wtorek, 9 sierpnia 2016

NS - Rozdział 15 - Powrót Midnighta



Na początku tygodnia profesor McGonagall oddała mu Błyskawicę ogłaszając, że jest właściwa do latania. Cały dom Gryffindoru wyglądał na podekscytowany pogłoskami o miotle. Ron przechwalał się, że miał rację, podczas gdy Hermiona powtarzała, że lepiej dmuchać na zimne. Wyczuwając kolejną nadchodzącą wojnę, Harry pospiesznie powiedział dobranoc i skierował się do swojego dormitorium.
Docierając do drzwi, Harry musiał odpędzić Krzywołapa od wejścia. Wiedział, że Hermiona stara się trzymać go z dala od Parszywka, ale było prawie tak, jakby Krzywołap miał obsesję na punkcie starego gryzonia. Nigdy nie widział, żeby kot stale poszukiwał konkretnej ofiary, tak jak Krzywołap.
Każdy z współlokatorów Harry’ego upewniał się, aby drzwi do ich dormitorium były stale zamknięte, dla bezpieczeństwa Parszywka. Wszyscy wiedzieli, że choć Ron narzekał na Parszywka, dbał o szczura, nie ważne, jak źle gryzoń wyglądał. Niegdyś pulchny szczur teraz był chudy i zdawał się tracić swoje futro. Wydawało się, że to kwestia czasu, zanim Ron nie będzie miał już zwierzaka.
Harry naprawdę bał się tego dnia.
Pani Hooch i profesor McGonagall nadal nadzorowały treningi dla bezpieczeństwa Harry’ego, ale raczej spędzały większość czasu rozmawiając ze sobą, niż zwracając uwagę na trening, nie żeby zespół się skarżył. Mieli mnóstwo niespodzianek czekających na nadchodzący mecz i planowali utrzymać je w ten sposób.
Harry wielokrotnie został ostrzeżony przed szukającą Krukonów, Cho Chang, ale w momencie, gdy wsiadał na miotłę i zaczynał, obawy wszystkich zdawały się przestawać istnieć. Miotła słuchała jego najlżejszego dotyku. Jej prędkość była tak niesamowita, że Harry nie mógł nawet odróżnić na stadionie jednej plamy od innej. Testując jej granice, Harry przeszedł do gwałtownego nurkowania i wydawało się, że spadnie jak meteoryt, zanim wycofał się tuż przed uderzeniem w ziemię, wywołując niemal u całego zespołu atak serca.
Gdy wreszcie Oliver puścił znicz, Harry złapał go z łatwością w ciągu dziesięciu sekund. Pozwolił mu odlecieć i po daniu mu przyzwoitych forów, poleciał za nim, chwytając moment później. Kontynuował to przez prawie godzinę, dając zniczowi coraz więcej czasu, by – w innych słowach – szybko się stracił, ale zawsze widział go i szybko łapał.
Reszta zespołu ciężko trenowała, wykonując doskonale swoje najlepsze ruchy. Oliver nie mógł powstrzymać radości, gdy zakończył trening. Naprawdę nie mógłby znaleźć ani jednej skargi na swój zespół. Według Freda i George’a był to pierwszy raz. To niemal wywołało szok u bliźniaków, ale tylk prawie.
Reszta treningów w tym tygodniu poszła tak samo i do piątku cały zespół czuł, że byli bardziej niż gotowi stawić czoła Krukonom. Na koniec wczesnego wieczora, Harry podążał za kolegami i nauczycielami z powrotem do zamku z Błyskawicą na ramieniu. Był w połowie drogi, gdy spojrzał w lewo i zobaczył znajomą parę niebieskich oczy, wpatrzonych w niego. Oddech uwiązł mu w gardle, gdy się zatrzymał.
Z ciemności wyłonił się duży czarny pies. Harry mógł dostrzec w oczach, że pies nie chce go skrzywdzić, ale wspomnienia i historie o Syriuszu Blacku szybko wszystko zrujnowały. Cofając się o krok, Harry szybko rozejrzał się i zobaczył, że zespół jest już prawie przy zamku, nieświadomy tego, co się dzieje. Powrócił uwagą na psa i zobaczył, że powoli się zbliża. Nie mogę go przepędzić, rozumował Harry. Jak mam stąd uciec?
Cofając się o kolejny krok, Harry próbował zmusić mózg do pracy. Był rozdarty między chęcią powitania psa, który dał mu tak wiele i mężczyzny, który zadał mu tyle bólu. Jak, do licha, mogli być jedną osobą?
- Midnight? – zapytał nerwowo. – C-co ty tu robisz?
Pies zaskowyczał i usiadł, patrząc na Harry’ego z błaganiem w oczach, jak robił to wiele razy na Privet Drive. Harry zagryzł dolną wargę i powoli odstawił miotłę na ziemi, ani razu nie odwracając oczu od psa. Black nie wiedział, że zna prawdę! Mógłby to wykorzystać. Musiał się tylko dowiedzieć, w jaki sposób.
- Harry!
Harry szybko spojrzał w kierunku zamku, by zobaczyć spieszącego ku nim profesora Lupina z wyciągniętą już różdżką. Panikując, Harry spojrzał na dużego psa, który już zaczynał się powoli wycofywać.
- Ukryj się w lesie – powiedział Harry ściszonym głosem. – Udowodnij mi, że mogę ci zaufać, Midnight. Nie szukaj mnie. Znajdę cię.
Pies ponownie zaskowyczał zanim uciekł. Harry popatrzył za nim, po czym zabrał swoją miotłę i odwrócił się do profesora Lupina. Jak, do licha, miał to wyjaśnić?
- Harry – powiedział pilnie Lupin, gdy dotarł do nastolatka. – Coś nie tak? Czy coś się stało?
Harry potrząsnął głową. Naprawdę nie chciał kłamać profesorowi Lupinowi, ale nie mógł ryzykować, że Black już otrzyma pocałunek. Potrzebował odpowiedzi. Musiał wiedzieć, dlaczego.
- Nie, m-myślałem, że zobaczyłem coś…
- Co? – przerwał mu szybko profesor Lupin rozglądając się szybko, ale nie zobaczył nic niezwykłego.
Pociągając Harry’ego blisko siebie, Lupin wypuścił powietrze, nie zdajając sobie sprawy, że je wstrzymywał. – Wróćmy do zamku i wtedy możesz mi wyjaśnić, dlaczego jesteś tu sam.
Harry chciał zaprotestować, ale profesor Lupin odprowadził go. Nie wiedział, czy Lupin jest zły, zmartwiony, czy oba. Zapewne i jedno i drugie. Byli niemal w zamku, gdy Harry nie mógł już dłużej wytrzymać ciszy.
- Przepraszam – powiedział przygnębiony. – Wiem, że powinienem iść z zespołem, ale myślałem, że coś zobaczyłem i zatrzymałem się…
Lupin spojrzał na Harry’ego z uniesioną brwią.
- Więc nie byłeś polatać sam? – zapytał zaciekawiony.
Harry nie mógł powstrzymać urazy.
- Profesorze, zna mnie pan lepiej – powiedział. – Stosuję się do każdej zasady, którą postawił Dumbledore. Stałem się więźniem tego miejsca i czy się skarżę? Nie. Jaki był sens mojego miesięcznego treningu, skoro nie mam możliwości go wykorzystać? Czuję się, jakby ktoś mnie obserwował, więc patrzę, a wtedy pan przychodzi i oskarża mnie o robienie czegoś głupiego! Nie mogłem być dzieckiem przez te lata, więc przestańcie mnie tak traktować!
Profesor Lupin stał na chwilę w szoku, po czym oparł dłonie na ramionach Harry’ego.
- Harry, nigdy nie chciałem cię oskarżać, ale po tym wszystkim, co się działo, potrafisz mnie winić za to, że jestem trochę nadopiekuńczy? – zapytał spokojnie. – Nie co dzień trzynastolatek otrzymuje Błyskawicę w prezencie. Wiem, jak lubisz latać. To chyba jedyny moment, gdy widziałem cię naprawdę szczęśliwego. Każdy chciałby się wymknąć na małe wyzwolenie w powietrzu.
Dobrze, że postawił pan to w ten sposób… Harry naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Znowu przesadził i wyładował gniewa na jedynej osobie, która tak wiele dla niego robi. Odwracając wzrok, Harry starał się zignorować poczucie winy, z powodu odpyskowania Lupinowi i ukrywaniu teraz skazanego mordercy (kolejny raz). Nie wiedział, co robić. Nie chciał więcej zadać profesorowi Lupinowi bólu, ale wydawało się, że wszystko w tą stronę się kieruje.
Nastała nieprzyjemna cisza, aż profesor Lupin potargał już rozczochrane włosy Harry’ego.
- Masz prawo być na mnie zły, wiesz – powiedział Lupin z uśmiechem. – Wiem, że to jest trudny rok. I szczerze oczekiwałem od ciebie jakiegoś buntu. – Nie otrzymując odpowiedzi, profesor Lupin znów chwycił ramię Harry’ego. – Nie śpiesz się, by dorosnąć, Harry – powiedział szczerze, - bo, gdy raz to zrobisz, nie będzie już odwrotu.
^^^
Następnego dnia rano, cała szkoła mogła pierwszy raz rzucić okiem na Błyskawicę. Uczniowie patrzyli z podziwem, podczas gdy członkowie drużyn Quidditcha zdawali się być zaskoczeni. Harry Potter, najmłodszy szukający stulecia, na Błyskawicy? Wydawało się, że Puchoni i Krukoni nawiązali współpracę, którą okazała się znajomość Harry’ego, by zbadać bliżej jego miotłę. Wszyscy skończyli spiesząc z powrotem do własnych stołów, gdy potwierdzili autentyczność miotły.
Zarówno Cho Chang i Cedric Diggory (szukający Puchonów) skończyli uderzając głowami w stoły. Teraz obaj bali się swoich meczów przeciwko Gryfonom.
Dzień był jasny, ale z trochę chłodnym wiatrem. Doskonałe warunki do Quidditcha. Przebierając się w szaty do gry, Harry nie mógł nic poradzić, na to, że czuł się trochę nerwowy, gdy dwukrotnie sprawdził kaburę na różdżkę wciąż przymocowaną do jego nadgarstka. Wszyscy mówili, że dementorzy zostaną z dala od boiska, ale lepiej dmuchać na zimne. Harry nie mógł sobie dzisiaj pozwolić na zaskoczenie.
Wchodząc na murawę, Harry zignorował gromkie brawa. Wiedział, że jego zespół jest od niego zależny i nie miał zamiaru ich zawieźć. Zbliżyli się do środka pola, gdzie już czekali na nich Krukoni. Popatrzył na Cho Chang, która była jedyną dziewczyną w zespole. Zauważyła jego spojrzenie i uśmiechnęła się. Harry zignorował lekki skręt żołądka i skinął jej, sprawiając, że jej uśmiech się poszerzył.
- Kapitani, podajcie sobie ręce – powiedziała pani Hooch i poczekała, aż to zrobią. – Na miotły. Teraz, trzy… dwa… jeden…
W momencie, gdy rozbrzmiał gwizdek, Harry wbił się w powietrze, wzlatując dużo wyżej niż reszta mioteł. Natychmiast wczuł się w grę,, obserwując i czekając na jakiś znak znicza. Ignorował komentatora, Lee Jordana, niezależnie, co mówił. Zauważył złoty blask i odbił, a Cho Chang podążyła za nim. Gdy ruszył bliżej, dostrzegł, że to nie znicz i zatrzymał się gwałtownie, zmuszając Cho do przelecenia obok niego.
Rozejrzawszy się ponownie, Harry naprawdę zobaczył znicza latającego tuż przy ziemi, blisko barierek naprzeciw uczniów Slytherinu. Z szybkim zwrotem, wyrwał się z ostrego zanurkowania, prawie dotykając nogami ziemi. Mknął w jego stronę, sięgając go…
- HARRY, UWAŻAJ!
Instynkt wziął górę i Harry szybko odwrócił się i zatrzymał, ledwie unikając uderzenia w plecy tłuczkiem. Westchnął rozczarowany i znowu zaczął rozglądać się za zniczem. Tylko minutę później dostrzegł go, krążącego przy bramkach Gryffindoru. Harry machinalnie wystartował, zaskakując Cho i wszystkich innych. Już prawie tam był, gdy znicz wzleciał w górę i zawrócił w stronę boiska… w stronę Cho!
Zmieniając kierunek, odsunął miotłę, zdeterminowany, by złapać znicza przed Cho. Znicz ponownie zmienił kurs, przechodząc w nurkowanie. Harry i Cho ruszyli za nim. Cho próbowała uderzyć łokciem w żebra Harry’ego, ale zablokował ruch, nie spuszczając oczu ze znicza. Wiedział, co robiła i nie chciał dać się nabrać.
Wyciągnął rękę w momencie, gdy Cho nagle zatrzymała się i krzyknęła. Spoglądając w lewo, Harry zobaczył trójkę dementorów, spieszących w jego stronę. Instynkt przejął kontrolę i Harry machnął prawym nadgarstkiem i poczuł w ręce różdżkę. Wskazując na dementorów, Harry krzyknął: „Expecto Patronum!” Coś wystrzeliło w stronę dementorów, gdy Harry wyciągnął rękę i lewą złapał znicz.
Ponownie chowając różdżkę w kaburze, Harry szybko odbił od pikowania zanim roztrzaskał się o ziemię. Usłyszał gwizdek pani Hooch sygnalizujący koniec meczu. Nie wiadomo skąd Harry był chwycony przez sześć szkarłatnych plam. Kiedy w końcu uwolnił się od drużyny, Harry rozejrzał się i nareszcie mógł usłyszeć ryk tłumu, no, przynajmniej ryk Gryfonów.
Pierwsi dotarli na boisko jego koledzy w domu i szybko pociągnęli Harry’ego do ogromnego grupowego ścisku, w którym Harry był pośrodku. Gdy tylko wszyscy go puścili, delikatna dłoń spoczęła na jego ramieniu.
- To był niezwykły Patronus – powiedział profesor Lupin.
Odwracając się, Harry szybko spojrzał na opiekuna, który wydawał się być lekko wstrząśnięty, ale wyjątkowo dumny.
- Miał formę? – spytał natychmiast Harry. Nie zwrócił na to uwagi w chwili, gdy mógłby to zauważyć. – Nie czułem dementorów, więc…
Lupin uśmiechnął się i pochylił do Harry’ego, rozumiejąc emocje i zainteresowanie chłopca.
- Nie przeciążyłeś zaklęcia, Harry – powiedział tak, by tylko Harry mógł usłyszeć. – Nie czułeś ich wpływu, bo to nie byli dementorzy. Choć. – Poprowadził Harry’ego z dala od tłumu, na skraj boiska. – Wierzę, że napędziłeś kilku kolegom niezłego stracha.
Harry nie mógł w to uwierzyć. Przed nimi znajdowali się Malfoy, Crabbe, Goyle i kapitan drużyny Slytherinu, Marcus Flint. Wszyscy starali się wstać, gdy przybyła McGonagall. Wyglądała na zupełnie oburzoną.
- W całym moim życiu nie widziałam tak żałosnej próby sabotażu! – krzyknęła. – Szlaban! Minus pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu! Profesor Dumbledore dowie się o tym!
Mimo że wspaniale było zobaczyć jak Malfoy obrywa, Harry nie mógł nic poradzić, ale był trochę rozczarowany. W porównaniu do dementorów, Draco Malfoy był jak bułka z masłem. Chciał raz na zawsze pokonać swój strach. Chciał to udowodnić sobie i swoim kolegom.
- Harry! – krzyknął George. – Impreza w Pokoju Wspólnym Gryffindoru!
Harry już nie był w nastroju do imprezowania. Miał swoje nadzieje, tylko się rozczarował. Spoglądając na Lupina, Harry dostrzegł, że nauczyciel to zrozumiał.
- Spotkamy się tam – odkrzyknął Harry do George’a i skupił się na profesorze Lupinie. – Miał formę? – spytał ponownie.
Profesor Lupin uśmiechnął się.
- Chodźmy dalej od tłumu – powiedział miękko. Wyszli z boiska i skierowali się w stronę jeziora, z dala od każdego, kto mógłby podsłuchać. Po rozglądnięciu się, Lupin odwrócił się do Harry’ego stając z nim twarzą w twarz.
- Harry, nie jestem pewien, co to znaczy, ale nie masz formy – powiedział ostrożnie.
Harry spuścił wzrok.
- Ach – powiedział cicho, nie mogąc ukryć rozczarowania. – Myślę, że nie skoncentrowałem się dostatecznie.
Profesor Lupin parsknął śmiechem.
- Nie o to mi chodzi, Harry – powiedział – Nie masz formy. Były dwie. Widziałem jelenia i wilka atakujących te… eee… uczniów. Nigdy wcześniej nie słyszałem, by ktoś miał dwie formy. Nie sądzę, by ktokolwiek miał. Nie mam wątpliwości, że Dumbledore jutro zawoła cię do biura, by o to zapytać. Chciałbym po prostu wiedzieć, co to znaczy.
Harry musiał się uśmiechnąć. Nie mógł uwierzyć, że profesor Lupin nie zorientował się przynajmniej o wilczej części.
- Cóż, w książce pisało, że Patronus to pozytywna siła, która prawdopodobnie reprezentuje coś pozytywnego w moim życiu – stwierdził. – Wilk to najwyraźniej pan. – Jego uśmiech osłabnął, gdy pomyślał o drugiej formie. – Choć nie jestem pewny, co do jelenia – powiedział z zakłopotaniem.
Tym razem to profesor Lupin się uśmiechnął.
- Cóż to może być dla ciebie szokiem, Harry, ale twój ojciec był animagiem – powiedział. – Jego formą był jeleń. Stał się animagiem, by pomóc mi z moimi przemianami. Po prostu zaskoczyło mnie zobaczenie Rogacza po tylu latach.
To zwróciło uwagę Harry’ego.
- Rogacza? – zapytał z zaciekawieniem.
- To był pseudonim twojego taty – wyjaśnił profesor Lupin. Nagle jego twarz zmieniał się na zmartwioną i westchnął. – Wytłumaczę ci wszystko później, kiedy będzie więcej czasu. To dość długa historia, a niektóre jej szczegóły mogą być trochę niepokojące. Myślę, że teraz brakuje cię na imprezie w Pokoju Wspólnym. Odprowadzę cię tam.
Harry chciał zaprotestować, ale Lupin ruszył już w kierunku zamku. Zarzucając na ramię miotłę, Harry westchnął i ruszył do zamku. Dobrze, że teraz znał jedno z przezwisk na Mapie Huncwotów. Teraz musiał tylko zorientować się trzech pozostałych. Rzeczywiście zaskoczyło Harry’ego, jak szybko profesor Lupin chciał zmienić temat. To była wielka tajemnica?
Szli do wieży Gryffindoru w ciszy, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Gdy Harry podał hasło, Lupin pożegnał się, zostawiając Harry’ego przy wejściu do wieży. Impreza była już w pełnym rozkwicie. Każdy zdawał się bawić, za wyjątkiem Hermiony, która zadziwiająco próbowała czytać. Uważając, by nie wpaść na nikogo, Harry ruszył przez pokój i usiadł obok niej.
- Jak można skoncentrować się w takim hałasie? – zapytał Harry.
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Po prostu naprawdę muszę to zrobić – powiedziała. – Mam ponad czterysta stron do przeczytania na poniedziałek.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się. Jak, do licha, miała zamiar tego dokonać.
- Eee, Hermiono? – zapytał niepewnie. – Może powinnaś pomyśleć o opuszczeniu zajęć lub dwóch. Wyglądasz na trochę zestresowaną.
To, oczywiście, było nieporozumieniem. Harry nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział Hermionę tak wyczerpaną. Naprawdę wyglądała tak, jak Harry czuł się pod koniec poprzedniego semestru.
- Mogę to znieść, Harry – powiedziała Hermiona, ale nie tak pewnie siebie, jak normalnie.
Było już bardzo późno, gdy ludzie zaczęli wychodzić po schodach na górę do dormitoriów, a niektórzy musieli być wygonieni przez profesor McGonagall. Harry był jednym z pierwszych, którzy poszli do łóżka, ale szybko okazało się, że sen go unika. Myśląc o tym, zorientował się, że profesor Lupin ujawniając, że jego tata był Rogaczem oznaczało wyjawienie, że Syriusz Black to Midnight. To dlatego profesor Lupin był tak mało konkretny. Wciąż niechętnie mógł prawdę!
Pogrążony w myślach, Harry odkrył kolejne pytanie w dręczących go myślach. Jeśli wszyscy Huncwoci byli animagami (z wyjątkiem profesora Lupina), wówczas oznacza to, że Peter Pettigrew również. Jeśli James Potter był jeleniem, Syriusz Black był dużym psem, a profesor Lupin wilkiem, Harry musiał się zastanowić, jakim zwierzęciem był Pettigrew. Musiał też się zastanowić, jak, do licha, Huncwoci tego dokonali.
Zdając sobie sprawę, że w najbliższym czasie nie zaśnie, Harry podniósł się z łóżka, chwycił okulary i otworzył kufer. Nie zajęło mu dużo czasu znalezienie albumu fotograficznego oprawionego w skórę, który dostał od Hagrida dwa lata temu. Wewnątrz tej książki była zawarta przeszłość jego rodziców, którą wykreował w umyśle, zanim dowidział się, jacy naprawdę byli. W życiu wiele założył o rodzicach i ich przyjaciołach. Nigdy w ciągu milionów lat nie mógłby się domyślić, że jeden z ich najlepszych przyjaciół, mógłby ich wydać. To tylko dowodzi, że marzenia i rzeczywistość nigdy się nie pokrywają.
Jak najciszej, Harry wyszedł z dormitorium (upewniając się, że drzwi są rzeczywiście zamknięte, by chronić Parszywka przed Krzywołapem) i odważył się zjeść do Pokoju Wspólnego. Usiadł naprzeciw ledwie płonącego ognia i otworzył album, przewracając strony, aż znalazł obrazy przedstawiające innych ludzi oprócz jego rodziców.
Nie musiał długo szukać. To było zdjęcie ze ślubu jego rodziców. Jego ojciec machał radośnie, mama promieniała, a obok Jamesa Pottera stał Syriusz Black, ale nie ten człowiek, którego Harry widział w gazetach. Syriusz Black był młody, przystojny nawet, kiedy nieskończenie się śmiał. Trudno było uwierzyć, że ten Syriusz Black i ten, który zdradził jego rodziców byli jedną i tą samą osobą. Trudno było uwierzyć, że szczęście widoczne na twarzach jego rodziców trwało przez tak krótki czas.
To niesamowite, jak szybko życie potrafi zmienić się z jednej skrajności w drugą.
Przerzucając stronę, Harry zobaczył zdjęcie swojej mamy w łóżku, wyglądającej na wyczerpaną, ale szczęśliwą. Trzymała małe zawiniątko i patrzyła to na jego ojca to na szkraba. Obok ojca ponownie stał Syriusz Black, który uśmiechał się, wyciągając rękę i delikatnie dotykając berbecia. Obok Black był profesor Lupin, który, mimo że ciągle chudy, wyglądał na szczęśliwego i dużo młodszego niż teraz. Mężczyzna wyglądał na tak spokojnego i zrelaksowanego z jego przyjaciółmi, w niczym nie przypominał powściągliwej osoby, którą był teraz. Ostatnim członkiem był gruby, niski i pulchny młody człowiek, którego Harry nigdy nie widział. Przenosił ciężar ciała z lewej na prawą, wyglądając, jakby czuł się nie na miejscu.
Harry powoli potrząsnął głową zamykając książkę. Więc tacy byli Huncwoci zanim szaleństwo wojny zniszczyło ich życia. Dwóch umarło z powodu zdrady jednego, zostawiając ostatniego członka samego. Harry nie mógł powstrzymać współczucia do profesora Lupina. On sam nie wiedziałby, co zrobić, gdyby stracił wszystkich najbliższych przyjaciół w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Wstając, Harry obliczył, że lepiej trochę pospać niż w ogóle i wrócił do łóżka. Już wcale nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Dlaczego dawał Blackowi szansę? Dlaczego nie mógł po prostu uwierzyć w to, co wszyscy mu mówili? Harry nie wiedział, dlaczego potrzebował jakiegoś rodzaju potwierdzenia od Blacka albo dlaczego w ogóle zastanawiał się nad rozmową ze zbiegłym mordercą. Wszystko, co wiedział to fakt, że to coś, co musi zrobić.

1 komentarz:

  1. Hej,
    Malfloy yo było nieuczciwe, czemu dwie postacie, ale udało mu się...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń