środa, 12 lipca 2017

NDH - Rozdział 42


Harry bardzo cieszył się wizytą u Weasleyów, choć po pewnym czasie dostrzegł, że brakuje mu ojca i jego spokojnych kwater. Jednak takie rozmyślania nie trwały długo, bo któryś z rudego klanu szybko przerywał mu, oferując różne czynności. Harry zaczął zdawać sobie sprawę, że będąc w środku dużej rodziny, ciężko będzie mu długo się nudzić, choć czasami w uszach mu dzwoniło od tego całego hałasu.
Z Billem i Charliem w domu była super zabawa i Harry zaczął uwielbiać obu młodych mężczyzn, ale pierwsze kilka dni w Noże były trochę wymagające. Całe to rozrabianie, które miało miejsce, pozornie bez końca, na początku trochę przypominało polowanie na Harry’ego Dudleya albo wściekłe krzyki Vernona, ale Harry szybko zdał sobie sprawę z tego, że żaden z Weasleyów nie jest tak naprawdę raniony. Oczywiście, jego początkowe zdezorientowanie było zrozumiałe, biorąc pod uwagę krzyki i wrzaski, które zwykle towarzyszyły takim działaniom. Kiedy Bill – wciąż rozsiewając żółte piórka z jednego z ostatnich żartów bliźniaków – chwycił obydwóch za ramiona i wyprowadził ich na zewnątrz, wciąż w piżamach i z gołymi stopami, po to, by natrzeć ich twarze śniegiem, okna drgały w ramach przez ich wycie. Kiedy Molly zdała sobie sprawę z tego, co się stało, jej własne wrzaski jasno pokazały, że zdrowe płuca odziedziczyli po matce.
Nawet po tym, jak stało się jasne, że bijatyki są tylko dobrą zabawą i głośną grą, Harry wciąż trzymał się z daleka, niepewny zarówno tego, czy jest mile widziany w takich akcjach i tego, czy chce zaryzykować gniew Molly. Trwało to całe 48 godzin, a potem rozpętała się w domu wielka bitwa na śnieżki i nawet Artur i Molly zapomnieli o swojej godności dorosłych i się dołączyli. Nikt nie został oszczędzony, więc Harry – a nawet Percy – zostali wciągnięci w bitwę. Szybkość i zwinność Harry’ego czyniły go trudnym celem, ale Charlie w końcu zrezygnował z całej swojej subtelności i po prostu uchwycił go zdumiewająco łatwo. Ginny natychmiast ruszyła mu na ratunek. Jej uwielbienie do chłopca, który przeżył dawno zmieniło się w bardziej realne i prawdziwe uczucie do przyjaciela swojego brata. Włożyła kilka pełnych garści śniegu pod bluzę Charlie’ego na plecach, zanim zdążył ją złapać w odwecie. Z kręcącymi się, kopiącymi i szczypiącymi dzieciakami pod ramieniem, Charlie wstał i – z błyskiem w oku – skierował się w szczególnie wysoką zaspę śniegu.
- Nieee! Charlie, nie rób tego! – wrzasnęła Ginny, widząc nadchodzący los. Hary rozejrzał się, szukając sojuszników, ale Ron i Percy atakowali stanowisko Artura śnieżkami, podczas gdy bliźniacy desperacko próbowali zemścić się na Billu za wcześniejsze wypudrowanie twarzy.
Charlie zachichotał jak zły charakter i zatrzymał się, obracając się z boku na bok, by wyrzucić dwóch niechcianych pasażerów w zaspę przed nim. Harry i Ginny próbowali wyrwać się z jego uścisku, ale Charlie był przyzwyczajony do walki ze smoczątkami i najwyraźniej też do dziecięcych wysiłków. Gdy Harry już wiedział, że będzie wyrzucony w powietrze, usłyszał słodki głos Molly:
- Och, Charlie, kochanie!
Wszyscy trzej odwrócili się zaskoczeni i zobaczyli uśmiechającą się do nich Molly, oddaloną o kilka jardów. Wskazała w górę, a oni podążyli za jej spojrzeniem i odkryli olbrzymią kupę śniegu, unoszącą się nad głową Charlie’ego. W chwili, gdy ich oczy się rozszerzyły, Molly cofnęła zaklęcie lewitujące i z wielką satysfakcją oglądała, jak wszyscy trzej znikają pod górą śniegu.
Minęła chwila zanim się odkopali – plując śniegiem i z oczami pełnymi nowej wesołości – i wszystkie poprzednie działania wojenne zostały zapomniane, kiedy cała trójka zwróciła się ku wspólnemu wrogowi.
- Brać ją! – ryknął Charlie, a Harry i Ginny wydali z siebie piskliwe wojenne odgłosy, zaczynając biec za rudowłosym i uciekającą, śmiejącą się Molly.
To mniej więcej usunęło ostatnie zahamowania Harry’ego i powoli zrelaksował się i cieszył całym zamętem, który wokół niego panował, okazjonalnie wchodząc mu też do głowy. Wciąż lekko się spinał, kiedy jeden ze starszych chłopców brał w obroty bliźniaków – którzy, jak zwykle, używali wakacji, jako wymówki do testowania ich najnowszych gadżetów i przy okazji doprowadzania wszystkich do szaleństwa – ale mógł mieć pewność, że krzyki powstały ze względu na zaklęcie łaskoczące, a nie brutalne bicie. Nawet kiedy Charlie albo, dużo częściej, Bill w końcu tracili panowanie nad sobą i przytrzymywali dwóch nastolatków na kilka bardzo głośnych klapsów w tyłki, jasne było, że donośne krzyki bliźniaków i to, jak próbowali chwycić się za zadki wynikało raczej z ich miłości do uwagi niż prawdziwej dolegliwości. Harry zauważył również, że ich wybryki łagodziły zachowanie ich starszych braci i uśmiechnął się szeroko mając kolejny dowód, że bliźniacy byli bardziej ślizgońscy niż się komukolwiek wydawało.
Harry nie zauważył jednak tego, jak ostrożnie wszystkie dzieci Weasleyów unikały rzucania się na niego od tyłu albo zrobienia czegokolwiek, co by go zaskoczyło. Choć tylko Ron miał świadomość obaw Harry’ego, Snape upewnił się, że Molly i Artur będą wiedzieć, że Harry wciąż walczy ze sobą przez to, co przeszedł z Dursleyami, a oni, po kolei, podzielili się wystarczającą częścią z ich starszymi dziećmi, żeby być pewnym, że Harry nie będzie wciągnięty w żadną zasadzkę ani nie będzie do niczego zmuszony. Nawet bliźniacy zrozumieli, że Harry jest poza ich zasięgiem i choć nie znali wszystkich szczegółów, wiedzieli dość, by zdawać sobie sprawę z tego, że a) mogą poważnie zdenerwować chłopca nieprzemyślanym żartem i b) ich rodzice by ich zabili, gdyby tak się stało. To, że Artur uszczypliwie wspomniał o następstwach ich próby, kiedy nakłaniali małego Ronnusia do wieczystej przysięgi wystarczyła, by ich przekonać, że to jedno z rodzicielskich zastrzeżeń, których są zmuszeni posłuchać bez gadania.
Tylko Ronowi i Ginny oszczędzono rodzicielskiej odprawy, ale Ron – bez wiedzy dorosłych – powiedział siostrze, że życie domowe Harry’ego raczej nie było idylliczną baśnią o chłopcu, który przeżył i że jeśli wciąż będzie traktowała go jak jakąś ikonę, wprawi  w zakłopotanie zarówno siebie, jak i Harry’ego. Ginny była na tyle bystra, żeby wypełnić luki, które pominął Ron, a jej przerażenie i nieśmiałość przemieniły się w gwałtowną opiekuńczość, która na początku zaskoczyła jej braci i Harry’ego. W rezultacie, będąc między surowymi nakazami Molly i Artura a sokolim wzrokiem Ginny, chłopcy Weasleyów dbali o to, by nie przerazić Harry’ego swoją wylewnością.
Obiekt tej całej troski był błogo tego nieświadomy i radośnie wskoczył do życia wśród Weasleyów, po raz pierwszy doświadczając chaosu i wesołości posiadania dużej, szczęśliwej rodziny.
^^^
Choć Harry zdołał uniknąć poważnych kłopotów podczas pobytu u Weasleyów, nie uciekł kompletnie bez szwanku. Pod koniec swojej wizyty, pokazał, jak dobrze czuje się w Norze, dołączając do Rona i Ginny w ożywionej bitwie z bliźniakami, wywołaną tym, że bliźniacy próbowali zażartować z Rona za pomocą dość realistycznie wyglądającego zabawkowego pająka. Ku przerażeniu Freda i George’a, odkryli oni, że ich młodszy brat ma teraz potężnych sojuszników w Harrym i Ginny (którą Bill prywatnie wyszkolił w kilku szczególnie nieprzyjemnych klątwach). W wyniku działań wojennych salon został zredukowany do rumowiska, a piątka dzieci została wygoniona do łóżek zaraz po kolacji.
- Bliźniacy skończyli z obolałymi tyłkami, zarówno za to, że zaczęli i ponieważ jako starsi powinni wiedzieć lepiej – wyjaśniła Molly nad filiżanką herbaty, kiedy dwa dni później Snape przyszedł odebrać Harry’ego, – ale ponieważ Ron i Ginny ostali ukarani tylko wcześniejszym pójściem do łóżka, czułam, że należy potraktować Harry’ego tak samo i zobaczyć, czy nie trzeba cię informować.
- A bliźniacy nie próbowali się później zemścić? – zapytał Snape, marszcząc brwi. Bardziej spodziewał się, że bliźniacy będą raczej źli za taką upokarzającą, nie wspominając, że bolesną, karę. Odgrywanie się na młodszych dzieciach byłoby zrozumiałe.
- Gdybyśmy trzymali urazę… - zaczął mówić Fred, niespodziewanie wchodząc do kuchni ze swoim bliźniakiem u boku.
- … za każdym razem, gdy dostaliśmy klapsa…
- … zabrakłoby nam rodzeństwa….
- … już dawno temu, profesorze.
- Poza tym, to było całkowicie sprawiedliwe…
- … bo to zaczęliśmy. Po prostu nie spodziewaliśmy się…
- … że Harry i Ginny wkroczą tak do akcji.
- Ale kiedy to zrobiliśmy…
- … i tak jakby nas poniosło…
- … dobrze wiedzieliśmy…
- …kiedy drzewko zaczęło płonąć…
- … że dostaniemy za swoje.
- Spaliliście choinkę? – powtórzył z niedowierzaniem Snape.
George uśmiechnął się szeroko, nalewając dwie szklanki soku dyniowego.
- Nie celowo.
- A święta się formalnie skończyły – zauważył Fred, biorąc pełną garść świątecznych ciasteczek ze słoika na szafce.
- To była najgorsza szkoda – wtrąciła naprędce Molly. – Wszystko inne wymagało tylko sprzątania, czym zajęły się dzieci. Bez pomocy magii.
Snape spochmurniał. Po tym, jak Harry był wychowywany niczym skrzat domowy, nie chciał, żeby chłopak był zmuszony do kolejnego obowiązku sprzątania.
- Właściwie to…
- … dobrze się przy tym bawiliśmy – przyznali bliźniacy między jednym ciastkiem a drugim.
- Wtedy już nie byliśmy na siebie wściekli…
- … a krzyki mamy zniechęciły wszystkich po równo…
- … i maluchy usłyszały, że dostaliśmy lanie…
- … więc Ron zdał sobie sprawę, że to za pająka…
- … więc nie było sensu dalej walczyć i…
- … po prostu zrobiliśmy z tego zabawę.
Snape był zaskoczony tym, jak filozoficznie bliźniacy zaakceptowali lanie, choć rozważył, że, biorąc pod uwagę ich zamiłowanie do żartów, było to raczej rutynowe wystąpienie.
- Chłopcy, powiedzcie Harry’emu, że profesor Snape na niego czeka – poleciła Molly, a bliźniacy usłużnie wybiegli. – Naprawdę są zbyt starzy, żeby dać im klapsa – powiedziała, odczytując myśli Snape’a z łatwością, która zaskoczyła oklumentę, – ale albo to, albo zakaz latania wczoraj, na arenie Featherbee’a, a gdyby przegapili coś takiego, to by ich zniszczyło. Dałam mi w rzeczywistości dwie opcje i po prostu nalegali, by oberwać drewnianą łyżką. – Zachichotała, przypominając sobie, jak z wymachiwaniem zaprezentował łyżkę, podczas gdy Fred pochylił się i zapraszająco pokręcił tyłkiem. Kilkanaście pacnięć później, ich wesołość stała się raczej wymuszona, ale nie zaprotestowali ani razu.
Kiedy wrócili do salonu, gdzie młodsza trójka już zajęła się sprzątaniem, zdołali osiągnąć minimum niezręczności. Fred i George weszli do środka, poruszając się sztywno, a ich twarze były bardziej zaczerwienione niż zwykle.
- Przepraszam, Ron – powiedział natychmiast George i choć raz z dość poważną twarzą.
- Ja też – powtórzył za nim jego bliźniak.
- Nic wam nie jest? – zapytał Harry z niepokojem. Nora nie była ani trochę dźwiękoszczelna, a te klapsy brzmiały okropnie mocno, nie wspominając o towarzyszącym im krzykach. Oczywiście, bliźniacy byli praktycznie tak wysocy jak Molly, ale jeśli spojrzało się na ich grymasy na twarzach, lanie nie było symboliczną karą.
Pośladki Harry’ego zaswędziały ze współczuciem. Minęło dużo czasu od mieszkania z Dursleyami, a dobrze pamiętał, jak bardzo boli nawet kilka mocnych klapsów. Poczuł przypływ miłości do swojego taty ma myśl, że on nigdy nie musi się martwić, że znowu dostanie takie lanie, nawet gdyby to on spalił choinkę.
Tata nie pozwoliłby nikomu innemu uderzyć Harry’ego, ani cioci Molly, ani Łapie, ani nikomu, a jego własnych lekkich klapsów nie trzeba było się bać. Oczywiście, Harry obawiał się, że rozczaruje ojca i był bardzo, bardzo szczęśliwy, że bliźniacy przyznali, że to ich zaklęcie doprowadziło do spalenia drzewka. Był całkiem pewny, że bez tego wyznania, ciocia Molly czułaby się zobowiązana ukarać po równo wszystkie dzieci, a podczas gdy wiedział, że by go nie uderzyła, mogłaby zafiukać do taty. To oznaczałoby nagły koniec wizyty Harry’ego i choć powrót do Hogwartu nie był wielką karą, Harry nie miał ochoty wracać w niełasce.
To, że musiał uporządkować salon z dziećmi Weasleyów było sprawiedliwe – mimo wszystko, razem z innymi w pierwszej kolejności zrobił bałagan – a odesłanie do łóżka zaraz po kolacji nie było aż tak okropną karą. Dzielił pokój razem z Ronem i podejrzewał, że będą tylko rozmawiać, aż w końcu nie zasną. Och, Ron zajadle narzekał, ale Harry wiedział, że to tylko przestawienie i że rudzielec czuje równie wielką ulgę, co on, że bliźniacy przyjęli większość winy. Mimo wszystko, gdyby wszyscy wciąż się sprzeczali i naprawdę zdenerwowali ciocię Molly, mogłaby odwołać jutrzejszą wycieczkę, a to był zbyt straszny scenariusz, by w ogóle go rozważać.
- Tak – Ginny powtórzyła jego pytanie w stronę bliźniaków. – Naprawę nic wam nie jest? Mama brzmiała na dość złą.
- Nasze tyłki powiedziałyby inaczej…
- … ale nic nam nie jest – zapewnili młodsze dzieci.
- Ale jest nam przykro, Ron…
- … bo ta sprawa z pająkiem nie była zabawna.
Ron przez chwilę przygryzał wargę, po czym wzruszył ramionami.
- Pokażecie mi specjalny ruch pałkarzy, kiedy będziemy jutro na arenie i o tym zapomnimy – zaproponował wielkodusznie.
- Nadal możecie jechać, prawda? – zapytała z niepokojem Ginny. Może i bliźniacy byli bardzo irytujący, ale wciąż byli częścią rodziny, a wycieczka na arenę bez nich nie byłaby taka sama.
Fred potarł pośladki i jęknął.
- A jak myślisz, dlaczego dostaliśmy tą budzącą postrach łyżką?
- Mieliśmy do wyboru to, albo jutro zostać w domu, a wolelibyśmy przyjąć dwa tuziny klapsów na każdego zamiast przegapić latanie – wyjaśnił George, choć też zaskomlał, delikatnie masując szczypiący tył.
- Ile razy dostaliście? – zapytał z ciekawością Ron.
- Każdy po sześć – westchnął George. – Wystarczająco, by dzisiaj szalenie bolało, ale jutro już było dobrze podczas lotów.
Ron zaszydził.
- Nic wam nie będzie do obiadu.
- Och, naprawdę? Tylko…
- … poczekaj, aż ty poczujesz…
- … na sobie budzącą postrach łyżkę, braciszku.
- Wtedy będziesz mógł nam mówić jak długo…
- … to trwa.
Ron wyglądał na kompletnie zaskoczonego.
- Naprawdę? Znaczy, ta sprawa z pająkiem nie była tak zła.
George wskazał na zwęglony kikut w rogu pokoju.
- Och. Prawda. – Ron zarumienił się.
- Co jeszcze zamierzacie jutro robić na arenie? – zapytała z zapałem Ginny. – Znaczy, poza pokazywaniem zwodów.
I tylko tego było trzeba. Ożywiona dyskusja o bardzo wyczekiwanym prezencie wymazała utrzymujące się urazy, a w rzeczywistości wycieczka na arenę Featherbee’ego była w każdym calu tak wspaniała, jak sobie to dzieci wyobrażały. Była tam pomocna obsługa, która trenowała Hermionę i Neville’a i tyle rzeczy bez latania, dzięki którym dzieciakom skończyła się energia, zanim wyczerpali wszystkie atrakcje areny. Harry i jego przyjaciele wspaniale się bawili, tak samo jak starsze dzieci. Nawet Bill i Charlie odkryli zaskakującą ilość zajmujących atrakcji, tak samo, jak wiele atrakcyjnych czarownic, z którymi mogli porozmawiać.
Odbył się tylko jeden mały kryzys, kiedy bliźniacy, odurzeni rozmową z dwoma ładnymi nastolatkami z Ameryki, zdecydowali, że zaimponowanie ich nowym znajomym weźmie górę nad czystą grą. Ron, Harry i Draco chcieli spróbować lotu na „Locie Przez Huragan!” w którym próbuje się pilotować miotłę podczas symulacji burzy, ale bliźniacy zablokowali wejście na przejażdżkę, zbyt zajęci rozmową, by zauważyć kogokolwiek innego.
- Ej, George, Fred! Przepuście nas! To nasza kolej! – zażądał Ron, popychając najbliższego bliźniaka. Cofnął się o krok zdziwiony wściekłymi spojrzeniami, które natychmiast go powstrzymały.
- Dzieci! – powiedział Fred z nazbyt zdawkowym śmiechem, odwracając się z powrotem do Amerykanek. – Małe szkodniki.
- Zgubiły się – warknął George przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się do czarownic z promiennym uśmiechem. – Więc… gdzie skończyliśmy?
Jedna z dziewczyn, blondynka, zachichotała.
- Właśnie mówiliśmy, jak się cieszymy z naszej wycieczki.
- Po prostu kochamy wasz akcent – wybuchła druga. – Powiedzcie nam coś!
- Cóż, uważamy, że wasz akcent też jest raczej słodki – powiedział Fred, starając się obniżyć własny głos w głębszy ton.
- Głuptas! My nie mamy akcentu! – powiedziała im jedna, żartobliwie uderzając go w ramię.
- Więc, eee, gdzie chodzicie do szkoły? My chodzimy do Hogwartu – jest najlepszy w Europie, wiecie? – zapytał George, zginając ramię i zbliżając się do blondynki.
- Ooooch. Słyszeliśmy o nim. Jest w takim jakby zamku, prawda? – Pisnęły z ekscytacji, kiedy bliźniacy skinęli głowami. – Ale odjazdowo! Jak tam jest? Macie dużo duchów?
- Och, pewnie – powiedział Fred beztrosko. – Praktycznie nie da się przejść przez korytarz i nie natknąć się na kilka. I mamy też poltergeista.
- My mamy tylko starego ducha – brunetka pięknie wydęła wargi. – Zabito ją podczas procesu wiedźm z Salem i tylko narzeka, jak bardzo brakuje jej kota. Nie jest zabawna.
- Więc ty jesteście, no, bliźniakami czy czymś? – zapytała blondynka, wskazując to na jednego, to na drugiego. – Bo jesteście, no, bardzo podobni.
- Jesteśmy bliźniakami – powiedzieli zgodnie chłopcy, poruszając brwiami w imitacji Syriusza Blacka.
- Oooooch! My też jesteśmy siostrami! – pisnęły dziewczyny z podekscytowaniem.
Ron, Harry i Draco zamrugali, kompletnie zaskoczeni przez tą wymianę zdań.
- Czemu tak zabawnie mówią? – zapytał Draco Rona.
- O co ci chodzi? – spytał Harry. – Po prostu normalnie rozmawiają.
- Właśnie o to mi chodzi. Zwykle jeden drugiemu przerywa i kończy zdania, ale teraz rozmawiają jak zwyczajni ludzie.
Ron wzruszył ramionami.
- To pewnie te dziewczyny. – Pozostała dwójka wymieniła spojrzenia pełne obrzydzenia.
- No, dalej, George! Daj nam przejść! – Ron zdecydował ponownie spróbować. – Powiem mamie – zaskomlał, szarpiąc za szatę jednego z braci.
Bliźniacy nawet na niego nie spojrzeli, choć bliższy z nich złapał go za ramię w paskudnym, ale dyskretnym, uszczypnięciu. Ron krzyknął i pospiesznie się wycofał.
Młodsi chłopcy nieszczęśliwie zeszli na główne piętro, a Ron powstrzymywał łzy, masując ramię.
- Jest wiele innych przejażdżek – Harry starał się podnieść go na duchu, ale też był zawiedziony.
- Co się stało, dzieciaki? – Percy i Jones wędrowali za nimi ramię w ramię. – Wyglądacie na dość nieszczęśliwych, biorąc pod uwagę to, że jesteście w środku parku rozrywki.
Ron pociągnął na nosie, a Percy pochylił się w jego stronę.
- Co ci się stało w ramię?
- Jeden z waszych braci go uderzył – oznajmił ze złością Draco. – I okupują tamtą przejażdżkę! Tylko dlatego, że chcę zaimponować jakimś głupim szmat – eee, jakimś ładnym młodym panienkom z Ameryki – poprawił się szybko, na widok wyrazu twarzy Jones. – Przepraszam! – dodał na dodatek.
- To było bardziej uszczypnięcie niż uderzenie – wyjaśnił Harry, – ale naprawdę mocne, a my tylko chcieliśmy się tam przejechać.
Percy nachmurzył się, ale Jones poklepała go po ramieniu.
- Może ja zajmę się bliźniakami, a ty załatwisz sprawę z twoim małym bratem? Nie żeby naprawdę tego potrzebował – skoro zadzierał z trollem, musi być ulepiony z twardej gliny, prawda? – mrugnęła do Rona.
Ron ożywił się na jej słowa, a jego łzy magicznie wyschły. Jones miała rację – przecież bliźniacy nigdy nie zmierzyli się z trollem! Oni byli dzieciaczkami, nie on.
Jones podeszła do miejsca, gdzie bliźniacy i amerykańskie siostry byli pogrążeni w głębokiej rozmowie.
- Ej, faceci – może podejdziecie z paniami do baru z przekąskami? – zasugerowała uprzejmie. – Pozwólmy pierwszaczkom sobie polatać.
Motywowani zarówno przez młodocianą męską zuchwałość oraz pobudzaną testosteronem głupotę, bliźniacy zignorowali możliwość wycofania się z twarzą.
- Spływaj, Jones – powiedział Fred, a sukces z Amerykankami uczynił go katastroficznie zbyt pewnym siebie. – Nie jesteśmy teraz w szkole – nie możesz nam mówić, co mamy robić.
- Czy w waszej szkole też są prefekci? – zapytał George Amerykanek z nieco niegrzecznym zerknięciem na Jones. – Nasi są okropni – apodyktyczni i zbyt pewni siebie.
Oczy Jones zwęziły się, ale jej głos pozostał równy.
- Wiecie, że profesor Snape uznał to za wyjazd szkolny? To oznacza, że jestem upoważniona do użycia mojej władzy prefekta poza Hogwartem.
George przewrócił oczami, zachęcony chichotem Amerykanek.
- Ooooch, „władzy prefekta”. Aż cały się trzęsę.
- Idź się migdalić z Percym, Jones – my jesteśmy zajęci. Pójdziemy sobie, kiedy, do cholery, będziemy tego chcieli – oznajmił z wielką dumą Fred, dając się ponieść pełnemu uwielbienia spojrzeniom Amerykanek. Bliźniacy odwrócili się z powrotem z niewątpliwym gestem buntu i braku szacunku.
Jones nie trudziła się odpowiedzieć. Po prostu wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, mrucząc zaklęcie, po czy odeszła.
- Już sobie poszła? – wyszeptał Fred do George’a.
George szybko zerknął przez ramię.
- Idzie do Percy’ego i dzieciaków – szepnął tonem niewyobrażalnej ulgi. Wymienili spojrzenia pełne tryumfu. Pokonali Jones! To uczyni ich legendami w Hogwarcie!
- Więc, eee, jak długo zostajecie w Anglii? – zapytał z nadzieją George.
- Tak, może moglibyśmy się razem spotkać i hic! – Fredem szarpnęła nieoczekiwana czkawka i zarumienił się, kiedy Amerykanki popatrzyły na niego ze zdumieniem, a potem wybuchły śmiechem. Odwrócił się do swojego brata, dostrzegając, że George patrzy na niego z przerażeniem.
- Jesteś jaskrawo niebieski! – syknął do niego George, a Fred spojrzał w dół, zdając sobie sprawę z tego, że w rzeczywistości świeci się niemal fluorescencyjnym odcieniem błękitu.
- Co, do… - Fred rzucił spojrzenie Jones, a na kolejne hic! za nim, odwrócił się i dostrzegł, że jaskrawo zielony George wpatruje się w siebie. Amerykanki pochyliły się ku ścianie, wrzeszcząc z radości.
- No cóż – Fred uśmiechnął się z trudem, – mogło być gorzej. Jak na Jones, nie jest to takie złe, hic! – Spojrzał w dół ze strachem, ale ku jego zaskoczeniu odkrył, że wszystko wróciło do normy. Westchnął z ulgą. Jak na Jones to naprawdę było łagodne ostrzeżenie.
Widząc, że wrócił do normy, chichoty Amerykanek zaczęły milknąć.
- Czy to bolało? – zapytała z ciekawością blondynka. – Wyglądaliście naprawdę zabawnie!
- Nie – powiedział Fred z, mając nadzieję, beztroskim śmiechem. – Wszystko w jak najlepszym porządku.
Amerykanki zaczęły paplać o tym, co zwiedzały i Fred na początku słuchał uprzejmie, ale potem zdał sobie sprawy z nagłego swędzenia na tyłku. Pokręcił się tak dyskretnie, jak tylko potrafił, ale swędzenie stało się tylko gorsze. I coraz gorsze.
- Eee, George,  myślę, że musimy iść do łazienki – powiedział, wysyłając bratu gorączkowe sygnały.
George posłał mu zirytowane spojrzenie.
- Jeśli musisz iść, to idź – syknął. – Jestem zajęty rozmową! – Odwrócił się z uśmiechem do brunetki. – Więc mówisz, że naprawdę podobało wam się Tower*?
- Pewnie! A te klejnoty? A upiory były takie… upiorne! – wzdrygnęła się dramatycznie, a oczy George’a podążyły do jej piersi.
- Ja… eee… - Został uratowany przed myśleniem nad odpowiedzią przez hic! I wtedy on również wrócił do swojego normalnego koloru. – No! – rozpromienił się. – O wiele lepiej! A co sądzicie o Harrods**? Byłyście tam? Mam na myśli magiczne skrzydło.
Fred, który przeskakiwał teraz z nogi na nogę, czekał i zapewne nie więcej niż 10 sekund później, ożywiona rozmowa George’a przygasła i na jego twarzy pojawił się wyraz roztargnienia. Potem pojawił się wyraz pełen przerażonego zrozumienia. Spojrzał gorączkowo na brata.
- Eee, musimy iść! – wypaplał. – Wrócimy za chwilę!
Zostawiwszy zaskoczone dziewczyny za sobą, bliźniacy pobiegli do najbliższej toalety, obiema dłońmi ściskając pośladki. Gdy tylko weszli do, szczęśliwie, pustej łazienki, oboje ściągnęli spodnie i bieliznę, odkrywając, że na ich tyłkach nie ma nic widocznego.
- Ale przecież swędzi! – zawył Fred, drapiąc szaleńczo.
- To nawet grosze niż smocza ospa – zgodził się żałośnie George, drapiąc i kręcąc się naprzemiennie.
- Co – hic! ­– zrobimy? Znaczy, nie możemy wyjść na zewnątrz, drapiąc tak swoje tyłki! – powiedział Fred, po czym urwał. – Hej. Przestało.
- Tak, ale teraz jesteś żółty. – George był beznadziejnie smutny, wciąż drapiąc diabelne swędzenie, które wciąż go dręczyło.
Fred zbladł na tyle, na ile pozwalała mu na to jaskrawa cera.
- Nie sądzisz, że po prostu będzie tak, że będziemy się kręcić między śmiesznymi kolorami a drapaniem tyłków?
George tylko na niego spojrzał.
- To jest – hic! – Jones, pamiętasz?
Fred jęknął. I czknął.
Ostatecznie zostali zmuszeni do opuszczenia swojego azylu w toalecie przez przybycie starszych chłopaków, którzy przywitali ich wygląd parsknięciami i grubiańskimi uwagami. Bliźniacy uciekli, z nieszczęśliwymi minami zastanawiając się nad tym, jak nieprzyjemnie jest zostać przepędzonym przez tyranów starszych od siebie samego. Starali się znaleźć jakiś niepozorny kąt, ale ich jaskrawe kolory i socjalnie niedopuszczalne drapanie zagwarantowało im niechcianą uwagę.
- Mamusiu! Spójrz na tych zabawnych chłopaków! Są klaunami? – pisnął przeraźliwie jakiś czterolatek, wskazując na nich.
- Drapią się jak małpy w zoo! – zauważył głośno kolejny urwis.
Bliźniacy rzucili umęczone spojrzenia na szybko zbierający się tłum, ale jeśli mieli nadzieję na braterską solidarność, byli słono rozczarowani. Charlie i Bill śmiali się bezradnie, podczas gdy Harry i jego przyjaciele wyli z zachwytu. Percy wyglądał na niesłychanie zadowolonego z siebie, a Jones – och, Merlinie, nie! – Jones miała aparat.
Rzucili sobie nieme spojrzenia, a potem przebili się przez tłum i upadli na kolana przed Jones.
- Proszę, proszę – błagali, płaszcząc się przed nią. – Przepraszamy!
Jones uśmiechnęła się promiennie i spojrzała na zegar.
- Wytrwaliście 23 minuty. Całkiem nieźle – pogratulowała im, po czy odwróciła się do reszty ekipy. – No, chłopaki, co sądzicie? Sądzicie, że powinnam ich uwolnić, czy może zasługują na odrobinę więcej uwagi? Mimo wszystko – trąciła bliźniaków czubkiem buta, – lubicie być zauważani, prawda?
- Och, proszę, Jones – błagał Fred, jedną rękę wyginając, by podrapać swój zad. – Przepraszamy.
- Kłaniamy się przed twoją nikczemnością i przebiegłością. – George – teraz w kolorze mocnej fuksji – podpełzł pokornie.
- Myślę, że dostali nauczkę – zdołał wysapać Bill. – Nigdy wcześniej nie widziałem ich aż tak onieśmielonych.
- Och, w porządku – ziewnęła, po czym pochyliła się, by napotkać ich rozszerzone spojrzenia. – Ale to tylko przedsmak tego, co dla was mam, kiedy następnym razem mnie sprowokujecie. Łapiecie? – powiedziała lodowato.
- Tak, Jones – pisnęli, gorączkowo kiwając głowami.
I sekundę później wrócili do normalności.
Bliźniacy westchnęli z ulgą, opadając na ziemię w bezwładnej kałuży. Tłum szybko rozproszył się, skoro przedstawienie się skończyło, a Harry i jego przyjaciele radością skierowali się na przejażdżkę przez huragan. Współczujący Charlie zawinął bliźniaków do baru z przekąskami na pokrzepiające koktajle mleczne, a tam spotkali grupkę francuskich uczennic z dziewczęcej szkoły wyższej z obrzeży Orleanu. Bliźniacy szybko zapomnieli o amerykańskich siostrach i z żywotnością młodych, spędzili resztę dnia urabiając swoje Francuski.
 Zanim dzień się skończył, wszystkie urazy zostały zapomniane i całą grupa zgodziła się, że ten dzień był wielkim sukcesem.
- To był najlepszy prezent na świecie – powiedział Ron Harry’emu. – Twój tata jest genialny.
- Poproszę tatę, żeby dał mi to na urodziny – ogłosił Draco, po czym zmarszczył brwi. – Ale pewnie każe mi zaprosić kogoś takiego jak Crabbe, Goyle i Parkinson.
- Ja też poproszę o to mojego tatę – powiedział pokrzepiająco Harry. – Więc znowu spotkamy się tu w lipcu.
- Hej, mamy urodziny tego samego dnia, prawda? – wykrzyknął Neville. – Więc może będziemy mogli zrobić tu podwójną imprezę! – uśmiechnął się szeroko. – Moja babcia będzie ze mnie dumna, kiedy zobaczy, jak udoskonaliłem latanie.
^^^
- … Więc jak widzisz, Severusie, jesteś czymś w rodzaju bohatera wśród dzieci – uśmiechnęła się Molly, kiedy zakończyła opowieść. Ku jej niezmiernej satysfakcji, zdołała wyciągnąć z zaskoczonego Snape’a śmiech historią o tym, jak Jones potraktowała bliźniaków, choć mężczyzna szybko udał, że był to kaszel.
- Cieszę się, że panna Jones jest w stanie wywołać odpowiednie zachowanie – zauważył, czując zadowolenie, że, nawet przy wielkiej przewadze liczebnej Gryfonów, jego węże są w stanie pozostać sobą.
- Och, właśnie to zrobiła – zgodziła się Molly, a jej oczy błyszczały. – Biedni chłopcy mieli ślady na pośladkach przez gwałtowne drapanie, przez co niemal nie mogli siedzieć tego wieczora na kolacji. Dobrze, że mam dużą tubkę leczniczego balsamu. I sądzę, że pomyślą dwa razy, zanim zaryzykują kolejny żart w tym semestrze. – Oboje urwali, z nadzieją zastanawiając się nad perspektywą całego semestru wolnego od najbardziej skandalicznych dowcipów bliźniaków.
- Tato! – krzyknął z radością Harry, wpadając do pokoju. Owinął ramiona wokół szyi opiekuna i go przytulił. – Tęskniłem!
Snape starał się odzyskać kontrolę nad sytuacją.
- Tak, tak, uspokój się, młody człowieku! – skarcił go, mimo że przyciągnął chłopca bliżej swojego boku.
Nic dziwnego, że Harry po całym tygodniu wśród Weasleyów, był całkowicie nieugaszony.
- Tęskniłeś? – zapytał.
- A jak myślisz? – burknął jego opiekun. – Czy miałbym tęsknić za hałaśliwym, niechlujnym i niegrzecznym dzieciakiem?
Harry wyszczerzył się.
- Tak!
Snape prychnął i mruknął coś do siebie, ale wszyscy zauważyli, że tak naprawdę nie zaprzeczył.
Potem zaczęli zbierać się, by opuścić Weasleyów i zostali tak wiele razy przytuleni i tak wiele razy się z nimi pożegnano, jakby miały minąć lata, zanim ponownie się zobaczą, aż w końcu Harry i profesor zniknęli w mgnieniu oka za pomocą świstoklika.
Ku obrzydzeniu Snape’a, kiedy przybyli do Blacka, zostało rozdanych niemal tyle samo uścisków i okrzyków zadowolenia, nie wspominając o dodatkowym prezencie świątecznym, który Black i Lupin „zapomnieli” wysłać do Hogwartu.
Wizyta była całkiem monotonna, w przeciwieństwie do najczarniejszych wyobrażeń Snape’a. Black powstrzymał się od orgii albo innych rozpust i wydawał się całkiem zadowolony, że spędza godziny z Harrym, rozrabiając, bawiąc się albo pokazując mu wszystkie lokalne miejsca, które mogłyby zainteresować jedenastolatka. Lupin zwykle do nich dołączał, ale sporadycznie zostawał z tyłu, by dotrzymać towarzystwa Mistrzowi Eliksirów. Snape dostrzegł, że nie jest konieczne nadzorować Blacka w każdej sekundzie, ale nalegał na to, żeby wiedzieć dokładnie, gdzie Harry idzie i co będzie robić. Ku jego zaskoczeniu, Black nie robił nic przeciwko temu ograniczeniu, a Snape mógł tylko zakładać, że Lupin ostro nakazał kundlowi, żeby dobrze się zachowywał, w nadziei, że udowodni, że można im całkowicie zaufać bawienia się z Harrym na własną rękę.
Mimo że Snape był mile zaskoczony, że oboje mężczyźni tolerują jego obecność, był kompletnie zdumiony, kiedy Syriusz pewnego wieczoru poruszył temat podwójnej randki.
- Nie sądzisz, że Harry jest nieco młody? – zapytał złowrogo Snape.
- Tato! – zaśmiał się Harry, niemal dusząc się kolacją. – Nie bądź głupi. Nie ja idę.
Zanim zdążył zarejestrować swoje zirytowanie tym, że został nazwany „głupim” albo rozczarowanie z powodu tego, że Black i Lupin pozostali spokojni, gdy Harry nazwał go „tatą”, Snape oszołomiony usłyszał, jak Black mówi:
- Zapraszam ciebie, Snape. Mam dla ciebie partnerkę i w ogóle. No dalej. Będzie fajnie.
Snape spojrzał na niego podejrzliwie. To musiała być pułpka.
- Dlaczego miałbyś zaprosić mnie? – zapytał. – Weź wilkołaka.
Lupin westchnął na to określenie, ale nie złożył żadnej skargi.
- Severusie, już za dwa dni jest pełnia. Nie mogę iść.
- Poza tym, nie znalazłem tej dziewczyny dla Lunatyka. Wybrałem ją dla ciebie – spierał się Syriusz. – No, dalej.
- Co z nią nie tak? – dociekał nieufnie.
- Nic! – krzyknął z rozdrażnieniem Syriusz. – Snape, na litość Merlina! To tylko randka. Dlaczego robisz z tego takie halo?
- A co Harry będzie robił, gdy my będziemy na tej randce?
- Zostanę tutaj z Lunatykiem – odpowiedział Harry. – Albo możemy zobaczyć mugolski film. Żaden z nas nigdy na nim nie był, ale Hermiona wysłała mi sową naprawdę fajny, który nazywa się…
- Snape! No, dalej - nic mu nie będzie. Zabawisz się trochę, spotkasz z ładną laską, może będziecie się… - Syriusz urwał, zerkając na Harry’ego. – Eee, chodziło mi o miłą rozmowę.
- Dlaczego ty miałbyś chcieć podwójnej randki? – zapytał Snape, wciąż ostrożnie.
- No, czarownica, z którą ja się zobaczę, ma siostrę z Bazylei***, która ją odwiedza i zapytała mnie, czy mogę znaleźć dla niej randkę…
- Hymf – mruknął kwaśno Snape.
- Ale widziałem zdjęcie jej siostry! Jest przepiękna, z ciemnymi włosami i… - Syriusz ponownie nagle urwał. – Ach, no, można powiedzieć, że ma piękne kształty.
- Chodzi ci o to, że ma duże cy… - zaczął nierozsądnie Harry.
- HARRY JAMESIE POTTERZE! – zagrzmieli Snape i Lupin, podczas gdy Syriusz wybuchł histerycznym śmiechem.
- Jest prawdziwym synem swojego ojca! – wydusił Syriusz.
- Masz mówić o czarownicach z szacunkiem, młody człowieku! – skarcił go ostro Snape.
- Nawet nic nie powiedziałem! – zaprotestował Harry, widząc, że jego szanse na deser gwałtownie znikają.
- Ale chciałeś powiedzieć – zauważył nieudobruchany Snape.
Harry gderliwie popatrzył na talerz.
- Dobra – prychnął. – W ten sposób, znaczy…
Lupin pospiesznie interweniował, zanim mogły się pojawić kolejne nietaktowne słowa.
- No więc, Severusie, pójdziesz, czy nie?
Snape zamyślił się. Przerażająco dużo czasu minęło, od kiedy był na ostatniej randce z czarownicą, którą przedstawił mu Lucjusz Malfoy. Jak sobie przypominał, najlepsze było w niej to, że była nieco mniej szalona niż Bellatrix Lestrange. Zobaczył, że Harry rzuca mu ukośne spojrzenie, wciąż zbyt rozgniewany, by pokazać zainteresowanie, ale zbyt ciekawy, by się tym nie przejmować.
- Myślę, że mógłbym pójść – powiedział, szczególnie swobodnie. – Niech to będzie przysługa dla kundla.
- Super! – Syriusz klasnął w dłonie z zadowoleniem. – Odbieramy je za godzinę!
- Dzisiaj! – zaskrzeczał Snape. – Nie mówiłeś, że to dzisiaj! Co miałbym założyć? Co…
- Na gacie Merlina, Snape, przestań zachowywać się jak dziewczyna. Dobrze wyglądasz – Snape machnął lekceważąco ręką.
Snape spiorunował go wzrokiem, pospiesznie wstając od stołu. Harry rozjaśnił się, gdy odszedł i spojrzał z nadzieją na ciasto, leżące na szafce.
- Mógłbym teraz prosić o deser?
- Zanim twój tata wróci i powie, że nie możesz? – zapytał sucho Remus. Ale poczuł żal na widok błagającego wyrazu twarzy Harry’ego i ukroił mu duży kawałek.
Godzinę później, Snape kręcił się nerwowo za Blackiem, kiedy mężczyzna pukał raźnie w drzwi. Musiał być szalony, że zgodził się na coś takiego. To Black, na litość Merlina! Jak mógł być tak głupi, by przypuszczać, że mężczyzna był szczery. Wspomniana czarownica miała pewnie zeza, garb i osobowość jak bazyliszek. To byłby taki żart, który Black uznałby za zabawny, a najlepszą częścią tego wszystkiego był fakt, że Snape wszedł w to z własnej woli. Nigdy tego nie przeboleje.
Zrobił krok w tył, przygotowując się do aportacji, ale zanim mógł to zrobić, drzwi otworzyły się i ze środka wyjrzała wysoka blondynka z dużymi, niebieskimi oczami.
- Oooooch, Syri! Tak baaaardzoooo za tobą tęskniłam! – zawołała, po czym chwyciła Blacka w sposób, który Snape uznał za otwarcie pornograficzny.
Usiłował odwrócić wzrok, żeby uciec, ale zachowanie pary było… hipnotyzujące.
- Och, na litość boską, Ursi! Albo zajmiecie pokój albo potraktuję was obu Aguamenti! – Zirytowany głos dobiegł zza blondynki.
- Eee, ach, er… - sapnął Syriusz w oszołomieniu, łapiąc powietrze, ale potem zdołał przywołać z powrotem swoje maniery. – Ach, Ursulo Zeeman, czy mogę przedstawić profesora Severusa Snape’a?
- Jestem pewna, że jest czarujący – zagruchała blondynka, machając rzęsami w kierunku wytrąconego z równowagi Snape’a. – A to moja siostra Hilda.
- Brunhilda. – Twardy głos dobiegł do nich z wnętrza domu.
Ursi wydęła ładnie wargi, ale zgodziła się:
- Brunhilda.
Energiczne pchnięcie w plecy Ursuli w końcu nakłoniło ją do usunięcia się na bok i wysoka, czarnowłosa, apetycznie zaokrąglona czarownica wyszła na zewnątrz.
- To szokujące imię – powiedziała spokojnie Brunhilda, – ale próba ukrycia prawdy tylko ją pogarsza. Zakładam, że ty to Syriusz Black? – Wyciągnęła rękę do Syriusza, który szarmancko ją ucałował.
Ku zaskoczeniu Snape’a, Brunhilda wydawała się oporna na czar Blacka.
- Z zainteresowaniem czytałam twoje wywiady – powiedziała mu sucho. – Mogę założyć, że moja siostra jest jedną z kobiet, których talent do wyczyniania pewnych rzeczy z czekoladą uznajesz za tak imponujący?
Black – ku wiekuistemu zachwytowi Snape’a – zaczerwienił się po czubki uszu i zająkał jak uczniak. Brunhilda przyjrzała się mu uważnie, po czym potrząsnęła głową.
- Och, Ursi. Co powiedziałby papa?
- Nie obchodzi mnie to! – odparowała siostra. – Ale mama powiedziałaby, że jest wymarzony! – I chwyciła dłoń Blacka w swoją rękę.
- Profesor Snape? – Brunhilda ponownie wyciągnęła dłoń i Snape, przełykając ślinę, co, jak miał nadzieję, przeszło niezauważone, delikatnie nią potrząsnął.
- Przyjemność po mojej stronie, madame – odpowiedział sztywno.
Syriusz uśmiechnął się z nadzieją.
- No to chodźmy. Zarezerwowałem dla nas miejsce w restauracji Rothschild, a potem skierujemy się na lokalną produkcję „Czarodziejskiego Fleta” – oczywiście magiczną wersję.
- Ooooooch, Syri! – Snape podejrzewał, że te dwa słowa stanowią znaczącą część słownictwa Ursuli, a to, że Brunhilda przewraca oczami z pogardą, dodało mu otuchy.
Syriusz i Ursula szli przodem przed drugą dwójką. Szaty Ursuli były… niezwykle dobrze dopasowane, zapewniając Snape’owi dość rozpraszający widok. Odwrócił wzrok i desperacko starał się wpaść na jakiś temat do rozzmowy.
- Eee, długo już odwiedzasz siostrę? – wymyślił w końcu.
- Kilka tygodni – odpowiedziała Brunhilda. – Jest głupią krową, ale nie ma w niej złośliwości. Ursi po prostu, jak była młodsza, zdecydowała, że łatwiej jest używać swojego wyglądu niż rozumu. Sądzę, że jej mózg wkrótce potem wyjechał na wakacje i nigdy nie widział potrzeby powrotu.
Snape zamrugał. Taka niszczycielska szczerość była… raczej czymś, co on by powiedział.
- Ach. No cóż. Tak…
Mówiąc szczerze, podczas gdy Brunhilda nie emanowała „seksownością kociaka” w taki sposób, jak jej siostra, wciąż była sama w sobie atrakcyjna, a co więcej, miała zdolność do polegania na swoich własnych poglądach na życie. Snape zastanawiał się, co sprawiło, że te siostry zdecydowały się na tak przeciwne działania, ale nawet mimo swoich skarlałych umiejętności społecznych wiedział, że to byłoby nierozsądne pytanie.
- Eee, zakładam, że nie miałaś okazji spotkać Syriusza przed dzisiejszym wieczorem?
- Tak naprawdę nie, choć on i moja siostra przez ostatni miesiąc byli połączeni ze sobą biodrami… albo innymi pobliskimi częściami ciała. Jestem pewna, że to nie potrwa długo; przelotne romanse Ursi nigdy nie trwają długo, choć on wydaje się całkiem miły.
- Mmm. – Snape zdecydował się, że bezpieczniej będzie nie komentować. – Więc wcześniej nie byłaś z nimi na podwójnej randce?
Brunhilda wygięła brew, a ten ruch przypominał mu kogoś, choć nie potrafił sobie przypomnieć, kogo.
- Czy ja wyglądam ci na dziwkę?
Snape zakrztusił się i potknął. Brunhilda złapała go z ramię i pociągnęła do pionu, po czym poklepała go po plecach.
- Och, daj spokój. To nie było tak trudne pytanie.
- Ja… madame… ty… - Snape urwał, wyraźnie wstrząśnięty. Zaczął marzyć o tym, by mimo wszystko został wtedy u Weasleyów. Przynajmniej mógłby pomówić z Molly w spójny sposób. Ta kobieta oszałamiająco piękna, była też inteligentna i brutalnie szczera, a ta kombinacja musiała spowodować zwarcie w jego mózgu.
Brunhilda zlitowała się nad nim.
- Chodziło mi tylko o to, że ja i Ursi nie podzielamy tego samego gustu do mężczyzn i, z całym szacunkiem do twojego przyjaciela, nie uznałam go za mężczyznę, który ma wielu inteligentnych przyjaciół.
Snape parsknął mimo wszystkiego. Ta czarownica zdecydowanie dobrze oceniła Blacka.
- Więc dlaczego zgodziłaś się na tą randkę? – zapytał, wbrew samemu sobie ciekawy.
- Ursi uwielbia podwójne randki, więc w kółko zawracała głowę Syriuszowi, żeby znalazł faceta, z którym mogłabym iść ja. Musiałby wymyślić chyba wszystkich czarodziejów w promieniu pięćdziesięciu mil, ale i tak nie czułabym się zainteresowana. A potem Ursi wspomniała, że Syriusz utrzymuje, że zna Severusa Snape’a, najmłodszego Mistrza Eliksirów w kraju, co mnie zaintrygowało – powiedziała rzeczowo Brunhilda. Snape ponownie się zakrztusił. – Oczywiście, znając Ursi, nie miałam zamiaru brać tego na dobrą monetę. Zrozumiałam, że Syriusz jest bardziej niż zdolny do znalezienia jakiegoś zwyczajnego aptekarza i przedstawienia go jako Mistrza Eliksirów, jakby myślał, że mógłby od tego uciec. Więc trochę poszperałam i potwierdziło się, że wy dwaj byliście w jednej klasie w Hogwarcie. Wydawało mi się prawdopodobne, że naprawdę się pojawisz, więc powiedziałam Ursi, że przyjdę.
- I chciałabyś sprawdzić mnie, zadając pytania o eliksiry, żeby się upewnić, że jestem tym, za kogo się podaję? – zapytał z rozbawieniem Snape, zbyt oszołomiony wydarzeniami, żeby się obrażać.
Przez chwilę patrzyła na niego uważnie.
- Co by się stało, gdybym użyła anyżu gwieździstego zamiast piołunu podczas ważenia Veritaserum?
Odwzajemnił jej spojrzenie.
- Absolutnie nic, ponieważ żadnego z tych składników nie używa się w tym eliksirze.
- Kto udoskonalił długoterminowe przechowywanie Tojadowego?
Snape zamrugał.
- Długoterminowe przechowywanie Tojadowego było udoskonalone? Według kogo?
Brunhilda uśmiechnęła się szeroko i wzięła go za ramię.
- Zdałeś. Poza tym, wyglądasz dokładnie jak na zdjęciu?
- Zdjęciu? – powtórzył ze zdumieniem.
- No, tak. Ursi pokazała mi jedno twoje z Harrym Potterem.
- To z Harrym i… Co to było za zdjęcie? – zapytał tępo Snape.
Wzruszyła ramionami.
- Nie jestem pewna, kiedy zostało zrobione, ale było okropnie słodkie. Oboje spaliście, a Harry leżał w twoich ramionach. Syriusz trzyma kopię w swoim portfelu i pozwolił Ursi pożyczyć ją, by udowodnić, że cię zna. Powiedział, że dostał ją od waszego byłego dyrektora.
Podczas gdy Snape wciąż starał się przetworzyć jej słowa, kontynuowała spokojnie:
- Ale dość o tym. Co sądzisz o ostatnim stwierdzeniu Seidelhoffa, że użycie miedzianego kociołka może ustabilizować ważenie Wywaru Żywej Śmierci wystarczająco, by umożliwić masową produkcję? Sądzisz, że takie osiągnięcie – jeśli zostanie niezależnie zatwierdzone – będzie pierwszym krokiem do uczynienia z tego eliksiru broni?
Snape otworzył usta, zamknął je, po czym ponownie otworzył.
- Kim… kim ty jesteś? – wysapał ostatecznie.
- Brunhilda Zeeman, starszy redaktor, Tygodnik Eliksiry, Wydanie Europejskie – powiedziała spokojnie, ponownie oferując dłoń.
Snape zamrugał gwałtownie. Przepiękna. Mądra. Zgryźliwa. Ekspert w eliksirach. Może Black naprawdę próbował naprawić swoje dawne zachowanie.
I nawet lepiej, podczas gdy pogaduszki przerażały go niemal tak, jak dementor, kiedy chodziło o eliksiry, jego pewność siebie była niewzruszona. Wziął głęboki oddech i pozwolił zdenerwowaniu stopnieć.
- Cóż, madame Zeeman – powiedział, chwytając ją pod ramię i kontynuując spacer za Syriuszem i Ursulą, – podejrzewam, że gdyby Seidelhoffowi można było zaufać, że zna różnicę między kociołkami miedzianymi a cynowymi, jego teoria mogłaby być interesująca, ale jako że ma umiejętności warzenia jak wybuchający koniec splątki, jakoś trudno uwierzyć, że może pomyślnie uwarzyć Wywar Żywej Śmierci, nie mówiąc o jego zmodyfikowaniu.
- Ach, ale od trzech miesięcy pracuje z Ramirezem – odparowała prędko.
- Moja droga, mógłby pracować z samym Salazarem Slytherinem przez trzy miesiące i jego umiejętności w warzeniu wciąż byłyby uważane za okropne! – odparł z niecierpliwością Snape.
- Więc nie wierzysz, że postulat Ethlegrena może być obalony?
- Przez Seidelhoffa z lub bez asysty Ramireza? Absolutnie nie!
- Ale co z…
Ich ożywiony wywód trwał przez całą kolację i operę. Syriusz i Ursula początkowo próbowali skierować rozmowę na mniej sporne tematy, ale szybko zdali sobie sprawę, że ta dwójka była całkowicie szczęśliwa, wymieniając obelgi i głębokie nawiązania, więc zostawili ich w spokoju.
Nadszedł koniec wieczoru, zaskakując Snape’a. Był całkowicie zadowolony z błyskotliwej wymiany zdań z Brunhildą i był raczej skonsternowany, kiedy Syriusz zaczął szarpać go za ramię.
- Chodź, Snape. Musimy wracać do Harry’ego i Remusa. To niesprawiedliwe zostawiać Remusa samego z młodym. Nie teraz.
Snape załapał ukryte przesłanie do szybko zbliżającej się pełni księżyca. Podczas gdy Lupin nie przemieni się jeszcze przez kolejne 36 godzin, miał tendencję do bycia całkowicie przemęczonym i rozproszonym, a to nie było ani bezpieczne, ani sprawiedliwe, zostawiać go samego na dłuższy okres czasu. Nie, kiedy pod jego opieką był ciekawski jedenastolatek, który był również celem śmierciożerców.
- Tak – zgodził się z żalem. – Ach, eee, dziękuję za przemiły wieczór, madame Zeeman – powiedział, a jego nieporadność wróciła, kiedy starał się wyszukać pożegnanie.
- Przyjemność po mojej stronie, Mistrzu Eliksirów Snape – odparła uroczyście, ale błyski w jej oczach mogły rywalizować z albusowymi.
- Eee, może kiedyś znów się spotkamy? – zapytał z nadzieją.
Posłała mu szczery uśmiech.
- Byłoby miło. I może następnym razem nie będziemy musieli towarzyszyć przenośnemu burdelowi? – zasugerowała, spoglądając w kierunku Ursi, która dawała Syriuszowi bardzo namiętny pocałunek na dobranoc.
- Eee, tak – zakaszlał, zaczerwieniony. Szybko odwrócił wzrok od gwałtownie szukających po omacku dłoni i zapragnął, by mógł rzucić Muffliato, by uciszyć te pomruki i jęki.
- Było bardzo miło – kontynuowała Brunhilda. I nagle jej dłoń znalazła się na jego karku, a jej usta spotkały się z jego własnymi i… świat Snape’a zniknął w blasku świateł i odczuciach.
Kiedy wrócił do siebie, dostrzegł ramię Syriusza na jego barkach, kierując jego potykającymi się nogami wzdłuż alejki.
- Ought. Mhyms. – wysapał do Blacka.
- Tak, są całkiem całuśne, te dziewczęta Zeeman – zgodził się radośnie Syriusz, sugestywnie poruszając brwiami. – Polubiłeś ją, co nie?
- Gought. Naymnt. – Oczy Snape’a wciąż były lekko poirytowane.
Black wyszczerzył się.
- Wesołych Świąt, Snape.

CDN…


*chodzi oczywiście o Tower of London
**Harrods – luksusowy dom towarowy w Londynie
***miasto w Szwajcarii

Ostatnie słowa Snape’a są całkowicie pozbawione sensu, jak u człowieka, którego mózg wylał się uchem ;)

5 komentarzy:

  1. Nawet uroczy rozdział.
    Jestem podekscytowana tym,że Sev nareszcie znalazł sobie kogoś

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny rozdział :). Kiedy Snape nauczy się okazywać uczucia ? Chyba szykuje się romans... Czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie! Severus na randce z ideałem! Mam nadzieję, że nie zrobi mu nic złego i że Harry ją polubi, gdy już wezmą ślub i będą jedną wielką pełną rodzinką :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale super rozdział :D
    No cóż, bliźniacy dostali za swoje, naprawdę pomysłowa kara :D i fajnie ze Brunhilda zainteresowała się Snapem, ciekawe jak rozwinie się ich znajomość :) powodzenia w tłumaczeniu

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny rozdział. Super długi. DZIĘKI:)

    OdpowiedzUsuń