niedziela, 5 lutego 2017

NDH - Rozdział 29


-… I przypuszczam, że to tylko dowodzi, że nawet coś, co wydaje się być pechem, może ostatecznie wyjść na dobre – zakończyła Poppy. – Nie wiem, jak długo Kwiryniusz poradziłby sobie z tym na własną rękę.
Snape spiorunował blat biurka. Usłyszenie, że zepchnięcie ze schodów tego jąkającego się głupca było z korzyścią dla mężczyzny wyraźnie go denerwowało. Z pewnością nie miał zamiaru zrobić temu idiocie przysługi – wręcz przeciwnie!
- Jak myślisz, co sprawia, że jest z nim tak źle? Czy istnieje jakieś zagrożenie dla uczniów, zarówno ze strony magicznej czy mugolskie choroby? – zapytał Albus. Inni nauczyciele wydali z siebie odgłosy niepokoju, podczas gdy Snape wywrócił oczami z irytacją. Jednakże, ponieważ było to jego zwykłe zachowanie podczas spotkań kadry nauczycielskiej, nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
Poppy westchnęła.
- Naprawę nie wiem. Moje zaklęcia nie wykazały niczego nienormalnego, ale jest w nich coś… rozmytego. Nie jestem pewna, co to powoduje. Biorąc pod uwagę jego marny stan zdrowia, zaczynam się zastanawiać, czy nie dopadł go jakiegoś rodzaju mugolskie pasożyt, kiedy wędrował po lasach Albanii. Stracił sporo swojej wagi, ma anemię i jest osłabiony… ale twierdzi, że nie ma wzdęć czy biegunki, które zwykle związane jest z pasożytami, chociaż myślę, że jeśli użyję mugolskiego urządzenia, który pozwoli zajrzeć do jego…
Teraz reszta oddziału wyglądała, jakby żałowała, że zachęciła uzdrowicielkę, a Snape pochwycił okazję.
- Poppy, łaskawie powstrzymaj się od omawiania nawyków ludzkich jelit. Nie jesteśmy twoimi kolegami z św. Munga i nie obchodzi nas quirrellowe gów…
- Jestem pewny, że wszyscy życzymy mu szybkiego powrotu do zdrowia – urwał mu spiesznie Albus. – Proszę mu to od nas powiedzieć i zapewnić go, że nie ma się co martwić o zajęcia.
Poppy przestała piorunować wzrokiem Severusa i przytaknęła.
- Przykro mi, ale nie mogę oszacować, kiedy będzie z nim na tyle dobrze, że będzie mógł wznowić dydaktyczne obowiązki, ale dopóki nie dowiem się, co wysysa z niego energię, i tak wątpię, by  był bardzo skutecznym nauczycielem.
Dumbledore zignorował szydercze prychnięcie Snape’a, skinął głową i uśmiechnął się.
- Więc pozostanie w ambulatorium, póki nie rozwiążesz tajemnicy. Będę całkiem szczęśliwy, mogąc przejąć jego zajęcia – minęło dużo czasu, od kiedy codziennie miałem do czynienia z uczniami.
Pomfrey wyglądała na zakłopotaną.
- Naprawdę uważam, że powinien być przetransportowany do św. Mungo…
- Nie. – Ton Dumbledore’a był nieugięty. Snape ponownie spiorunował wzrokiem biurko. Nie będzie czuł się bezpiecznie, aż Quirrell odejdzie z zamku i nie będzie miał dostępu do Harry’ego, ale Dumbledore nalegał, by mężczyzna został w pobliżu dopóki nie będzie miał większego pojęcia na temat jego lojalności.
Przez moment Poppy wyglądała buntowniczo, po czym westchnęła.
- Cóż, z powodów, których nie chce ujawnić, Kwiryniusz też nalega na pozostanie tu. Przypuszczam, że skoro mu się nie pogarsza, nie zaszkodzi to… Teraz jest trochę silniejszy, kiedy już mógł zostać w łóżku i zaoszczędzić siły, ale po prostu chciałabym wiedzieć, co stanowi problem. Nie mogę już zawsze podtrzymywać jego zdrowie eliksirami i innymi sztucznymi środkami!
- Jestem pewny, że znajdziesz odpowiedź – powiedział pocieszająco Albus, a Poppy zmusiła się do uśmiechu.
Snape rozważył to. Brzmiało to tak, jakby Quirrell nie kwapił się, by opuścić pielęgnację Poppy, a to mogło dać Albusowi szansę na wyśledzenie jego ruchów podczas pobytu w Albanii. Ich najlepszą do tej pory teorią było, że podczas podróży wpadł na jakiś śmierciożerców, a oni, wiedząc, że Harry tego roku przychodzi do Hogwartu, przekonali Quirrella, by dołączył do ich spisku. Snape nie uważał, że wielu popleczników Voldemorta będących we Wschodniej Europie przeżyło jego upadek, ale wystarczył jeden lub dwoje bardziej niebezpiecznych poddanych – jak Bellatrix – i całe piekło mogło na nowo powstać.
- Ktoś ma jeszcze jakąś sprawę? – zapytał Albus.
Reszta pokręciła głowami i spotkanie zakończyło się. Gdy wyszli, Flitwick pociągnął Snape’a na bok, by wypowiedzieć się na temat szybkich postępów Harry’ego na dodatkowych zajęciach.
- Szalenie imponujące, Severusie! Zacząłem nawet z chłopcem najbardziej podstawowe bezróżdżkowe ćwiczenia i byłem zdumiony uzdolnieniami Harry’ego. Jest naprawdę potężnym chłopcem – zakończył Filius z podziwem.
Snape prychnął. Kolejny członek Fanklubu Pottera – jak typowo! Wszyscy myśleli, że bachor był reinkarnacją Merlina, zamiast przestać wyobrażać sobie, że douczał dzieciaka podczas kilku sesji treningowych w tygodniu. Och nie, to nie jego ciężka praca była za to odpowiedzialna – znacznie łatwiej było uważać, że bachor, który przeżył jest cudowny.
Hmf. Jakże cudowny. Dwa razy go skarcił i dał mu pięć czekoladowych żab, zanim mały potwór w ogóle rozważył próbę magii bezróżdżkowej – i to tylko dlatego, że czytał, że jest to coś, co mogą robić tylko najpotężniejsi magowie. Ponieważ Harry nadal miał niską samoocenę gumochłona, szybko przekonał się, że nigdy nie może tego zrobić i Snape był zmuszony poddać się ogromnej ilości lepkiego sentymentalizmu, by przekonać chłopaka, że jest inaczej. Niemal potrzebował eliksiru na nudności po konieczności wylewania z siebie tych wszystkich mdłych pochwał, ale chytrość Ślizgona (jak zwykle) przeważyły nad gryfińskim uporem i bachor to docenił, po czym szybko – i bez wysiłku – wylewitował pióro bez użycia różdżki.
Ale czy Flitwick docenił to? Nie. Oczywiście, że nie.
- Więc jeśli chłopak jest tak utalentowany, zakładam, że szybko posuwacie się z materiałem? Chciałbym, żeby w tym roku rozpoczął pojedynkowanie.
Flitwick, sam mistrz pojedynków, zamrugał.
- Tak wcześnie? Cóż, jestem pewny, że jego magia będzie na to gotowa, ale…
- Fantastycznie. Jeśli zaczniecie odpowiednie zaklęcia ofensywne i defensywne, upewnię się, że będzie wiedział, co go spotka, gdy użyje któregoś z tych zaklęć poza kontrolowaną klasą.
Flitwick zacmokał.
- Harry wydaje się być bardzo odpowiedzialnym chłopcem, Severusie. Jestem pewny, że nie musisz się martwić o takie rzeczy i naprawdę nie wierzę, że wskazane jest podejście do tego twardą ręką.
Snape prychnął, ale nie odpowiedział. Prawdę mówiąc, raczej z ulgą dowiedział się, że przynajmniej część kadry nadal myślała, że jest dla bachora surowy. Bał się, że niewinne rewelacje Harry’ego dokładnie zburzyły jego reputację Złego Nietoperza, ale oczywiście niektóre przekonania ciężko wymierają.
- Nie wszystkie dzieci dobrze reagują na cielesne kary, Severusie – kontynuował ostrożnie Filius, rozważnie obchodząc się z temperamentem młodszego kolegi, - a z mojego doświadczenia z Harrym, nawet kilka odgłosów klapsów prawdopodobnie stworzy więcej szkody niż pożytku. Bardzo różni się od swojego ojca, wiesz?
Snape zwrócił swoje śmiertelnie piorunujące spojrzenie na niższego czarodzieja.
- Co dokładnie masz na myśli? – zamruczał groźnie.
Flitwick był niewzruszony.
- Chodzi mi o to – odparł dobitnie, - że jego chłopak, James był – przy wszystkich urokach – zbyt pewny siebie aż do punktu arogancji i tyranizmu. Kilka ostrych korekt jego zachowania nie poszły na marne i powstrzymały jego ekscesy, zanim sam wydoroślał. Z drugiej strony Harry w wielu sytuacjach jest dość nieśmiały i niepewny i uważam, że pochwały oraz zachęty lepiej wydobędą jego potencjał niż groźby i lanie.
Snape popatrzył na Flitwicka ze zdumieniem. Nigdy wcześniej nie zorientował się, że mały mężczyzna był świadomy wad charakteru Jamesa i, musiał przyznać, jego ocena charakteru Harry’ego była również dość bystra. Co bardziej zaskoczyło, że był tak ślepy na usposobienie Severusa.
Szczerze mówiąc, było to zarówno irytujące jak i satysfakcjonujące – irytujące, bo tak łatwo był postrzegany przez współpracownika za okrutnego głupca, ale satysfakcjonujące, bo bachor nie dał rady przekonać wszystkich w szkole, że jest wielkim mięczakiem.
- Mogę obiecać, że chłopak otrzyma od mojej ręki to, na co zasłużył – powiedział wyniośle Flitwickowi, po czym odwrócił się, wirując szatami.
Dobrze było wiedzieć, że magia chłopaka nie była zahamowana czy zablokowana przez czas, który spędził z tymi nikczemnymi mugolami. Jeśli miałoby to miejsce, naprawdę wyciągnąłby kilka najciemniejszych zaklęć ze swoich śmierciożerczych dni. Ale jeśli Flitwick był przekonany, że Harry jest potężny, naprawdę był silnym czarodziejem. Filius mógł mdło łagodny wobec uczniowskich figli i psikusów, ale był brutalnie dokładny przy ocenie magicznych zdolności. W tym względzie nigdy by nie przesadzał, a to oznaczało, że Harry naprawdę nieźle się sprawował i robił szybkie postępy. Severus w duchu skatalogował wszystkie zaklęcia, które Harry powinien się nauczyć, zaczynając od galaretowatych nóg, przez Sectumsemprę po Avadę Kedavrę. Och, przez jeszcze długi czas nie miał zamiaru podawać mu tych śmiertelnych, ale nie miał zamiaru posyłać podopiecznego twarzą w twarz z Voldemortem uzbrojonego w nic więcej oprócz Expelliarmusa.
Był niespokojny przez to, że w zeszył weekend nauczył Harry’ego zaklęcia przylepca, ale ku jego uldze, nie znalazł kolegów małego potwora przyklejonych do bramek na boisku Quidditcha, ani też inni profesorowie nie skarżyli się, by ich własność została w tajemniczy sposób przymocowana do biurka, choć cichy głos z tyłu jego głowy ciągle upierał się, że może to być cisza przed burzą. Z drugiej strony, jeśli na poważnie proponował, by nauczyć dzieciaka ofensywnych zaklęć na długo przed jego rówieśnikami, potrzebował dowodu samokontroli i rozsądku bachora. Jeśli nie mógł ufać Harry’emu w kwestii prostego zaklęcia przylepca, to jak, do licha, miał nauczyć chłopaka zaklęć, by mógł się bronić?
^^^
Harry uśmiechnął się radośnie do Rona i Hermiony.
- Mam to! To jest to! – Wszyscy trzej konsekwentnie byli w stanie rzucić poprawnie zaklęcie przylepca.
- Ron, to naprawdę niesamowite, o ile szybciej łapiesz zaklęcia, kiedy masz nową różdżkę – pochwaliła go Hermiona.
Ron poczerwieniał na ten komplement.
- Wszystko wydaje się być łatwiejsze, wiesz?
- Zastanawiam się, czy można użyć tego zaklęcia, by przytrzymać w miejscu moje włosy… - zamyśliła się Hermiona, odsuwając na plecy swoje bujne włosy, tego dnia po raz tysięczny.
- Myślę, że byłoby zabawniej, gdybyśmy przykleili Malfoya do podłogi toalety na trzecim piętrze! – zachichotał Ron.
- Hej! – Harry zmarszczył brwi, patrząc na przyjaciela. – Nawet nie myśl, by to zrobić. Lub by powiedzieć o tym bliźniakom. Profesor Snape by nas zabił.
Ron zbladł i chwycił się z obawą za tyłek.
- Okej, okej. Kurcze, Harry, tylko żartowałem.
- Tak, cóż, nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że znamy to zaklęcie. Nie, póki nie rozwiążemy Sprawy Fioletowego Turbanu.
Hermiona zachichotała.
- Wybacz, Harry, ale to brzmi jak jedna z telewizyjnych zagadek detektywistycznych.
Harry zaśmiał się równocześnie z oszołomionego wyrazu twarzy Rona jak i słów Hermiony.
- Tak, wiem, ale właśnie tak o tym myślę.
- Okej, skoro wszyscy umiemy to zaklęcie, to co teraz? – zapytał Ron.
- Musimy dostać się do ambulatorium i zorientować się, gdzie on jest.
- Znaczy, że chcesz „przeprowadzić rozpoznanie”? – Kolejny chichot Hermiony groził tym, że ją przytłoczy, ale następne słowa Rona szybko pozbyły się jej wesołości.
- Hermiona może to zrobić. Może pójść zobaczyć się z panią Pomfrey i rozejrzeć się, gdy tam będzie.
- Dlaczego ja? – zapytała ich przyjaciółka. – Czemu nie Harry?
- Quirrell zawsze sprawia, że boli mnie blizna – zaprotestował Harry. – Jest w nim coś dziwnego i profesor Snape powiedział mi, że mam trzymać się z dala od niego. Lub czegoś innego.
- Nie chcesz, żeby Harry wpadł w kłopoty za niesłuchanie taty… erm, profesora, prawda? – Ron spojrzał na Hermionę z wyrzutem.
Westchnęła i ustąpiła. Słyszała, co Snape zrobił chłopakom po eskapadzie trolla i podejrzewała, że swoje szczęście w ucieczkach przypłaci w nadchodzących latach klapsami.
- Och, w porządku. Ale co miałabym powiedzieć pani Pomfrey?
Ron zarumienił się.
- Nie możesz przyjść z powodu… no, wiesz… dziewczęcych problemów?
Hermiona przewróciła oczami.
- Dziewczęce problemy? To jest najlepsze, co możesz wymyślić?
Rudzielec rumienił się gwałtownie, ale uparcie trzymał się swojego pomysłu.
- Zapytałaś. No weź, to idealny pomysł.
- Dobra – prychnęła. Dlaczego, do licha, wybrała dwóch chłopców na najlepszych przyjaciół?
Harry, który unikał tej wymiany zdań jak ognia, uśmiechnął się z ulgą.
- Dzięki, Miono. Poza tym, wiesz, że jesteś jedyną osobą, która może tam iść bez wzbudzania podejrzeń. Jeśli ja albo Ron próbowalibyśmy wyjść z klasy, by zobaczyć się z panią Pomfrey, nauczyciele założyliby, że chcemy się wymigać.
- Nie mam pojęcia, dlaczego mieliby to podejrzewać – odparła sarkastycznie, ale bez jakiejkolwiek złośliwości. Punkt widzenia Harry’ego był uzasadniony i ona o tym wiedziała. – A tak poza tym, jak długo on będzie w skrzydle szpitalnym?
Harry wzruszył ramionami.
- Zapytałem o to profesora Snape’a i powiedział, że nie wróci przez dość długi czas. A profesor Dumbledore mówił o tym, co będziemy robić w następnym tygodniu na zajęciach OPCM-u, więc brzmiało to tak, jakby planował uczyć przez co najmniej tak długo.
- Okej, więc pójdę i dowiem się, gdzie jest… co potem?
- Potem następnym razem, gdy będzie sam, przemkniemy się do niego – zasugerował Ron.
- Tak – zgodził się Harry z entuzjazmem. – Wy możecie udawać, że chcecie go odwiedzić lub zadać pytanie na temat OPCM-u, a ja wślizgnę się i przykleję jego turban go ściany albo łóżka lub czegoś takiego.
- Harry. – Hermionę aż swędziało, by rozwiązać tą zagadkę – jakąkolwiek zagadkę – ale wciąż czuła się zobowiązana, by wytknąć coś swoim porywczym przyjaciołom. – Nie uważasz, że profesor Snape będzie na ciebie zły, gdy dowie się, co zrobiliśmy profesorowi Quirrellowi? Znaczy, wiem, że go nie lubi, ale mimo wszystko robimy żart profesorowi.
Szczęka Harry’ego napięła się.
- To jest tajemnica, a my ją rozwiążemy i założę się, że będzie zbyt zainteresowany tym, co się dowiedzieliśmy, by być zły. – Na widok niedowierzających spojrzeń przyjaciół, westchnął. – No, dobra, będzie zły, ale chyba będzie też chciał wiedzieć, co znaleźliśmy. Poza tym, nigdy nie powiedział, żeby nie robić żartów profesorowi Quirrellowi, więc to nie będzie nieposłuszeństwo i nawet jeśli profesor Quirrell będzie naprawdę zły, kiedy zdejmiemy mu turban, profesor nie pozwoli mu mnie uderzyć – a ja nie muszę mu na to pozwolić, jeśli spróbuje – więc najgorsze, co możemy dostać to szlaban. A wy możecie tylko powiedzieć, ż nie wiedzieliście, co robię.
Ron wyglądał jakby miał wątpliwości.
- Naprawdę sądzisz, że ktoś w to uwierzy?
Harry wyglądał na nieustępliwego.
- To będzie mój czar, więc nie będą w stanie udowodnić niczego więcej. Profesor Snape nie robi mi nic tak strasznego. Znaczy, pewnie tylko weźmie moją miotłę i może każe mi napisać esej lub kilka linijek. Ale on tak nienawidzi Quirrella, że nie ukarze mnie tak bardzo. A kiedy będę na szlabanie z nim, będziemy mogli rozmawiać o wszystkim, co ukrywał Quirrell, a potem nie będzie uważał mnie za nudnego dzieciaka. – Harry zarumienił się. Tak naprawdę nie chciał mówić ostatniej części, ale trochę go poniosło.
Hermiona posłała mu współczujące spojrzenie.
- Jestem pewna, że profesor Snape nie uważa cię za nudziarza, Harry. Prawdopodobnie on chce tylko, żebyś był dobrym uczniem i zachowywał się.
Ron przewrócił oczami.
- Och, daj spokój, Hermiono. Umierasz z ciekawości, co on ukrywa tak samo, jak my!
- Nigdy nie powiedziałam, że nie, Ronaldzie! Ale po prostu nie chcę, by Harry znowu wpadł w kłopoty.
Harry zarumienił się.
- To nie takie złe, Hermiono. No, dalej. Będzie bardzo zabawnie dowiedzieć się czegoś, co nawet nauczyciele nie wiedzą. A reszta szkoły pomyśli, że to genialny żart.
Dziewczyna westchnęła.
- Naprawdę nie sądzę, by profesor Snape lubił żarty, Harry. Czy Ron nie mówił, że wpada w furię, gdy bliźniacy robią swoje kawały?
- Tak, ale ich są głupie – sprzeciwił się Ron. – Znaczy, pokolorowali jego Dom na zielono i taki rzeczy. My robimy ważną rzecz, jak dowiadywanie się, co robi podstępny profesor, dlaczego ukrywa się w ambulatorium i co jest pod jego turbanem. Nie robimy tego tylko po to, by ludzie się śmiali, prawda?
Hermiona poddała się. Jej ciekawość była rozpalona i nikt nie mógł powiedzieć, że nie spróbuje.
- Okej, pójdę i zobaczę się z panią Pomfrey teraz.
^^^
Minęły dwa dni od kiedy Hermiona przeprowadziła rozpoznanie w ambulatorium i zdała raport, że Quirrell wydaje się spędzać większość czasu pomiędzy przenośnymi ściankami, biorąc drzemkę i dręcząc skrzaty domowe o jedzenie, książki, wygodne poduszki, specyficzne rodzaje herbaty i w różne inne sposoby będąc marudzącym szkodnikiem. Hermiona była – przewidywalnie – oburzona za skrzaty domowe i jej gniew nie osłabnął mimo zapewnień Rona, że małe stworzenia uwielbiają tego typu rzeczy. Nawet pani Pomfrey wyglądała na nieco spiętą, zwłaszcza, że jej zaklęcia diagnostyczne nadal dawały ujemny wynik, a nieustanne zrzędliwe żądania profesora działały jej na nerwy.
Oczywiście dwa dni były dla jedenastolatków wiecznością i cała trójka coraz bardziej niepokoiła się realizacją ich planów. Wtedy, w połowie zaklęć, Ron myślał o niebieskich migdałach, patrząc przez okno, zamiast ćwiczyć zaklęcia i zobaczył coś, co sprawiło, że niemal spadł z siedzenia.
- Psssst, Harry! – zdołał przyciągnąć uwagę przyjaciela i wskazał za okno. Harry odchylił się niedbale, by zobaczyć, co próbuje pokazać mu Ron, a jego oczy rozbłysnęły.
- Hermiono! – szturchnął czarownicę, siedzącą koło niego.
- Co? – zapytała zirytowana, bo przez jego wtrącenie się zniszczyła ruch różdżki.
- Patrz!
Hermiona wyjrzała za okno i zobaczyła, jak pani Pomfrey przechodzi przez błonia, kierując się do chatki Hagrida.
- Już czas! Plan start! – syknął Harry. Czuł się jak lider komandosów z filmów, które udało mu się usłyszeć z komórki. Często miał powód, by doceniać to, że zarówno wuj Vernon i Dudley lubili podkręcać głośność telewizji.
Hermiona nie znosiła tego przyznawać, ale również poczuła dreszcze podniecenia.
-Przyjęłam – odpowiedziała, obejrzawszy wiele takich samych filmów, jak on. Zebrała swoje rzeczy i podeszła do profesora Flitwicka.
Harry i Ron nie mogli usłyszeć, co wyszeptała do czarodzieja, ale mężczyzna niemal natychmiast zarumienił się na jasnoczerwono i gwałtownie pokiwał głową. Hermiona uśmiechnęła się z wdzięcznością i opuściła pomieszczenie.
- Kurcze, jest w tym coraz lepsza – mruknął Ron pod wrażeniem.
Zajęcia skończyły się po piętnastu minutach i profesor Flitwick był mile zaskoczony, kiedy Ron i Harry podeszli i zaoferowali, że zabiorą książki Hermionie do ambulatorium.
- Pięć punktów za bycie pomocnymi kolegami – pochwalił ich. – Jestem pewny, że panna Granger doceni waszą życzliwość, a tu macie przepustkę w wypadku, gdybyście spóźnili się kilka minut na kolejne lekcje.
- Dziękujemy panu! – powiedzieli chórem, wyglądając podejrzliwie anielsko, po czym pobiegli do ambulatorium, żeby pani Pomfrey nie wróciła, zanim ukończą Operację Turban.
Hermiona z niepokojem czekała na nich przy wejściu do szpitala.
- Jest tutaj, śpi – syknęła. – Możecie usłyszeć, jak chrapie. Pani Pomfrey nadal nie ma. Co teraz?
- Wy zostaniecie tutaj – poinstruował Harry niskim głosem. – Kiedy dam sygnał, Ron, ty zaczniesz krzyczeć „Troll!” jak tamtej nocy w bibliotece. Naprawdę głośno, okej? – Rudzielec przytaknął. – To powinno sprawić, że usiądzie, a ja zobaczę, co jest pod turbanem. Jeśli wyjdzie za parawan, Hermiono, ty zaczniesz krzyczeć na Rona, że próbować zrobić żart tobie. Może w pierwszej chwili nawet nie zorientuje się, że nie ma turbanu. Będę gotów, by cofnąć zaklęcie, kiedy tylko będzie wszystko jasne i może pomyśli, że turban tylko spadł, a nie, że ja go zrzuciłem. Okej?
Ron pokiwał skwapliwie głową. Zorientował się, że może wpaść w kłopoty za próbę żartu z przyjaciółki w ambulatorium, ale są dobre szanse, że Quirrell będzie tak speszony, że pozwoli im wszystkim wyjść.
Oczy Hermiony lśniły. To było jak badania terenowe – i dużo bardziej interesujące od czytania, co ktoś inny odkrył.
- Okej, Harry! I jeśli pokarze się pani Pomfrey, powiemy tylko, że rozchorowałam się na zajęciach i przyszłam po pomoc, a ty byłeś spojrzeć, czy nie jest z profesorem Quirrellem.
Harry uśmiechnął się radośnie i skinął głową. Jego sumienie starało się wskazać, że będą mówić okropnie dużą ilość kłamstw i są łatwiejsze sposoby, by prowadzić rozmowy z opiekunem, ale w porywie chwili łatwo było zagłuszyć ten głosik.
Zdjął buty i przybliżył się do ogrodzonego miejsca, wdzięczny za to, że dekada z Dursleyami nauczyła go, jak poruszać się bezszelestnie. Ścianki prywatności były niczym więcej niż trzema oddzielnymi parawanami, więc Harry’emu było łatwo zajrzeć między nie. Starannie unikał dotykania parawanów, dowiedziawszy się wystarczająco dużo o osłonach, by wiedzieć, że jeśli Quirrell jakieś założył – mimo wszystko był nauczycielem OPCM-u, a praktyczna dawka paranoi była praktyczne wymogiem w jego pracy – osłony będą prawdopodobnie powiązane z parawanami.
Zaglądając przez szczelinę, Harry dostrzegł, że Quirrell mocno śpi, chrapiąc głośno, a jego śmieszny turban jest na głowie, oparty o poduszki, co sprawiało, że jego broda była przyłożona do piersi pod nienaturalnym kątem. Harry ukradkiem rzucił trzy zaklęcia przylepca, dwa, by przykleić poduszkę do łóżka i jedno by przymocować turban do poduszki. Mimo to, Quirrell wciąż chrapał.
Cofnął się i uniósł kciuki w górę w kierunku przyjaciół. Hermiona sprawdziła, czy na korytarzu nie ma pani Pomfrey, po czym, wiedząc, że droga wolna, skinęła na Rona. Ogromny uśmiech niemal rozdarł jego twarz. Ron z radością wziął głęboki oddech i krzyknął:
- TROLL! TROLL!
Efekt był taki, jaki troi mogło sobie wymarzyć. Quirrell wyskoczył kompulsywnie z łóżka, wyjął różdżkę i w jednej chwili stał przed nim. Nawet gdy siła jego Protego odrzuciła parawany, skanował pokój w poszukiwaniu źródła okrzyku.
Plan Harry’ego działał idealnie. Turban pozostał w tyle, przyklejony do poduszki i naga głowa Quirrella była teraz wystawiona na pokaz. Albo raczej… głowy?
Oczy Harry’ego uczepiły się strasznego widoku przed nim, a wszystkie myśli o usunięciu swoich zaklęć zostały szybko zapomniane. Mógł być nowy w Czarodziejskim świecie, ale instynktownie wiedział, że ta stojąca przed nim kreatura o dwóch twarzach była czymś bardzo, bardzo nietypowym. Nawet magia, która wychodziła z tego w formie trzeszczących fal sprawiała wrażenie zgniłej i złej. Przytłaczająca aura zła tylko dorównywała odorowi zgnilizny. Teraz, gdy został usunięty okrywający odór czosnku, Harry nieodparcie przypomniał sobie zapach zepsutego mięsa. To było obrzydliwe, jak biedny, martwy kot, potrącony przez samochód, który leżał w rowie na Privet Drive, aż ciotka Petunia nie wniosła skargi do Rady.
Sam zjełczały smród sprawił, że Harry przełknął żółć, ale kiedy świecące czerwone oczy z tyłu głowy Quirrella skupiły się na nim, niemal na miejscu stracił obiad.
- No, no. Chłopiec szuka we mnie wyzwania…
Ron i Hermiona cofnęli się, gdy parawany uderzyły o ziemię. W innych okolicznościach, na widok łysego profesora, który dziko wymachuje różdżką, parsknęliby śmiechem, ale w tym momencie w widoku przed nim nie było nic zabawnego.
Ron by rozczarowany. Hermiona miała rację – Quirrell był łysy, ale nie widział nic podobnego do blizn po przekleństwach. Och, cóż, miejmy nadzieję, że mężczyzna nie będzie za bardzo zły.
Bystre oczy Hermiony natychmiast dostrzegły brak quirrellowych włosów i puszyła się wewnętrznie na widok swojego poprawnego przypuszczenia, ale nadal przyglądała się czarodziejowi, szukając jakiś wskazówek, dlaczego nosił turban. Było coś zabawnego w kształcie jego czaszki… Przesunęła się, by mieć lepszy widok i zamarła, gdy tylko świszczący szept przeciął powietrze.
- No, nooo…
Harry przełknął spazmatycznie.
- K-kim jesteś?
Zniekształcona twarz zaśmiała się cicho, drwiąco.
- Głupi chłopak. Nie poznajesz mnie?
Quirrell który już upewnił się, że nie ma trolli w ambulatorium, odwrócił się niepewnie.
- Panie?
Ron wydał z siebie przerażony pisk, gdy dostrzegł zniekształconą głowę.
- To-to to jest… - wyjąkał, chwytając rękaw Hermiony.
- Voldemort – szepnęła, patrząc na to z przerażeniem. – On żyje.
- Oświadczam, Kwiryniuszu, że wisisz mi przysługę za to, że taszczyłam te rzeczy przez całą drogę tutaj. Powiedziałam Hagridowi, że winogrona to tradycyjny podarek dla chorego, ale nalegał, żebym zabrała jedną z jego dyń… W imię Merlina, co TO jest? – Pani Pomfrey weszła do pomieszczenia, popychając podwójne drzwi ambulatorium z ogromną dynią, którą trzymała kurczowo przy piersi. Jego radosne paplanie zamarło z sapnięciem, gdy Quirrell gwałtownie odwrócił głowę, podczas gdy jego ciało było połowicznie odwrócone tak, że obie twarze mogły zobaczyć intruza.
- Duro! – Zanim wiedźma mogła się poruszyć, Voldemort wyrzucił z siebie zaklęcie, a ciało Quirrella uniosło dłoń z różdżką, z której wystrzelił czarny promień w stronę Poppy.
Wiązka uderzyła w dynię i rozbryzgnęła się, a moc zaklęcia rozproszyła się, zanim dosięgła bezbronnej czarownicy. Jednak, siła czaru była tak wielka, że odrzuciła Poppy do tyłu, poprzez dwa krzesła, i uderzyła nią o ścianę. Zanim upadła na ziemię była już nieprzytomna. Tymczasem zaklęcie zmieniło ogromną dynię w solidny głaz, który upadł ciężko na ziemię, łamiąc kamienną podłogę.
Przerażeni Hermiona i Ron popatrzyli to na wygięte ciało czarownicy, to na cicho śmiejącego się na odległym końcu pomieszczenia profesora.
- Poppy, ty męcząca krowo, od wielu dni czekałem, by to zrobić – zaszydził Quirrell, bez śladu jąkania się.
- T-ty próbowałeś ją zabić – wyjąkała z niedowierzaniem Hermiona.
- Czy tylko na tyle cię stać, panno wiem-to-wszystko? – parsknął Quirrell, leniwie machając różdżką w ich stronę. – Tak głupia dziewczynka.
Oczy Voldemorta nadal były utkwione w Harrym.
- Nie znasz mnie, chłopcze? Przeklinałem twoje imię każdego dnia przez te dziesięć lat. Czy ty nie robiłeś tego samego? Nie wiesz, kim ja jestem?
Harry starał się, by jego głos był pewny, nawet jeśli czuł się, jakby jego wnętrzności zmieniały się w lód.
- Wiem, kim jesteś. Jesteś Lord Volauvent.
- Tak! To ja zabiłem twoich rodziców. Jestem Tym, Którego… Czekaj. Jak mnie nazwałeś? – Oczy Voldemorta zwęziły się.
Korzystając z chwilowej nieuwagi Czarnego Pana, Ron wyciągnął swoją nową różdżkę.
- Sprowadź pomoc! – rozkazał Hermionie, stając przed nią i unosząc różdżkę.
Quirrell niedbale machnął różdżką i Ron wzniósł się w górę i rozbił o sufit, po czym opadł ciężko na ziemię. Jęknął w bólu, a krew spływała strumieniami z jego głowy.
- Nie ruszaj się – powiedział Quirrell do skamieniałej Hermiony, po czym z szacunkiem spuścił wzrok na ziemię. – Co mam zrobić z bachorami, Panie? Mam ich zabić?
Harry słabo słyszał rozmowę  dziejącą się przed nim, ale te okropne czerwone oczy wypełniały jego wzrok, umysł i duszę. Całe światło, nadzieja i odwaga odeszły. Był bezużytecznym świrem, niepotrzebnym potworem. Rozpacz pociągnęła go w dół i zakrztusił się szlochem. Stał samotnie – zupełnie osierocony i pusty – przed Czarnym Panem. Voldemort powrócił i tym razem, to on umrze.
- Za minutę – powiedział Voldemort z roztargnieniem, a jego oczy nadal świdrowały Harry’ego. – Najpierw skończę to, co zacząłem dziesięć lat temu. Przywitaj się ode mnie z rodzicami, Potter. Sectumsempra!
Wspomnienie rodziców zadziałało jak nic innego. Samo słowo sprawiło, że w umyśle najpierw rozbłysnął Severus, a natychmiast potem obrazy jego rodziców. Po raz pierwszy, dzięki zdjęciom, które Snape zebrał od reszty kadry Hogwartu, widział rodziców i wiedział, że Dursleyowie kłamali. Jego rodzice byli odważnymi, kochającymi i silnymi czarodziejami, którzy kochali go bardziej niż swoje życia. Nie był dziwadłem. Był skarbem – najcenniejszym na świecie. Nawet teraz Snape upewniał go, że dobro Harry’ego – jego zdrowie i szczęście – są ważniejsze niż cokolwiek innego.
Harry pomyślał o Snape’ie, o tym, jak wyglądał, gdy mył twarz Harry’ego czy dawał mu miotłę. Pomyślał o zdjęciach Minervy, na których James i Lily tulili małego Harry’ego. Snape dał je w ramkę na szafce nocnej Harry’ego (i choć później twierdził, że zrobił to skrzat domowy, Harry widział, jak to robił) i przypomnienie o miłości jego rodziców było pierwszą rzeczą, na jaką Harry patrzył każdego ranka i ostatnią, jaką widział w nocy.
Obrazy te urosły i wymazały czerwone oczy postaci przed nim. Miłość, nie tylko ta, która była widoczna w tym, jak jego rodzice przytulali do siebie niemowlę, ale również ta miłość, którą pokazywał profesor, gdy odnajdywał dla niego zdjęcia, by wypełnić pustkę ciepłym, bezpiecznym uczuciem.
Myśl o rodzicach – wszystkich trzech – złamała uścisk Voldemorta i różdżka chłopca wpadła w jego rękę z kabury na jego nadgarstku.
- PROTEGO! – krzyknął Harry.
Jego tarcza rozbłysła sekundę przed tym, jak podleciało do niego przekleństwo Voldemorta. Potężna tarcza wygięła mroczne zaklęcie, które uderzyło nieszkodliwie w łóżko.
- Skąd… skąd się tego nauczyłeś? – sapnął Quirrell. – Nigdy ci tego nie pokazałem!
- Ty nie żyjesz, Volauvent – warknął Harry, przykucając w obronny sposób.
- VOLDEMORT! – zawył Czarny Pan z wściekłością. – Jestem Lord Voldemort! Będziesz się jeszcze przede mną kulił!
- Jesteś tylko głupim duchem – odparł Harry. – Zbyt głupim, by wiedzieć, że nie żyjesz!
Oszalały nagle odkrytą odwagą chłopaka, Voldemort rozkazał:
- Schwytaj go! Zabiorę go do Komnaty i w wolnym czasie z przyjemnością wyrwę język wraz z kilkom innymi częściami ciała.
- Jak sobie życzysz, Panie – odpowiedział Quirrell posłusznie i sięgnął w stronę Harry’ego.
Harry starał się powstrzymać go zaklęciem Furnunculus, które pokazał mu Draco, ale Quirrell bez trudu zablokował zaklęcie i chwycił nadgarstek Harry’ego. Sekundę później wrzasnął z bólu i puścił Harry’ego jak oparzony.
- Panie! To pali, pali! Kiedy go dotknąłem! – zaprotestował Quirrell, ściskając dłoń pokrytą pęcherzami.
- To wina jego przeklętej matki. Dobrze więc – będziemy musieli zabić go tu i teraz – powiedział Voldemort lekceważąco. – Rzuć Avadę na każdego z nich.
Harry gapił się na swój nadgarstek. Nie palił tak, jak Quirrella, ale kiedy mężczyzna dotknął go, zabolało – jakby coś wyciągnęło z niego całą życiową siłę. Instynkt kazał mu uciec od Quirrella jak najdalej, ale umysł już przetworzył to, że Quirrell został ranny. Chwilowy dotyk jego skóry spowodował silne oparzenia na dłoni mężczyzny.
Harry nigdy potem nie był pewny, czy naprawdę podjął decyzję, by działać, czy w chwili, gdy myśl przyszła mu do głosy, zadziałał pod jej wpływem, ale w tej niezmierzonej chwili między rozkazem Voldemorta, by go zabić a tym, jak Quirrell podniósł różdżkę, w jego głowie pojawiło się pytanie: „Jeśli mój dotyk zadziałał tak na dłoń Quirrella, to co może zrobić jego twarzy?” I nie myśląc dłużej, rzucił się do przodu i chwycił głowę Quirrella – jedną ręką trzymając twarz profesora, a drugą umieszczając mocno między krwistoczerwonymi oczami Voldemorta.
Powstały wrzask wstrząsnął Hermioną, uwalniając ją z paraliżu i ruszyła do przodu, zdeterminowana, by pomóc przyjacielowi. Harry wisiał na drugim czarodzieju, niczym zawzięta śmierć, głowę miał opuszczoną, a ramiona zgarbione, by bronić własną twarz przed młócącymi dłońmi mężczyzny.
Quirrell chwycił go, krzyknął ponownie i puścił, po czym znów spróbował zrzucić Harry’ego bez dotykania go. W międzyczasie Voldemort wykrzykiwał rozkazy i wył z bólu, podczas gdy palce Harry’ego wwiercały się w jego oczodoły, by przytrzymać się bijącego, szarpiącego się mężczyzny.
Quirrell opadł na jedno kolano, powalony wagą Harry’ego, a jego skóra już czerniała i rozpadał się w miejscach, gdzie dotknął go Harry. W ten sposób ofiarował się Hermionie jako nieodparty cel. Jej ojciec upewnił się, że jego mała dziewczynka wie, jak się bronić i – z techniką, z jakiej dumny byłby David Beckham – podeszła i kopnęła Quirrella wprost między nogi.
Nawet ci opętani przez Czarnego Pana zapewne znali ścieżki bólu niemożliwego do zignorowania. Pisk Quirrella osiągnął wysokość zwykle zarezerwowaną dla banshee* i upuścił różdżkę, chwytając się za krocze i upadając na bok.
Ruch wyrwał go z uścisku Harry’ego, który zamarł na chwilę, wciągając oddech, by uspokoić wirujący wokół niego świat. Hermiona spojrzała na niego i poczuła, że jej oddech zamiera. Harry wyglądał na wyczerpanego – ta ohydna kreatura w jakiś sposób opróżniała jego duszę – jednak bez cienie wątpliwości wiedziała, że Harry zamierzał ponownie doczepić się mężczyzny, by spróbować ponownie pokonać Voldemorta.
- Ron! – krzyknęła, patrząc przez ramię. – Zrób coś! Musimy pomóc Harry’emu!
Ron zdołał podnieść się chwiejnie na nogi, opierając się na szczątkach jednego z krzeseł, rozbitych przez ciało Pomfrey. Jego oczy, gorączkowo poszukując jakiejś broni, wylądowały na skamieniałej dyni i z machnięciem różdżki – którą w jakiś sposób zdołał utrzymać w ręce – wylewitował ją. Nie był pewny, co z nią zrobić, ale przypomniał sobie to, jak Harry użył piki przeciwko trollowi i pomyślał, że mają podobne pomysły.
- Harry! – krzyknął.
Harry spojrzał w górę i dostrzegł unoszące się w powietrzu wielkie warzywo i od razu pomyślał o ostatnim treningu zespołu, kiedy tłuczek niemal ściął mu głowę.
- Poślij ją do mnie! – wykrzyknął.
Nawet przy łagodnym wstrząśnieniu mózgu, ciało Rona zachowało swoją wiedzę o ruchach w Quidditchu. Chwycił jedną z nóg krzesła i, używając jej jak pałki, trzasnął w dynio-tłuczek, posyłając go w kierunku Harry’ego.
Hermiona jakoś zgadując, o czym myślą, szybko rzuciła zaklęcie przylepca, przyklejając wciąż jęczącego Quirrella płasko na plecach do podłogi.
- Cuchnąca mała szlama. – Warknął Voldemort, patrząc na nią z wściekłością. – Oczyszczę świat z takich obrzydliwości jak ty!
- Nie dzisiaj – odparła w momencie, gdy Harry użył swojej różdżki, by najpierw uchwycić napierający kamień, po czym anulować zaklęcie lewitujące.
Quirrell, którego głowa była siłą rzeczy zwrócona ku Harry’emu, podczas gdy Voldemort warczał na Hermionę, dostrzegł jego ruch i spojrzał w górę.
- PANIE! – Jego pisk przerażenia został gwałtownie ucięty przez głośny, mokry hałas, który nastąpił po tym, jak grawitacja potwierdziła swoje panowanie nad ogromną skałą.
Trójka dzieci patrzyła na widok przed nimi. W każdym przypadku, ciało profesora kończyło się teraz na szyi. Tam, gdzie była jego głowa (i głowa Voldemorta) była teraz skamieniała dynia, podczas gdy spod niej sączyła się rozprzestrzeniająca się, czerwona kałuża.
- To był najgorszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałem – powiedział Ron słabo, a jego zielona twarz ładnie kontrastowała się z czerwienią jego włosów.
Hermiona przełknęła konwulsyjnie.
- Kiedyś widziałam w telewizji show, gdzie jakiś facet uderzał młotkiem w arbuza. T-to był taki sam odgłos.
Oblicze Harry’ego było kompletnie ponure, bez śladów obrzydzenia.
- Mimo wszystko, chyba nie było tak trudno go zabić.
A potem wydarzyły się na raz dwie rzeczy.
Drzwi ambulatorium otworzyły się i wydawało się, że do wnętrza wdarła się niemal cała kadra Hogwartu z wyciągniętymi różdżkami. Dyrektor – co zaskakujące – biegł na czele, ale Snape był zaraz za nim, razem z McGonagall i uzbrojonym w kuszę Hagridem. Drobny Flitwick – tym razem bez swojego firmowego uśmiechu – leciał nad resztą, a jego różdżka świeciła na wpół rzuconym Protego.
Dokładnie wtedy, gdy dzieci odwróciły się, by spojrzeć na ten niesamowity widok, nad martwymi zwłokami Quirrella uniosła się straszna czerwona mgiełka.
- Potter! – Wrzasnął straszliwy, nadprzyrodzony głos, a widmowa chmura uformowała się w wężowate oblicze Voldemorta. – Wrócę, Potter – a wtedy ty i twoim przyjaciele dowiecie się, co to ból.
Harry rzucił pierwszą lepszą rzeczą, która mu wpadła w rękę, w ektoplazmatyczną masę. Okazał się być to basen, który uprzejmie podsumował jego opinię.
- **********! – odkrzyknął.
- Tomie Riddle! – ryknął Dumbledore głosem przerażającym w swojej mocy. – PRECZ!
Wydział rzucił w widmo zmieniające się jak w kalejdoskopie kolorowe czary, ale większość przeszła przez nie bez większego efektu.
Oblicze Voldemorta wykrzywiła nienawiść i furia, jednak uciekł, poruszając się między dziećmi i wykładowcami, aż do najbliższego okna. Ścigał go złoty grot z różdżki Dumbledore’a, ale cień wydawał się wyparować.
Nastąpiła chwila zupełnej ciszy, po czym:
- Eee… więc… już go nie ma? – zapytał niepewnie Ron.
Dumbledore i Flitwick wymamrotali zaklęcia, ale w tej kwestii oboje wymienili spojrzenia, po czym westchnęli i przytaknęli.
- Tak. Odszedł. Na razie – powiedział dyrektor zmęczonym głosem.
Snape, jedną ręką trzymając się za lewe przedramię, poruszył się w stronę dzieci.
- Wszystko w porządku? – zapytał, patrząc na Herry’ego.
Harry uniósł wzrok na profesora. Przez dłuższą chwilę, jego zmrożony wyraz twarzy nie zmienił się, po czym jego rysy powoli wygładziły się w pełnym ulgi uśmiechu.
- Profesorze. Przyszedł pan – powiedział cicho.
A potem zemdlał.
Zajęło trochę czasu zanim uporządkowali cały chaos. Z św. Mungo musieli się przenieść kominkiem uzdrowiciele, gdy znaleziono wciąż nieprzytomną Poppy, a z Ministerstwa wezwano aurorów, gdy ostatecznie dostrzeżono zwłoki Quirrella.
Ron, cierpiąc z powodu wstrząsu mózgu, został owinięty w łóżku, tak samo jak Hermiona pomimo jej protestów, że wyszła z tego bez szwanku. Snape nie pozwolił nikomu oprócz siebie i szefa szpitalnego zespołu pediatrycznego dotknąć Harry’ego, po czym nalegał, by pozostać przy chłopcu, nawet po tym, jak uzdrowiciel zapewnił go, że nie było to nic więcej niż lekki przypadek magicznego wyczerpania, w połączeniu z ciężkim szokiem emocjonalnym. Ostatecznie uzdrowiciel zmusił także Snape’a do wzięcia łyku eliksiru bezsennego snu, urażony komentując dyrektorowi, że nigdy wcześniej nie spotkał tak niemożliwego rodzica.
Wreszcie dyrektor zarządził, że w tych okolicznościach, nie będą nic omawiać aż do jutra. Wystarczyło, że wiedzieli, że Voldemort – po raz kolejny – został rozgromiony i natychmiastowe zagrożenie minęło. Jego magiczna potęga i wypływ polityczny, zarówno w Hogwarcie i w Wizengamocie, przebiły wszelką opozycję i wkrótce pozostawiono ambulatorium w spokoju, a uzdrowiciele z św. Mungo czuwali nad drzemiącymi pacjentami.

CDN…
~~~

*Jakby ktoś nie wiedział, banshee to istota, której lament przewiduje śmierć w rodzinie, a ujrzenie takiej istoty zapowiada śmierć osoby, która ją ujrzała. Istnieje nawet taki serial Banshee, który być może kiedyś obejrzę (chyba na starość, gdy już będę miała więcej wolnego czasu) oraz motyw ten pojawił się w serialu Teen Wolf.

Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem. Obiecałam wam, że rozdział będzie szybciej, ale nie wyszło, gdyż okazał się dłuższy i trudniejszy niż się spodziewałam. Ale rozdział 30 jest o połowę krótszy, więc spodziewajcie się go, mam nadzieję, za jakiś tydzień ;)

Jak sądzicie, czy takie rozwiązanie tajemnicy Quirrella jest lepsze niż w oryginale, czy bardziej podobał wam się pomysł z zagadkami i lustrem Ain Eingarp? 

PS W tekście występuje imię Quirrella - Kwiryniusz, jednak na samym początku nie tłumaczyłam go i pisałam przez "Q". Jakbyście gdzieś dostrzegli napisane przez właśnie "Q" to dajcie mi znać w komentarzu. Zdawało mi się, że było tam trzy razy, ale mogę się mylić :)

6 komentarzy:

  1. "- Wiem, kim jesteś. Jesteś Lord Volauvent.
    - Tak! To ja zabiłem twoich rodziców. Jestem Tym, Którego… Czekaj. Jak mnie nazwałeś?"
    Oraz
    "- Ty nie żyjesz, Volauvent – warknął Harry, przykucając w obronny sposób.
    - VOLDEMORT! – zawył Czarny Pan z wściekłością. – Jestem Lord Voldemort! Będziesz się jeszcze przede mną kulił!
    - Jesteś tylko głupim duchem – odparł Harry. – Zbyt głupim, by wiedzieć, że nie żyjesz"
    Piękne, cudowne, genialne xDDD Wyłam ze śmiechu przy tych momentach xD
    Oba pomysły mi się podobają - i ten w oryginale i ten tutaj. Jednak ten chyba bardziej pasuje mi do dzieci. W końcu, no przepraszam bardzo, jakie 11latki zamiast zwrócić się do profesora, idą same na spotkanie z Voldemortem? Tutaj chociaż, bardziej zależało im na zobaczeniu co kryje turban, niż na ratowaniu szkoły czy całego świata czarodziejów.
    Czekam na kolejny rozdizał ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie się czyta Twoje tłumaczenie. Dziękuję za Twoją pracę i nie ukrywam, że bardzo czekam na cdn :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozmowa Harrego z Tomem wygrywa wszystko :)
    Czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Zabawny rozdział .Dzieki i czekam na kolejny.:-))pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. HAHAHAHAHA!!!!! Kocham tego Harry'ego 😁

    Neko: Jak się pan czuję po tej potyczce, Lordzie Volauvencie?
    LV: *wkurz* GRRAUUR!!!!!

    XD XD
    W ogóle, ja też chcę to zdjęcie!!! Bardzo proszę o odbitkę, panie dyrektorze!!!

    WENY, CZASU i CHĘCI!! 😁

    OdpowiedzUsuń
  6. Sorry, nie ten rozdział z tymi zdjęciami ^^"

    OdpowiedzUsuń