sobota, 16 lipca 2016

NS - Rozdział 11 - Gryffindor vs. Slytherin




Harry poczuł gorąco, ale i wygodę w miękkim łóżku z górą koców i poduszek. W oddali mógł usłyszeć stłumione głosy i ukrył twarz głębiej w poduszkę, próbując trochę zagłuszyć hałas, który dosłyszał. Było mu wygodnie i nie miał w najbliższym czasie zamiaru odpuszczać tego miejsca. Podobało mu się tu. Był bezpieczny.
Bezpieczny.
Chciał tylko odpłynąć w zapomnienie, ale coś go powstrzymywało. Coś dotykało jego włosów. Ruch był zarazem znany, jak i obcy. Zamęt wdarł się w jego umysł, sprawiając, że Harry jęknął z irytacją. Chciał tylko spać. Automatycznie, próbował klepnąć drażniącą rzecz, ale jego ramiona były zdrętwiałe.
- Myślę, że odzyskuje przytomność.
Odzyskuje przytomność? Dlaczego ludzie czekali, aż się obudzi? Harry był teraz jeszcze bardziej zdezorientowany. Myśląc tak mocno, jak pozwalał mu na to osłabiony umysł, Harry próbował poskładać poprzednią noc. Myśląc o tym, nawet nie pamiętał, by szedł do łóżka. Nawet nie pamiętał wejścia do Wieży Gryffindoru.
SYRIUSZ BLACK!
Pamiętał. Przypomniał sobie Blacka przyciskającego go do ściany, żądającego, by wpuścił go do Wieży Gryfonów. Przypomniał sobie, jak próbował się uwolnić i poległ. Przypomniał sobie, że coś uderzyło go w tył głowy.
Harry szybko przewrócił się na plecy i usiadł, panika utrudniła mu oddychanie. Zignorował zawroty, które zalały jego głowę. Rozmazani ludzie pospieszyli do jego łóżka, a dwie pary rąk próbowały delikatnie ułożyć go z powrotem. Harry walczył z nimi, jak tylko potrafił. Nie da się. Syriusz Black nigdy nie dostanie nic od niego.
- Uspokój się, Harry – nakłonił go znajomy głos. – Nie zamierzamy cię skrzywdzić. Blacka tu nie ma. Jesteś już bezpieczny.
Harry przestał walczyć, ale jego ciało nadal było napięte, wciąż odpychał dłonie, które próbowały go położyć z powrotem. Nadal ciężko oddychał, gdy rozglądał się wokół nerwowo.
- Bezpieczny? – spytał cicho. – Odszedł?
Na jego twarz zostały wsunięte okulary, sprawiając, że pokój nabrał ostrości. Harry zobaczył, że to profesor Dumbledore i profesor Lupin byli tymi, którzy próbowali go położyć. Za nimi byli profesor McGonagall, pani Pomfrey i profesor Snape. Harry powoli zwrócił uwagę na profesora Lupina, po czym odwrócił wzrok, gdy jego oczy zaczęły piec od łez.
- Czy wszystko w porządku, Harry? – spytał profesor Dumbledore łagodnie.
Harry przytaknął.
- Ch-chciał dostać się do wieży Gryffindoru – powiedział trzęsącym się głosem. – Wciąż p-powtarzał, że „on jest tutaj, w Hogwarcie”. Był zaniepokojony. Myślał, że w Wieży Gryffindoru jest ktoś, kto zraniłby mnie…
- W porządku, Harry – powiedział profesor Lupin. – Jesteś pewny, że Black nie próbował cię skrzywdzić?
Harry przytaknął ponownie, patrząc na swoje dłonie. Nagle poczuł się jak dziecko, które zostało przyłapane na zabawie na ulicy po tym, jak zostało mu to zabronione. Czuł się tak, jakby rozczarował swoją „rodzinę”. Harry nie lubił tego uczucia w ogóle.
- Przepraszam – powiedział cicho. – N-nie sądzę, by był w zamku. Nigdy nie powinienem opuszczać uczty.
- Nie masz za co przepraszać, Harry – powiedział profesor Dumbledore poważnie. – To nie twoja wina. Jednak faktem jest, że nie jesteś tutaj tak bezpieczny jak na początku sądziliśmy. Syriusz Black może próbować zdobyć twoje zaufanie, ale póki go nie złapiemy, muszę nalegać, byś nie ryzykował chodzenia gdzieś samotnie.
Gdy łzy popłynęły, Harry mógł tylko przytaknąć. Nie lubił uczucia, że został ukarany za coś, tylko dlatego, że Dumbledore powiedział, że to nie jego wina. To było niesprawiedliwe.
- Wszyscy wiedzą? – spytał tym samym drżącym głosem.
Nastała krótka cisza.
- Duchy poinformowały ich, gdy kończyliśmy kolację – powiedział profesor Lupin ostrożnie. – Wiem, że nie pragniesz uwagi, Harry, ale teraz nie potrafimy nic z tym zrobić. Twoi koledzy muszą wiedzieć, że zagrożenie jest realne, ponieważ nie możemy być przy tobie przez cały czas. Rozumiesz?
- To się uspokoi po kilku dniach – powiedział miło profesor Dumbledore. – Odpocznij trochę. Jest jeszcze dość wcześnie rano.
Dorośli powoli wyślizgnęli się z pokoju, ale kiedy profesor Lupin wstał, Harry instynktownie chwycił go za rękaw i spojrzał na niego błagając w milczeniu, by został. Harry nie potrafił tego wyjaśnić, ale po prostu nie chciał być teraz sam. Lupin wydawał się złapać aluzję i usiadł na skraju łóżka. Kładąc się z powrotem, Harry dopiero teraz poczuł, że zawroty głowy znowu mrowią w jego głowie. Miał mnóstwo praktyki w blokowaniu bólu, tak więc był prawie jego drugą naturą.
Lupin posłał Harry’emu miękki uśmiech, gdy objął chłopca. Powieki Harry’ego zaczęły już opadać, więc zdjął jego okulary i patrzył, jak Harry powoli odpływa w sen.
- Nie martw się, szczeniaku – powiedział Lupin cicho. – Przejdziemy przez to.
^^^
To z pewnością była długa niedziela i jeszcze dłuższy tydzień. Każdy chciał poznać wszystkie szczegóły na temat tego, co zostało zaklasyfikowane jako usiłowanie porwania, ale co Harry nie chciał powiedzieć, opowiedział im portret Grubej Damy (a przynajmniej część, którą widziała). Przed niedzielnym wieczorem, każdy miał swoją wersję tego, co się naprawdę stało i jak Syriusz Black dostał się do zamku.
Profesor Lupin miał rację co do uczniów biorących poważnie zagrożenie. Cała wieża Gryffindoru wzięła na siebie służenie mu jako ochroniarze, kiedy tylko mogli, co było dobre częściej niż złe. Ze zbliżającym się meczem Quidditcha, atmosfera między domami Slitherin i Gryffindor była z pewnością napięta. Wybuchło kilka walk i zrobienie cokolwiek i wszystko, by przestraszyć Harry’ego Pottera stało się dla Ślizgonów codziennym wyzwaniem. Niektórzy próbowali przekonać Harry’ego, że widzieli w zamku Syriusza Blacka, jeszcze inni rozmawiali o tym, jak boisko do Quidditcha jest łatwym miejscem do zabicia kogoś, tak jak stało się, gdy Harry poszedł na przechadzkę.
Profesor McGonagall dołączyła do pani Hooch w nadzorowaniu treningów Quidditcha, które były dłuższe i bardziej wyczerpujące niż kiedykolwiek przedtem. Oliver Wood naciskał na drużynę mocniej niż kiedykolwiek, ale nikt nie odważył się narzekać. Każdy członek drużyny chciał pokonać Ślizgonów tak mocno jak Oliver. Nikt nie dbał o to, że pogoda była coraz gorsza albo że każdego wieczora przychodzili przemoknięci do szpiku kości.
Dzień przed meczem pogoda była tak okropna, że musieli latać na korytarzach. Wchodząc do klasy OPCM Harry zaczynał mieć złe przeczucia co do gry. Naprawdę nie wyglądał, by nie mógł się doczekać grania w taką pogodę. Jak nawet miałby być w stanie zobaczyć znicza? Czy będzie mógł?
Harry zajął swoje zwykłe miejsce z przodu klasy, mając Rona po prawej, a Hermionę po swojej lewej stronie, podczas gdy reszta klasy powoli się wypełniała. Wyjęli swoje rzeczy, gdy drzwi do klasy zamknęły się z trzaskiem, sprawiając, że wszyscy podskoczyli. Odwracając się, oczy Harry’ego rozszerzyły się gdy zobaczył profesora Snape’a idącego do biurka nauczyciela, powiewając za sobą szatami. Profesor Lupin musi być naprawdę chory.
- To się nie dzieje – wymamrotał Ron. – Proszę, powiedz, że to się nie dzieje.
Harry nie zaryzykował odpowiedzi, obserwując, jak profesor Snape przerzuca strony książki do bardzo odległej.
- Odwróćcie na stronę 394 – powiedział chłodno. – Dzisiaj omówimy wilkołaki.
Nie chcąc być obiektem gniewu Snape’a, Harry posłusznie otworzył na właściwej stronie. Mógł poczuć surowy wzrok profesora Snape’a, gdy Mistrz Eliksirów obserwował i czekał aż ktoś się mu sprzeciwi. To był test, zaplanowany i prosty. Harry był zdesperowany, by nie być tą osobą, która Snape da za przykład.
Niestety, Hermiona nie mogła się powstrzymać.
- Ale, proszę pana – sprzeciwiła się. – Nie mieliśmy przerabiać wilkołaków aż do następnego semestru. Mieliśmy zacząć dzisiaj zwodniki.
Profesor Snape spiorunował ją wzrokiem, gdy zbliżył się powoli.
- Dziesięć punktów od Gryffindoru za odzywanie się bez pozwolenia, panno Granger – syknął. – Teraz, czy ktoś potrafi mi powiedzieć, jak odróżnić wilkołaka od zwykłego wilka? – Zignorował rękę Hermiony wyrywającą się w powietrze. – Ktokolwiek? Szkoda. Wydaje się, że wasz ulubiony profesor Lupin zaniedbuje swoją klasę.
Tym razem odezwał się Dean.
- To najlepszy nauczyciel Obrony, jakiego kiedykolwiek mieliśmy – powiedział zuchwale. Kilka osób przytaknęło, zgadzając się, ale nikt nie był na tyle odważny, by wyrazić głośno swoją opinię.
- Dziesięć punktów od Gryffindoru, panie Thomas – powiedział Snape. – Jeśli to kontynuujecie, Gryffindor nie będzie miał już punktów do odjęcia, nie żebym narzekał. Teraz, czy jest ktokolwiek, kto potrafi odpowiedzieć na moje pytanie?
Hermiona nadal trzymała rękę w powietrzu.
- Proszę pana – powiedziała. – Pysk wilkołaka jest krótszy…
Profesor Snape uderzył dłonią o biurko Hermiony i spiorunował ją wzrokiem.
- Jeszcze raz odezwij się bez pozwolenia, a będziesz miała szlaban do końca semestru – warknął. – Kolejne dziesięć punktów od Gryffindoru za bycie nieznośną panną wiem-to-wszystko.
Hermiona opuściła rękę, spuszczając wzrok. Musiało głęboko zaboleć usłyszenie czegoś takiego od nauczyciela, niezależnie od faktu, że wszyscy nazywali ją tak, co najmniej raz w tygodniu. Harry zauważył, że Hermiona jest bliska łez. Zagryzł wargę, powstrzymując się od powiedzenia czegokolwiek profesorowi Snape’owi. Wracając uwagą na tekst książki, Harry mógł widzieć kątem oka Rona. Rudzielec kipiał z wściekłości i chciał bronić Hermiony, więc Harry zrobił jedyną rzecz, o której pomyślał… nadepnął Ronowi na stopę.
Ron od razu odwrócił się do Harry’ego, zamrugał oczami, żądając wyjaśnień. Harry posłał Ronowi błagalne spojrzenie, mając nadzieję, że jego przyjaciel zrozumie albo przynajmniej przyjmie aluzję. Po chwili Ron przewrócił oczami i skupił uwagę na profesorze Snape’ie.
Reszta klasy nic nie powiedziała i nie robili nic oprócz notatek na temat wilkołaków z podręcznika. Gdy Harry wziął swoje notatki, był zaskoczony, znajdując tak wiele podobieństw do profesora Lupina. Wilkołaki z trudem zachowywali obciążenie z powodu transformacji i wyglądały na chore przez dwa tygodnie przed przemianą. Profesor Lupin był bardzo chudy i chory, ale to nie czyniło go wilkołakiem.
Prawda?
Im więcej Harry się dowiadywał, tym bardziej był zdenerwowany i jego strach stawał się bardziej realny. Był po prostu zbyt wiele podobieństw, by to ignorować. Ale jeśli jest wilkołakiem, to dlaczego mi nie powiedział? Miał być moim opiekunem! Harry natychmiast zbladł. Co jeśli to dlatego profesor Lupin nic nie powiedział? Co jeśli nikt nie miał wiedzieć?
Pod koniec lekcji, profesor Snape zadał im dwie rolki pergaminu do napisania na temat rozpoznawania i zabijania wilkołaków. Cała klasa była oburzona zadaniem. W ten weekend był mecz Quidditcha! Nie mniej ni więcej Gryffindor kontra Slytherin! W chwili, gdy Snape wypuścił ich, wszyscy wybiegli z sali. Wszyscy oprócz Harry’ego.
Harry ostrożnie podszedł do biurka nauczyciela, gdzie profesor Snape pakował swoje rzeczy.
- Profesorze? – zapytał cicho. Profesor Snape obrócił się szybko, zmuszając Harry’ego do zrobienia przestraszonego kroku w tył. – Nie chciałbym panu przeszkadzać, ale zastanawiałem się – powiedział Harry niezręcznie, unikając patrzenia Snape’owi w oczy. – Czytałem, że to niezgodne z prawem, by wilkołaki miały dzieci. – Harry powoli spojrzał na Snape, prosząc oczami o podniesienie na duchu. – A co z adopcją?
Profesor Snape patrzył na Harry’ego przez chwilę, po czym chwycił kawałek pergaminu i pióro. Zanurzywszy pióro w atramencie, Snape szybko napisał coś i odwrócił się do Harry’ego.
- Nie znam każdego prawa, które istnieje, Potter – powiedział z nutką irytacji w głosie, oddając mu kawałek pergaminu. – Ta książka powinna powiedzieć ci to, co powinieneś wiedzieć, ale czasami jest lepiej spytać kogoś, kto będzie wiedział.
Harry spuścił wzrok wkładając notkę do kieszeni. Nawet nie wiedział, czy to prawda, więc nie miał zamiaru oskarżać profesora Lupina o coś takiego.
- Chciałbym móc – mruknął. – Dziękuję profesorze.
Wyszedł nawet nie zerkając na profesora Snape’a. Cały jego świat został wywrócony do góry nogami. Profesor Dumbledore ostrzegał, że jest to tymczasowe rozwiązanie, ale Harry miał nadzieję, że jednak zostanie tak na stałe. Harry czuł, że profesor Lupin zna i rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny. Myśl o utracie tego, była czymś więcej niż Harry mógł znieść.
^^^
Harry nie spał w nocy dobrze, o ile w ogóle. Jego umysł był zbyt zajęty, a burza grzmiąca na zewnątrz nie pomagała. Błyskawice rozświetlały pokój, a ostry wiatr wbijał się w zamek. To będzie świetny mecz, pomyślał sarkastycznie Harry. W końcu, we wczesnych porannych godzinach, porzucił myśl o śnie i wycofał się do Pokoju Wspólnego z książką o Zaklęciach w ręce. Jeśli pogoda się utrzyma to na pewno będzie potrzebował pomocy.
Zajęło mu trochę mniej niż godzinę znalezienie zaklęcia, aby jego okulary odpychały wodę, co było niezbędne. W ten sposób będzie mógł zobaczyć… cóż… tyle, ile ktoś mógłby zobaczyć w taką pogodę. Nie chciał ryzykować dodania innych zaklęć, obawiając się, że Ślizgoni mogą oskarżyć go o oszustwo. Przynajmniej teraz on i Malfoy byli w takim samym położeniu, że tak powie.
Nie mając naprawdę nic innego do zrobienia, Harry dokończył rozpoczęty esej o wilkołakach. Wciąż nie mógł iść nigdzie samemu, co zaczynało być irytujące. Podczas samotnego miesiąca w Hogwarcie, Harry przyzwyczaił się do włóczenia się po korytarzach ilekroć musiał pomyśleć. W ciągu dwóch miesięcy od rozpoczęcia szkoły Harry przyzwyczaił się też do chodzenia do gabinetu profesora Lupina, gdy potrzebował porozmawiać.
Teraz nie mógł ego zrobić z różnych powodów.
Harry sprawdził kalendarz i odkrył, że choroby Lupina zbiegają się z cyklem księżycowym. To było tak, jakby puzzle układały się na swoje miejsce, mimo że Harry tego nie chciał. Musiał założyć, że wszyscy nauczyciele wiedzieli, ponieważ brali udział w przekonywaniu Harry’ego w czasie lata. Jeśli im powiedział, dlaczego nie mógł powiedzieć mi?
Na szczęście Harry’ego tak się złożyło, że burza dalej była w pełnej mocy. Cała szkoła była skulona pod parasolami, które sprawiały wrażenie, że od jednego podmuchu wiatru zostaną rozerwane na strzępy. Ubrani w ich szkarłatne szaty, zespół walczył z ostrym wiatrem, gdy udali się na boisko. Deszcz wydawał się pochodzić z każdego kierunku, ale zadziwiająco wyraźnie widział. Czar działał niezwykle.
Zespół Slitherinu pojawił się na przeciwległym końcu boiska powiewając swoimi zielonymi szatami. Wydawało się być… złym widzieć zespół bez ich ironicznych uśmiechów, ale było jasne, że Slizgoni są tak samo zaniepokojeni grą w taką pogodę, jak Gryfoni. Kapitani zbliżyli się do środka boiska i uścisnęli sobie dłonie, po czym wrócili do swoich drużyn. Harry widział, że wargi pani Hooch poruszają się, mówiąc coś, co przypominało „Wsiąść na miotły” i szybko, a jednocześnie dyskretnie rzucił urok ogrzewający, by nie zmarznąć na kość, zanim przeżuci prawą nogę nad Nimbusem i wzniósł się w momencie, gdy usłyszał odległy gwizd.
Wznosząc się szybko, Harry trzymał się mocno na swojej miotle, ignorując gwałtowne skręty, które miały miejsce z powodu wiatru. Wystarczyło kilka minut, by Harry był całkowicie przemoczony, ale dzięki urokowi rozgrzewającemu nie czuł zimna. Niewyraźne czerwone i zielone kształty przelatywały w każdym miejscu, ale Harry nie zwracał na nich większej uwagi. Był całkowicie skoncentrowany na poszukiwaniu znicza.
Burza była coraz gorsza. Stawało się trudne dla każdego, by utrzymać się prosto na miotle. Harry miał dwa bliskie spotkania z tłuczkami, zanim dźwięk gwizdka pani Hooch wyciągnął go z koncentracji. Rozejrzawszy się, Harry zauważył, że członkowie jego drużyny opadają na ziemię i poszedł za ich przykładem. Wylądowali, ignorując błoto bryzgające na ich szaty i podbiegli pod duży parasol, by się ukryć.
- Jaki jest wynik? – krzyknął Harry przez wiatr.
- Tracimy dziesięcioma punktami! – odkrzyknął Oliver. – Musisz złapać znicza jak najprędzej albo wszyscy zamarzniemy na śmierć!
Rozejrzawszy się, Harry zauważył, że wszyscy oprócz niego drżą. Bez kolejnego rozmyślania, Harry szybko wyciągnął różdżkę i rzucił kilka zaklęć ogrzewających. Wszyscy przestali drżeć i spojrzeli na Harry’ego tak, że poczuł się nieswojo.
- Co? – zapytał nerwowo. – To tylko prosty urok ogrzewający.
Dziewczyny z drużyny wyglądały, jakby chciały go pocałować.
- Doskonale, Harry! – krzyknął Oliver. – Chodźmy, drużyno!
Wszyscy nadal byli kompletnie przemoczeni, ale przynajmniej więcej nie marzli. To nie powstrzymało determinacji Harry’ego, by złapać znicza tak szybko, jak to możliwe. Nie chciał być w tej burzy dłużej niż musiał. Rozbłysła szybka błyskawica, a po niej kolejny grzmot, ale to wystarczyło. Harry zobaczył małego złotego znicza naprzeciwko trybun nauczycieli i natychmiast wystartował.
Harry był prawie na miejscu, gdy nagle cały szum wokół niego zniknął. Wiatr wciąż wiał, ale zniknął ryk. Tłum nie wydawał dźwięku. To prawie tak, jakby ktoś wyciszył wszystkie dźwięki, ale to niemożliwe. Prawda?
Zapomnij! Złap znicza!
Harry sięgnął małej latającej kuleczki, kiedy znajome uczucie intensywnego zimna wypełniło jego ciało tak, jakby urok ogrzewający został nagle zdjęty, a on został uwięziony w ujemnych temperaturach. Zignoruj! Obraz zaczął zanikać, a oddychanie stało się trudne.  Harry wiedział, co się dzieje, gdy znajomy krzyk wypełnił jego uszy. Poczuł w ręku znicza i natychmiast zacisną wokół niego palce Zimna było zbyt wiele. Nie mógł go dłużej ignorować.
„Nie Harry, nie Harry, proszę, nie Harry!”
„Odsuń się, ty głupia dziewczyno… stań z boku, teraz…”
„Nie Harry, proszę, nie, weź mnie, zabij mnie zamiast…”
Osunął się w przód, jego uścisk się rozluźnił. Zanim Harry to wiedział, spadał; spadał w ciemność; w gorzki chłód, który czekał na niego. Nie mógł nic zrobić.
„Nie Harry! Proszę… miej litość… miej litość…”
Wysoki śmiech wypełnił mu uszy. Był znajomy, niepokojąco znajomy. Kolejny krzyk i pochłonął go mrok.
^^^
Odległe głosy wypełniły mu uszy. Nie chciał nic więcej, tylko kazać im zamilknąć, żeby mógł wrócić do snu. Był wyczerpany i bardzo obolały. Każdy cal jego ciała bolał. Poruszanie się nie wchodziło w rachubę. Wyraźny aromat wisiał w powietrzu. Harry jęknął, gdy spróbował się przesunąć. Nie zajęło Harry’emu dużo czasu zorientowanie się, że jest w skrzydle szpitalnym. Chwileczkę… co ja to robię?
- Nie mogę w to uwierzyć.
- Nie mogę uwierzyć, że nadal potrafił złapać przy nich znicza.
- Nigdy w życiu nie byłem tak przerażony.
Przerażony? Dlaczego ktoś miałby być przerażony? Złapać znicza? O czym te osoby mówiły? Powoli myśli Harry’ego się oczyściły, a wspomnienia wróciły. Przypomniał sobie mecz Quidditcha, błagania jego matki i głos Voldemorta. Oczy Harry’ego otworzyły się i zobaczył rozmyte twarze osób zgromadzonych wokół jego łóżka.
- Harry! – krzyknął Fred. – Jak się czujesz?
Harry odwrócił się w kierunku głosu Freda i tylko syknął z bólu. Ktoś chwycił jego prawą rękę i trzymał ją mocno, podczas gdy ktoś inny wsunął mu okulary na nos. Twarze nagle nabrały ostrości. Cała drużyna Gryffindoru (wciąż oblepiona błotem i całkowicie przemoczona), Ron i Hermiona stali wokół niego. Z zaniepokojonych spojrzeń na ich twarzach, Harry zorientował się, że musi być w fatalnym stanie.
- Co się stało? – zapytał w końcu Harry szorstkim głosem. Miał ogólne pojęcie o tym, co się stało, ale z jakiegoś powodu Harry potrzebował potwierdzenia. Musiał wiedzieć, czy ten koszmar był prawdą.
- Eee… cóż… spadłeś, Harry – powiedział nerwowo Oliver. – To musiało być co najmniej pięćdziesiąt stóp; zaraz po tym, jak złapałeś znicza. Było tam tak wiele dementorów…
- Dumbledore był wściekły, Harry – powiedziała Hermiona, ściskając dłoń Harry’ego. – Wszyscy nauczyciele wbiegli na boisko i próbowali spowolnić upadek i wystrzelili jakieś srebrne zaklęcia w stronę dementorów, odganiając ich. Nie mieli pozwolenia podejść w pobliże boiska.
- Choć mimo to mocno uderzyłeś w ziemię – dodał Ron. – Myśleliśmy, że nie żyjesz. I jeszcze jest kwestia twojej miotły.
Coś w tonie Rona sprawiło, że żołądek Harry’ego się skręcił. Harry zamknął oczy, ale nie mógł zrobić wiele więcej.
- Co się stało z moją miotłą? – spytał.
- Została zdmuchnięta w stronę Bijącej Wierzby, Harry – powiedziała nerwowo Hermiona. – Tak mi przykro.
Harry czuł się, jakby miał się rozchorować. Miał duże doświadczenie z Bijącą Wierzbą, więc wiedział, w jaki sposób może uderzyć. Jego miotła, jego Nimbus Dwa Tysiące nie miał szans.
- Jest zniszczona – powiedział, otwierając oczy i patrząc na Rona. – Prawda?
Ręce dotknęły jego rąk i nóg i uspokajająco ścisnęły. Ron spojrzał na Hermionę, która podniosła z podłogi torbę i ułożyła ją na skraju łóżka.
- Profesor Flitwick właśnie przyniósł ją z powrotem – powiedziała Hermiona ze współczuciem. – Przykro mi, Harry. Nic nie można zrobić, by ją naprawić. Profesor Dumbledore już próbował.
Harry mógł tylko patrzeć na torbę, która zawierała szczątki jego wiernej miotły. Nigdy nie wiedział, ile się o nią troszczył do tej pory. To był jego drugi prezent w życiu. Teraz nie była niczym więcej niż drewnem na opał.

Dzięki za wasze opinie ;)

1 komentarz:

  1. Hej,
    ciekawe czy zareagowali na słowa Harrego, że Syriusz nic nie chiał zrobić, Severus jaki ma stosunek do Harrego? mecz, no nawet przy obecności dementorów złapał znicza...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń