niedziela, 22 stycznia 2017

NDH - Rozdział 28


- Hej, kumplu, co jest? – zapytał Ron, opadając obok Harry’ego na sofę w Pokoju Wspólnym. Jego przyjaciel wzruszył ramionami.
- Nic.
- Och, daj już spokój, Harry – namawiała Hermiona, siadając po jego drugiej stronie. – Jesteś taki od kilku dni. Co się dzieje?
- Szlaban już się niemal skończył, powinieneś się cieszyć – przypomniał mu Ron, próbując pocieszyć Harry’ego, ale chłopak tylko skinął głową.
Hermiona przyjrzała się mu uważnie. Czy Harry dąsał się przez karę? Raczej nie on byłby pierwszą osobą, która irytowałaby się tygodniowym zakazem. Oczekiwała, że to Ron zacznie narzekać, ale nadal był tak zachwycony swoją nową różdżką, że naprawdę nie zauważał wiele poza nią. Ale nie, Harry nie wydawał się być takim typem. Ale jeśli tak, to o co chodziło?
- Czy pokłóciłeś się z profesorem Snapem? – zaryzykowała przypuszczenie.
Prychnął?
- Jak? Ostatnio praktycznie w ogóle go nie widziałem.
Twarz Rona zajaśniała konsternacją.
- Huh? Ale widzieliśmy go na eliksirach i nadzorował nas ostatniego wieczoru i…
- Nie widziałem się z nim sam na sam – wyjaśnił Harry. – Nie możemy pokłócić się na zajęciach.
- Och. Prawda – przytaknął Ron.
Hermiona również skinęła głową.
- Tęsknisz za nim – powiedziała ze zrozumieniem.
Harry oblał się szkarłatem.
- Nie prawda! Myślisz, że jestem aż tak dziecinny? – zapytał gniewnie, niecharakterystycznie wybuchowo.
Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną.
- Nie, Harry! Nie! Chodzi mi o to, że – cóż, ty i profesor Snape nie mięliście dużo czasu na poznanie się. To uzasadnione, że nadal jest wiele rzeczy, o których chcesz porozmawiać. Nie miałam na myśli tego, że… jesteś strasznie stęskniony za domem, czy coś w tym stylu.
Ron obserwował szeroko otwartymi oczami, jak Hermiona nerwowo próbuje udobruchać przyjaciela.
- W takim razie okej – mruknął zmiękczony Harry. Przez kilka minut patrzył ponuro w ogień, podczas gdy jego przyjaciele wymienili zdenerwowane spojrzenia nad jego głową, ale sumienie nie pozwoliło mu milczeć zbyt długo.
- Przepraszam – wymamrotał z poczuciem winy, nie patrząc na Hermionę. Nie było w porządku, że wyładowywał swój zły humor na którymś z przyjaciół. Hermiona po prostu musiała zrozumieć leżącą przed nią układankę, a to, że był trochę zakłopotany brakiem Snape’a nie znaczy, że parskać na nią w ten sposób. A Ron był jego pierwszym prawdziwym przyjacielem – choć Harry wątpił, że zostanie nim, jeśli nadal będzie go tak ignorował.
- W porządku, kumplu – odpowiedział Ron za nich, zarzucając rękę na ramiona Harry’ego. – Jest właśnie tak, jak powiedziała Hermiona. Byliśmy jedenaście lat z naszymi rodzinkami – to nie taka wielka sprawa, gdy jesteśmy z dala od nich. Nie tęsknisz za Dursleyami, prawda? – Harry wzruszył ramionami i pokręcił głową. – Widzisz? To dlatego, że Snape jest nowy. Dlatego za nim tęsknisz. To całkowicie uzasadnione, co nie? – zapytał Hermiony.
- Absolutnie – zgodziła się, ciesząc się, że Harry uśmiecha się nieśmiało.
- Dzięki – powiedział, wdzięczny za to, że ma tak wspaniałych przyjaciół. – Tylko, kiedy zszedłem do niego kilka razy, był zbyt zajęty, by ze mną rozmawiać. Znaczy, jeśli chcę, mogę zostać w moim pokoju, ale nie pozwala mi być przy nim, nawet po to, by pociąć składniki do eliksirów. – Jego ramiona opadły. – Może się mną znudził.
- Nie, kumplu! – sprzeciwił się Ron. – Dlaczego miałby to zrobić?
- Nie wiem. Ale nie mam interesujących rzeczy, o których moglibyśmy rozmawiać. Zawsze robi coś bardzo ważnego, jak pamiętacie tego dnia, kiedy dyrektor powołał go do tego komitetu? Zawsze jest zajęty takimi rzeczami. Ostatnio wyjątkowo ciężko pracował nad jakimś projektem… - Wzruszył ponownie ramionami z przygnębieniem. – Co mam robić oprócz chodzenia na lekcje?
- Nie wiem, czy jesteś dla siebie całkiem sprawiedliwy, Harry – zauważyła Hermiona, jak zwykle głosem pełnym rozsądku. – Znaczy, mięliśmy szlaban od tygodnia. Byłby zły, gdybyś robił coś ciekawego.
- Tak. Kiedy już będziesz mógł znowu latać, będziesz miał mu wiele do opowiedzenia! – powiedział zachęcająco Ron.
Harry nadal wyglądał, jakby miał wątpliwości.
- Chyba tak… Tylko że on nie interesuje się tak Quidditchem.
Ron spojrzał na niego przerażony.
- Nie interesuje się… Żartujesz?
Harry i Hermiona wymienili rozbawione spojrzenia.
- Cóż, chodzi mi o to, że on chce, by jego Dom wygrał Puchar i w ogóle, ale raczej nie spędza dużo czasu na czytaniu wyników Quidditcha w Proroku czy coś w tym stylu.
Ron pokręcił głową ze zdumieniem.
- O kurczę.
- Cóż – powiedział Hermiona jak zwykle rozsądnie, - dlaczego nie zrobisz czegoś, co uznałby za interesujące?
Harry poderwał się.
- Świetny pomysł!
- Tak!... Um, jak, na przykład, co? – zapytał po chwili Ron.
- No, mógłbyś zrobić dodatkowe zadanie badawcze na projekt z eliksirów – zaczęła Hermiona z ożywieniem. – Albo może…
- Nie – Harry zmiótł jej pomysły w podnieceniu. – Rozwiążemy zagadkę!
Hermiona wyglądała na pełną obaw.
- Jaką zagadkę? Lepiej żebyś nie mówił o trzecim piętrze…
Harry przewrócił oczami.
- Nie, Hermiono. Nie jestem głupi, okej? Profesor Snape zabiłby mnie, gdybym poszedł tam po tym, jak dyrektor tego zabronił i powiedział, że to niebezpieczne. A co nawet gorsze, dyrektor mógłby zadecydować, że wyśle mnie z powrotem do Dursleyów za bycie nieposłusznym.
- Ale jaka tu jest inna zagadka? – zapytała bezbarwnie.
- Profesor Quirrell!
- Zagadka na temat profesora Quirrella? – powtórzył zdezorientowany Ron.
- Jasne! – Oczy Harry’ego błyszczały. – Znaczy, profesor Snape go nie znosi – zawsze posyła mu to Spojrzenie – a to musi coś znaczyć. A teraz Quirrell jest w skrzydle szpitalnym do meczu Quidditcha – to też musi coś znaczyć!
Hermiona przewróciła oczami. Chłopcy! Zawsze starali się znaleźć jakiś sekret tam, gdzie go nie było.
- To znaczy, że ten biedny facet spadł z siedzeń przy tym całym zamieszaniu. Dyrektor ogłosił, że został poważnie ranny i będzie musiał pozostać przez jakiś czas w szpitalu, pamiętasz?
Harry prychnął z niedowierzaniem.
- Daj spokój! Pani Pomfrey w momencie wyleczyła twój nadgarstek – co on musiałby sobie zrobić, że wyleczenie go zajęło jej ponad tydzień? Jeśli jest tak ranny, dlaczego miałby tu zostać? Czy nie powinien iść do prawdziwego szpitala? – przerwał nagle, nieco niepewny. – Istnieją czarodziejskie szpitale, prawda?
Ron zamyślił się.
- On ma rację, Hermiono. Jeśli ktoś jest naprawdę ranny, powinni zabrać go do czarodziejskiego szpitala, św. Mungo. Znaczy, pani Pomfrey jest serio niezła, ale jest tylko jedną osobą, a to jest tylko szkolny szpitalik. Św. Mungo ma duży personel, specjalne zaklęcia i inne takie.
- Hmmmmm. – Harry zobaczył to spojrzenie w oczach Hermiony i wiedział, że też złapała haczyk.
- I jest jeszcze największa zagadka ze wszystkich – powiedział Harry kusząco. – Co znajduje się pod turbanem?
Ron prychnął z rozbawieniem.
- Czy to tak jak pytanie, co jest pod jego kiltem? (szkocka spódnica męska – dop. Tłum.)
Hermiona posłała mu spojrzenie pełne sztywnej dezaprobaty, ignorując chichot Harry’ego.
- Jestem pewna, że nie wiem, o co ci chodzi, Ronaldzie.
- No już, poważnie – nalegał Harry. – Podsłuchałem, jak inni uczniowie mówili, że nigdy wcześniej nie nosił turbanu, więc dlaczego zaczął? Może coś pod nim ukrywa!
Hermiona spojrzała na niego z powątpiewaniem.
- Dlaczego? Jeśli miał coś do ukrycia, dlaczego zwyczajnie nie zostawił tego u Gringotta albo jakimś bezpiecznym miejscu?
- Może nie może. Może to coś jest na nim – zasugerował Ron. – Jak… jak przeklęta blizna! – krzyknął, a jego wzrok padł na Harry’ego.
- Jest nauczycielem OPCM-u. Dlaczego miałby chować bliznę po przekleństwie? – wykłócała się Hermiona.
- Może dlatego, że przegrał walkę i nie chce, żeby ktoś o to pytał i się dowiedział? – zaproponował nieco słabo Ron.
- Założę się, że jest zwyczajnie łysy i to wszystko jest na daremno – powiedziała Hermiona lekceważąco. – Facet może zgłupieć przez utratę włosów.
Ron przewrócił oczami.
- Tak, jasne. A dziewczyny w ogóle nie głupieją, gdy chodzi o ich włosy. – Zaczął naśladować wysoki głos Lavender i jej rozdrażniony ton. – Ooooch, już naprawdę nie wiem, co mam zrobić, Parvati! Moje włosy zwyczajnie nie będą się układać tak, jak chę. Masz takie szczęście, że twoje włosy są idealne. Chciałabym mieć takie proste włosy, jak twoje!
Harry dołączył do zabawy.
- Ooooch, Lavender, nie wiem, o co ci chodzi! Uwielbiam twoje włosy. Masz takie piękne loki. Chciałabym mieć kręcone włosy! – Harry dreptał w nienajgorszym uosobieniu Parvati.
Hermiona prychnęła.
- Tylko oboje poczekajcie. Za kilka lat też będziecie stać przy lustrach, chcąc wyglądać ładnie i zachwycić wszystkie dziewczyny!
Harry i Ron zawyli ze śmiechu.
- My? Przy lustrze? Dziewczyny? Ta, jasne!
Hermiona prychnęła ponownie i przewróciła oczami. Czasami było tak trudno być tą najdojrzalszą.
^^^
Snape spojrzał na stos pergaminów, które jeszcze musiały zostać poprawione i westchnął. Doprawdy, praca spiętrzyła się przez ostatni tydzień, przez to, że z ukrycia kierował powrotem Blacka do czarodziejskiego świata. Nie wspominając namawianiu Dumbledore’a, że trzeba zrobić coś z Quirrellem. Po ostatnim meczu Quidditcha, powiedział Albusowi w niedwuznaczny sposób, że należy pozbyć się tego jąkającego wraku, ale dyrektor okazał się zaskakująco oporny.
Na początku Snape przypuszczał, że po raz kolejny niezdolność Albusa do widzenia ciemnej strony kogokolwiek oślepiła go na niebezpieczeństwo, które mężczyzna postawił przed Harrym, ale dalsza rozmowa dała jasno do zrozumienia, że Dumbledore zwyczajnie chciał wiedzieć, kto wydawał Quirrellowi rozkazy.
- Oboje wiemy, że profesor Quirrell nie ma ani rozumu ani ambicji, by z własnej woli atakować Chłopca, Który Przeżył – powiedział Dumbledore, a jego mina choć raz była ponura. – Chcę wiedzieć, kto ma miał czelność atakować jednego z moich uczniów.
Snape niechętnie uznał logikę tego planu – czy mógł to być Lucjusz? Lub jeden z Lestrangów, pociągający za sznurki z Azkabanu? Lub może… Był zmuszony przyznać, że niewiedza była zwyczajnie zbyt niebezpieczna.
- Bardzo dobrze, ale jak masz zamiar powstrzymać go przed ponownym atakiem na Harry’ego lub – w przypadku, gdyby nie była to jednak śmierciożercza zmowa, - na innego z uczniów?
- Pozostanie w ambulatorium, zdrowiejąc po swoim bolesnym upadku – odparł Dumbledore, a jego oczy znowu zabłyszczały. – Wydaje się, że w tym całym zamieszaniu biedny profesor Quirrell stracił równowagę i doznał bardzo poważnych obrażeń przez swój upadek z trybun.
Snape niechętnie zgodził się. To przynajmniej kupi im trochę czasu. Quirrell będzie odizolowany, a Harry bezpieczny póki nie natkną się na tego, kto pociąga za sznurki Quirrella. Ale nie ufał Albusowi w całości i w nocy snuł się po korytarzach niedaleko ambulatorium, upewniając się, że profesor OPCM-u nie wymknie się, gdy pani Pomfrey spała.
Pomiędzy pilnowaniem Quirrella, reżyserowaniem konferencji prasowych Syriusza, nauczaniem i opieką nad Domem, czuł się bardziej niż wypompowany. Naprawdę nie skupiał wiele uwagi na Harrym, choć przynajmniej widywał go w klasie i na posiłkach w Wielkiej Sali, nie wspominając o tych wieczorach, kiedy nadzorował ich karę. Przez kilka ostatnich dni chłopak wydawał się nieco cichy, ale teraz wraz ze swoimi małymi przyjaciółmi ciągle pochylali się ku sobie, szepcząc i mrucząc. Oczywiście knuli coś na uczczenie końca szlabanu i jeśli nie będą ostrożni, skończą z powrotem z nim, wściekał się Snape. Nie miał zamiaru pozwolić, by Harry szalał w sposób, jaki robił to jego ojciec, choć musiał przyznać, że ostatnio nie był szczególnie dobrym opiekunem. Może musi zrobić coś z bachorem, tylko po to, by przypomnieć małej potworze, że jest pod ścisłą kontrolą.
^^^
- NIE! Nie nie nie nie. Nie.
Albus uśmiechnął się.
- Mam tylko nadzieję, że to przemyślisz, mój chłopcze.
- Ogłuchł pan, dyrektorze? Powiedziałem nie. To absurdalny pomysł. Kiedy poruszyłem ten temat, myślałem raczej nad tym, że któregoś wieczora bachor zrobi swoje zadanie domowe w moich kwaterach – warknął Snape, dając sobie mentalnego kopa za to, że w ogóle wspomniał o swojej myśli Albusowi.
- I on będzie pracował przy jednym stole, a ty przy drugim? To raczej nie jest spędzanie z nim czasu.
- To z pewnością jest spędzanie z nim czasu. Będzie w mojej obecności, prawda? To jest własnie definicja pojęcia „z nim”. A twój pomysł jest jawnie niedorzeczny. Nie mam zamiaru zachęcać bachora, by uczcił koniec swojej kary. To byłoby uosobieniem popierania złego zachowania!
- Nie to sugerowałem, Severusie…
- Zabranie bachora na lody pierwszego dnia wolności jest z pewnością świętowaniem końca restrykcji. Nie mam zamiaru kupować mu słodyczy i robić zamieszania, kiedy zarobi kolejny dzień szlabanu za swoje przerażające działania. – Snape nadąsał się. – To tak jakby powiedzieć mu, że kara była zbyt surowa.
- A ty ani nie świętujesz ani nie przepraszasz za karę – stwierdził Dumbledore spokojnie. – Upamiętniasz fakt, że teraz, kiedy poddał się karze dla twojej satysfakcji, ponownie ma pozwolenie na normalne przywileje. Co więcej, przypominasz mu, że są pewne zaszczyty, takie jak wycieczka do miasteczka czy smakołyki. – Urwał, a jego radosny błysk w oczach został zastąpiony przez coś przebiegłego. – W pewnym sensie, byłoby dość okrutne, wiesz, pokazanie mu, co stracił przez ostatni tydzień i przypomnienie mu, co traci, gdy zachowuje się źle.
 Wyraz twarzy Severusa zmienił się odrobinę, a Dumbledore wywarł presję swoją przewagą.
- I dzięki temu wycofałby się z zamku i od profesora Quirrella podczas weekendu, kiedy trudne byłoby śledzenie go. Mógłby, na przykład, chcieć powędrować trochę po tak długim zamknięciu w klatce. Dobrze się zachowywał, prawda? Nie wykradał się podczas restrykcji?
- Nie – przyznał niechętnie Snape. Był raczej zaskoczony tym faktem. James Potter nigdy by nie zaakceptował tak pokornie kary, ale Harry i reszta przestrzegała zastrzeżeń, skupieni na swoich esejach, a nawet pomagali mu w przygotowywaniu składników eliksirów bez jakiegokolwiek stękania czy jęczenia.
- No, widzisz? – powiedział Albus radośnie, jakby Snape właśnie zgodził się z absurdalną propozycją. – Baw się dobrze, mój chłopcze.
- Dyrektorze, nawet jeśli zabiorę chłopca ze szkoły, nie ma powodu, by zabierać go aż na Pokątną. Hogsmeade jest całkowicie wystarczające dla…
- Nie, nie, mój chłopcze. Ulica Pokątna. Harry musi doświadczyć Lodziarni Floriana Fortescue – uśmiechnął się Albus i odszedł, zostawiając Snape’a, by wściekał się w tylko swoim towarzystwie.
No i? Czy powinien zrobić to, co stary bałwan ewidentne chciał i zabrać chłopca na wycieczkę? To dawało mu kolejną rzecz, której mógłby zakazać za karę, a miotła działała w tym względzie spektakularnie…
Och, w porządku. Równie dobrze mógłby to zrobić, ponieważ wiedział, że Dumbledore nie dałby mu ani chwili spokoju, póki by tego nie zrobił. Poza tym, dzięki temu będzie mógł przynieść nieco składników, gdy będą na mieście i zobaczy, czy są jakieś nowe czasopisma o eliksirach w Esach i Floresach. Ale z pewnością nie zabierze całej grupy bachorów. Wzdrygnął się na myśl o oprowadzaniu po całej ulicy Neville’a Longbottoma, Draco Malfoya i reszty przyjaciół Harry’ego. Nie, pomyślał surowo, to nie była wycieczka dla małej świty Pottera. Jeśli bachor nie będzie chciał iść bez swoich przyjaciół to się dowie, jak to jest siedzieć w jego kwaterach i przez cały dzień przepisywać linijki. To mu pokaże, że są gorsze rzeczy niż konieczna obecność surowego opiekuna w Londynie i będzie się zachowywał. Jeśli Potter pomyśli, że wycieczka bez przyjaciół była zbyt nudna, by się nad nią w ogóle zastanawiać, szybko dowie się, jaka jest prawda. Snape skinął głową w satysfakcji. Postawi sprawę jasno, że to nie jest niespodzianka dla chłopaka, ale obowiązek, na który lepiej by się nie skarżył.
^^^
Harry truchtał radośnie obok swojego opiekuna. Był taki szczęśliwy! Profesor Snape zabierał go ze sobą aż do Londynu! Tylko jego, Harry’ego. Nikogo więcej. Żadnego Flinta czy Jones czy nawet Draco – nie, profesor Snape wybrał jego zamiast jakiegokolwiek swojego węża. Nawet Hermiona, z jej lepszymi ocenami, byłaby w pewien sposób bardziej racjonalnym wyborem, ale nie, jego profesor chciał jego.
Harry rozpromienił się. Nigdy wcześniej żaden dorosły nie chciał spędzić z nim czasu, ale nie mogło być innego wytłumaczenia na zachowanie profesora Snape’a. Harry czuł się tak, jakby mógł wybuchnąć ze szczęścia.
Nawet wybrany termin profesora Snape’a był idealny. To był pierwszy dzień po szlabanie, a tego ranka Hermiona czekała pod drzwiami na panią Pince, aż ta otworzy bibliotekę. Planowała spędzić tam cały dzień, wśród książek, nadrabiając swoją nieobecność z ostatniego tygodnia. Harry potrząsnął głową. Dziewczyny.
W tym czasie bliźniacy obiecali przemycić Rona do kuchni i przekupić skrzaty, żeby dały mu wszystkie budynie, które stracił przez ten tydzień. Harry podejrzewał, że mięli nadzieję, że Ron będzie jeść aż się pochoruje, ale miał dużo wiary w ogromny apetyt swojego najlepszego kumpla. Domyślał się, że bliźniacy mogą być rozczarowani, gdy ich „dobry uczynek” właśnie się takim okaże, ale może był niesprawiedliwy. Ich obietnica na dzisiejszy dzień pomogła Ronowi przetrwać przez długie, długie posiłki, kiedy mógł tylko patrzyć z milczącą tęsknotą na desery. Harry powiedział Ronowi by nie zostawał przy stole, gdy były podawane budynie, wiedząc z własnego doświadczenia z Dursleyami, że dużo gorzej było móc patrzeć i powąchać jedzenie, którego nie miał szans spróbować, ale Ron wolał się torturować.
Jego zachowanie zagwarantowało to, że reszta szkoły wiedziała wszystko o karze, a w rezultacie Harry odbierał więcej niż jedno współczujące spojrzenie od uczniów, którzy oczywiście uznali, że jego opiekun stosuje przerażającą dyscyplinę. Większość innych nauczycieli zadowoliłoby przydzielenie szlabanu i może linijek, powiedzieli. Tylko Snape mógł wybrać tak ukierunkowaną i bolesną karę.
Harry z radością przyjął troskę swoich szkolnych kolegów – to była duża zmiana między byciem „tym dziwacznym dzieciakiem, który mieszka z Dursleyami” – ale naprawdę był raczej dumny, że jego opiekun nie przetrzepał mu tyłka (jak zrobiliby Dursleyowie) czy użył obojętnego „uniwersalnego” podejścia (jak wydawała się robić reszta kadry), kiedy nawalił. Uznał za raczej miłe to, że profesor spędza czas myśląc nad tym, co mogłoby wywrzeć największe wrażenie na nim i wybrał karę, która naprawdę nauczyła go czegoś, jak esej, czy była dostosowana do wykroczenia, jak restrykcja. Nie był pewny, dlaczego inni uczniowie nie widzieli tego w ten sposób, ale przypuszczał, że to musi być jedna z tych czarodziejskich rzeczy i bardzo się nad tym nie głowił.
A teraz, tak jakby po to, by uporał się ze strachem, że jego profesor nadal jest na niego zły, był zabierany na ulicę Pokątną, na specjalną niespodziankę! Profesor Snape jasno wyjaśnił, że idzie na alejkę, by załatwić sprawunki i normalnie nie zabiera nikogo ze sobą, ale zamierzał pozwolić Harry’emu pójść ze sobą! Nawet znalazł czas, by dokładnie wyjaśnić, jak Harry powinien się zachowywać, co jeszcze bardziej chłopaka uszczęśliwiło. Ostatnim razem, gdy był na ulicy z Hagridem dobrze się bawił, ale był zbyt świadomy tego, że pasował jak wół do karety, nie wiedząc, jak się ubrać, mówić, czy zachowywać. Tym razem profesor Snape upewnił się, że Harry jest dobrze przygotowany i nie zrobi z siebie głupca. Pozwolił nawet Harry’emu iść obok siebie, aniżeli kilka kroków za nim, jak zawsze kazali mu robić jego krewni. Harry ścisnął się w zadowoleniu. To był jeden z najlepszych dni jego życia.
Snape rzucił okiem na urwisa idącego tuż przy jego boku. Przynajmniej bachor nadążał teraz za jego długimi krokami. Na początku mały rozrabiaka wlókł się za nim, ale gdy chwycił go za nadgarstek i pociągnął za sobą, ciągnąc go za rękę jakby był niegrzecznym dzieciakiem, bachor dostał nauczkę. Teraz trzymał się jego boku i – co dziwne – uśmiechał się.
Snape niechętnie podziwiał zdolność diabła do akceptowania nagany. Większość z jego Ślizgonów – jeśli miał być szczery to włączając to jego, - byłaby naburmuszona po takim potraktowaniu, ale Harry zdawał się zwyczajnie pojąć punkt widzenia Snape’a i przejść z tym do porządku dziennego. Zachowywał się podobnie, jak wtedy, gdy Snape usadził go i wyjaśnił z potwornymi szczegółami, jak Harry ma postępować. Opisał wszystkie zachowania, które były nie do zaakceptowania i wpoił w niego podstawy etykiety, aż spodziewał się, że dzieciak wybuchnie. Mimo wszystko miał jedenaście lat i nie potrafiłby docenić wykładu na temat tak podstawowych rzeczy jak użycie w publicznej toalecie zaklęć suszących ręce czy usprawiedliwienie się, jeśli na ulicy wejdzie między czarodzieja a jego znajomego.
Jednak Harry słuchał każdej przestrogi z głęboką uwagą, a Snape powstrzymał się przed chwyceniem dzieciaka za tą postawę sarkazmu. Nawet jego „dziękuję”, które nastąpiło po wysłuchaniu, jak Snape przynudza o odpowiednim pozdrowieniu goblinów z Gringotta, brzmiało na szczere i zaciekawione. Snape uznał, że Albus musiał szepnąć coś bachorowi na temat Lodziarni i chłopak nie zamierzał zrobić czegoś, co mogłoby zagrozić jego niespodziance, nie ważne, jak obrażony mógł się teraz czuć.
Snape był zaskoczony, że bachor nawet nie prosił o zabranie ze sobą przyjaciół, ale znowu, może Albus go ostrzegł. Musiał przyznać, że dzieciak– jak dotąd – zachowywał się rzeczywiście bardzo dobrze. Nawet nie zwymiotował, po tym, jak się aportowali, ku szczeremu zdumieniu Snape’a.
^^^
Harry był w niebie. Kochał uczucie pojawiania się ramię w ramię, zwłaszcza, że dało mu to społecznie akceptowalny powód, by przytulić się do opiekuna. Snape spojrzał na niego nieco dziwnie, ale nie oponował, co więcej poklepał go lekko po ramieniu i pochwalił, kiedy Harry utrzymał się na nogach podczas transportu. A teraz godzinami wędrowali po Pokątnej.
Snape wchodził do najbardziej fascynujących sklepów – z dziwnymi składnikami eliksirów i pochłaniającymi książkami – i naprawdę kupił Harry’emu coś w większości z nich. W doświadczeniu Harry’ego było to całkowicie niespotykane i protestował, ale profesor nalegał w swój zwykły sposób:
- Potter! Mam dość twojej bezczelności! Kupno tego dodatkowego przewodnika do podręcznika eliksirów pozwoli ci rozwinąć temat eseju w bardziej szczegółowy sposób. Żadnych więcej kłótni. Zakupię tą książkę, a ty będziesz ją czytać. Rozumiesz?
A teraz Harry przekartkowywał niesamowitą książkę – która na każdej stronie miała ruchome ilustracje, pokazujące różnice między siekaniem a krojeniem w kostki, i to dlaczego mieszanie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara było ważne, i jak odróżnić oczy salamandry od oczu traszki oraz…
- Potter! Uważaj! Prawie wszedłeś w stojak!
- Przepraszam, proszę pana, proszę pani – powiedział Harry szybko, przytakując w stronę właścicielki straganu. Starsza kobieta dostrzegła jego bliznę i jęknęła z zachwytu.
- Oooch, pan Potter! Proszę, jeden na koszt firmy! – Wetknęła mu patyk w rękę i machnęła ręką na jego podziękowanie.
Harry pospieszył do profesora Snape’a, który czekał na niego z kwaśną miną.
- Co to jest, proszę pana? – zapytał, wyciągając to do kontroli.
- Całodniowy lizak – warknął Snape. – Smakuje jak cokolwiek, co jest stosowne w danej godzinie – naleśniki na śniadanie, herbata w południe i tak dalej.
- Znakomite! – powiedział Harry, wkładając go sobie do ust. – Mmmm!
Snape prychnął.
- Tego właśnie potrzebujesz – więcej cukru.
Harry zaczął wyciągać lizaka, ale Snape potrząsnął głowę z naganą.
- Bardzo niewdzięcznie będzie wyrzucić go i przypuszczam, że nadal potrzebujesz suplementacji kalorycznej, by nadrobić zaniedbania przeszłości.
Harry radośnie włożył lizaka z powrotem i oddał swoją książkę profesorowi, by spakował ją z resztą zakupów.
- Potter – powiedział Snape nieco niezręcznie, kiedy kontynuowali podróż ulicą. – Czy… wszystko w porządku?
- Huh? Ne u’rzyem się o s’isko, jeli o tfo pan pya – powiedział Harry lekko zdezorientowany.
- Nie bełkocz z tym cukierkiem w ustach w tak niechlujny sposób – skarcił go ostro Snape. – Wyjmij go i dopiero mów.
- Dobrze, przepraszam, proszę pana. Co ma pan na myśli?
- To całkiem proste pytanie. – Głos Snape’a był szorstki, odsłaniający jego uczucie niezręczności. – W ciągu ostatnich kilku miesięcy doświadczyłeś wielu zmian w swoim życiu. Było by naturalnie, gdybyś czuł się… niepewnie.
- Och. – Harry zamyślił się. Z pewnością jego życie bardzo się zmieniło, ale to wszystko były dobre zmiany. Ma nowe mieszkanie, pierwszych przyjaciół, więcej niż dość jedzenia i – co najlepsze, - opiekuna, który opiekował się nim i rozpieszczał go wycieczkami i prezentami. Uczył się używać magii i od miesięcy nikt nie nazywał go dziwakiem. Nawet gdy wpadł tutaj w kłopoty, nie musiał obawiać się bicia… Czy jego życie mogłoby być lepsze? – Chyba nie czuję się niepewnie. Wszystko jest dobrze – zapewnił profesora.
- Czy ta uwaga wokół twojego ojca chrzestnego jest – Snape oczyścił gardło z niezręcznością, - trudna dla ciebie?
Harry rozważył to. Jedyna trudność przyszła, gdy Snape złapał go, jak patrzył na coś, co okazało się być niegrzecznym zdjęciem. Harry nadal nie był pewny, czy jego ojciec chrzestny pomógł zabić jego rodziców, czy nie – uznał, że profesor powie mu, kiedy wszystko stanie się jasne i zostanie podjęta decyzja, - ale nawet jeśli nie był tym kimś, ktoś pomógł ich zabić i nadal byli martwi, nie ważne jak. Harry podejrzewał, że gdyby nadal mieszkał z Dursleyami, dużo bardziej obchodziłoby go to, czy jego chrzestny jest winny czy nie, ponieważ to mogłoby zapewnić mu ucieczkę od opieki jego krewnych, ale ponieważ miał profesora, cała sprawa stała się mniej istotna.
Poza tym nie wiedział, jaki jest jego ojciec chrzestny. Przez większość swojego życia szczęście Harry’ego było całkiem kiepskie i wiedział, że lepiej nie oczekiwać, że coś zmieni się dla niego na lepsze. Co jeśli jego chrzestny był wredny i znęcał się nad słabszymi jak Dursleywie? Albo dużo mniej tolerancyjny od jego opiekuna? Harry miał już dość krzyków,  klapsów (prawdziwych klapsów, nie delikatnych smagnięć, które rozdawał profesor) i mycia podłóg. Wiedział, że profesor nie zrobiłby żadnej z tych rzeczy – ale z nowym nieznajomym wszystko było możliwe. Nie, Harry był szczęśliwy właśnie w tym miejscu. Wiedział, że profesor nadal czeka na odpowiedź, więc wzruszył ramionami.
- Nie bardzo.
Snape zmarszczył brwi. Czy bachor zaprzecza? Ukrywa swoje emocje? Hymm. Może musi kupić jeszcze kilka książek o dziecięcej psychologii. Może te mugolskie, które zamówił, w końcu dotarły do Esów i Floresów.
- Chodź, Potter. – Wszedł pierwszy do sklepu. – Możesz wybrać do kupienia dwie książki – powiedział surowo. – Tylko dwie, jasne!
Harry otworzył usta.
- A-ale, profesorze…
- Nie kłóć się – warknął Snape. Chciwy mały diabeł! – Dwie!
- Ale już mi pan kupił książkę! Nie musi pan kupować mi nic więcej! – zaprotestował Harry. Wykosztował już dzisiaj profesora tak bardzo.
Snape zamrugał, regulując swoją z góry założoną opinię.
- Potter – powiedział znacznie mniej ostrym tonem. – Jestem całkowicie pewny, że nie „muszę” kupować ci tych książek, ale w zwyczaju jest to, że dopuszcza się na kilka niespodzianek podczas wyprawy na zakupy – jeśli zachowanie jest takie, jak przystało na młodego czarodzieja – dodał pospiesznie, żeby bachor nie zaczął myśleć, że ma uprawnienia do takich prezentów.
Uśmiech, który ułożył się na twarzy Harry’ego był niczym słońce.
- Więc byłem dobry? Zachowywałem się poprawnie?
- Czyż właśnie tego nie powiedziałem? Czy pani Pomfrey powinna sprawdzić twój słuch? – zapytał Snape złośliwie. – A teraz idź poszukać książek. Nie będę siedział i czekał, podczas gdy ty się ociągasz.
Harry wystrzelił prosto do sekcji Quidditcha. Jak przewidywalnie. Snape przewrócił oczami i ruszył do kasy na tyłu sklepu.
Właśnie skończył płacić za książki i miał iść poszukać małego potwora, gdy za nim zamruczał jakiś głos.
- Severus. Dobrze cię znowu widzieć.
- Lucjuszu. – Odwrócił się, a jego twarz była całkowicie naturalna.
- Pan Malfoy! Cześć! – Harry pojawił się u jego boku, uśmiechając się szeroko do Malfoya. – Czy Draco też tu jest?
-Nie, przypuszczam, że Draco jest bezpieczny z powrotem w Hogwarcie – odpowiedział Lucjusz, rzucając zamierzone spojrzenie Snape’owi. – Nadal jest rok szkolny, czyż nie?
Oczy Severusa zwęziły się, ale nie połknął haczyka. Z drugiej strony Harry był tak naturalny jak zwykle.
- Och, jasne. Ale profesor Snape musiał załatwić kilka spraw, więc zabrał mnie ze sobą. Czy to nie miłe z jego strony?
- Z pewnością – odpowiedział Malfoy, ale jego uśmiech nie sięgał oczu. – Musi wyjątkowo o ciebie dbać.
Harry przytaknął energicznie.
- Jest świetny!
- To dlatego byłem tak zadziwiony, gdy usłyszałem o twojej ostatniej przygodzie – kontynuował Malfoy, w końcu kierując wzrok bezpośrednio na chłopaka. – Troll, panie Potter?
Oczy Harry’ego rozszerzyły się.
- Skąd pan wie o… Och! Draco panu o tym napisał?
- Tak, choć już wcześniej przeczytałem o tym w gazecie.
Usta Harry’ego uformowały się w „O” z zaskoczenia.
- W gazecie! Napisano w niej o trollu? – Odwrócił się do Snape’a. – Wiedział pan o tym?
- Czemu, panie Potter? Oczywiście, że gazeta interesuje się tym, że w Hogwarcie studentom groził troll – odpowiedział Lucjusz, zanim Snape w ogóle mógł. – Hogwart zaczyna być bardzo niebezpiecznym miejscem.
- I mimo wysiłków trolla, z chłopakiem wszystko w porządku – odpowiedział Snape chłodno. – Może byłoby dobrze, gdybyś o tym pamiętał.
- Czy napisali o wszystkim? – zapytał Harry, nie zwracając uwagi na podteksty wymieniane między dwójką mężczyzn. Spojrzał błagalnie na Snape’a. – Czy mówili o… no, wie pan? – Na widok niezrozumiałego spojrzenia Snape’a, rzucił przez ramię zrozpaczone spojrzenie na Lucjusza i syknął: - Wie pan. O karze i w ogóle?
Snape przewrócił oczami. Dzieci!
- Nie, panie Potter, choć jestem także świadomy, że niezaspokojona ciekawość publiki na twój temat bez wątpienia oznacza, że chcieliby wiedzieć, że dostałeś lanie i miałeś zakaz na chodzenie samemu… - Harry poruszył się niespokojnie, rzucając upokorzone spojrzenie na rozbawioną twarz Lucjusza, - jednak takie informacje nie zostały zawarte w artykule. Zaledwie zauważał, że troll wszedł do Hogwartu i postraszył kilku uczniów zanim został zneutralizowany. Większość artykułu koncentruje się na oczywistej potrzebie ulepszenia szkolnych osłon, żeby coś takiego więcej się nie wydarzyło.
- Och. – Harry poczuł ulgę. Nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli o tak żenujących szczegółach z jego życia. Już było złe to, że większość szkoły wiedziała! – Więc tak będzie? Chodzi mi o osłony. Będą ulepszone?
- O, tak – odpowiedział spokojnie Snape. – Oburzenie publiki było ogromne. W zeszłym tygodniu Knot dał zgodę na dodatkowe wydatki i jak rozumiem, dyrektor już wkrótce założy nowe osłony.
Gdyby skończył pisać wszystkie informacje prasowe, musiałby dodać do swojego życiorysu „dziennikarz”, tylko po tym, jak Albus zakazał reporterom wchodzić na teren szkoły, Prorok był bardziej niż zadowolony, akceptując jego sprawozdania z wydarzenia pod pseudonimem. A to pozwoliło mu na poprawę szkolnych osłon, a dodatkowo chroniąc swojego podopiecznego. Od lat mówił Dumbledore’owi, że osłony są coraz bardziej zużyte, ale w przypadku braku jakiegokolwiek realnego zagrożenia, jego słowa trafiały w próżnię. Inne rejony konserwacji zamku zawsze były tak samo naglące.
Cóż, dłużej nie. Teraz Albus zainstalował jedne z najpotężniejszych i najbardziej przestronnych możliwych osłon, porównywalnych do najlepszej ochrony Gringotta.
Lucjusz wyglądał, jakby poczuł jakiś nieprzyjemny zapach.
- Rozumiem – powiedział krótko. – A co z meczem Quidditcha? Co tam się stało?
- O tym też pisali w gazecie? – zapytał Harry z niedowierzaniem.
- Nie. To słyszałem od Draco – przyznał Lucjusz.
- Znalazłeś już dwie książki? – przerwał Snape, zanim bachor mógł zadać Lucjuszowi kolejne pytanie.
- Eee… tylko jedną – przyznał Harry.
- Więc idź szukać kolejnej. Biegnij! – Ton Snape’a jasno wskazywał, że nie ma sensu dyskutować i Harry odszedł szybko. Mistrz Eliksirów odwrócił się do Malfoya, patrząc na niego oceniająco.
- A co wiesz o meczu Quidditcha? – zapytał chłodno.
Malfoy rozłożył ręce w drwiącym geście.
- Ależ, nic, Severusie. Dlaczego? Tylko to, że wydaje się, że – znowu – twój podopieczny był ofiarą ataku. Takie rzeczy zdają się dziać całkiem często, czyż nie?
- Mmm. A jednak chłopak jest cały i zdrowy, a to jego napastnicy cierpią na brak zdrowia. – Snape robił wszystko, co w jego mocy, by zakręcić wydarzeniami tak, by przekazać tą wiadomość. Im silniejszy i odporny wydawał się chłopak, tym mniej śmierciożerców będzie miało odwagę go zaatakować, szczególnie pod nieobecność Lorda Voldemorta, który by ich dopingował.
Malfoy zmarszczył brwi.
- Myślałem o tym, co powiedziałeś – rzekł, nagle zmieniając temat.
Snape uniósł brew.
- I?
- Przyznaję, że poruszyłeś takie pomysły, które były dla mnie… nowe…, ale trudno żebyś oczekiwał, że dorzucę moją część do jakiegoś dzieciaka na podstawie kilku szczęśliwych starć.
Oczy Snape’a zwęziły się.
- Czy tak nazwałbyś przeżycie Śmiertelnej Klątwy?
- Nikt nie wie, czy to był chłopak, czy jego matka, czy nawet jakaś pomyłka ze strony… - Lucjusz rozejrzał się i zniżył głos, - Czarnego Pana.
- A troll? I ostatni zamach na jego życie?
- Nasuwające myśl, ale nie przekonujące – powiedział lekceważąco Lucjusz. – Chłopak musi zrobić więcej, by udowodnić, że jest godnym przeciwnikiem do… Cóż. Wiesz, co mam na myśli.
- Chłopak ma zaledwie jedenaście lat, a już osiągnął więcej niż jakikolwiek czarodziej.
- Jeszcze nie jestem przekonany. Kiedy będę, dam ci znać.
Snape skinął głową i odszedł. W rzeczywistości dostał więcej pozwolenia od Malfoya, niż oczekiwał. Oczywiście porażka Czarnego Pana dziesięć lat temu nieźle nim wstrząsnęła, nie wspominając o pobliskiej katastrofie spowodowanej przez jego rodzinę. Metody Voldemorta może przyciągały kogoś z raczej niezwykłymi upodobaniami Lucjusza, a jego idea wyższości krwi niewątpliwie przemawiała do próżności blondyna, ale główna lojalność Lucjusza zawsze będzie przede wszystkim skierowana do nazwiska Malfoy. W przeciwieństwie do swojej szwagierki, której fanatyzm nie znał granic, Malfoy był z nim tylko dla tortur i władzy. Nigdy nie miał żadnej ochoty do promowania filozofii Voldemorta kosztem własnych interesów… skutkiem tego było powołanie na Imperiusa, podczas gdy niezachwiana wierność Bellatrix do Voldemorta zapewniła jej celę tuż obok Blacka.
 Oczywiście pomimo że Malfoy niewątpliwie planował zrobić najlepszy interes, jaki mógł do siebie i swojego rodowego nazwiska, dopóki nie był przekonany, że w jego interesie było sprzymierzenie się z Harrym a nie przeciwko niemu, nadal pozostawał niebezpieczny. Snape nie był pewny, co Lucjusz miał na myśli w swoim komentarzu o tym, że Harry musi się czymś wykazać. Brzmiało to dość złowieszczo, choć Snape był uspokojony perspektywą nowych osłon, które wkrótce miały być na swoim miejscu.
Zebrał Harry’ego, sprawdził i niechętnie zatwierdził jego wybór książek (jedna była o słynnych szukających, podczas gdy druga – „Tam i z powrotem” – wydawała się być dziennikiem podróży), po czym odprowadził go do lodziarni. Wiedział, że to będzie katorga, ale naprawdę zaskoczony tym, jak niemożliwie zachowywał się bachor.
Oczy Harry’ego były ogromne, gdy patrzył na cały możliwy wybór lodów. Zmieniał zamówienie trzy razy, biegając od jednego końca pokazowej lady do drugiego w pełnym cierpienia niezdecydowaniu. W końcu pękła cierpliwość Snape’a i kazał zająć chłopcu jeden ze stolików pod groźbą klątwy klejącej.
Kilka chwil później podszedł do stołu, niosąc dla dzieciaka ogromne lody i skromną kulkę lodów dla siebie.
- Uspokoiłeś się już? – burknął z irytacją, podtykając małemu potworowi lody z owocami i bitą śmietaną. – Robisz taką szopkę, jakbyś nigdy wcześniej nie… Och. – Nagle zrozumiał powód podekscytowania chłopaka.
Harry zaczerwienił się, ale nie potwierdził przypuszczenia Snape’a. Nie musiał.
- No cóż. – Snape starał się odzyskać część swojego wcześniejszego rozdrażnienia w razie gdyby ten bezużyteczny przypływ litości przerósł go.  Nawet jego własny ojciec – w kilku przypadkach, gdy nie był pijany i wulgarny – zabrał go na lody. – Przypuszczam, że w przyszłości będziemy mięli wiele okazji, by pójść na lody – poinformował bachora, - i spodziewam się, że zapamiętasz to i będziesz zachowywał się z odrobiną godności.
Zakłopotanie Harry’ego odeszło. Profesor Snape właśnie mu obiecał, że wiele razy zabierze go na lody! A czarodziejskie lody wyglądały o wiele lepiej niż te nudne, stare mugolskie. Harry prawie zapragnął wrócić  i powiedzieć Dudleyowi, co ten stracił.
- Czy nie… Z-znaczy, czy mogę zacząć? – zapytał.
Snape przytaknął, a Harry zabrał się za jedzenie z apetytem. MmmmmmmMMMMMMmmmm. To naprawdę było tak dobre, jak marzył. Tak, w Hogwarcie do deserów było dodawane kilka gałek lodów, ale nigdy z owocami i bitą śmietaną i też nigdy w tak ekscytujących smakach.
Harry włożył kolejną łyżeczkę do ust i jęknął z zachwytu. Profesor Snape dał mu lody z bananami i śmietaną. Harry pragnął takiego, od kiedy czytał o nich wiele lat temu. Zrobił błąd, mówiąc spasionemu kuzynowi, jak bardzo chciałby ich spróbować i od tego momentu, musiał patrzeć, jak Dudley zamawia je sobie raz za razem. Nie trzeba dodawać, że Dudley upewniał się, że Harry nigdy nie dostanie więcej niż polizać łyżeczkę, nie ważne jak bardzo błagał czy jak ciężko pracował, by spróbować je choć raz.
Harry westchnął z zadowoleniem. Profesor Snape nie dał mu do roboty dodatkowych prac, by mógł z nim przyjść. Och, powiedział Harry’emu, że jeśli będzie się źle zachowywał, nie dostanie niespodzianki, ale Harry wiedział o tym bez jego słów. A potem, nawet gdy zezłościł profesora swoim podekscytowanym paplaniem i lataniem w tę i z powrotem, profesor nadal kupił mu upragniony smakołyk. Tak, był wart czekania, nie tylko dla zwykłej ambrozji smaku lodów, ale też dla faktu, że siedział i rozkoszował się nimi ze swoim profesorem.
Dopiero gdy już wylizał ostatnią porcję roztopionych lodów, odwrócił się do profesora z na pół oburzonym, na pół rozbawionym pytaniem.
- Tak naprawdę nie przykleiłby mnie pan do krzesła, prawda?
- Z największą pewnością zrobiłbym to – poinformował Snape wyniośle bachora. – Czy kiedykolwiek nie dotrzymałem słowa?
- Ale… - Harry zaczął protestować, dla formalności, ponieważ pomyślał, że jego tyłek przyklejony do krzesła to w rzeczywistości łagodna kara, w porównaniu z karami, które Dursleyowie często stosowali w takim samym wypadku, ale potem uderzył w niego ten pomysł, a jego głos zamarł.
Snape patrzył na chłopaka z takim samym niepokojem. Mały potwór, teraz prawdopodobnie obżarty lodami, zaczął o czymś skomleć, po czym ucichnął, a jego oczy skoncentrowały się na czymś wewnętrznym. Czy groźba Snape’a przywołała jakąś straszną zbrodnię, którą popełnili Dursleyowie? Próbował wyobrazić sobie, co mogliby zrobić, skoro grożenie Zaklęciem Przylepca mogło wywołać… Może zmusili go do siedzenia na krześle przez godziny lub dni, nie pozwalając mu wstać, by załatwić podstawowe potrzeby? Może przywiązali go w miejscu za pomocą czegoś mugolskiego? Może… Snape dostrzegł, że wykrzywił łyżeczkę i teraz Harry patrzy na niego ze zdziwieniem.
Umysł Harry’ego pracował szybko. Zaklęcie Klejące! Oczywiście! To było to. Przez kilka dni razem z przyjaciółmi próbowali wymyślić, w jaki sposób zdjąć turban Quirrella, ale wpadli na tylko kilka głupich pomysłów, które nawet Ron uznał za naciągane – latające haki, przekupienie Irytka i tego typu rzeczy. Ale Quirrell był w Ambulatorium, co oznaczało, że musi być w łóżku, choć słyszeli od Puchona, który musiał zobaczyć się z panią Pomfrey z powodu opacznej klątwy, że mężczyzna nadal miał na sobie turban, nawet w tych okolicznościach. Mimo to, gdyby przykleili turban do jego łóżka, a następnie zdołaliby zmusić go do zerwania się… Harry wyszczerzył się do siebie. To mogłoby zadziałać!
Teraz jedyne, co potrzebował zrobić było poproszenie profesora, by nauczył go tego zaklęcia. Odwrócił się do mężczyzny i dostrzegł najbardziej przerażające groźne spojrzenie na jego twarzy, a łyżeczka w jego ręce była skręcona niczym precel. Harry przełknął. Czy to on sprowokował mężczyznę?
- Przepraszam – powiedział automatycznie, po czym skulił się bardziej na krześle, gdy nowy skurcz wściekłości przeszedł przez oblicze mężczyzny.
Snape’owi ledwo udało się powstrzymać przed rzuceniem łyżeczki w ścianę. Nadal przepraszał! Zawsze zakładał, że to jego wina! Te mugolskie dranie zdecydowanie musiały za to odpowiedzieć. Uspokoił się, myśląc o tym, jaka była reakcja Huncwotów, gdy opowiedział im tę historię. Remus leniwie zaczął się zastanawiać, co zrobiliby Dursleyowie, gdyby wygrali wycieczkę do Rumunii i czy treserzy smoków nie mięli braków w pożywieniu dla swoich podopiecznych. Syriusz odparował, sugerując, że w naprawdę głębokich lasach Transylwanii, były rzeczy, których bały się nawet smoki, nie wspominając o tym, że wilkołaki mogły biegać wolno po tych lasach, a oczywiście smoki, jako stworzenia nieba, mogły pojawić się tam, gdzie były najmniej oczekiwane, zwłaszcza jeśli zmotywowany młody trener smoków pokazał im drogę. Remus wyglądał na intensywnie zamyślonego i wspomniał, że mugole zaczną myśleć o Transylwanii jako o nowym modnym kurorcie wypoczynkowym.
W tym czasie Snape przypomniał im, że nie ma zamiaru puścić tego mugolom tak łatwo i pomysł został oddalony, ale teraz zastanawiał się, czy to nie było zbyt pochopne. Bycie pokiereszowanym przez wilkołaka, a potem spalonym przez smoka brzmiało coraz bardziej atrakcyjnie.
- Nie masz za co przepraszać – warknął na chłopaka, sięgając do niego i raczej szorstko starł rozmazane na jego twarzy lody. Nie chciał przyznać, że musiał dotknąć dzieciaka dla własnej otuchy. Zrobił to tylko dlatego, że zmęczył go widok sosu czekoladowego, który zdawał się przykrywać rysy bachora.
Harry zniósł łagodną troskę mężczyzny, zwalczając własne poczucie zachwytu. Już dawno zrozumiał, że jakkolwiek ciotka Petunia mogła robić zamieszanie wokół Dudleya, ocierając mu brodę, tnąc mięso i całując jego kuku, nigdy nie będzie traktowany tak samo. Ale teraz… Okej, nie było szans, by zaakceptował całowanie zranień (cóż, poza ciocią Molly) czy krojenia mięsa, ale jeśli profesor chciał ukryć opiekuńczy gest pod zrzędliwym monologiem o „niechlujnych małych dzieciakach”, był bardziej niż chętny, by to tolerować.
Zrobił to, co do niego należało i wykręcił się – i tak czekając, aż uznał, że profesor niemal skończył, - i zaprotestował.
- Profesorze! Mam jedenaście lat! Nie jestem dzieckiem!
- Gdybyś prawidłowo używał swojej serwetki, to nie byłbyś obiektem takiego upokorzenia – odparował nieskruszony Snape. – I powiedz, co takiego w naszej rozmowie sprawiło, że tak się zdenerwowałeś?
Harry zamrugał. Zdenerwowało jego?
- Eee, nie jestem pewny, o co panu chodzi – odparł zmieszany.
Snape zacisnął zęby. Oczywiście chłopak był w zbyt wielkim szoku, by rozmawiać o tym incydencie. Lub może miał tylko moment dysocjacyjny i naprawdę nie pamiętał? Albo po prostu był zbyt zakłopotany, by ujawnić, jak nędznie był traktowany. Będzie doskonale pamiętał gorący wstyd, który czuł na myśl, że ktoś zobaczy jego ślady po uderzeniu i rany. Często znosił kilka początkowych dni każdego semestru w agonii, siedząc samotnie na zajęciach, z obandażowanym tyłkiem zamiast przyznać Poppy prawdę, żeby zostać wyleczonym.
- Potter, musisz się nauczyć, że to, jak traktowali cię krewni było przerażające i nienaturalne. Nie masz powodu, by wstydzić się tego, co się stało.
Harry marszczył brwi.
- Okeeeeej – zgodził się powoli.
- Nie staraj się mnie uspokoić, Potter! – Snape zaczerwienił się, na  nowo oburzony automatycznym przytaknięciem bachora. – Masz mi powiedzieć, co cię tak zdenerwowało, kiedy wspomniałem o zaklęciu Przylepca.
- Och! – Oczy Harry’ego pojaśniały zrozumieniem. – Nie byłem zdenerwowany, profesorze. Po prostu myślałem, że… - Nagle zdał sobie sprawę, że raczej nie może powiedzieć profesorowi o ich planach zbadania Tajemnicy Turbanu Quirrella; musiał poczekać, aż rozwiążą ją, a potem będzie miał wiele ciekawych tematów do dyskusji z mężczyzną. -… eee, że to dobre zaklęcie, które można użyć podczas pojedynku.
Snape zamrugał raz, po czym ponownie.
- Och?
- Tak! – Teraz, gdy o tym myślał Harry przekonał się do tego pomysłu. – Znaczy, jeśli przykleisz nogi swojego przeciwnika, nie będzie mógł odskoczyć, prawda?
- Doskonały pomysł – przyznał Snape, będąc pod cichym wrażeniem. Może te dodatkowe lekcje naprawdę się opłacały.
Harry posłał mu chytre spojrzenie.
- To było bystre, prawda?
Teraz Snape był nawet bardziej zaskoczony – bachor rzeczywiście zwracał na niego uwagę?
- Tak sądzę – przyznał bez przemyślenia. Nie byłoby dobrze, gdyby pozwolił małemu potworowi pysznić się tym. – Choć raczej nie będziesz oczekiwać – czy chcieć – otrzymać czekoladową żabę zaraz po tym, jak zjadłeś tą górę lodów.
- Nie, w porządku – zgodził się Harry, - ale zamiast tego mógłby mi pan pokazać to zaklęcie?
Snape rozważył to. Zaklęcie miało ogromny potencjał bycia użytym dla psoty, ale Harry nie wykazywał żyłki żartownisia, ani też nie był obecnie uwikłany jakiekolwiek nieletnie zemsty… I chłopak zasługiwał na nagrodę – nie żeby Snape miał zamiast to przyznać przed samym sobą.
- Och, no dobrze – mruknął, dla prywatności rzucając Muffliato. – A teraz, obserwuj mnie uważnie… - Zademonstrował zaklęcie, nieco zbity z tropu przez błyszczące oczy chłopaka, kiedy ten obserwował go z prawie niepokojącą koncentracją. Snape zwalczył swoje zastrzeżenia. Mimo wszystko było to tylko zaklęcie Przylepca – nawet Potterowi będzie ciężko wpaść w kłopoty przez coś tak łagodnego.

CDN…

Czekam na 6 komentarzy z waszej strony :D Już zaczęłam tłumaczyć kolejny rozdział, więc im szybciej wam się to uda, tym szybciej będzie rozdział ^^

Strona FB - Zapraszam

9 komentarzy:

  1. "Mimo wszystko było to tylko zaklęcie Przylepca – nawet Potterowi będzie ciężko wpaść w kłopoty przez coś tak łagodnego." Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz Sev xDDD On powinien się w końcu nauczyć, że Harry może wpakować się w kłopoty w każdej sytuacji xD No, chociaż faktycznie nie miał znowu aż tak wile czasu, by przetrawić tę informację... Jakkolwiek napad przez starszych uczniów, troll i wypadek na meczu powinny go trochę naprowadzić xD
    Nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Barry ma naprawde swietnych przyjaciół, jak nie Ron go pocieszy to Hermiona:)
    Jestem bardzo ciekawa reakcji Severusa na ich "super-hiper plan odkrycia tajemnicy turbanu" xD

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest po prostu genialne. Aż brak mi słów. Czekam niecierpliwie na next.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowne. Zauroczyło mnie to opowiadanie. Czekam na każdy rozdział z zapartym tchem. Podobają mi się Twoje opowiadania i tłumaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ściąganie turbanu... Oczyma wyobraźni widziałam scenę z wiersza o rzepie, gdzie Harry z przyjaciółmi ciągnął by za turban. A może i to zrobią? Po przyklejeniu nauczyciela, aby go nie ciągnąć po podłodze.
    Bardzo fajny rozdział. Miło, że Snape uczy Harry’ego zachowania poza szkołą, taka nauka obcowania wśród ludzi.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Wizyta na Pokątnej. Snape zaczyna wprowadzać Harry’ego do świata magii w bardziej codziennych sprawach. Wyprawa po sprawunki. Rady o zachowaniu Harry’ego. Nauka podstaw.
    Zaklęcie przylepca? Nie mogę się doczekać, co Harry wymyśli.
    Czekam niecierpliwie na następną publikacje

    OdpowiedzUsuń
  7. "Mimo wszystko było to tylko zaklęcie Przylepca – nawet Potterowi będzie ciężko wpaść w kłopoty przez coś tak łagodnego." Oj Sevi. Ty zdążyłeś już zapomnieć, że to syn Huncwota i chrześniak drugiego? I jeśli się da wpaść w kłopoty, to Harry w nie wpadnie?

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj, Sev, Sev... Musisz się jeszcze wieele nauczyć~ *klepie go po ramieniu* Harry MOŻE wpaść w kłopoty nawet przy najmniejszej okazji i w nie WPADNIE. W końcu to H A R R Y.
    Swoją drogą, to nauczanie Harry'ego, jak ma się zachować na mieście... Awww~! To naprawdę w pewien sposób słodkie~ I jeszcze jaki Harry był z tego powodu zadowolony... Po prostu 😍
    Życzę Ci mega WENY, dużo CZASU i CHĘCI do pisanie (i tłumaczenia ;P)!
    ~Daga ^^'

    OdpowiedzUsuń
  9. :-) cudownie zabawne opowiadanie i bardzo mnie cieszy, że je tłumaczysz dla nas. Świetna robota. Powinnaś dostać przynajmniej jedną czekoladową żabę, jestem pewna że Sewerus zgodziłby się ze mną. Dziękuję

    OdpowiedzUsuń