niedziela, 14 lutego 2016

NDH - Rozdział 9

Severus jęknął w mękach, tęskniąc za błogosławieństwem ucieczki w śmierć. Nie mógł uwierzyć, że był na tyle głupi, by być złapanym w takim stylu. Powinien wiedzieć lepiej. Wiedział lepiej. Ale był jakoś rozproszony, uśpiono jego czujność i oto był efekt.
Severus przeżył tortury od ojca, jego współlokatorów, Huncwotów i Voldemorta. Cierpiał pod Cruciatusem więcej razy niż chciałby pamiętać, nie mówiąc już o mniejszych – ale wciąż potwornych – ciemnych przekleństwach, upokarzających i bolesnych urokach i, oczywiście, ulubionych metodach siłowych mugoli. Prawdopodobnie musiał znieść więcej kar niż jakikolwiek inny czarodziej (z wyjątkiem tych, którzy byli zadowoleni z tego typu rzeczy), a jego tolerancja na ból była niezwykle duża. Ale nie wystarczająco duża. Nie w tym.
Przełknął szept cierpienia. Nie będzie błagał. Nie będzie głośno krzyczeć. Nie da swojemu dręczycielowi tej satysfakcji. Nawet, gdy wił się pod różdżką Voldemorta, nie krzyczał o litość i teraz nie zacznie. Na pewno wkrótce straci przytomność...
Jedyna rzecz, która pozostawała z nim teraz była chęć zemsty. To było to, co trzymało go przy życiu, co uniemożliwiało mu aktywne dążenie do uwolnienia dzięki samobójstwu. To wszystko była wina tego nędznego bachora Pottera, i nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz, którą zrobił na ziemi, Severus obiecał precyzyjną, krwawą zemstę na małym diable.
Widział, że jego oprawca zbliża się z podekscytowanym błyskiem w oczach, i modlił się o wybawienie. Proszę, proszę, już więcej nie. Proszę... o świstoklik. Ogromny tętniak. Powrót Czarnego Pana. Cokolwiek, co uratowałoby mnie od tej agonii.
- Severusie! – zawołał radośnie Albus Dumbledore. – Popatrz! Mają tutaj Szachy Carodziejów, tylko że z Quidditchem! Harry to pokocha! Chcesz mu to dać na próbę?
Severus wciąż nie mógł uwierzyć, że nie był na tyle sprytny, by skłamać, gdy dyrektor zauważył go wychodzącego rano z zamku i zapytał, dokąd idzie. Powinien był wiedzieć, że Dumbledore będzie nalegać na towarzyszenie mu w wyprawie na zakupy, by urządzić nowy pokój Harry’ego i powinien się spodziewać, że szalony stary głupiec zmieni coś, co powinno być krótką, sprawną misją w niekończące się, piekielne godziny.
Żaden sklep nie został pominięty. To, dlaczego Dumbledore uważał, że powinny skontrolować naczynia kuchenne całkowicie umknęło Snape’owi. Czy on wyobrażał sobie, że Potter ma zamiar wziąć udział w 83-im Corocznym Super(naturalnym) Konkursie Pieczenia Słodkości? Prawdę mówiąc, spędzili około godzinę w cholernym sklepie z pościelami, zastanawiając się, czy Harry wolałby poruszające się smoki czy hipogryfy na swoim prześcieradle. Albo raczej, Albus dyskutował o pościeli, a Severus debatował o stłuczeniu się pałką do nieprzytomności. A po tym, jak stuknięty starzec w końcu zdecydował się na hipogryfy, zaczęli wszystko od nowa o kolorze zasłon. Severus zaznaczył – z ostatnim wątkiem jego samokontroli, - że mieszka w lochach. Pozbawionych okien lochach, ale to tylko odciągnęło Albusa od zasłon do dywanu.
Przy Magicznym Warsztacie Dla Ciała, Snape na początku pomyślał, że mógłby w nim kupić jakąś czarodziejską pornografię i miał już dyskutować z Albusem, że Harry może i jest dorastającym chłopcem z naturalną, zdrową ciekawością, to Snape nie zamierzał zachęcać do tego typu rzeczy. Ale wtedy uświadomił sobie – ku jego nieskończenie większemu przerażeniu, - że jest to rodzaj wymyślnego sklepu kosmetycznego, w którym każdy szanujący się mężczyzna, czarodziej lub mugol, powinien spalić się ze wstydu. Pomiędzy tym, co wydawało się być milionem różnych mydeł, płynów, szamponów, kremów, proszków i kosmetyków (nie wspominając bez celu o obscenicznie wyglądających gadżetach, o których funkcjach Severus nie chciał myśleć), Albus zaczął długi dialog z czarownicą za ladą. Severus ukrył się najlepiej jak mógł wśród walającego się, aromatycznego towaru – sklep Ollivandera wyglądał przy tym na pusty – i miał nadzieję na atak śmierciożerców.
Podczas gdy Severus znosił ciekawskie spojrzenia innych klientów (wszystkie to kobiety, oczywiście), Albus omawiał właściwą pielęgnację skóry dla młodych nastolatków z większym zaangażowaniem niż zwykle miał na spotkaniach Wizengamotu. Po tym, jak dyrektor kupił całą torbę produktów, które według wiedźmy należało, by zagwarantować Harry’emu bezpryszczowe dojrzewanie, Severus ruszył prosto do drzwi, tylko po to, by być z powrotem przyciągnięty przez magię Albusa.
Upokorzony bardziej niż słowami – to zaklęcie było używane przez matki na niesfornych maluchach! – Snape otworzył usta, aby tylko powiedzieć dyrektorowi to, co myśli o jego zachowaniu, ale był w zbyt wielkim szoku, by znaleźć odpowiednie słowa przez świadomość, że Albus i wiedźma dyskutują teraz o pielęgnacji włosów. Konkretnie, o pielęgnacji jego włosów. Wszystkie jego protesty, krzyki, argumenty i kipienie ze złości zostały beztrosko zignorowane i został zatrzymany przy kasie – pod groźbą zaklęcia przylepca, - gdy jego skóra głowy i włosy były starannie badane. Ku jego ogromnej konsternacji kilka klientek dołączyło do powstałej dyskusji, oferując własne środki i porady, a minęło dobre dwadzieścia minut zanim wreszcie pozwolono mu uciec, z jeszcze większą torbę zakupów niż tą, przeznaczoną dla Harry’ego.
Jego popołudnie poszło jak z górki. W sklepie z ubraniami, naprawdę zagroził Dumbledore’owi Avadą, jeśli nie przestanie wybierać najbardziej ekstremalnych przykładów jaskrawych ubrań. W księgarni, zapobiec Albusowi zakupienia Harry’emu prywatnej biblioteki równej łącznej ilości woluminów Snape’a i Dumbledore’a, mogło tylko przypomnienie, że pani Pince z pewnością przyjmie taki działanie jako osobistą zniewagę i wycofa się do swoich regałów ze łzami w oczach. W sklepie zoologicznym, dyrektor chciał kupić Harry’emu kompana, ale Snape zdołał go przekonać, że jest mało prawdopodobne, że Hedwiga pragnie wtargnięcia kuguchara albo psidwaka.
Ale to w sklepie z zabawkami – jak można się było spodziewać – Albus oszalał i teraz Severus szybko za nim podążał.
- Żadnych. Więcej. Zabawek. Albus – zdołał Severus wywarczeć przez zaciśnięte zęby. Stos zabawek na ladzie był bardziej odpowiedni dla nowej lokalizacji sklepu satelitarnego a nie małej sypialni z jednym czarodziejskim dzieckiem.
Twarz dyrektora zasmuciła się.
- Och, ale Severusie, mają...
- Nie. Żadnych więcej. – Widząc, że starszy czarodziej chce się kłócić, Severus odwrócił się chytrze. – Co dasz mu na Boże Narodzenie, jeśli teraz wykupisz sklep? – zapytał, odmawiając sobie wyobrażenie, jak będą wyglądać Święta z bachorem. Całe te świecidełka i ho-ho-ho-owanie i wystarczająco wakacyjnej radości sprawiały, że Snape miał mdłości przez miesiąc.
- Hymm. Masz rację – zgodził się w końcu Albus, a Snape nie marnował czasu, by wypchnąć go ze sklepu.
- Ooh... czekaj! Quidditch! – powiedział Albus, zwracając uwagę, gdy Snape starał się wywlec go za sobą od ujawnionego zamiaru.
- Podczas gdy ty byłeś zajęty wahaniem się, co do koloru materiału do wyjściowej szaty Potter’a, ja poszedłem do sklepu z rzeczami do Quidditcha – poinformował go Snape, bezdusznie ignorując rozczarowany wyraz twarzy Dumbledore’a.
- Może zapomniałeś o czymś? – zasugerował z nadzieją.
- Boże Narodzenie, Albus. To tylko kilka miesięcy – odparł Severus, nie łagodząc ciągnięcia za ramię starszego mężczyzny.
Dumbledore westchnął po czym pojaśniał.
- Nie mogę się doczekać, by zobaczyć wyraz twarzy Harry’ego, gdy...
- Nie, Albusie. Nie zamierzam przekształcać tego w wymówkę do przyjęcia niespodzianki. Nie zaproszę do moich kwater połowy Wieży Gryffindoru, nie mówiąc już o różnorodnych kretynach członkach kadry, jak Trelawny.
- Być może tylko niektórzy z najbliższych przyjaciół Harry’ego... – zaczął Albus.
- Możesz sobie wyobrazić spustoszenie jakie narobiłby Hagrid, gdyby potknął się o mój zapas eliksirów? Nie.
Dyrektor westchnął pokonany.
- Dobrze, mój chłopcze. Ale muszę wymagać, byś pokazał mi wyraz twarzy Harry’ego przez Myślodsiewnię.
- Bachor nadal odpracowuje swoją karę za incydent z lataniem – powiedział chłodno Snape. – Nie zdecydowałem jeszcze, kiedy mógłby dostać jeden lub dwa małe przedmioty.
Dumbledore westchnął.
- Nie powinieneś być tak surowy, Severusie. Czy to nie ty podkreślałeś znaczenie pozytywnego motywowania?
Snape posłał mu gniewne spojrzenie.
- Jeśli nie podoba ci się to, co robię, nie należało mnie do tego zmuszać. Chciałbym przypomnieć ci, że to nie był mój pomysł. – To było bardzo satysfakcjonujące, zobaczyć, jak Albus łagodnie kiwa głową, choć to uczucie trwało tylko do kolejnych słów Albusa.
- To prawda, mój chłopcze. Więc jest to jeszcze bardziej satysfakcjonujące zobaczyć, że przyjmujesz to z takim poświęceniem. Pojmuję Molly i Artura, że byli pod wrażeniem twojego radzenia sobie z Harrym przy kolacji ostatniego wieczora. Powiedzieli, że byłeś dość naturalny – uśmiechnął się Albus.
Severus zazgrzytał zębami. Cholerni, zbyt gadatliwi Gryfoni!
Udało mu się odegrać na Albusie odmawiając jego pomocy w zorganizowaniu nowego pokoju Harry’ego, choć z perspektywy czasu wolałby dyrektora szkoły niż mieć do czynienia ze skrzatami. Kiedy dowiedziały się, że pokój jest przeznaczony dla Mistrza Harry’ego Pottera Sir, te małe stworzenia oszalały z podniecenia i wpadły z rozpędu w istnienie, rzucając się po pokoju i przygotowując go dla jego nowego właściciela. Snape musiał interweniować niezliczonymi argumentami pośród bardzo nerwowych małych stworzeń i cały jego ślizgoński spryt pochłonęło zapobieganie realizowania ich masowych automatycznych kar, gdy po wszystkim zdecydował, że meble będą wyglądać lepiej po drugiej stronie pokoju. Zanim pokój pozyskał ich jednomyślną satysfakcję, był przekonany, że byłoby zdecydowanie łatwiej zrobić to samemu w mugolski sposób.
Kiedy obudził chłopca tego ranka, którego spał na kanapie Snape’a, Harry był na przemian zakłopotany i zachwycony, że pozwolono mu spać w prywatnych kwaterach profesora.
- Hymm, dziękuję panu za pozwolenie mi spać tutaj – wymamrotał zaróżowiony. Oparł się na brwi i przetarł oczy. Wow – profesor pozwolił mu spać na jego porządnej kanapie i w ogóle!
- Tak, cóż, było bardzo późno i miałem lepsze rzeczy do roboty niż przejść całą drogę z powrotem do Wieży – prychnął Snape. Pociągnął chłopca w górę za jego ucho, w razie gdyby bachor pomyślał, że zmiękł. – Idź się umyć i ubrać albo nie zdążysz na śniadanie – zagroził złowrogo, choć nie miał zamiaru wypuścić zbyt chudego bachora bez pełnego, pożywnego posiłku w żołądku. – Skrzaty czekają, by go podesłać.
- W porządku – zapewnił Harry profesora, nawet gdy posłusznie ruszył korytarzem do łazienki. Nie chciał, by miał jakieś problemy z jego powodu. – Mogę po prostu wziąć słodką bułkę i zjeść ją w drodze do klasy... eep! – Urwał, gdy silne palce profesora zamknęły się ponownie na jego uchu i odwróciły twarzą w twarz z mężczyzną.
Zamrugał zaskoczony. Uchwyt na jego uchu nie był właśnie tak bolesny, ale Harry wiedział, że lepiej się nie opierać.
- Potter, jeśli zobaczę, że napełniasz usta niezdrowymi, słodkimi smakołykami, rozkażę skrzatom by karmiły cię na posiłkach przez kolejny miesiąc – groził Snape wściekle. – Oczekuję, że będziesz jeść trzy zbilansowane posiłki dziennie oraz ograniczysz spożywanie słodyczy. Jak można się spodziewać, że dostaniesz mięśni i urośniesz ze swojej mizernej postury, jeśli nie będziesz prawidłowo jadł? Czekoladowe żaby, słodkie bułki i trzy porcje budyniu sprawią tylko, że będziesz tak szeroki jak twój wielorybi kuzyn. Czy rozumiesz?
 W zdumieniu Harry skinął głową. Jego krewni ledwo dawali mu wystarczająco jedzenia, nie mówiąc już, czy obchodziło ich, czy było pożywne, czy nie.
- Omówimy to później przy większej ilości czasu – obiecał Snape surowo. – Na razie jednak, powinieneś nabyć zwyczaju naśladowania panny Granger. Wydaje się jeść dość sensownie.
Harry zmarszczył nos.
- Ona zawsze bierze mnóstwo warzyw i zielonych rzeczy – zaprotestował. – Ona je jak dziewczyna.
- I pan Weasley, który je jak dziura bez dna, i ty, młody człowieku, jesteście na dobrej drodze posiadania wyprysków i niezdrowego dojrzewania. Teraz rób jak mówię albo będziesz żałować. – Wysłał chłopca do łazienki z gniewnym spojrzeniem. Naprawdę! Taka bezczelność – i to też tak wcześnie rano!
Harry pobiegł do łazienki i wykonał swojej poranne ablucje. Jego serce śpiewało. Merlinie, profesor Snape martwił się o niego! Nie wystarczało mu, że Harry jadł, upierał się, by Harry jadł prawidłową żywność. I był nawet skłonny nauczyć go, co jeść, by Harry urosną na zdrowego i silnego. Harry uśmiechnął się do swojego odbicia. Domyślał się, że jeśli profesor miałby coś do powiedzenia na ten temat, Harry do końca roku byłby wyższy od Rona. Byłaby to miła odmiana od bycia zawsze chucherkiem w klasie.
Usuwając róż z policzków, Harry wślizgnął się na krzesło przy stoliku w kuchni Snape’a pod surowym spojrzeniem profesora.
- Dzień’bry, sir – powiedział Harry, przypominając sobie o manierach nieco poniewcześnie.
- Dzień dobry – odpowiedział profesor. Talerz z jajkami, tostami i owocami pojawił się z trzaskiem i Harry uśmiechnął się radośnie. – Miej pewność, że skończysz swoje mleko, panie Potter, jak również tą fiolkę z suplementem diety. To naprawi niektóre z twoich... braków żywieniowych w poprzednim życiu.
Harry posłał eliksirowi wątpliwe spojrzenie, ale uznał, że to nie jest bezpieczne protestować. Przypomniał sobie, że zeszłego wieczora pan Weasley dał mu dodatkowe warzywa i stwierdził, że jest to ojcowska rzecz.
-Będziesz brał dzienną dawkę tego eliksiru – kontynuował Snape, zadowolony, że Harry jest zbyt zajęty nabieraniem widelcem jajka do ust, by zaprotestować, - aż pani Pomfrey nie poinformuje mnie, że dogoniłeś swoją grupę wiekową w kategorii wzrostu.
- To smakuje okropnie? – spytał Harry z westchnięciem.
- Niewątpliwie – Snape uśmiechnął się ironicznie, gdy chłopak jęknął. To było całkiem zabawne. Nie był nawet w jego pierwszej klasie, a już mógł dręczyć dzieciaka. – Ponieważ podejrzewam, że nie zacząłeś tyle linijek ile mi jesteś winny... – rumieniec winy Harry’ego potwierdził jego podejrzenia, - zgłosisz się do mnie po szlaban po południu, zaraz po swojej ostatniej lekcji.
- Aalleee – zaprotestował Harry. – Jest piątek!
- I masz szlaban – poinformował go Snape bezdusznie. – Chcesz również spróbować szlabanu w sobotę?
Harry naburmuszył się i dźgnął markotnie jeden z owoców.
- A właściwie, co tak porywającego masz w planach na popołudnie? – uśmiechnął się Snape szyderczo, zirytowany dąsami chłopca.
Harry wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Po prostu liczyłem, że Ron i ja moglibyśmy...
- Idiota. Czyżbyś zapomniał, że pan Weasley i jego bracia są wzywani do Nory zaraz po zajęciach?
- Oh. – Harry zastanowił się przez chwilę. Jeśli Rona nie będzie to tak naprawdę nie było wiele do robienia. Granger prawdopodobnie będzie się starała przekonać go, by się z nią uczył, a choć Dean i Seamus mogli umieścić go w swoich planach to było to tak samo prawdopodobne, że tego nie zrobili.
Naprawdę musiał popracować nad linijkami i byłoby lepiej zrobić to tutaj, gdzie mógłby uzyskać pomoc profesora odnośnie jego charakteru pisma niż w Pokoju Wspólnym, gdzie każdy mógłby zobaczyć, że został ukarany. Biorąc pod uwagę nieobecność Rona, profesor miał rację: to naprawdę był najlepszy czas, by napisać zlecone linijki, kiedy nie będzie tracił okazji do czegokolwiek innego.
Harry spojrzał na profesora. Ten tutaj mężczyzna wybrał doskonałą dla Harry’ego okazję, by odrobił swoją karę, kiedy nie będzie musiał rezygnować z innych, bardziej przyjemnych czynności, a Harry marudził. Co więcej, profesor Snape był bardzo miły na temat jego nieskończonych szybko linijek. Wielu innych nauczycieli rozgniewaliby się, gdyby nie oddał ich następnego dnia.
- Przepraszam – wymamrotał z poczuciem winy.
- Hymm. – Snape, wciąż się krzywiąc, nawet nie podniósł wzroku znad przeglądanego dziennika eliksirów, gdy łykał porannej kawy.
Harry opadł na krześle. Teraz profesor był na niego zły i to jeszcze jak. Dotknął ostatniego z jego owoców, jego apetyt nagle zniknął.
- Skończ śniadanie, ty straszny bachorze – rozkazał Snape ostro. – Wkrótce zaczynają się zajęcia. – Wyciągnął rękę i poprawił kołnierz małego potwora, ponieważ był skręcony w tył. Szczerze mówiąc, czy on nawet nie potrafił się ubrać?
Harry spojrzał z nadzieją przez grzywkę. Może profesor nie był aż tak zły, jeśli poprawiał koszulę Harry’ego?
- Powiedziałem, jedz! – Snape dał nieposłusznemu dzieciakowi trzepnięcie w bok głowy. To zdecydowanie było trzepnięcie, nie klepnięcie. I na pewno nie poczochrał dzikich włosów bachora. To nie była jego wina, że jego palce zapały się w to ptasie gniazdo*.
Harry, uspokojony, uśmiechnął się szeroko i zabrał za resztę śniadania.
- Tak, p’sze pana – wymamrotał wokół ostatniego łyka mleka.
- I nie mów z pełnymi ustami! – warknął Snape, ale nagana została niezauważona przez bachora, gdy ten ześlizgiwał się z krzesła, chwytając swoja torbę na książki i biegł do drzwi.
- Do zobaczenia po południu, profesorze! – krzyknął Harry przez ramię.
- To jest szlaban, Potter! – Krzyknął Snape ze złością. – Nie przyjęcie! – Oh, kipiał, nauczy tego małego łajdaka obawiania się jego szlabanów. Czy on zaszczebiotał szczęśliwie na pożegnanie? Gdy jest zmuszany do popołudniowej kary? Zmusi tego bachora do pisania linijek, aż jego palce nie odpadną i wtedy naprawdę sprawi, że będzie cierpiał...
Zanim zajęcia się skończyły, Snape odzyskał dobry humor poprzez doprowadzenie do łez czwórki owutemowych uczniów i przyznał Oliverowi Woodowi szlaban, co gwarantowało chłopaka błagającego o litość. Zanim skończy schylać się na kolanach, by zeskrobać rozbryzgane eliksiry warte dekady na biurkach w klasie Snape’a, plecy Wooda będą w skurczu przez parę dni. Albo przynajmniej do czasu, aż uda mu się dokuśtykać do szpitala.
Kapitan drużyny Gryffindoru przeprosił i płaszczył się, gdy Snape ostro go skrytykował, że nie pokazał Harry’emu właściwej rozgrzewki i nie uspokoił ćwiczeń przed kwalifikacjami, ale to, co naprawdę sprawiło, że jego oczy wypełniły się łzami przerażenia to groźba Snape’a, że dołączy dzieciaka do drużyny Slitherinu jeśli drużyna Gryffindoru nie podejmie właściwej opieki nad swoimi graczami. Wood trajkotał w panice i pozwolił Snape’owi, by kolejne urazy, które poniesie Harry były brane na jego własną skórę.
- Czemu, panie Wood – odpowiedział jedwabistym głosem Snape, - już to planuję zrobię.
Po wszystkich groźbach, rzeczywista kara została przyjęta przez rozedrganego Wooda z ulgą, a Snape zostawił go, szorującego, gdy Harry wszedł do pomieszczenia.
- Dobry, proszę pana – powiedział uprzejmie Harry, szybko wkładając do kieszeni szaty czekoladową żabę, którą się zajadał.
Snape chwycił jego brodę w pewnym uchwycie i wyciągnąwszy czystą białą chusteczkę, wyczyścił twarz łobuza.
- Hymm?- zapytał groźnie, pokazując bachorowi rozmazaną czekoladę, która chwilę temu ozdabiała jego oblicze.
- Eee... Są urodziny bliźniaczek Patil – wyjaśnił Harry błagalnie. – Wszystkim dawały żaby. To byłoby niegrzeczne odmówić.
- Dzisiaj żadnego deseru. – Snape wymówił to tonem nie znoszącym żadnego sprzeciwu.
Harry westchnął.
- Tak, proszę pana. Mógłbym chociaż dokończyć żabę? – spytał z nadzieją.
- Nie.
Snape wyciągnął dłoń, a Harry z żałosną miną położyła na niej w połowie jedzoną żabę. Była raczej puchata po pobycie w jego kieszeni, przyznał sam sobie. Snape przyglądał się jej z odrazą i smakołyk zniknął. Wziął Harry’ego za ramię i poprowadził go energicznie pomiędzy krzesłami do siedzenia w pierwszym rzędzie.
- Cześć, Oliver – powiedział Harry, gdy był ciągnięty obok starszego gryfona.
- Cześć, dzieciaku – Wood uśmiechnął się do niego, pochylony nad wysokim biurkiem, szorując nogi szczotką ze sztywnego włosia.
- To nie jest spotkanie towarzyskie przy herbacie, Potter – warknął Snape. – Usiądź i zacznij swoje linijki.
- Dobrze, proszę pana – powiedział Harry posłusznie, wyciągając ze swojej torby pergamin i pióro. Najpierw miał przydzielone linijki o swoich krewnych, ale byłoby łatwiej skończyć to o incydencie z lataniem, ponieważ było ich tylko 200. Uznał, że będzie lepiej, jak szybko skończy co najmniej część swojej kary i był zdeterminowany zabrać się do pracy nad 200 zadanymi linijkami.
Zaburczało mu w brzuchu i pomyślał tęsknie o żabie, zanim skoncentrował swoją uwagę na pracy przed nim. Teraz, co to było, co Snape kazał mu napisać...? Och, tak – Harry pochylił się nad swoim zadaniem.
Podskoczył ze zdumienia, gdy szklanka mleka i talerzyk z plasterkami jabłka pojawił się przed nim na biurku.
Zerkając na profesora, zauważył Snape’a patrzącego na niego.
- Zabieraj się do pracy, leniwy bachorze!
- Proszę pana! – zaprotestował z tyłu sali Wood, a Harry odwrócił się zaskoczony. – Nie powinien pan go tak nazywać!
- Pilnuj swoich spraw, pani Wood, chyba że zależy panu również na czyszczeniu krzeseł tak samo jak biurek? – zagroził Snape.
Wood schylił się z powrotem do pracy, mrucząc buntowniczo, podczas gdy Harry skubał jabłko i zastanawiał się, o co chodzi w tym całym zamieszaniu.
Skończył większość jabłka i całe mleko, w momencie kiedy Snape przywlekł obok niego krzesło.
- Jak możesz oczekiwać, że będę czytać te bazgroły? – skarcił go profesor, zerkając na kilkanaście linijek, które napisał Harry.
- Przepraszam, proszę pana – odparł Harry potulnie.
- Popatrz. Tak się właściwie trzyma pióro i... skąd ma pan tak żałosne pióro, panie Potter?
- Eee, były na wyprzedaży na Pokątnej, proszę pana...
- Oczywiście, że były przecenione, bo inaczej nikt nie byłby na tyle głupi, by zakupić rzecz tak przerażająco słabej jakości – prychnął Snape pogardliwie. – Masz. To samonapełniające się, szczelne pióro. Nie będę słuchał już twoich wymówek, że pióro jest przyczyną twojego okropnego pisma.
Harry zamierzał podkreślić, że nie miał żadnych wymówek, nie narzekał czy coś innego, ale uznał, że byłoby niegrzeczne kłócić się, podczas gdy właśnie otrzymał prezent.
- Dziękuję panu!
Snape skrzywił się okropnie.
- Przestań gadać i spróbuj ponownie. Nie, nie... trzymaj je tak.
Zanim upłynęło piętnaście minut charakter pisma Harry’ego znacznie się poprawił i Snape wrócił do swojego biurka.
- A jeśli nie będziesz miał napisanych pięćdziesiąt linijek zanim następny raz sprawdzę, Potter, przykleję cię zaklęciem do krzesła, aż do godziny policyjnej!
- Cholerny nietoperz – doszło z tyłu sali.
- Coś pan mówił, panie Wood? – mruknął Snape.
- Nie, proszę pana – odpowiedział Oliver potulnie.
- Wyprostuj się i patrz na mnie, gdy się do mnie pan zwraca, panie Wood!
Skomlenie, które wydał z siebie Oliver, gdy boleśnie wstawał wywołało uśmieszek czystej przyjemności na twarzy Snape’a. Wood jęknął żałośnie, gdy jego plecy boleśnie zaprotestowały poprzednie dwie godziny.
- Drogi, szanowny panie Wood. Chyba powinienem pozwolić ci rozciągnąć się trochę zanim kazałem ci szorować spody biurek – powiedział Snape radośnie. – Mięśnie twoich pleców muszą być w skurczu.
- Tak, proszę pana – Oliver skrzywił się. Musiał przyznać, że mimo bólu, jaki by nie był, to była pewna poetycka sprawiedliwość w tym szlabanie. Wysłał przepraszające spojrzenie w miejsce, gdzie Harry rzucał okiem przez ramię. Naprawdę nie miał na celu przemęczać takiego dzieciaka, ale to było zbyt ekscytujące widzieć, jak rzuca się i łapie znicza raz po raz.
- Jeszcze jest półtorej godziny do kolacji – zamyślił się Snape, ciesząc się w jaki sposób kapitan Gryfonów blednie na myśl o kolejnych dziewięćdziesięciu minutach łamiącej plecy pracy
- Proszę pana – spróbował Wood, - kwalifikacje trwały tylko dwie godziny.
- Ale pan jest starszy, silniejszy i – podobno – mądrzejszy niż jedenastolatek, panie Wood!
Westchnął.
- Tak jest.
Wood zaczął się ponownie schylać, ale został powstrzymany przez lodowaty ton Mistrza Eliksirów.
- Może pan spędzić resztę popołudnia na rozważaniu lekcji, której się właśnie nauczyłeś.
Wood spojrzał niepewnie na profesora Snape’a. Co to znaczyło? Ma być wysłany do kąta jak czterolatek? Tłustowłosy dupek był zdolny do prawie wszystkiego, tak długo, jak było to upokarzające, bolesne i mogło doprowadzić ludzi do płaczu.
Snape przewrócił oczami. Krótkie słowa – Gryfoni potrzebują krótkich słów i jasnego celu, przypomniał sobie.
- Zakładam, że może pan kontemplować swoje działania bez bycia zaangażowanym w pracę fizyczną, panie Wood?
- Och! Eee... tak, proszę pana – Oliver szybko skinął głową, wyczuwając wstrzymanie jego egzekucji.
- W takim razie jesteś zwolniony. Spodziewam się dwóch stóp na temat obowiązków lidera w poniedziałek na moim biurku wraz z kolejnymi dwunastoma calami na temat zapobiegania urazów kręgosłupa. – Uśmiechnął się złośliwie. – Przypuszczam, że możesz przesłuchać panią Pomfrey na ostatni temat, gdy skonsultujesz jej profesjonalność. Jeśli oba eseje nie dostaną mojej aprobaty, dostarczysz mi kolejne dwie stopy na temat częstotliwości występowania urazów sportowych i zapobiegania im. Czy rozumiemy się?
- Tak, proszę pana – Wood zgodził się smętnie. Dwa dodatkowe eseje! To tyle jeśli chodzi o plany praktykowania latania w ten weekend. Jak znał Snape’a, to pewnie w końcu i tak będzie pisał trzeci esej. Ramiona Wooda opadły w przygnębieniu, ale natychmiast drgnął, gdy ten ruch spowodował ból, jak gorące uderzenie nożem. Przynajmniej Snape po prostu prawie dał mu pozwolenie na odwiedzenie medi-wiedźmy. Spodziewał się, że będzie miał zakazane używanie jakichkolwiek magicznych sposobów na łagodzenie bólu i było to miłe zaskoczenie, uświadomić sobie, że nawet Snape nie jest aż taki zły.
Poza tym mogło być gorzej. Ten głupek mógłby odnieść sukces zmieniając Pottera w latającego węża! Skrzywił się do Pottera, a dzieciak szeroko się uśmiechnął.
Wood czuł się trochę źle, pozostawiając pierwszorocznego samego na łasce Złego Nietoperza, ale z drugiej strony to nie tak, że jego obecność jest bardzo pomocna dzieciakowi. Snape wciąż na niego warczał i odburkiwał przez cały czas, na litość Merlina, krytykując go za pismo! Jaki miał w tym interes, że pismo dzieciaka było okropne? Nie możesz złapać profesor McGonagall wtykając swój nos w taki sposób. Ona szanuje swoich uczniów i nie traktuje ich jak bandy dzieciaczków. Wood słyszał, że Snape nawet, na Merlina, wyznaczył porę snu dla swoich pierwszorocznych Ślizgonów! Jaki był sens bycia w szkole jeśli nie możesz zostać do późna, kiedy masz na to ochotę?
Wood pomachał do Harry’ego i odwrócił się.
- Dziękuję, profesorze – zawołał, rozumiejąc, że bezpieczniej jest być uprzejmym.
- Jaka część „zwolniony” była dla pana niejasna, panie Wood? – doszła do niego złośliwa riposta profesora, gdy wymykał się przez drzwi.

CDN...


*w oryginale ‘rat’s nest’, co znaczy szczurze gniazdo, ale po naszemu raczej się mówi, że ma się ptasie gniazdo na głowie ;)

2 komentarze:

  1. Bardzo miły prezent walentynkowy! :D

    Ten rozdział mi się podobał trochę mniej niż poprzedni. Pewnie dlatego, że Severus ciągle warczał i był agresywny - nie tak sympatycznie dokuczliwy jak ostatnio, tylko właśnie agresywny. Mimo, że okazał miłosierdzie Woodowi! No i jak mógł nie pozwolić nawet dokończyć kawałka czekolady! No zupełnie bez serca!

    Pozdrawiam i czekam na następny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    och zakupy, biedny Severus, chyba naprawdę wolałby być torturowany niż robić zakupy z Albusem, haha no wspaniała kara dla Wooda...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń