piątek, 22 lipca 2016

NDH - Rozdział 18



Harry obudził się następnego dnia, czując się zaskakująco dobrze, jak na kogoś, kto został zaatakowany zaledwie dwanaście godzin temu. Eliksiry, nie wspominając już o masażu pleców, nieźle się wykonały swoją pracę tak, że Harry praktycznie podskakiwał idąc korytarzem, gdy towarzyszył profesorowi Snape’owi w drodze na śniadanie. Oczywiście, pobudka w swoim wspaniałym pokoju, z profesorem delikatnie klepiącym go po ramieniu, wystarczyła, by wprawić go w dobry humor, jako że był przyzwyczajony do wściekle krzyczących Dursleyów przez drzwi od komórki.
Snape z dezaprobatą obserwował wesołego urwisa u swojego boku. Nienawidził porannych ludzi. Nie, żeby jakoś szczególnie lubił kogokolwiek innego, ale czuł, że ludzie, którzy obudzili się z uśmiechem na twarzy i pieśnią w sercu, powinni być utopieni w ich śniadaniowej owsiance. I dlaczego ten mały potwór musiał być taki szczęśliwy? Praktycznie wytrząsnął smarki z bachora, by go obudzić, a powstrzymał się przed użyciem Aquamenti tylko dlatego, że nie chciał później tracić czasu na używaniu nieuniknionych zaklęć suszących.
- Potter – wycedził przez zęby, gdy Harry wskoczył na jeden z wiszących gobelinów, by zobaczyć, czy dosięgnie jego górnej części. – Jeśli nie zaczniesz zachowywać się z odpowiednią godnością, poprowadzę cię przez korytarz za ucho.
Harry posłał mu długie, rozważające spojrzenie i w jednym strasznym momencie Snape obawiał się, że bachor zmusi go do pokazania kart*, ale w końcu dzieciak uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
- Okey, profesorze – powiedział zgodnie. – Czy mogę zjeść naleśniki na śniadanie? – zapytał po chwili.
Snape spojrzał na niego oceniająco. Tym razem to było niemal ślizgońskie.
- Prooooszę? – powiedział Harry, jak najlepiej robiąc swoje „oczka szczeniaczka”.
- Dopiero po jakiś owocach i małej misce płatków owsianych – powiedział Snape surowo. – Nie załadujesz się cukrem i syropem, by potem przez resztę dnia latać po zamku.
Harry przewrócił oczami.
- Nie zrobię tak!
- Hmf – Snape posłał mu sceptyczne spojrzenie, ale nic więcej nie powiedział na ten temat.
- Profesorze? – odważył się Harry chwilę później.
- Tak? – odparł złowrogo.
- Zamierza pan warzyć dziś wieczorem? – spytał Harry nazbyt niedbale.
Snape surowo stłumił wykrzywienie ust. Więc o to chodziło bachorowi.
- Być może – powiedział wymijająco.
Idąc, Harry ciągnął za sobą palec przyłożony do ściany.
- Więc może będzie pan potrzebował pomocy w przygotowywaniu składników? – zaproponował tym samym wymijającym tonem.
Snape przewrócił oczami na przewidywalność chłopca. A co gorsza, bachor naprawdę czuł, że przygotowywanie składników eliksirów to zabawa! Lubił spędzać czas w lochach, a on wplątał się w przerażający zwyczaj przyprowadzania przeróżnych Gryfonów razem z nim. Jak Snape miał używać tego jako kary, jeśli nowi pierwszoroczni chcieli spędzać czas na zgniataniu czyrakobulw i marynowaniu oczu traszki? Był zbulwersowany, gdy Harry pierwszy raz pisnął w przerażonym zachwycie i nagrodził wcześniej uciążliwe zadanie największym nastoletnim wyróżnieniem: „OBRZYDLIWE!”
Teraz on i Weasley, a nawet wcześniej przerażony Longbottom, przyzwyczaili się do „wpadania” do jego laboratorium w nadziei na możliwość patroszenia, obierania ze skóry, gniecenia lub siekania czegoś. Snape wiedział ponuro, że to tylko kwestia czasu, zanim zwietrzy to mała panna wiem-to-wszystko, a gdy tylko zacznie domagać się przyjścia, Krukoni będą tuż za nią. Wtedy jego węże zaczną narzekać, że ich opuścił, a Puchoni będą rozglądać się smutno i z przygnębieniem, a wtedy co miałby zrobić, by sprawić, żeby jego szlabany były najbardziej znienawidzoną i przerażającą karą w Hogwarcie? Straciłby reputację Złego Nietoperza z Lochów, a to wszystko była wina bachora.
Spiorunował wzrokiem małego potwora.
- Jeszcze nie jestem pewien – warknął.
- Och. – Harry wyglądał na rozczarowanego, ale nie na długo. – No to może przyjdziemy tylko po to, by sprawdzić.
- Nie napiszę ci przepustki, jeśli zapomnisz o godzinie policyjnej – zagroził Snape, - a jeśli złapie cię Filch, będziesz szorował toalety swoją szczoteczką do zębów.
Harry wzruszył lekceważąco ramionami.
- Jakbym nie robił tego wcześniej. W domu moich krewnych, Dudley lubił próbować zmusić mnie potem do użycia tej szczoteczki – przypomniał sobie, drżąc, a Snape przysiągł sobie w duchu, że kiedy Harry dostanie szlaban z Filchem, da charłakowi bardo jasne instrukcje, jak Harry ma być traktowany i czego nie spodziewać się, że zrobi.
- Możesz przyjść wieczorem, po zrobieniu całej pracy domowej. Oczekują, że pokażesz mi swoje eseje, jeśli się pojawisz, więc nie marnuj mojego czasu, wracając bez nich.
Harry westchnął. Profesor Snape zrobił dobrze swoimi groźbami, by dać mu prywatne lekcje i nalegał na przeglądanie zadań Harry’ego co najmniej trzy razy w tygodniu. Harry musiał przyznać, że profesor jest bezcenny w pomaganiu mu nauczyć się, jak układać i przeprowadzać badania do esejów, nie wspominając już o wyraźnym przedstawianiu swoich pomysłów, ale nie był zadowolony, gdy musiał przepisywać kilka razy swoje zadanie, gdy Ron i inne dzieci wydawały się zmienić to w byle co. Spojrzał na profesora, zastanawiając się, czy mógłby zaryzykować protest, ale patrząc na srogie oblicze wstrzymał się przed tym pomysłem.
Rozumiał, że dodatkowa praca w tym momencie będzie opłacać się na dłuższą metę i był zachwycony, dowiadując się, że profesor uważa go za sprytnego i ma wysokie wymagania, ale praktycznie spędzał więcej czasu z nosem w książkach niż Granger! Tylko wiedza jego kolegów, że Snape sprawdzał podwójnie jego zadania zapewniała sympatię, a nie pogardę mola książkowego. Harry zrobił jeden powściągliwy protest, kiedy Snape nalegał, by przepisał po raz trzeci esej z Transmutacji, a jego profesor posłał mu tak diabelne spojrzenie, że Harry w połowie spodziewał się, że zarobił 500 linijek „Nie będę próbował być kretynem” – które usłyszał przypadkiem, gdy Snape wyznaczał je jednemu ze Ślizgonów, którego esej z Eliksirów najwyraźniej miał oznaki niedostatecznego wysiłku. Zamiast tego Snape zrobił coś znacznie, znacznie gorszego.
Wstał, otworzył drzwi i wskazał, że Harry powinien wyjść.
- Sio, Potter – warknął, gdy dzieciak tylko siedział i patrzył. – Jeśli masz na tyle niewdzięczności, by oburzać się na inwestowanie mojego czasu, to jest bardziej niż mile widziane, byś samodzielnie odpowiadał za swoje szkolne przedsięwzięcia. Ale niech ci Merlin dopomoże, jeśli nie dostaniesz takich ocen, jakich oczekuję od mojego podopiecznego.
- Ale… ale… - zaprotestował Harry nieskładnie. Wzrosła w nim fala paniki. Jak profesor mógłby pomyśleć o wykopaniu go w taki sposób?
Twarz Snape’a złagodniała nieco na widok oczywistej grozy Harry’ego.
- Nie eksmituję cię z tych kwater, głupi bachorze, ale mam lepsze sposoby spędzenia czasu niż próbowanie wbijania pierwszorocznemu pojęć w upartą czaszkę. Jeśli nie jesteś zainteresowany moją pomocą, możesz zejść mi z oczu. Idź się uczyć samemu lub ze swoimi małymi przyjaciółmi.
Harry zaczął pociągać nosem.
- Ale powiedział pan, że mi pomoże – utrzymywał, ignorując fakt, że chwilkę temu pragnął uciec z gabinetu Snape’a.
Snape skrył uśmieszek. Gryfoni – łatwiej nimi grać niż tamburynem.
- A czy dopiero co nie wskazałeś, że moja pomoc nie jest pożądana? – chciał wiedzieć.
- Nie to miałem na myśli – wymamrotał Harry. – Chcę zostać.
Snape odetchnął gwałtownie.
- A oczekiwałem z niecierpliwością pracy nad moimi badaniami. – Harry spojrzał na niego błagalnie. – Och, w takim razie, dobrze. Pracuj nad tym esejem, - zgodził się niechętnie Snape, zauważając, że trudno nie chichotać, gdy żałosna twarz Harry’ego błyskawicznie zmienia się w promienny uśmiech.
Po tym, jak Harry ostatecznie skończył esej (znowu), profesor Snape niechętnie go zatwierdził, a potem spędził niemal godzinę pokazując Harry’emu całkiem fajne zaklęcie obronne, „ponieważ, pokazałeś, że – mimo wszystko, - posiadasz niezbędną dojrzałość, by skoncentrować się na takich naukach.” Harry mógł być Gryfonem, ale potrafił nawet zauważyć nagrodę, kiedy była mu dana, i relaksował się, wiedząc, że profesor dłużej nie był na niego zły. Musiał też przyznać, że trzykrotnie poprawiany esej dostał najwyższą ocenę i zarobiła Harry’emu rzadki komplement od profesor McGonagall.
Harry zmarszczył brwi, kiedy pomyślał o tym potkaniu. Nie okazało się takie, jak się spodziewał, ale tak to było, jeśli wiele rzeczy miało związek z profesorem. Coś, co myślał, ż będzie straszne, okazywało się dla niego dobre. Westchnął – profesor prawdopodobnie miał też rację, jeśli chodzi o warzywa i słodycze, jakkolwiek irytujące to było.
- Profesorze? – zapytał, gdy uderzyła w niego pewna myśl.
- Mm? – Snape został oderwany od myśli o dzisiejszym planie lekcji. – Co?
- Czy ci chłopcy – Jeffreys i inni – będą na śniadaniu?
- Nie. Zostali wydaleni ze szkoły za swoje działania i zabrani ostatniej nocy ze szkoły przez aurorów. Aurorzy są czarodziejską wersją policjantów – wyjaśnił, na widok pustego spojrzenia Harry’ego.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się.
- Co? Dlaczego? – zapytał z niedowierzaniem. Po tych wszystkich latach szkolnych zniszczonych atakami kuzyna i jego zbirów, Harry nigdy nie przypuszczał, że czwórka Krukonów zostanie pociągnięta do odpowiedzialności za swoje działania.
- Wszyscy byli aż nazbyt chętni, żeby odejść zamiast zmierzyć się z moim gniewem – odparł sucho Snape. – I jasno pokazałem dyrektorowi, że nie zamierzam tolerować żadnych zagrożeń dla twojego bezpieczeństwa. Jeśli nie wydaliłby tych chłopców, przeniósłbym cię do innej szkoły, zamiast dawać atakującym kolejną szansę.
Harry popatrzył na niego. Nigdy w życiu nie miał nikogo, kto stanąłby w taki sposób w jego obronie. Oczywiście ciotka i wuj zakładali, że Harry był prowokatorem w każdym konflikcie z Dudleyem, a nawet nauczyciele szybko zmienili swoje nastawienie, ponieważ Dudley zawsze głośno i płaczliwie zapewniał o swojej niewinności, podczas gdy Harry wiedział, że lepiej nie mówić ani słowa w swojej obronie. Harry był dość zaskoczony, że starsi chłopcy zostali zabrani przez dyrektora, ale w po bitewnym podnieceniu, nie zwrócił na to uwagi. Ale nigdy, przenigdy nie zakładał, że zostaną wydaleni – i to z jego powodu.
- Naprawdę? Przeniósłby mnie pan?
Snape zatrzymał się i spojrzał na niego.
- Panie Potter, jakie są moje najważniejsze zasady? Dam ci podpowiedź; naruszenie ich będzie skutkowało obolałym tyłkiem.
- N-nie narażać się na niebezpieczeństwo i nie być nieposłusznym – Harry przełknął ślinę.
- Dokładnie. Dbanie o twoje bezpieczeństwo, zdrowie i… - Snape skrzywił się, ale powiedział to, - szczęście jest moim obowiązkiem, jako twojego opiekuna. Nie będę tolerował żadnych zagrożeń dla twojego dobrego samopoczucia, nieważne czy ty je spowodowałeś, czy ktoś inny. Rozumiesz, głupi dzieciaku?
Otwierając szeroko oczy, Harry przytaknął. Wow. Snape naprawdę brał to na poważnie. Musiał lubić Harry’ego, przynajmniej trochę, skoro chciał dbać o jego bezpieczeństwo. Choć teraz wyglądał, jakby wgryzł się w cytrynę. Harry wiedział, że Snape nie lubił wyjawiać i przyznawać się do tych wszystkich bzdurnych rzeczy, ale było to dla Harry’ego w porządku, ponieważ Snape pokazywał, ja się czuje cały czas, jakkolwiek to robił przez upewnianie się, że ma dobre oceny lub robiąc mu masaż pleców, gdy był zbyt podekscytowany, by zasnąć albo przekonywał dyrektora, by pozbył się chłopaków, którzy go zaatakowali.
- Profesorze? – zapytał Harry bardzo cichym głosem.
- Co tym razem, Potter? – gderliwie chciał wiedzieć mężczyzna.
- Ko… - Harry przerwał. Nie mógłby tego powiedzieć. Czułby się jak głupek, a profesor byłby tak samo upokorzony. – Um, dziękuję.
Snape poruszył się czując niezręcznie.
- Nie ma za co – powiedział szorstko, zarzucając rękę na ramię dzieciaka i lekko je ściskając. Jest. Bardziej pozytywne wzmocnienie małego diabła.
Po tym weszli do Wielkiej Sali i Harry udał się do stołu uczniowskiego, podczas gdy Severus ruszył do stołu nauczycielskiego.
- Jaki jest dzisiaj Harry? – zapytała z niepokojem McGonagall, zanim nawet zdążył usiąść.
- Irytujący jak zwykle – odparł, ignorując jej groźne spojrzenie.
- No naprawdę, Severusie! – sapnęła. – Właśnie przeszedł przez przerażające doświadczenie. Myślę, że powinieneś zebrać odrobinę współczucia!
Snape spojrzał tylko na miejsce, gdzie Harry zabawiał siebie i swoich kolegów robiąc sobie wąsy z plasterków arbuza. McGonagall podążyła za jego wzrokiem i zamrugała.
- Tak, jest niczym kruchy kwiat – skomentował kwaśno. Nie miał zamiaru szerzyć pogłosek, że jego podopieczny jest delikatnym, niestabilnym emocjonalnie dzieckiem. Oczywiście, był, ale mając taką słabość trudno, by publika działała w dobrym interesie chłopca. Dlaczego McGonagall myślała, że nalegał zeszłej nocy na powrót chłopaka do jego kwater? Potrząsnął głową – młodzi czy starzy, Gryfoni mieli subtelność cegły.
Och, wielki Merlinie. Teraz Malfoy poszedł w ślady najmłodszego Weasleya i sprawdzał, ile winogron w jednym momencie zdoła wepchnąć do ust. Snape chwycił nasadę nosa. Wiedział, że pozwolenie zeszłego wieczoru na ominięcie starej zasady siedzenia przy swoich Domach było niebezpiecznym precedensem i na pewno wystarczyło, by cała szkoła się pomieszała z przerażającymi rezultatami.
Szanowny Lordzie Voldemorcie, pisał Snape w myślach, kiedy przylepiłeś Weasleyom nalepkę zdrajców krwi, zrobiłeś to ze względu na ich sprzeciw, co do twoich zasad, czy ich prawdziwie strasznych zachowań przy stole? Ponadto, mógłbyś wyjaśnić, dlaczego – jeśli dziedzictwo czystej krwi jest zdecydowanie lepsze – wspomniane dzieci zdają się dużo łatwiej demoralizować niż półkrwi czy mugolaki?
Szybko porzucając jedenaście lat szkolenia sztywnej etykiety, Malfoy – jak zwykle naśladowany przez Crabbe’a i Goyle’a, - demonstrował, jak można użyć podłużnych tostów jako kłów wampira, podczas gdy Weasley próbował utrzymać po jednym w każdej z dziurek nosa z jakiegoś chaotycznego powodu. Teraz Granger zbeształa ich za zabawę jedzeniem, a chłopcy wzięli to do siebie z większym szacunkiem, niż Snape się tego spodziewał. Może została zauważona obecność Jones? I oczywiście jego prefekt siedziała obok Percy’ego Weasleya, który na przemian wyglądał na zachwyconego ponad miarę i przerażonego. Nawet, gdy Snape ich obserwował, Jones przysunęła się nieco bliżej i szepnęła mu do ucha coś, co sprawiło, że chłopak zarumienił się po czubki uszu.
Reszta jego węży była rozrzucona po Wielkiej Sali i podsłuchał, jak Teddy Nott i Milicenta Bulstrode – oboje potomkowie dumnych czystokrwistych rodów, - prosili półkrwi Puchona, by pokazał im jakiś mugolski artefakt zwany „game boyem”. Widocznie starszy kuzyn Puchona, Niewymowny, zdołał zaczarować przedmiot, by działał w Hogwarcie, a jego węże czekały w podnieceniu, by na nim zagrać. Oczywiście, Puchon zgodził się na to, więc teraz niewątpliwie Borsuki będą wałęsać się przez jego Pokój Wspólny.
Cudownie. Och, a teraz Potter, Malfoy i Weasley kłócili się zajadle z Granger i Longbottomem o wysokiej wartości społecznej Quidditcha. Oczywiście panna wiem-to-wszystko prowadziła przez większość kłótni, ale Longbottom wykazywał nieoczekiwany upór sugerując, że może, ale tylko może, zajęcia są nieco ważniejsze niż klasyfikacja Quidditcha. Pozostali trzej chłopcy drwili z tego, pokazując przy tym przerażające ilości na w pół przeżutego jedzenia, podczas gdy Crabbe i Goyle flegmatycznie jedli wszystko, co było w ich zasięgu – niezależnie od tego, czyj to był talerz.
Nastrój Snape’a opadł, gdy zdał sobie sprawę, że będzie musiał wziąć stronę mądrali i Longbottoma, gdy – a wydawało się to nieuniknione, - będzie musiał interweniować w coraz gwałtowniejszej kłótni. Teraz również starsze roczniki zaczęły zwracać na to uwagę.
- Hymm. Obawiam się, że panna Granger nie nauczyła się, jak się dobrze wpasować – skomentowała Minerva z dezaprobatą.
Snape spojrzał na nią wilkiem.
- Bo nie stała się wariatką z obsesją na punkcie Quidditcha, jak jej Opiekunka Domu? – zapytał złośliwie.
McGonagall również spojrzała na niego groźnie.
- Quidditch jest najbardziej szlachetnym ze sportów! Jego unikalne dziedzictwo jest…
- Nieistotne w instytucjach wyższego szkolnictwa! – warknął Snape. – Dlaczego ty i dyrektor domagacie się takiego rodzaju rozproszenia uwagi…
McGonagall uśmiechnęła się złośliwie.
- Jesteś po prostu zazdrosny, bo nigdy nie byłeś dobrym graczem.
Podczas gdy Snape zakrztusił się wściekłością, Pomfrey przystąpiła do walki.
- Severus ma całkowitą rację i ty o tym wiesz! Liczba obrażeń, jakie ta głupia gra powoduje co roku…
- Głupia gra!? – pisnęła Hooch. – Ja…
- No, już, już – z opóźnieniem, dyrektor próbował interweniować.
Kłótnia uczniów się przerwała i oczy wszystkich zwróciły się na stół nauczycielski, sprawdzając, czy zanosząca się wrzawa się wydarzy. W rezultacie minęło kilka chwil, zanim ktokolwiek się zorientował, że drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się na oścież.
CDN…
*W oryginale “Call his bluff” – czyli że zmusi do pokazania, że nie blefuje

4 komentarze:

  1. EJJJJ! W TAKIM MOMENCIE.... NO KTO WSZEDŁ DO SALI?! XD

    Czekam na dalsze tłumaczenie,
    Życzę czasu/weny na pisanie.

    Pozdrawia ;3
    ~Satia

    OdpowiedzUsuń
  2. N jak Nicość24 lipca 2016 09:57

    Dzień dobry!

    Strasznie mi się podobała ta poranna rozmowa Harry'ego z Severusem. Już prawie prawie padły te dwa słodkie słowa, które bardzo chcę u nich słyszeć. Od tego tylko krok do "taty" i "synka" :D Ciekawe kiedy Severus przyzna się sam przed sobą, że też kocha Harry'ego <3
    Czekam z niecierpliwością na nowy rozdział, zwłaszcza że już niedługo na pewno do akcji wkroczy dręczyciel Dursleyów. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehehehehe~..... kłótnia uczniów przeniosła się na nauczycieli, hihi~
    Aaaaa~lee, kto wszedł do Salii~??! Jestem tego MEGA ciekawa.. Naprawdę MEEEEGAAAA CIEKAWA!! Dlatego mam nadzieję, że za niedługo się dowiemy, kto to.. ^.^'
    Pozdrawiam, życzę czasu, chęci, no i weny.. xp
    ~Daga ^.^'

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    och ciekawe kto wszedł... och kłótnia przeniosła się na stół nauczycielski, Harry bardzo się cieszy z każdej chwili spędzonej z Severusem... jak i tym, że Severus tak dba o niego... Malfloy pięknie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń