sobota, 11 lutego 2017

NDH - Rozdział 30


Następnego dnia Harry budził się powoli, stopniowo odzyskując świadomość, że jego otoczenie różni się od jego zwykłego posłania. Z jednej strony, słyszał chrapanie Rona, które sprawiło, że myślał, że był w Wieży, ale z drugiej strony, na jego łóżku spało się inaczej i nie było tam zasłon, blokujących blade światło słoneczne w godzinach, gdy niemal świtało. Odwrócił głowę i dostrzegł, że jego opiekun śpi na łóżku obok niego i przez moment nie mógł zrozumieć, gdzie jest i dlaczego. Czuł się bezpieczne – mimo wszystko, jego profesor był tuż obok niego, - ale nie potrafił wymyślić, gdzie się znajdują.
Czuł się zmęczony, choć dopiero co się obudził. Nic go nie bolało, ale czuł się wyczerpany, jakby dzień wcześniej kilka godzin grał w Quidditcha.
Quidditch.
Tłuczki.
Kamienna dynia.
A wtedy Harry wszystko sobie przypomniał i nie mógł się powstrzymać przed zakwileniem z rozpaczy.
Snape śnił bardzo zasłużony sen. Przy całej jego pracy z Huncwotami, szkołą, wężami i Harrym, był więcej niż zwykle zajęty. Tak bardzo, jak krzyczał na uzdrowiciela, wmuszającego w niego eliksir nasenny, musiał w duchu przyznać, że minęło zbyt dużo czasu od kiedy udało mu się dobrze w nocy wyspać. Co więcej, eliksir był jedynym sposobem, by zapobiec koszmarom zakłócającym sen.
W wolnym czasie sprawdzał dokumenty, kiedy każda (nowo rozszerzona) osłona nagle zniknęła i Snape aż nazbyt dobrze wiedział, że jedyną rzeczą, która mogła to spowodować był sam Czarny Pan. W jakiś sposób Voldemort powrócił właśnie tutaj, w Hogwarcie. I Snape wiedział, z przerażającą pewnością, która zmroziła jego serce w piersi, że On przyszedł po Harry’ego.
Krzyczące portrety byłych medyczek i medyków, gorączkowo szemrających o potworze, który zaatakował uczniów w ambulatorium, były tylko ostatecznym dowodem. Biegł szybciej, niż myślał, że to możliwe, kierując się do szpitala, dostrzegając, że Dumbledore nadal porusza się nawet szybciej.
Kto by pomyślał, że pod tym śmiesznym wyglądem, powodującymi ból głowy fluoryzującymi szatami stary głupiec nosi buty do biegania?
 Jak się wydawało każdy profesor w zamku został wezwany przez osłony lub portrety albo oba i tym sposobem cała falanga kadry wpadła wspólnie z impetem do ambulatorium. Biedny, mały Flitwick zdał sobie sprawę, że z powodu nadmiaru adrenaliny w powietrzu, Hagrid może go nie zauważyć i nadepnie go, więc profesorek sprytnie wykorzystał urok latający, by nie pałętać się pod nogami, a także by w razie potrzeby zapewnić ochronę z powietrza.
Snape nigdy wcześniej – nawet w czasie wojny – nie widział Dumbledore’a, wyglądającego tak niebezpiecznie, a wyraz twarzy McGonagall powinien wystarczyć, by wygrać z każdą liczbą Czarnych Panów, którzy byliby na tyle głupi, by stanąć jej na drodze. Dostrzegł nieobecność Sprout i Sinistry i założył (prawidłowo, jak się okazało), że ochraniały uczniów, ale potem wpadli przez drzwi i Snape wbił oczy tylko w Harry’ego.
Jego szalony wzrok omiótł szpital, zauważając rozwalone meble, najmłodszego Weasleya, który chwiał się na nogach z maską krwi na twarzy oraz Granger, której kędzierzawe włosy latały we wszystkich kierunkach, gdy się obróciła, unosząc różdżkę, by stawić im czoło. Jego przerażone spojrzenie padło na krwawiące ciało tylko na taki czas, by zauważyć, że był to dorosły i nie stanowi dla niego bezpośredniego zagrożenia. Potem – dzięki Merlinowi – zauważył Harry’ego.
Chłopak stał nienaturalnie nieruchomo i cicho i wpatrywał się w bezgłowe ciało z niepokojąco obojętnym wyrazem twarzy, ale był tam, stał w pionowej pozycji, oddychał, ze wszystkimi kończynami. Nie widział na nim krwi – w przeciwieństwie do Weasleya – i poruszał się własną wolą.
Snape poczuł falę ulgi niemal nie do zniesienia, tak silnej, że jego kolana niemal się pod nim ugięły, ale w następnej chwili został zalany wściekłością tak potężną, że naprawdę ruszył do chłopca, by chwycić go i wytrząsnąć z niego życie. Jak dzieciak śmiał wywołać u niego taką panikę?
Ale zanim zdążył przepchnąć się przed dyrektora – który, co dziwne, nadal był jakby gotowy do ataku – jego Mroczny Znak zapłonął żywym ogniem. Snape jęknął głośno, gdy niemal zapomniany znany mu ból zapłonął na nowo, a jego druga ręka uniosła się gwałtownie, by ścisnąć palące przedramię. Jak to możliwe? Jedyną rzeczą, która mogła obudzić jego Znak był…
- Potter! – O, nie. Nie nie nie nie nie nie nie. Nie był gotowy. Jego plany były ułożone tylko w połowie. Jeszcze nie. Ten potwór nie mógł jeszcze wrócić. Jest za wcześnie. Harry nadal był tylko małym chłopcem. Nie był gotowy zmierzyć się nieśmiertelnym Czarnym Panem. Nie nie nie. Jeszcze nie teraz, drogi Merlinie, jeszcze nie!
Ale Snape poznałby ten głos wszędzie, ten lekko chrapliwy, wypełniony nienawiścią i mocą głos. I słuchał, zdrętwiały z przerażenia, jak groził jedynej osobie, która znaczyła cokolwiek w jego życiu. Jak groził jedenastolatkowi wiecznym bólem i nie mógł zrobić nic, oprócz trzymania się za przedramię i walki o oddech.
Szczęśliwie, niesamowicie, niewiarygodnie, ale jedenastolatek był ulepiony z twardszej gliny. Harry krzyknął słowo, o którym Snape zdecydowanie będzie musiał z nim porozmawiać, po czym rzucił nocnik w nierealną postać Voldemorta.
To przerwało zastój Snape’a, który wyjął różdżkę w momencie, gdy Albus ryknął na Voldemorta, a moc jego magii wypełniła pomieszczenie. Snape dołączył do kadry, którzy próbowali pokonać ducha – nawet Hagrid wystrzelił w niego z kuszy – ale, co nikogo nie zdziwiło, Czarny Pan, czy to, co z niego zostało, zdołał uciec.
A potem ten rudy kretyn wybełkotał coś i Snape rzucił się w stronę Harry’ego. To był obcy Harry, wyglądający na znacznie starszego niż był w rzeczywistości, który najpierw na niego spojrzał, ale potem coś w oczach chłopca zmieniło się i Harry nagle go rozpoznał. I właśnie wtedy zemdlał.
Snape nigdy więcej nie chciał pamiętać tego strasznego momentu, zanim Minerva zapewniła go, że Harry naprawdę oddycha, kiedy był pewny, że Voldemort zdołał rzucić ostatnie Avada Kedavra zanim odszedł.
To chyba dlatego był tak nietypowo… poruszony… gdy przybył uzdrowiciel. To nie tak, że naprawdę zależało mu na bachorze, tylko dlatego, że związany z nim przez dwie Wieczyste Przysięgi, w naturalny sposób chciał się upewnić, że mały diabeł otrzymał najlepszą możliwą opiekę. Nie miało to nic wspólnego z bardziej sentymentalnymi pojęciami, niezależnie od tego, co Dumbledore czy McGonagall dawali do zrozumienia. To dlatego, że mimo wszystko był to chłopiec, który przeżył, więc nie miał zamiaru pozwolić jakiemuś zupełnie nowemu uzdrowicielowi, który ma jeszcze mleko pod nosem, by trenował swoją praktykę na dziecku.
Być może był odrobinę za ostry do Głównego Uzdrowiciela, kiedy mężczyzna w końcu raczył się zjawić (Snape był nieporuszony twierdzeniem uzdrowiciela, że był spóźniony przez wypadek Błędnego Rycerza, w którym brało udział wiele ofiar), ale to z pewnością nie dawało mężczyźnie prawa do podawania mu eliksiru bezsennego snu, czy też oskarżania go (nie mniej, ni więcej publicznie!) o bycie nadopiekuńczym rodzicem. Snape prychnął na to wspomnienie. Co za tupet! Jakby to on był winny rozpieszczania bachora! Oczywiście, mimo jego stopnia naukowego, Główny Uzdrowiciel był zbyt tępy, by zrozumieć, że Potter był szczególnym dzieckiem i wymagał wyjątkowego traktowania. Mimo wszystko, nikt nie rozumiał, dlaczego bachor przeżył Mordercze Zaklęcie – oczywiście było coś specjalnego w jego fizjologii i dodatkowe testy naturalnie były wymagane, by upewnić się, że naprawdę był cały i zdrowy.
Był w okolicach tego punktu, gdy elokwentnie wytykał niekompetencję Głównego Uzdrowiciela w braku ponownych zaklęć diagnostycznych, kiedy to mężczyzna wlał w jego gardło eliksir. Snape miał dość czasu, by rzucić Albusowi pełne wyrzutu spojrzenie za przekierowanie klątwy, którą posłał w uzdrowiciela, zanim eliksir uczynił go nieprzytomnym.
Teraz zapewne był ranek i eliksir w końcu przestał działać. Leżał milcząco przez chwilę, rozkoszując się ciszą i zastanawiając się, czy mógłby pozwolić sobie na ponowne odpłynięcie. Wtedy usłyszał skowyt rozpaczy, który instynktownie zidentyfikował jako Harry’ego i jego oczy natychmiast się otwarły.
- Potter – wyszeptał, świadomy tego, że jest w ambulatorium i pamiętając, jak pokiereszowany był chłopiec Weasleyów – nie mówiąc już o Poppy. – Co jest?
Harry spojrzał na swojego profesora, a jego oczy napełniły się łzami. Nawet nie był pewny, co dokładnie było nie tak. Wszystko sprawiało, że po prostu czuł się strasznie. Straszliwa głowa wyrastająca z czaszki Quirrella. Walka i to, jak Ron był cały we krwi. Obrzydliwe groźby Voldemorta, które rzucał w kierunku Hermiony. Swobodne, bezceremonialne rozkazy Czarnego Pana, by Quirrell ich zabił. Nagłe uświadomienie sobie, jakie musiały być ostatnie chwile jego rodziców. Okropna świadomość, że Voldemort naprawdę wrócił i postanowił go zabić.  Obrzydliwy odgłos, który wydała transmutowana dynia, kiedy zgniotła czaszkę Quirrella jak jajko. Poczucie winy z powodu tego, że jego przyjaciele niemal zginęli przez jego głupią „Sprawę Tajemniczego Turbanu”. Albo fakt, że nie czuł absolutnie żadnej winy, zabijając inną ludzką istotę. Czy nie był lepszy od Voldemorta?
Snape skrzywił się z powodu tego, że bachor nie był w stanie wyrazić siebie. Czy ten dzieciak miał roczek czy jedenaście? Zadał Potterowi proste pytanie, a chłopak wyglądał na niezdolnego do zrobienia czegokolwiek oprócz patrzenia na niego z drżącymi wargami. Oczywiście, że będzie musiał przejąć kontrolę nad sytuacją.
- Chodź tu – rozkazał stanowczo, odchylając koce. Ledwie mógł się powstrzymać przed syczeniem na sąsiednie łóżko, a jeśli Harry wybrałby zignorowanie go, do czego się odwoła? Oczywistym sposobem postępowania było wzięcie dzieciaka do siebie. Mimo wszystko, dlaczego to on miałby iść do chłopaka? Był dorosłym. Niech to dzieciak będzie tym, który wyjdzie z mile ciepłego łóżka.
Harry nie czekał na drugie zaproszenie. Wyszedł szybko ze swojego łóżka i podszedł do profesora, zanim mężczyzna mógł się rozmyślić. Przytulił się do swojego profesora, który, choć raz, nie był ubrany w swoją zwykłą czerń. Tak jak Harry, Snape był w standardowej szpitalnej piżamie, choć jego miała mały herb Slytherinu na piersi.
Harry przytulił się mocno do profesora, kładąc głowę na piersi mężczyzny i pozwalając, by dźwięk jego serca go uspokoił. Poczuł silny przypływ miłości, gdy ręce Snape’a otoczyły jego ramiona i przytrzymały go blisko.
Snape trzymał mocno małego stwora. Nie chciał pozwolić Harry’emu uciec i schować się jak przerażone zwierzę. Lepiej trzymać go ciasno, aż zrozumie, że próba ucieczki byłaby bezużyteczna. To nie miało nic wspólnego z uspokojeniem bachora czy całym tym sentymentalizmem. Snape jedynie nie miał zamiaru łazić po całym zamku i szukać zdenerwowanego emocjonalnie pierwszaka tam, gdzie mógłby się zaszyć czy, jak ostatnim razem, musieć wyciągać go spod szpitalnego łóżka.
- No, naprawdę, Potter – skarcił Snape, gdy bachor przestał drżeć. – Nie oczekiwałem, że będziesz elokwentny, ale prosta odpowiedź nie powinna cię przerosnąć. Boli cię coś?
- Nie, proszę pana – odpowiedział Harry posłusznie. Był takim szczęściarzem! Profesor tak dobrze o niego dbał.
- Boisz się?
Harry poruszył się.
- Trochę – przyznał.
Snape westchnął. Niefortunnym było to, że dzieciak musiał w tak młodym wieku nauczyć się, jaki zagrożenie stwarza dla niego Voldemort, ale nie było jak tego obejść. Nie będzie słodził prawdy.
- Prawdą jest, że Czarny Pan jest potężnym przeciwnikiem, Potter – powiedział w końcu, z uwagą dobierając słowa. – Ale na razie odszedł i sam widziałeś, że jest w słabej i bezcielesnej formie. Tu i teraz nie musisz się obawiać o swoje bezpieczeństwo.
- To nie tak – powiedział Harry, odwracając się, by spojrzeć na profesora z zaskoczeniem. – Wiem, że mnie pan ochroni.
 - To prawda – zgodził się Snape, robiąc wszystko, by zignorować ciepłe uczucie dumy, które wywołała głupia uwaga chłopaka. – Ale w takim razie czego się boisz?
- Siebie – przyznał Harry. – Myślę, że wyrosnę na kogoś takiego jak On.
Snape mógł usłyszeć wielką literę.
- Jak Czarny Pan? Dlaczego, do licha, tak myślisz?
- Bo jestem mordercą, jak on – wyszeptał Harry, chowając twarz w pierś Snape’a. – Zabiłem go! No, w każdym razie Quirrella.
- Potter! – Głos Snape’a drżał od furii i Harry spojrzał na niego ze strachem. Czy profesor pozbędzie się go teraz, gdy wie, co Harry zrobił? – Zdaję sobie sprawę z tego, że jesteś Gryfonem, ale łaskawie nie bądź większym kretynem niż to możliwe! Na pewno nawet ty potrafisz rozpoznać błędną naturę moralnie równoważnych argumentów.
Harry tylko zamrugał z otwartymi ustami. Snape westchnął ponownie. Gryfoni, Severusie. Pamiętaj, jacy są Gryfoni.
- Potter, czy ty nie rozumiesz różnicy między zabiciem a morderstwem?    
- Ummm… - Harry skrzywił twarz w zamyśleniu. – Przy morderstwie chcesz kogoś zabić, ale w zabijaniu, nie koniecznie. Tak jak wtedy, gdy przypadkowo uderzysz kogoś autem?
- To mugolskie przykład, ale rozsądny – przyznał Snape.
- Ale ja chciałem go zabić, profesorze – stwierdził Harry ze smutkiem. – Chciałem jego śmierci. I nawet nie czuję się z tym źle.
- Idiota. – Snape skrzywił się. Co McGonagall uczy ich w tym Domu? – Oczywiście, że chciałeś jego śmierci, Potter. Quirrell był chętną marionetką Czarnego Pana. Zakładam, że próbował zranić ciebie i twoich przyjaciół? – Na przytaknięcie Harry’ego, kontynuował: – Więc możesz wyobrazić sobie moją reakcję, gdybyś nie próbował go zabić. Co mówiłem ci o bronieniu się?
- Że powinienem to robić – przyznał Harry. – Ale to nie znaczy, że musiałem go zabić.
- Potter, jesteś jedenastoletnim dzieckiem. Walczyłeś z dorosłym czarodziejem, który nie tylko miał nauczyciela OPCM-u na własną rękę, ale też miał jakieś powiązania z najpotężniejszym Czarnym Panem w ostatnim półwieczu. W takiej sytuacji nie staraj się skaleczyć czy schwytać. Zabij zanim będziesz zabity.
- Ale to morderstwo – pociągnął nosem Harry.
Snape usiadł i pociągnął chłopca, póki Harry nie siedział twarzą w twarz z nim.
- Potter, to jest ważne, więc skup się. To nie jest morderstwo. Morderstwo to dobrowolne zabicie niewinnej osoby, która nie zamierzała cię skrzywdzić. Nie zamordowałeś nikogo, choć faktycznie zabiłeś. – Wargi Harry’ego ponownie zaczęły drżeć i Snape spiorunował go wzrokiem. – Potter. Nie ma powodu, byś był niespokojny. A teraz słuchaj uważnie. Jest takie mugolskie powiedzenie, które oczekuję, że zapamiętasz: „Jeśli ktoś idzie cię zabić, powstań wcześniej i zabij go pierwszy.” – Harry zamrugał ze zdziwieniem, a jego wargi uspokoiły się. – Co to oznacza?
- T-to znaczy, że jeśli wiesz, że ktoś próbuje cię zranić, to powinieneś wstać z łóżka i dopaść go, zanim on dopadnie ciebie?
- Dokładnie. To znaczy, że jeśli wiesz, że ktoś chce wyrządzić ci ciężką szkodę, masz obowiązek się chronić. Nie możesz siedzieć w łóżku, kulić się i jęczeć, że coś powinno go odwieść od tego zamiaru. Nie możesz czekać, by zobaczyć, czy w ostatniej sekundzie zmieni swoje nastawienie, bo przewaga jest nierówna, ponieważ on tego nie zrobi. Musisz wstać i podjąć odpowiednie działanie, zanim ta inna osoba cię zrani. – Snape posłał mu surowe spojrzenie. – To nie oznacza, że jeśli myślisz, że ktoś mógłby cię zranić, to masz pozwolenie, by go zaatakować. To oznacza, że jeśli masz dowody, że ktoś w aktywny sposób próbuje pozbawić cię życia, powinieneś usunąć zagrożenie zanim ty – lub ktoś inny – zostanie ranny.
Harry pociągnął nosem.
- Ale jeśli ja chcę zabić Jego, tak jak On chce zabić mnie, czy to nie czyni mnie tak złego, jak On?
- Nie ma moralnej równoważności między tymi dwoma działaniami, Potter. – Na widok pustego spojrzenia chłopca, Snape przeparafrazował to. – To nie jest to samo. Czarny Pan usiłuje zabić dziecko dla własnych celów i przyjemności. Zamordował twoich rodziców, by wyeliminować szansę, że pewnego dnia spełni się przepowiednia. Torturuje i zabija ludzi z powodu tego, jacy byli twoi rodzice czy też, w co wierzyli. Jest podłą i złą kreaturą, którą raduje wyrządzanie bólu i strachu u innych. Ty usiłujesz go zabić, by bronić siebie i innych od bardzo realnej groźby, jaką stwarza moc Czarnego Pana. Wasze motywacje nie są takie same.
- Voldemort kiedyś chodził do wiosek mugoli tylko, by mordować ludzi. Starał się zranić jak największą ilość ludzi. Celował niezależnie do mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie robiło mu żadnej różnicy, czy to auror, czy cywil. Oczekiwał dużej liczby ciał i kiedy atakował, używał mugoli jak tarcz. Nie do przyjęcia jest celowe zabijanie ludzi, którzy nie chcieli cię zranić i którzy tylko niewinnie robili to, co codziennie.
- Aurorzy, w przeciwieństwie, mogą zabić na służbie, ale robią to w celu ochrony cywili. Podczas wojny celowo nie mierzyli do dzieci śmierciożerców, podczas gdy Czarny Pan i jego podwładni atakowali wiele rodzin tak, jak zrobili to z twoją. To śmieszne mówić, że każda śmierć jest tragedią czy że jest moralnie równoważna. Są ludzie, którzy przez swoje działania zasługują na śmierć, a zabicie kogoś w obronie samego siebie czy niewinnych, nie jest morderstwem.
Harry wziął głęboki oddech. Słowa profesora miały sens. Może mimo wszystko nie wyrośnie na Czarnego Pana.
- Więc nie jest pan na mnie wściekły? – zapytał ostrożnie.
- Za zabicie Quirrella? Oczywiście, że nie. – Snape rzucił chłopcu groźne spojrzenie. – Oczekujesz, że co zrobię, jeśli kiedykolwiek zapomnisz o tak dynamicznej obronie, jak wczorajsza?
Wargi Harry’ego wygięły się w uśmiechu. Zwyczajnie uwielbiał, kiedy jego profesor robił się tak gwałtowny i troskliwy.
- Da mi pan klapsa.
- Dokładnie.
- Więc… jeśli nie zabiłbym profesora Quirrella, oberwałbym? – zapytał Harry psotnie.
- To całkiem możliwe.
- Czyli dostanę czekoladową żabę za właściwą obronę?
- Żadnych czekoladowych żab przed śniadaniem – powiedział Snape poważnie.
Harry naburmuszył się na moment, po czym pojaśniał.
- Okej. Zapytam po śniadaniu.
- Hmmmm. – Snape zaczął się rozglądać.
- Co jest, profesorze? – zapytał Harry z ciekawością.
- Szukam mojej różdżki.
- Och. – Harry także się rozejrzał, chcąc pomóc. – Po co ona panu, profesorze?
- Chyba muszę zaprezentować ci zaklęcie klejące usta – odpowiedział spokojnie Snape.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się z przerażenia.
- Co!? Ale dlaczego? Co takiego powiedziałem?
- Nie pamiętasz, co powiedziałeś do Czarnego Pana tuż przed tym, jak rzuciłeś w niego nocnikiem?
Harry zarumienił się.
- Och. – Rzucił opiekunowi spojrzenie z ukosa, starając się dociec, jak wyrozumiały mógł być mężczyzna. Choć posępne oblicze nie było zachęcające, i tak zdecydował podjąć próbę kłótni. – Ale, profesorze, to był Voldevont! Przeklinanie go nie powinno być czymś aż tak złym. Przecież nie powiedziałem tego w klasie – tłumaczył się.
- Jeśli kiedykolwiek przyłapię cię na używaniu takiego słownictwa, gdy w pobliżu nie będzie Czarnego Pana… - zaczął Snape.
- Nie złapie pan! – obiecał Harry natychmiastowo.
- Och, no dobrze – pozwolił Snape niechętnie. Harry opadł na niego z ulgą. Uff! Ma niezłe szczęście, że jego opiekun jest taki miły! Przytulił się mocniej i zamknął oczy. Czuł się bezpieczny, kochany i – po raz pierwszy – dumny z siebie. Dobrze zostawić jego opiekunowi zapewnienie go, że nie był okropnym dziwacznym mordercą. Harry poczuł, jak napięcie opuszcza jego mięśnie i zmęczenie podpełza do niego z powrotem.
Snape obserwował dzieciaka z zaniepokojeniem. Chyba bachor nie planował na nim zasypiać. Nie był poduszką dla Potterów!
- Potter, wstawaj w tej chwili i wracaj do swojego własnego łóżka, jeśli chcesz wrócić do snu.
- Nie – wymamrotał Harry już na wpół drzemiąc.
Co za nieposłuszny bachor! Oczywiście potrzebował przypomnienia, co go czeka za takie bezkompromisowe zachowanie. Snape uniósł rękę, którą opierał na plecach chłopca i uderzył go w tyłek.
- Potter! Idź do swojego łóżka!
Harry tylko zakopał się bardziej i westchnął z zadowoleniem. To miłe, że profesor Snape dokucza mu w taki sposób. Oczywiście delikatne klepnięcie w tyłek jasno pokazało, że tylko żartował. Harry zacisnął palce wokół profesora. Jak mógł wyobrażać sobie, że jest czymś podobnym do Lorda Volauventa? Jego opiekun kochał go, a to był dowód, że Harry nie był jakąś straszną, złą istotą.
Harry powoli zapadał w sen, potwierdzony w niejakiej wiedzy, że jest dobrym człowiekiem, który wykonał konieczne, nawet jeśli nieprzyjemne, zadanie. Aprobata jego opiekuna potwierdziła to – nie było potrzeby dalej martwić się czy bać. Profesor Snape tak powiedział i tak było.
Cóż. To było dość mdlące. Oczywiście zasięg ruchu jego ręki był ograniczony przez kołdrę, więc jego klaps nie wywarł na bachorze żadnego wrażenia. Mógł wyciągnąć rękę spod koców, ale wtedy leżące pomiędzy koce zapewniłyby małemu nędznikowi osłonę i nie ruszyłby do przodu. Mógłby wylewitował chłopca… Ale chwila. Może coś przeoczył. Dlaczego dzieciak był tak senny? Biorąc pod uwagę jego wiek, bachor powinien wyskoczyć z łóżka i domagać się jedzenia, a nie próbować zasnąć do południa, jak jakiś leniwy nastolatek.
 Snape prychnął. Wiedział to. Miał rację. Oczywiście chłopiec był bardziej dotknięty przez wydarzenia poprzedniego dnia niż ten zidiociały uzdrowiciel dostrzegł. Cóż, mimo wszystko to dobrze, że zasnął tam, gdzie zasnął. Będzie mógł monitorować stan snu Pottera by się upewnić, że po drodze nie rozwinęły się żadne komplikacje. Zacznie od kontroli oddechów chłopca. Wdech… i wydech. Wdech… i wydech. Wdech… i wydech. Z pewnością wydawały się całkiem regularne. Naprawdę dość kojące. Wdech… i wydech. Wdech… i wydech. Właściwie to bardzo relaksujące. Wdech… i wydech. Wdech… i wydech. Wdech… i…
Dwadzieścia minut później magomedyczka z św. Mungo i dyrektor Hogwartu przyglądali się śpiącej parze z rozbawieniem. Głowa Harry’ego leżała na piersi Snape’a, a ramię Mistrza Eliksirów otaczało chłopca troskliwie.
- Moi podopieczni powiedzieli mi, że dwójka pacjentów się obudziła, profesorze, i to dlatego pana wezwałam, ale widzę, że zafiukałam przedwcześnie. Może za godzinę mniej więcej, gdy będziemy mogli ich wszystkich obudzić, ale wolałabym, żeby spali jak najdłużej to możliwe.
- Tak, oczywiście – zgodził się Dumbledore, wyciągając z obszernych szat aparat. – Ale pozwól, że zrobię kilka migawek zanim pójdę. Jestem pewny, że profesor Snape ucieszy się, gdy je zobaczy, tak samo, jak reszta kadry.

CDN… ;)


Jak myślicie? Profesor Snape się ucieszy ze zdjęć? Ja jestem tego pewna :D 
Zbliżamy się powoli do połowy tego tłumaczenia i zastanawiam się, czy nie zrobić przerwy na inny tekst, jakiś krótszy, ponieważ ten jest naprawdę męczący. Jak sądzicie? Może chcielibyście, bym przetłumaczyła "Kocham cię, Lily" zanim ruszę dalej z NDH? Pozostawiam wam decyzję (bo w sumie cały czas będę tłumaczyć i mimo lekkiego braku weny, nie przestanę dodawać różnych tekstów), napiszcie w komentarzu.
A dla tych, którzy może czekają na rozdział HP i PDP, niestety moja wena co do tego tekstu stale pokazuje mi środkowy palec (taka niedobra jest :'().

6 komentarzy:

  1. Dumbledore w butach do biegania? Zawsze wiedziałam, że musi być jakiś powód, dlatego zawsze był tam, gdzie go potrzebowano jako jeden z pierwszych.
    Nieeee. Głosuje na NIE dla przerwania NDH.
    Dziękuję za rozdział.
    Pozdrawiam i życzę weny
    Rusti

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak Snape na pewno ucieszy się ze zdjęć :)
    Podoba mi się pomysł tłumaczenia '' Kocham Cię, Lily'' I jestem jak najbardziej za :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To urocze jak Snape usprawiedliwia swoje działania względem Harry'ego <3 Ah i ta ich odmienna wizja wszystkiego co robią xD
    Harry - zadowolony, że Snape się z nim droczy, że go nie nienawidzi, że jest z niego zadowolony, że się o niego martwi;
    Snape - chce przepędzić bachora z łóżka, zwykłe zadowolenie i chęć pozostania z nim, bierze jako niekompetecje magomedyka i oznaki jakichś większych urazów.
    To jest po prostu piękne xD
    Ja też chcę takie zdjęcie!!!! <3 *q*
    A Snape raczej nie będzie z nigo zbyt zadowolony xD Niech Dumby narobi sobie kopii, bo Sevy może w napadzie szału stale je uszkodzić (Albus'a zresztą też) xD
    Cóż... Chyba wolałabym byś kontynuowała to tłumaczenie, jednak jeśli potrzebujesz czegoś innego, "świeższego", to nie widzę problemu :)
    WENY!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie przerywaj!!! Jeśli chcesz tłumaczyć tamto to ok ale nie przerywaj tego! PROSZĘ.

    OdpowiedzUsuń
  5. Również jestem za kontynuacją tłumaczenia. Na pewno nie jest zbyt łatwe, ale zabawna strona powinna to troszkę wyrównywać. Przynajmniej mam taką nadzieję.Życzę dużo czasu i WENY.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też chcę odbitki!! 🙋🙋 To musi być takie "AAWWWWW~"!! Chociaż szczerze wątpię, żeby Sevowi się spodobały... no, a przynajmniej on się do tego nie przyzna :/
    Ja tam u w i e l b i a m to tłumaczenie, ale rozumiem, że jest to ciężka (i pewnie nużąca, przynajmniej czasami) praca, więc jeśli potrzebujesz od niego przerwy, to może lepiej by było, gdybyś ją sobie zrobiła 😃
    Pozdrawiam i życzę WENY, CZASU oraz CHĘCI!!

    OdpowiedzUsuń