nazywasz? – spytała szybko, a jej oczy zdawały się przewiercać jego duszę.
- Syriusz, ale ja już muszę… - przerwał, widząc jak jej tęczówki tracą część niezwykłego blasku. – Choć może jeszcze mam kilka minut – powiedział zamiast tego i zaśmiał cicho, gdy dziewczynka pociągnęła go w głąb pokoju i przedstawiła go swojej koleżance.
^^^
Odwiedzanie Lucy stało się dla niego czymś w rodzaju rytuału. Przychodził codziennie, patrząc, jak jego mała koleżanka zachwyca się jego włosami. Siadał przy jej łóżku, w pokoju zbierały się też inne dzieci z oddziału i zwyczajnie się z nimi bawił. Z ciekawością poznawał mugolską technologię i pozawalał dzieciakom ogrywać się w karty czy inne gry.
Jednak przychodził głównie dla Lucy. Gdy patrzyła na niego pomiędzy czarną grzywką, czuł niezwykłe szczęście i zadowolenie, że to właśnie jemu udało się polepszyć życie i to w tak banalny sposób, jakim było oddanie swoich włosów.
Nawet gdy zaczął się rok szkolny, wymykał się w każdy weekend z zamku, by spotkać się z małą przyjaciółką. Zdawała się promienieć za każdym razem, gdy wchodził do jej pokoju i Syriusz miał wrażenie, że tylko na niego patrzy w ten sposób. Uwielbiał to, że powodował u niej radość samą obecnością i tylko to mógł jej dać.
Była bardzo chora, wiedział o tym. Czasem w trakcie zabawy wzdychała cicho i krzywiła się, gdy nie mogła wykrzesać energii na dalszą rozmowę. Wspierał ją, jak tylko mógł, ponieważ była jego małą przyjaciółeczką i pokochał to, w jaki sposób na niego patrzyła.
Podczas paru miesięcy, gdy wkradał się na oddział, kilka razy przyłapały go pielęgniarki. Za pierwszym kazały mu wyjść, gdyż wstęp miała tylko rodzina, jednak gdy nie dał się spławiać, pozwoliły mu przebywać na oddziale, szczególnie dlatego, że dzieci uwielbiały jego towarzystwo. Był otwarty i zabawny, nie bał się nowych znajomości i potrafił doprowadzić człowieka do łez rozbawienia. Udało mu się to nawet z ponurą przełożoną pielęgniarek i chyba dzięki temu zyskał sobie sprzymierzeńców wśród całego personelu.
^^^
- Za niedługo święta – szepnęła Lucy, patrząc na kalendarzyk powieszony na ścianie. Syriusz podążył za jej spojrzeniem i skrzywił się lekko, gdy dostrzegł kolejną chemię zaznaczoną na jednym z kwadracików.
- Tak. Nie mam nawet pomysłu, co mam dać przyjaciołom… A ty co byś chciała?
- Ja? – zamyśliła się nieco. – Chciałabym spędzić spokojne święta, nic więcej.
Skinął głową i dopiero po chwili ponowił temat.
- A może coś materialnego? – spojrzał na nią z błyskiem rozbawienia w oczach, na co dziewczynka zaśmiała się cicho.
- Może kolejnego pluszaka?
Syriusz spojrzał na półkę wypełnioną różnymi pieskami, słonikami, kotkami i różnymi innymi. Nie było tam tylko misiów. Bo misie były zbyt nudne.
- A gdzie miałabyś go zmieścić?
- Spałby ze mną – uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła ramionami. – No chyba że z pluszakiem kupisz mi jeszcze półkę.
Black parsknął cicho i pokręcił głową z rozbawieniem.
- Nie wiem, czy mnie na to stać – zaśmiał się, zerkając w jej błyszczące błękitem oczy, które miały tak inny kolor od szarego, jesiennego nieba, rozciągającego się nad światem.
- Wiesz… Ostatnio pytałam Wiki, co ona chce na święta. Wiesz, co odpowiedziała? Nadzieję. I pomyślałam, że poproszę cię o przysługę.
- Mnie? Co miałbym zrobić, by dać jej nadzieję?
- Mógłbyś jeszcze raz ściąć włosy? Już są dość długie. To byłby chyba wspaniały prezent. Od ciebie i ode mnie.
Syriusz uśmiechnął się, przeczesując swoje kudły dłonią. Sięgały ramion, ale jeśli zażyje kilka eliksirów na porost włosów, z pewnością do świąt zdążą urosnąć jeszcze bardziej.
- Myślę, że da się zrobić.
^^^
Tydzień przed świętami Syriusz ponownie wymknął się z zamku, by dostać się do szpitala. Miał zostać w szkole na ferie świąteczne, a jako że jego przyjaciele byli zajęci sobą, nie powinni zobaczyć jego zniknięcia.
Gdy tylko dotarł na oddział, coś powiedziało mu, że jest inaczej. Dzieciaki wiedziały, że wpada tu w weekendy i zazwyczaj czekały na jego zaraźliwy uśmiech i zabawne żarty. Tego dnia na korytarzu była pustka. Idąc, przebiegał wzrokiem po postaciach namalowanych na ścianach i zdawało mu się, że są jakieś smutniejsze niż zazwyczaj.
Stanął przed szklanymi drzwiami pokoju Lucy, a jego serce zatrzymało się na moment. Była blada, otoczona dziwnymi urządzeniami, które sprawiały tylko, że wydawała się jeszcze drobniejsza niż była w rzeczywistości. Tylko jej otwarte letnie oczy i unosząca się pierś upewniły go, że jeszcze żyje. Wszedł niepewnie do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Do jego nozdrzy wdarł się nieistniejący zapach, który zdawał się być odorem śmierci, która czaiła się na dnie oczu dziewczynki. Uśmiechnęła się do niego słabo, więc podszedł bliżej, siadając na brzegu łóżka.
- Hej – szepnął, dotykając jej chłodnej dłoni.
- Cześć – wychrypiała.
- Gdzie twoi rodzice?
- Poszli się napić kawy. Mama ledwo trzyma się na nogach.
- Widzę, że z tobą nie jest lepiej – mruknął miękko, gładząc kciukiem jej rękę.
- Chyba nie – przyznała i westchnęła cicho. – Przyszedłeś, by ściąć włosy?
- Tak. Pamiętasz, że wspólnie mamy je dać Wiki, prawda?
- Mięliśmy – poprawiła go łagodnie. Jej ton sprawił, że coś w Syriuszu szarpnęło się w sprzeciwie. Nie był pewny, co, ale stłumił w sobie ten odruch i uśmiechnął się pocieszająco.
- Jak się czujesz?
- Nienajgorzej – mruknęła i przecząc samej sobie zamknęła na moment oczy, nabierając siły.
- Lucy…
- Dziękuję – szepnęła, zerkając na niego słabo. Widać było, że ta krótka rozmowa wykończyła ją niemal doszczętnie.
- Za co?
- Wiesz, za co – uśmiechnęła się lekko i uniosła dłoń, dotykając kosmków swojej peruki.
- Daj spokój – mruknął. – To tylko włosy.
- Nie – westchnęła łagodnie. – To coś więcej. Nadzieja, pamiętasz? I namiastka normalności. Kochałam to, że mogę je codziennie czesać i zaplatać w warkocze. Są najlepszym darem, jaki mogłam otrzymać – spojrzała mu prosto w oczy, a chłopak poczuł, jak jego serce drga, a w gardle tworzy się nieprzyjemna gula. – Wiesz, że umieram, prawda? Lekarze powiedzieli to moim rodzicom. A ja nie chcę jeszcze umierać.
- Nikt nie chce.
- Nie chodzi o to, że boję się śmierci. Chciałabym przeżyć jeszcze tyle rzeczy, ale w szczególności jedną. Miałam dom, wspaniałą rodzinę, zakochałam się… - rzuciła mu przepraszające spojrzenie. – Marzy mi się jeszcze tylko to jedno. Chciałabym poczuć, jak to jest się całować.
- Masz dziesięć lat! – wykrzyknął cicho, na co ona uśmiechnęła się z lekką goryczą.
- I więcej mieć nie będę.
Patrzył na nią przez moment w milczeniu, starając się zapanować nad rosnącym uciskiem w gardle. Pochylił się i delikatnie musnął jej spierzchnięte usta swoimi, przez jedną sekundę, nie dłużej, jednak zdawało się, że przed oczami przeleciało mu całe jego życie. Uśmiechnęła się do niego, gdy wstał.
- Żegnaj, Lucy – szepnął, a ona pokiwała lekko głową, na której układały się miękko włosy, które kiedyś należały do niego.
- Żegnaj. Może jeszcze kiedyś się spotkamy. Za jakiś długi czas.
Przytaknął. W milczeniu ruszył do przezroczystych drzwi, za którymi stali rodzice dziewczynki. Pomachał jej jeszcze lekko dłonią i wyszedł. Tollensowie rzucili mu jeszcze pełne wdzięczności spojrzenia, nim ruszył korytarzem, kierując się do salonu fryzjerskiego, gdzie miał oddać przydługie kosmyki włosów. Jednak nie dotarł tam zbyt szybko.
Za każdym krokiem jego gardło ściskało się coraz bardziej, aż nie był w stanie tego wytrzymać. Wszedł do pustej łazienki, przykucnął przy ścianie, ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał cicho, wiedząc, że już nigdy więcej nie zobaczy swojej maleńkiej przyjaciółki.
^^^
Lucy umarła dzień przed świętami. Czuł, gdy umarła, gdy jej serduszko przestało bić. Jego własne ścisnęło się wtedy z bólu, jakby cząstka dziewczynki, która miała tam swoje miejsce, została z niego brutalnie wyrwana.
Mimo że bolało, w wigilię poszedł na oddział, gdzie podarował smutnej Wiki perukę, zrobioną z części jego samego. Uśmiechnęła się do niego, dała mu maleńką paczuszkę, jednak gdy poprosiła, by został na chwilę, odmówił i ruszył w powrotną drogę do Hogwartu.
Przechodząc obok pokoju Lucy, zobaczył, jak jej rodzice zdejmują z szafek pluszaki, a ze ścian rysunki, pakując je do niedużych pudełek. Myślał, że ponownie poczuje ukłucie w piersi, jednak wypełniała go tylko pełna rozgoryczenia pustka, która pozostała po jej śmierci.

Na pogrzeb nie poszedł, a przynajmniej na początku miał nie iść. Koniec końców, stanął przez chwilę nad małym kopczykiem ziemi, czując, jak w jego ponownie krótkie włosy wpadają białe płatki śniegu. Z cmentarza wyszedł szybko, gdy przygnębienie było już nieznośne i obiecał, że to była ostania rzecz, jaką dla niej po sobie zostawił. Ostatni uśmiechnięty pluszowy pies, który wkrótce zniknął pod warstwą mokrego puchu, otoczony kwiatami, które i tak nie miały rozkwitnąć.
^^^
Proszę o komentarze ;)

niedziela, 8 stycznia 2017

NDH - Rozdział 27

Wybaczcie za błędy, które mogą pojawić się w tekście, ale dopiero w połowie rozdziału zorientowałam się, że szlaban dostały "dwie Ślizgonki", a nie "dwaj Ślizgoni". Starałam się to poprawić, ale obawiam się, że mogłam coś pominąć. Gdybyście zauważyli jakiś błąd w odmianie, poinformujcie w komentarzu ;)


Snape zmierzył wściekłym spojrzeniem szarą, kamienną ścianę klasy w lochach, i rozważał uderzenie w nią głową. Bardzo wbrew swojej woli, spędzał ten wieczór, nadzorując Harry'ego, Hermionę i Rona, wraz z dwoma małymi wężami, które zdołały zarobić szlaban ze Sprout. (Od Sprout! Co one sobie myślały? Wściekły Snape dał każdej drugi szlaban za to, że były tak nieudolne, by rozwścieczyć zwykle spokojną profesor zielarstwa. Jaki Ślizgon nie potrafił poradzić sobie z Puchonem, na litość Merlina? Cóż, dwa wieczory przepisywania w kółko zdania "Ślizgoni nie są cymbałami" powinny pomóc im przypomnieć, że ich Dom szczyci się tym, że jest w stanie przechytrzyć resztę szkoły. Jeśli nie umiały nawet poradzić sobie z Opiekunką Puchonów, zasługiwały na każdą klątwę, którą wysłali w ich stronę inni Ślizgoni).
Normalnie kazałby Ślizgonkom szorować kociołki, ale trudno byłoby to zrobić, gdy trójka Gryfonów siedziała przy pobliskich biurkach i pracowała nad swoimi esejami. Więc zamiast tego całą piątka pracowicie notowała, a Snape musiał samodzielnie rzucić zaklęcia czyszczące na kociołki. Jakby nie miał lepszych rzeczy do roboty! To wszystko wina Pottera.
I Minervy. Zwróciła uwagę, że dla Trio bycie ograniczonym tylko do pokoju wspólnego, gdzie byli ich przyjaciele, nie było zbyt uciążliwą karą, ani nie sprzyjało to pisaniu karnych esejów. A ponieważ ani Granger, ani Weasley nie mieli dostępu do prywatnych sypialni, w taki sposób, jak Potter - choć sypialnia Pottera (przezAlbusa) była tak wypełniona zabawkami, że to miejsce nie karało bardziej niż pokój wspólny – jedynym sensownym pomysłem było to, by trzej uczniowie spędzali czas, w którym mieli być nadzorowali, pod nadzorem profesora. I, powiedziała McGonagall ze stalowym błyskiem w oku, ponieważ ona spędziła już z nimi trzy wieczory, teraz była jego kolej.
Na próżno protestował, twierdząc, że są przecież w jej Domu. Puściła to mimo uszu i punktualnie o siódmej trójka łachudrów stanęła w jego progu. Jego dwa wężyki przyszły zaraz po nich i – ku irytacji Snape’a, - wyraźnie im ulżyło, gdy zauważyli obecność Gryfonów, dobrze wiedząc, że ich Opiekun Domu nie będzie nawet w połowie tak uszczypliwy w obelgach, gdy w zasięgu słuchu będą jacyś nie-Ślizgoni.
Jednak nie docenili jego groźnego syku i zanim wysłał je do biurek, sprawił, że zrobiły się popielate i spociły się przez jego wykład prowadzony niskim głosem na temat tego, co by się stało, gdyby kiedykolwiek ponownie były na tyle głupie, by nie wywiązywać się z wartości, które ich Dom posiada. Jednak teraz, godzinę później, wykazywały jaką młodzież ma odporność i zaczęły zerkać znad swoich papierów i wymieniać mrugnięcia i ostrożne sygnały z Gryfonami.
Snape znów miał ochotę walnąć głową o ścianę. Jego Ślizgoni byli zdeprawowani przez te cholerne lwy. Normalnie Ślizgoni byli albo zbyt nadąsani przez to, że zostali ukarani albo zbyt zakłopotani tym, że byli złapani, by robić na szlabanie coś poza przydzielonym zadaniem. Pragnęli, by ich kara się skończyła i by mogli uciec, udając, że ta sytuacja nigdy nie miała miejsca.
Natomiast Gryfoni (prawdopodobnie dlatego, że otrzymywali dużo więcej szlabanów, pomyślał kwaśno Snape) zdawali się patrzeć na to, jak na społeczną okazję. Te cholerne lwy najwyraźniej nie uważały nadzoru za wstydliwe upokorzenie i posyłali jego wężom współczujące spojrzenia oraz zabawne miny, próbując rozweselić ponure drugoroczne.
Ku wielkiej irytacji Snape’a to działało i zamiast przedstawiać sobą ponure okazy nędzy, jego uczennice tłumiły teraz chichot. Nawet Snape musiał przyznać, że zdolność Weasleya do jednoczesnego robienia zeza, poruszania uszami i wywijania języka prowadziła do… niezwykłej… ekspresji. Mimo tego, lochy były jego i uczniowie mięli w nich cierpieć.
Mocno uderzył dłonią o biurko, a studenci podskoczyli i zbledli.
- Ktoś uważa karę za coś zabawnego? – zapytał jedwabiście. – Cokolwiek?
Do jego uszu dotarł chórek głosów, mówiących: „Nie, proszę pana” i zanim wrócił do pracy, posłał dzieciakom wściekłe spojrzenie. Poczuł zadowolenie, gdy usłyszał, że jedna Ślizgonka zachlipał cicho z przerażenia, po czym wróciła do swojego papieru, ale jego zadowolenie było krótkotrwałe.
- Nie martw się – usłyszał szept Harry’ego – dzieciak nie miał w sobie ani odrobiny chytrości. – Wiem, że to, co mówi brzmi podle, ale on jest naprawdę miły. Przysięgam – upierał się, oczywiście zyskując tym niedowierzające spojrzenia Ślizgonek. – Nawet jego klapsy nie bolą. Cóż, nie bardzo, w każdym razie. Nie zrobi wam nic, oprócz tego, że nakrzyczy trochę, a to tylko dlatego, że chce, byście dobrze sobie radzili ze szkołą i innymi sprawami.
Snape był zbyt sparaliżowany przez pierwsze kilka sekund, by zareagować. Po czasie, gdy jego mózg przetwarzał to, co ten straszny bachor zrobił z jego starannie wypracowaną reputacją, było za późno. Uniósł głowę i zobaczył, jak jego Ślizgonka posyła Harry’emu wdzięczny uśmiech z namacalną ulgą, podczas gdy Harry i reszta Gryfonów odpowiedziała tym samym. Druga Ślizgonka obserwował to, widocznie starając się obliczyć, czy słowa Harry’ego były jakimś przebiegłym planem. Godnym prawdziwego węża czy bezpośrednim zapewnieniem.
- Potter! – W końcu udało mu się zmusić struny głosowe do współpracy i przygotował się do werbalnego wypatroszenia bachora. To powinno rozwiać wszystkie wątpliwości co do jego „uprzejmości”.
- Tak, pszę pana? – odparł Harry niewinnie, unosząc oczy na spotkanie ze spojrzeniem Snape’a. To szmaragdowe spojrzenie wysłało Snape’a w czasie i po raz kolejny dostrzegł, że jest bezradny.
- Żadnych rozmów podczas szlabanu – zdołał wywarczeć.
- Tak jest. Przepraszam, profesorze – odpowiedział Harry przepraszająco, po czym skupił się ponownie na eseju.
Snape stłumił jęk. Gryfoni. Był otoczony Gryfonami. Już dłużej nie miał do czynienia z Dumbledorem i McGonagall; teraz miał podopiecznego, który jest Gryfonem i nie mógł dłużej izolować się między zajęciami wśród Ślizgonów. Nie, naturalnie Harry miał dużo Gryfonów, którzy byli jego przyjaciółmi, ale również wykazywał alarmującą zdolność do zabierania przyjaźni z członkami innych Domów. Harry przynajmniej zaprzyjaźnił się z Draco, a to z kolei przyciągnęło innych Ślizgonów. Mimo to, Snape wiedział ze straszliwym przeczuciem, że to tylko kwestia czasu zanim będzie musiał gościć Puchonów i całą resztę u siebie w domu.
Przynajmniej potomek Malfoyów ścierał się z innymi. Jakiegoś dnia na zajęciach Longbottom naprawdę zdołał ostro zripostować zniewagę Parkinson, a bachor Weasleyów pokazał swój zaskakujący talent do intryg. Również wpływ Dracona (wraz z jego dobrze wypracowanymi umiejętnościami samozachowawczymi) zapewnił, że żaden wybryk małych potworów, który zapewne knuli, nie był wymierzony w Snape’a lub jego zajęcia.
Oczywiście, jeśli Snape miał być szczery, nie było żadnego małoletniego Gryfona, który naprawdę doprowadzałby go do szału. Po tylu latach nauczanie był bardziej lub mniej odporny na uczniów. Nie, chciałby móc raczej wymazać z pamięci kundla i wilkołaka. Co on sobie myślał, gdy pomagał tym dwóm idiotom? Gryfoni – zwłaszcza ta dwójka – powinni być utopieni w chwili narodzin. Ale nie, pomógł im i tego ranka, sprawy stanęły na ostrzu noża.
Snape spojrzał groźnie i starał sobie przypomnieć, że mimo wszystko, jego plan był sukcesem. Aurorzy byli kompletnie zaskoczeni ucieczką Blacka, a wrzawa ucichła po kilku tygodniach. Knot nie chciał nadmiernie reklamować swojej kierowniczej porażki.
Kilka dni po ucieczce, gdy uznał to za bezpieczne, Snape zorganizował odebranie Lupina z kawiarni we Włoszech. Z perspektywy czasu był to błąd, ponieważ kelner aż nadto wyraźnie myślał, że zabiera wilkołaka na nielegalną schadzkę i musiał znosić intrygujące mrugnięcia, kuksańce i romantyczne westchnięcia mężczyzny. Cholerni Włosi.
Zabrał Lupina do rodzinnego domu Princów, gdzie wilk i pies padli w swoją stronę w wywołującej mdłości orgii, pełnej oskarżeń i łez. Mistrz Eliksirów ledwo uciekł, zanim został przytulony (przytulony!) przez dwójkę Huncwotów. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Musiałby użyć jakiegoś zaklęcia szorującego, gdyby to się rzeczywiście wydarzyło.
Black dodatkowo zirytował go tym, że tak denerwująco szybko wrócił do zdrowia, choć to przynajmniej pozwoliło mu szybciej zająć się Dursleyami niż Snape tego oczekiwał. Ale to też okazało się rozczarowujące. Krewni Harry’ego nie mogli się równać z Huncwotami.
Severus burknął. Teraz mugole mają tak mało hartu ducha. Obrzydliwi Dursleyowie byli niemal zbyt łatwi. Między organizacją jego przyjaciół z dzieciństwa i fantazyjnymi pomysłami Syriusza, minęły niecałe cztery tygodnie zanim mugole drgali gwałtownie i padali na podłogę, gdy tylko usłyszeli głośniejszy hałas. Snape westchnął. Naprawdę musiał znaleźć kogoś, kto zaoferowałby mu prawdziwe wyzwanie.
Odwiedził Huncwotów jakieś dziesięć dni wcześniej i znalazł ich obu w dworze, rozciągniętych na kanapie, gdy uczyli skrzaty domowe niezwykle niegrzecznej pijackiej piosenki.
- Widzę, że wasza etyka pracy nie poprawia się wraz z czasem – warknął Snape. – Dlaczego nie torturujecie Dursleyów?
Black wyszczerzył się do niego i zaśmiał się tym swoim podobnym do szczekania głosem.
- Wszystko pod kontrolą, chłopaczku. Dzisiaj Petunia myje dom, a my przechwyciliśmy Vernona w drodze do biura.
- I?
Remus uśmiechnął się złośliwie.
- Powiedzmy, że Petunia nie zauważyła, że jej szczotka do toalety wygląda znajomo.
Snape zamrugał. Musiał przyznać, że było to całkiem pomysłowe, szczególnie jak na dwóch kretynów, którzy ledwo przebrnęli przez zajęcia McGonagall o transmutacji materii ożywionej w nieożywioną.
- To… właściwie zmyślne – wyznał niechętnie.
Dwójka idiotów uśmiechnęła się radośnie i przybili sobie piątki.
- Ponieważ wydaje się oczywiste, że mugole nie wymagają waszej dalszej całkowitej uwagi, a kundel wydaje się być swoim zwykłym irytującym sobą, mogę spytać, kiedy planujecie opuścić mój dom? – zapytał Snape.
Oboje odwrócili się do niego, a ich uśmiechy zblakły.
- Wyrzucasz nas? – zapytał zszokowany Syriusz.
- Myślałeś, że dam wam pokój i wyżywienie na czas nieokreślony? – spytał Snape tym samym niedowierzającym tonem.
- Cóż, tak – przyznał Black, wymieniając z Lupinem oszołomione spojrzenia.
- Naprawdę planowaliście spędzić kolejne pięćdziesiąt lat swojego życia w tym miejscu, tylko raz na jakiś czas przeklinając Dursleyów? – Snape spojrzał na nich z niedowierzaniem. Czy tylko on zdawał sobie sprawę z tego, że przez tą minimalną umiejętność skupienia uwagi, Black wkrótce znudzi się i nadąsa na takie uwięzienie? A potem wyruszy na jakąś śmieszną aferę, by spotkać Harry’ego albo by skompromitować Knota lub cokolwiek innego, co zrobiłby Gryfon, którego rozsądek jest umiejscowiony w ptasim móżdżku? Że bez wątpienia zostanie złapany i zabity?
- Ale… ale… - wyjąkał Black niezrozumiale.
- W porządku, Syriuszu – przerwał mu szybko Lupin. – Severus ma rację. Był już dla nas bardziej łaskawy niż moglibyśmy tego oczekiwać. Nie możemy narzucać się jego gościnności. Jestem pewny, że znajdę dla nas jakieś małe mieszkanie. Nie mam wiele oszczędności, ale jest wiele miejsc, gdzie mugolskie czynsze są całkiem rozsądne.
Snape spojrzał na wilkołaka z niedowierzaniem.
- Mam nawet lepszy pomysł, Lupin. Dlaczego zwyczajnie nie sprawdzisz, czy Szalonooki Moody albo Amelia Bones mają dodatkową sypialnię, którą Black mógłby użyć? – zapytał sarkastycznie. Na widok zdezorientowanego wyrazu twarzy Lupina, warknął: - Co z tobą, głupcze? Czy Gryfonom brakuje jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego? W momencie, gdy Black wyjdzie z tego domu, żadne miejsce nie będzie dla niego bezpieczne. Naprawdę jesteś tak prostolinijny, czy w końcu zrozumiesz, że ten kundel jest bezużyteczny i zdecydujesz go w końcu wydać?
- Oczywiście, że nie! – odwarknął Lupin, a jego zwykle spokojny temperament zapłonął. – Ale co mamy zrobić, gdy zmusisz nas do odejścia? Dobrze wiesz, że nie mamy środków do życia.
- Czekaj! Mam pomysł! – wytrącił się Black. – W lesie Hogwartu są jaskinie. Mógłbym żyć tam jako Łapa. Akromantule i inne stworzenia wcale mi nie przeszkadzają.
Snape potarł czoło ze znużeniem. Miał dość bycia z Gryfonami. Byli tak głupimi, wielkimi psami, które nie potrafiły zrozumieć, gdzie podziała się piłka, kiedy puści się ją za plecami.
- Przypuszczam, że jadłbyś szczury albo to, co potrafiłbyś złapać? – zapytał, już znając odpowiedź.
Black wzruszył ramionami z rezygnacją.
- Jeśli będę musiał. Może raz na jakiś czas będę mógł wymknąć się do kuchni Hogwartu.
- Gdzie niezwłocznie chwycą cię skrzaty domowe, żebyś nie zagrażał ich kochanemu Harry’emu Potterowi, a Dumbledore zrobi to, co dziesięć lat temu i dostarczy cię do Azkabanu. Zanim dostaniesz Pocałunek, Ministerstwo przesłucha cię pod Veritaserum, a wtedy wilkołak i ja skończymy jako uciekinierzy. – Snape czuł nadchodzący ból głowy. Nawet pierwszoroczni Puchoni nie byli tak naiwni jak ta dwójka. Jak, do licha, udało się Huncwotom uniknąć tylu szlabanów, jeśli to uważali za przebiegły plan?
- Eee… - Black wyglądał na zakłopotanego, ale Lupin zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Może Ministerstwo nie zauważy nas, jeśli ukryjemy się z… - zaczął wilkołak.
- Wystarczy! – Oczywistym było, że Snape musi zrobić to sam. Och, może byli w stanie torturować mugoli i dzieci w wieku szkolnym, ale pojęcie strategiczne Lupina i Blacka rywalizowało z Harrym – nie usprawiedliwiając tego, że ma jedenaście lat. Nie, to zależało od niego. Zostawiając w spokoju ich pomysłowość, Lupin i Black wałęsaliby się w najbardziej oczywistych miejscach, praktycznie prosząc się o aresztowanie. Czy oni nie mięli pojęcia, że świat wychodzi poza Hogwart i ulicę Pokątną?
Nie, nie mógł zaufać im, że zadbają o siebie, a mimo że byli idiotami, byli silnymi czarodziejami i oddani chłopakowi. Snape umyślnie otaczał Harry’ego potężnymi czarodziejami i czarownicami, by gdy nadejdzie nieunikniona walka z Czarnym Panem, Harry miał wielu sprzymierzeńców i nie musiał powoływać się na Ministerstwo, Dumbledore’a czy kogokolwiek innego. Snape mógł nie ufać Blackowi, że zorientuje się, że tosty powstają z chleba, ale wiedział bez cienia wątpliwości, że na pewno będzie chronił Harry’ego, nawet za cenę życia. To były rzeczy dla których żyli Gryfoni. (A właściwie, umierali.)… Chodziło o to, że kundel nie pomyśli dwa razy zanim zabierze Harry’ego na Alaskę, a to oznaczało, że Severus potrzebował go.
Ponadto Snape potrzebował zapewnić Blackowi wolność, żeby zagwarantować sobie długoterminowe bezpieczeństwo. Nie miał zamiaru żyć pod groźbą Blacka, który mógłby zostać przesłuchany pod Veritaserum i tego, że jego własne zaangażowanie wyjdzie na jaw. Potrzebował, by kundel był oczyszczony z zarzutów i nietykalny, a nie mógł oczekiwać, że Gryfoni zadbają o to sami.
- Oto, co zrobicie…
Kilka dni później, Brytyjski Czarodziejski Świat został podbity przez szokującą wiadomość: Syriusz Black żywy i zdrowy w Szwajcarii! W Proroku Codziennym był obraz uśmiechniętego i machającego Blacka, który stał pod oddziałem Gringotta w Zurychu, a pod dołem dało się przeczytać:

Śmierciożercy Blackowi przyznano azyl w Szwajcarii!
Długo utrzymywano, że Syriusz Black jest śmierciożercą i zdrajcą Lily i Jamesa Potterów – rodziców Chłopca, Który Przeżył, - a teraz Szwajcaria dała mu azyl po brawurowej ucieczce z Azkabanu. Były Auror, obecnie głowa Szlachetnego i Najstarszego Rodu Blacków, został uwięziony zaraz po śmierci Potterów za rzekome zamordowanie swojego bliskiego przyjaciela, Petera Pettigrew, i tuzina mugolskich naocznych świadków. Poufne źródła spekulują, że Pettigrew – który również współpracował z Potterami, - dzielnie skonfrontował się z Blackiem po jego zdradzie, tylko po to, by być zdartym w pył przez potężniejszego czarodzieja. Kiedy Black z nim skończył, po Pettigrew został tylko palec. Ministerstwo oceniło Blacka na tak wielkie niebezpieczeństwo dla społeczeństwa, że po jego schwytaniu, niezwłocznie zesłali go do Azkabanu.
Wczorajszego dnia, jako zaskakujący obrót zdarzeń, szwedzki rząd potwierdził, że Black dotarł do Zurychu i wystąpił o azyl polityczny. Szwedzi spełnili jego prośbę i odrzucili głośne żądanie Ministra Magii, Korneliusza Knota, o natychmiastowe odesłanie Blacka.
Prezes szwedzkiej Magicznej Rady, Pascal Schlumpf, wydał oświadczenie, gdzie można przeczytać: „Szwajcaria jest dumna z tego, że może pomóc panu Blackowi oczyścić swoje dobre imię. Przez dziesięć lat, pan Black był bezprawnie więziony na wyspie Azkabanie – co jest wyraźnym naruszeniem Uniwersalnej Deklaracji Czarodziejskich Praw. Ponadto przerażające traktowanie pana Blacka przez brytyjski rząd dorównuje tylko obrzydliwości, jaką jest wykorzystanie dementorów jako strażników więziennych wyspy. Cywilizowane kraje dawno temu potępiły średniowieczny sposób Wielkiej Brytanii używania dementorów do tej roli, a fakt, że pan Black wyszedł z tej próby z nienaruszonym stanem umysłu jest hołdem dla jego psychicznego męstwa i magicznej waleczności. Wieloletnia odmowa Szwajcarii na podpisanie ekstradycji z Wielką Brytanią została w dużej mierze oparta na nieludzkiej polityce Brytanii, a traktowanie pana Blacka potwierdza zasadniczość naszej decyzji. Mamy nadzieję, że pan Black wybierze Szwajcarię i uczyni swoim domem piękny kraj, którego obywatele poświęcają się ideom prawa i sprawiedliwości.”
Pan Black komentuje: „Mają także niezwykłą czekoladę – nie wspominając o kobietach! To tak jakby poruszać stawami do przodu i jednocześnie do tyłu, czy coś w tym rodzaju. Po prawdzie, rzeczy, które szwedzkie kobiety robią z czekoladą są niewiarygodnie…” Reszta uwag pana Blacka nie nadaje się do publikacji w gazecie rodzinnej.
Źródło zbliżone do szwedzkiego dyrektora kont na tą niewytłumaczalną ofertę azylu komentuje: „Pamiętasz ostatni Europejski Szczyt, kiedy wasz Minister upił się i pomyślał, że byłoby zabawnie, gdyby wlał Amortencji do czary prezydenta Schlumpfa? Pamiętasz, jak wasza gazeta drukowała zdjęcia tego, co stało się później z delegacją ze Szwecji? Pamiętasz reakcję pani Schlumpf, kiedy zobaczyła te zdjęcia? Czy nie macie takiego powiedzenia, jak <<zemsta jest wiedźmą>>? W każdym razie co jest z wami, Brytyjczycy, i tymi waszymi głupimi żartami?”
Inny wysoko postawiony urzędnik państwowy na Szwajcarskiej Radzie Czarodziejów, powiedział: „Kijedy głowa jednego z najsarszyjich i najżamożnijych czarodziejskich rodzin Brytaniji pojawia siję na progu, prosząc o azyl, co innego moglibyźmy zrobidź poza powiedzeniem <<Wejdź i zabijerz ze sobą swoije pieniądze>>? A poza tym, ułatwiliście to. Nigdy nie daliźcie temu mężczyźnie procesu, a teraz oczekujecije, że wam go wyidamy, żeby został Pocałowani? Tak, jasne.”
Gobliny z oddziału Gringotta z ulicy Pokątnej odmówiły komentarza, ale gobliński rzecznik prasowy z oddziału w Zurychu stwierdził: „Jesteśmy szczęśliwi z powodu tego, że możemy umożliwić panu Blackowi czerpanie ze swojej fortuny. Jesteśmy przekonani zarówno, że pan Black zostanie uniewinniony w nowym śledztwie PPC*, a w tym przypadku nasz Angielski bank będzie mógł odblokować jego aktywa lub będziemy w stanie zebrać wszystkie należności od spadkobierców lub posiadłości pana Blacka. W bardzo rzadkim przypadku, gdyby brytyjski rząd był na tyle głupi, by spróbować zająć wszystkie rachunki pana Blacka, a bezkrytyczny Gringotta,” – tu rzecznik prasowy goblinów przerwał i obnażył swoje ostre, szpiczaste kły, - „Brytyjski Czarodziejski Świat dowie się, dlaczego irytowanie goblina jest tak złym pomysłem.”

Tego ranka, gdy Snape wszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, usłyszał fragment stłumionej rozmowy między Dumbledorem a McGonagall. Nadal było wcześnie i przy stołach było tylko kilku uczniów, ale – co ciekawe, - zgromadzili się już niemal wszyscy nauczyciele.
- Nie bądź śmieszny… wścieknie się, gdy usłyszy… nie pokazuj mu tego tutaj… uczniowie są na linii ognia… - Głos McGonagall był niski, ale niepokój był w nim oczywisty.
Dumbledore zacmokał uspokajająco.
- … dorosły mężczyzna… przyjmie to jak dorosły… dobrze kontroluje emocje… przekonany, że dobrze to zniesie…
- Och, Severusie – zawołała słodko Hooch. – Widziałeś dzisiejszego Proroka?
- Nie, dlaczego? – zapytał podejrzliwie, zauważając, jak cała reszta kadry wydawała się odsunąć ze od niego strachem.
- Pomyślałam, że to może cię zainteresować. – Hooch wylewitowała kopię gazety w jego stronę, a reszta personelu rzuciła pospieszne Protego.
Snape przeczytał nagłówek i najpierw pobladł, a potem poczerwieniał.
- Eee, Severusie, mój chłopcze – zaczął Dumbledore niepewnie, a jego pewność siebie gwałtownie spadła, gdy patrzył na wyraz twarzy Mistrza Eliksirów. – Proszę, nie pozwól, by to…
Kielich Snape’a wypełniony sokiem dyniowym minął tylko o kilka cali ucho Dyrektora.
- CO ZA NĘDZNY DRAŃ!
Uczniowie w Sali parzyli szeroko otwartymi oczami, jak ich normalnie lodowaty profesor rozrzuca naczynia z jedzeniem i piciem dookoła Sali, podczas gdy reszta kadry zanurkowała pod stół.
Kilka skrzatów domowych pojawiła się, by zaprotestować sposoby, jak ktoś marnuje żywność, ale wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Snape’a i natychmiast znikały. Dopiero gdy całkowicie usunął jedzenie ze stołu, rozdarł kopię Proroka i podeptał jego pozostałości, wściekłość Snape’a skończyła się. Głowy nauczycieli nieśmiało wyjrzały spoza stołu, gdy mężczyzna wziął głęboki wdech, wyprostował swoje szaty i wyszedł z pomieszczenia.
McGonagall przekształciła się z postaci kota, w której kuliła się pod szerokim tułowiem Hagrida i odwróciła się, by zerknąć na Dyrektora, a jej próżny wyraz twarzy mówił: „A nie mówiłam?”.
Dumbledore westchnął i rozejrzał się po zdewastowanej Wielkiej Sali.
- Cóż, mogło pójść nieco lepiej – przyznał ze smutkiem.
Wracając do swoich kwater, Snape opadł na krzesło z prychnięciem. Black to taki idiota! Jak śmiał dodawać swój własny tekst? Te uwagi o czekoladzie i szwajcarskich kobietach? Byłby takim szczęściarzem, gdyby lokalni nie wieszali go za – hymmm. Usta Snape’a wykrzywiły się w uśmiechu. Właściwie, czy to byłoby tak przerażające?
 Odciągnął swój umysł od przyjemnych wyobrażeń i ponownie przejrzał swoją kopię Proroka. Tak, informacja prasowa, którą dla nich napisał, była praktycznie dosłownie wykorzystana przez szwajcarskiego prezydenta. To niesamowite, co mogła zdziałać obietnica hojnego wkładu w kampanię. Szwajcarzy zawsze byli tak… rzeczowi… jeśli chodziło o te sprawy. I oczywiście mężczyzna umarłby za możliwość odpłaty Knotowi za aferę z Eliksirem Miłosnym. Snape uśmiechnął się złośliwie. Zawsze opłacało się bycie na bieżąco z polityką międzynarodową, a po nauczeniu się, jak śledzić dorastające w zawrotnym tempie żale w Hogwarcie, łatwo było podążać za politycznymi wrogościami. Byli raczej dość stateczni w porównaniu z stale zmieniającymi się sojuszami humoralnych nastolatków.
Przewrócił oczami, przypominając sobie, jak Lupin i Black byli zaskoczeni, gdy zasugerował im wyjazd za granicę. Do ich małych umysłów nigdy nie wpadł pomysł szukania sojuszników poza Brytanią.
- Naprawdę myślicie, że Voldemort kręci się po Dolinie Godryka czy Zakazanym Lesie? – zapytał, niemal wyrywając sobie włosy z głowy przez ich niezrozumienie. – Zapewne dawno wyjechał poza Anglię i szuka sojuszników, odzyskując siły. Musicie zrobić to samo!
- Nie będę zachowywał się jak ślizgoński Czarny Pan! – prychnął Black, oburzony tą sugestią.
- Świetnie. Więc zostań tutaj i skończ jako skorupa bez duszy, przygłupie! – warknął Snape. – Myślę, że Knot zawiesi sobie głowę Lupina na ścianie, gdy tylko kat się do niego dobierze.
Syriusz zamarł, porażony strachem o egzekucję Lupina, która odbyłaby się za pomoc mu, ale to nie rozwiało wiele jego sprzeciwu.
- Ale dlaczego Szwajcaria? – nadąsał się. – Tam jest zimno. Dlaczego nie gdzieś, gdzie jest dużo bikini, jak Brazylia, albo plaż topless, jak Dania?
Snape zacisnął zęby.
- Tylko ty możesz być tak głupi, by wybierać potencjalne schronienie na podstawie kostiumów kąpielowych – warknął. – Szwajcaria nie ma umowy o ekstradycję z Wielką Brytanią, jej obecny prezydent gardzi Knotem, jej mieszkańcy są neutralni w wojnie, więc twoja reputacja jako Śmierciożercy czy członka Zakonu nie ma znaczenia, a ich system bankowy jest znany ze swojej niezależności.
Lupin, co nie jest niczym dziwnym, połapał się pierwszy.
- Więc uważasz, że ich lokalny Gringott udostępniłby Syriuszowi skarbiec? – zapytał, a jego oczy rozbłysły.
Gryfoni. Snape potarł czoło i przygotował się wyjaśnić całą sprawę w jak najłatwiejszy sposób.
- W kręgach bankowych dobrze wiadomo, że wszystkie gałęzie Gringotta są ze sobą magicznie połączone. Magia goblinów jest niezła w łączeniu dwóch odległych miejsc. Nie uważaliście na zajęciach historii Binnsa? Myślicie, że jak udało im się założyć te wszystkie zasadzki?
Black zachichotał.
- Naprawdę słuchałeś tego ducha? Co za przegryw! Robiłeś też notatki?
- Najważniejszą rzeczą – wycedził Snape, - którą nawet wilkołak załapał, jest to, że w Szwajcarii będziesz mógł sam się finansować, a zatem zapewnisz sobie bezpieczeństwo od oskarżeń, które dopłyną do ciebie przez światową prasę.
- Och – Black przemyślał to. – To byłoby dobre, prawda?
Snape znów przypomniał sobie, że ma do czynienia z Gryfonami.
- Żadnych szczurów – powiedział powoli i wyraźnie. – Żadnych dementorów. Pieniądze. Uwaga. Kobiety.
Teraz Black wyglądał na bardzo szczęśliwego.
- Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś? – zapytał. – Dalej! Chodźmy, Luni! Na co czekasz?
A teraz, patrząc na pierwszą stronę Proroka, Snape zobaczył rezultaty swoich działań. Musiał przyznać, że Black wyglądał dobrze. Lupin i skrzaty domowe zdołały odwrócić wiele zniszczeń, które dokonał Azkaban i teraz Black wyglądał jak obraz dostojnego cierpienia, wychudzony, ale nadal raczej wytrzymale przystojny niż brudny i wynędzniały. Nic dziwnego, że europejscy paparazzi oszaleli. Był bogaty, przystojny, młody i stanu wolnego: wszystko, o czym marzyła młoda czarownica.
Snape skrzywił się na myśl, jak kobiety zapewne podchlebiały się Blackowi. Znając kundla, szybko zorientuje się, jak efektywnie działa na kobiety gadka „torturowany przez dementorów”. Zostawiając to Blackowi, użyje gnicia w Azkabanie jako sposobu na wyrywanie lasek.
Remus też był w Szwajcarii, choć wykonywał rozkazy i trzymał się swojej niepozornej postaci. Tym sposobem był w stanie łatwiej przedostawać się świstoklikiem w tę i z powrotem, kontynuując huncwodzkie karanie Dursleyów i negocjowanie z Bones w PPC  w imieniu Blacka.
Snape szybko usunął kopię, gdy usłyszał niepewne pukanie w drzwi.
- Co? – warknął, otwierając je, by ujrzeć pełną obaw twarz Dumbledore’a.
- Chciałem się tylko upewnić, że wszystko w porządku, mój chłopcze – powiedział Albus uspokajająco. – Już upomniałem Rolandę za rzucanie w ciebie gazetą w tak ostrym stylu.
- Jestem całkowicie niezainteresowany tym, gdzie Black przebywa i w jakiej jest kondycji – powiedział Snape chłodno. – Jeśli te szwajcarskie głupki są skłonne do udzielenia schronienia śmierciożerczej szumowinie, zasługują na wszystko, co dostali.
Dumbledore westchnął.
- Tak, cóż, wydaje się, że mógł zajść jakiś… błąd.
Snape uniósł brew.
- Co?
- Mimo że to nie dotarło jeszcze do gazet, moje kontakty z Ministerstwa poinformowały mnie, że Syriusz udostępnił kopię swoich osobistych wspomnień. Zostały przebadane przez Niewymownych, by upewnić się, że są prawdziwe i niezmienione, ale jeśli to prawda, wydaje się, że została popełniona okropna pomyłka.
Albus nagle zaczął wyglądać na tyle, ile miał lat.
- Znaczy, że nie zdradził Potterów i Pettigrew? – zapytał Snape, grając swoją rolę.
Dumbledore zamknął na chwilę oczy, a jego głos był ciężki od poczucia winy.
- Nie. Wydaje się, że tego nie zrobił. – Otworzył oczy i spojrzał na Snape’a niemal błagalnie. – Nigdy nie przyszło mi do głowy, że Lily i James mogli zmienić swojego Strażnika Tajemnicy i nie powiedzieć mi o tym, ale według Syriusza, cała trójka zdecydowała, że Syriusz jest zbyt oczywistym wyborem. Zmienili go na Petera Pettigrew, ale zatrzymali to w sekrecie, uważając, że wszelkie ataki nadal będą się koncentrować na Syriuszu. Zdecydowali nie mówić nikomu, nawet mi – dodał z nieświadomą arogancją. – Kiedy umarli, naturalnie założyłem, że Syriusz jest za to odpowiedzialny, a kiedy Peter upozorował swoje alibi… nigdy w to nie zwątpiłem. Wiedziałem, że Peter nigdy nie był zdolny do tworzenia skomplikowanych planów, i dlatego nigdy nie przyszło mi do głowy, by zadać sobie pytanie, dlaczego Syriusz stał się zły. Oczywiście, Peter nie działał sam – kierowali nim Czarny Pan i Śmierciożercy, - i oczywiście dobrze się do tego przygotował. Na tyle dobrze, że był w stanie wrobić Syriusza i upewnić się, że nikt nie opowie się w jego imieniu. – Twarz Albusa nawiedziło poczucie samooskarżenia. – Chciałem, by Harry był bezpieczny i pozostawiłem za sobą całą tą nieszczęsną sprawę… skazując Syriusza na dziesięć lat męczarni.
- Biorąc pod uwagę to, że on skazał mnie na siedem lat męczarni, wybacz mi, ale nie dołączę do twojego zbiorowego poczucia winy – uciął Snape kwaśno. – Może to, że usiłowanie zabójstwa jest zwykle karane dziesięcioma latami w Azkabanie sprawi, że poczujesz się lepiej. Dzięki twojej interwencji, Blackowi przyznano kilka lat wolności, po tym, jak prawie zwabił mnie do wilkołaka, ale w końcu sprawy zdały się ułożyć w satysfakcjonujący sposób.
Przez moment myślał, że przegiął, gdy oczy Dumbledore’a krótko zapłonęły wściekłością, ale potem dyrektor wzruszył ramionami, a jego oczy były tylko zmęczone i smutne.
- Ach, biedny Severus. Jesteś najbardziej poszkodowany z nas wszystkich, prawda?
Snape urażony zaczął protestować, ale Dumbledore uniósł dłoń, by go uciszyć.
- Nie przyszedłem tutaj, by omawiać z tobą aresztowanie Blacka, Severusie. Jestem tu, by ostrzec cię, że wspomnienia Syriusza mogą być w ciągu dnia lub dwóch udostępnione prasie. Harry na pewno o tym usłyszy i jeśli – co wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, - Syriusz jest uniewinniony, będzie niewątpliwie dążyć do spotkania ze swoim chrześniakiem.
Snape wzruszył ramionami tak niedbale, jak tylko mógł.
- Świetnie. Pozwól mu przejąć opiekę nad bachorem. Będzie to mile widziane wyzwolenie.
Wyraz twarzy Dumbledore’a powiedział mu, że staruszek nie przejął się uwagą Snape’a.
- Wątpię, że do tego dojdzie, Severusie, ale sądzę, że Harry powinien być przygotowany na tą wiadomość i na ewentualne spotkanie. Być może przedstawienie go Syriuszowi prędzej czy później będzie w jego najlepszym interesie i także pokaże Syriuszowi, że nie musi przejmować opieki, by widywać się z chłopcem.
Snape spojrzał z wściekłością na Dumbledore’a.
- Jeśli uważasz, że wyświadczę jakąkolwiek przysługę temu draniowi Blackowi…
Dumbledore spojrzał na niego surowo.
- Oczekuję, Severusie, że zrobisz wszystko, co najlepsze dla Harry’ego. – I z tą naganą, odwrócił się i opuścił kwatery.
Wyłącznie dla efektu, Snape przez kilka chwil mierzył drzwi wściekłym spojrzeniem, a następnie napisał krótki liścik. Przywoławszy skrzata, polecił małej istocie przynieść sowę Harry’ego z Sowiarnii i spojrzał na zwój, czekając.
Etap pierwszy zakończony sukcesem. W ciągu następnego tygodnia doradzam konferencję prasową z prawdziwymi wspomnieniami. Domaga się niezwłocznego spotkania z chłopcem. Zachęć Łapę, by poszedł się leczyć.
Kiedy elf wrócił z sową siedzącą mu na głowie, podał zwój Hedwidze.
- Do wilka, jeśli łaska – powiedział krótko. Zahukała i spojrzała na niego wyczekująco. – Zdzierca – mruknął, podając jej sowi przysmak. – Manipulujesz tak, jak twój pan.
Rzuciła mu spojrzenie, które można było określić tylko jako złośliwy uśmieszek, a on odwrócił się do elfa.
- Wróć z nią do Sowiarni. – Ciężko byłoby ptakowi wydostać się z bezokiennych lochów.
- Tak jest, Mistrzu Eliksirów, profesorze! – zapiszczał radośnie skrzat.
Tego popołudnia Snape szedł przez korytarz, ciesząc się rzadkim momentem, kiedy był wolny od obecności uczniów, kiedy usłyszał chłopięcy chichot. Wyszedł za róg i zobaczył Harry’ego oraz kilku innych pierwszorocznych, którzy ślęczeli nad dzisiejszą gazetą. Najwyraźniej dokończyli artykuł z okładki i czytali opis Blacka znajdujący się na środkowych stronach.
Harry spojrzał ponad ramieniem Seamusa, odsuwając na bok Vincenta i Grega. Dwójka ogromnych chłopaków posłusznie zrobiła dla niego miejsce, podczas gdy Draco uniósł gazetę nieco wyżej.
- Czy on nie jest czasem twoim ojcem chrzestnym, Harry? – zapytał Neville.
- On? – spytał Terry Boot, brzmiąc na ostro zazdrosnego.
- O, czekaj, znowu to robi! – zachichotał Ernie Macmillan, wskazując na obrazek.
Harry patrzył, jak wysoki, czarnowłosy mężczyzna na zdjęciu szczerzy się do dużej grupki młodych czarownic, z których kilka unosiło znaki z napisem „KOCHAM SYRIEGO”. Jakiś obiekt przyleciał z poza zasięgu kamery, a Syriusz złapał go, a następnie okręcił wokół palca, spoglądając wprost w kamerę i poruszając sugestywnie brwiami. Jego publiczność składająca się z dziewczyn krzyknęła i westchnęła.
- Co to takiego? – zapytał Ron tępo.
- Stringi – powiedział Snape w odwecie, jedną ręką zasłaniając Harry’emu oczy, a drugą wyrywając Draco gazetę.
- Hej… - głośny protest Draco został natychmiast przerwany, gdy chłopak odwrócił się i zobaczył, kto skonfiskował jego prasę.
Snape spojrzał gniewnie na chłopaków.
- Jeśli tak bardzo cierpicie na brak obowiązków, że musicie spoglądać w kierunku zdjęć pornograficznych w celach rozrywkowych, będę szczęśliwy przydzielając wam tyle szlabanów, ile potrzebujecie.
- N-nie, proszę pana! – Draco zapewnił go pospiesznie, ciągnąc za sobą pozostałych chłopców, którzy nadal próbowali poskładać to, co powiedział. – Nie potrzebujemy szlabanów!
To pozostali zrozumieli i szybko przytaknęli chórem.
- Więc zejdźcie mi z oczu! – warknął Snape, a chłopcy rozproszyli się, znikając niemal tak szybko, jak skrzaty domowe.
Harry spojrzał na opiekuna z niepokojem. Brzmiał na okropnie poirytowanego i zgniótł gazetę Draco tak, jakby chciał rzucić na nią Incendio.
- Um, nie chciałem patrzyć na coś złego – powiedział potulnie. – To tylko Prorok Codzienny.
- Pornografia to pornografia – odparował Snape. – Jeśli zdecydują się drukować więcej takiego świństwa, spodziewam się, że będziesz tego unikał. – Doskonale wiedział, że jest niesprawiedliwy, ale to było dobre. Bachor zapewne słyszał o jego wybuchu na śniadaniu i Potter powinien dobrze wiedzieć, że lepiej nie irytować opiekuna, gdy jest w Nastroju. Jeśli mały idiota nie nauczy się teraz tej lekcji, potem nie będzie darowanego czasu.
- Przepraszam – rzekł Harry szybko. Wyglądało na to, że plotki o tym, że z jakiegoś powodu jego profesor był okropnie ponury, były prawdą. Mimo to, Harry dostrzegł, że mężczyzna tak naprawdę nie przyznał szlabanu jemu, ani jego przyjaciołom. Tylko groził, że to zrobi. Harry uśmiechnął się do siebie. Profesor Snape był takim miłym człowiekiem.
- Hmf – Snape posłał chłopakowi złe spojrzenie. – Podejrzewam, że jesteś zainteresowany spotkaniem z ojcem chrzestnym?
Harry wzruszył ramionami.
- Reszta mówi, że brzmi na całkiem spoko gościa – przerwał. – Nie miałbym nic przeciwko spotkania z nim, ale to naprawdę nie jest takie ważne – powiedział w ostrożnie swobodny sposób. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał było sprawienie, by jego profesor myślał, że woli kogoś obcego od niego.
- Świetnie. Rozważę zorganizowanie tego. A teraz wracaj do Pokoju Wspólnego – twój szlaban się jeszcze nie skończył i jeśli znajdę cię tu ponownie, pożałujesz tego. Chyba że chcesz już teraz dostać klapsa jako przypomnienie, czym jest posłuszeństwo? – zagroził.
- Właśnie wracaliśmy z zajęć, gdy Draco pokazał nam gazetę – zaprotestował Harry, ale szybko uciekł do Wieży, zanim profesor mógł rozważyć na nowo swoją wyrozumiałość. Snape skrzywił się, po czym ruszył do Minervy i Albusa, by zajadle poskarżyć się na to, do czego Prorok zniżał się w ostatnich dniach.
Niestety, McGonagall, będąc daleko od współczucia mu, przyczaiła się z żądaniem, by to on nadzorował szlaban jej lwów i teraz był właśnie w tym miejscu, gdzie jego reputacja Złego Nietoperza legła w gruzach, jego dziecięcy nemezis miał opiekę Europy,  a jego podopieczny spodziewa się, że zorganizuje spotkanie z najbardziej bezwstydnym czarodziejem Wielkiej Brytanii. Czy jego życie mogłoby być gorsze?
- Och, Severusie? – Albus włożył głowę przez framugę drzwi. – Czy Minerva wspomniała ci o twojej nominacji do Między-Domowego Komitetu Przyjaźni i Wakacyjnych Ozdób?

CDN…


*Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów

Czekam na, powiedzmy... 6 komentarzy :D