środa, 31 maja 2017

NDH - Rozdział 37


Następnego ranka, Snape był zaskoczony, gdy dostrzegł, że Harry w ogóle nie przejął się wczorajszym emocjonalnym amokiem. On sam spędził większość nocy karcąc się za bycie sentymentalnym głupcem. Doprawdy! Nawet Sprout – chociaż była szefem Hufflepuff – zaczerwieniłaby się na taką lepką czułość, która jakimś cudem wydostała się z jego ust.
A jednak… a jednak nie mógł się zmusić do żałowania swojego występu – mimo że to wydawało się tak żenujące w świetle dnia. I patrząc na lśniącą twarz Harry’ego dzisiejszego ranka jeszcze bardziej przekonał się, że zrobił dobrze, nieważne, że kosztowało go to dumę i złą reputację.
- Pamiętaj – ostrzegł poważnie chłopca, kiedy gotowali się do wyjścia z kwater, – wpadłeś w wielką niełaskę. Spędziłeś ostatnią noc łkając w poduszkę po tym, jak ostro cię potraktowałem.
Harry wyszczerzył się. Uwielbiał poczucie humoru opiekuna. Co więcej, jego pierś pęczniała z dumy, kiedy pomyślał, jak bardzo opiekun mu ufał w graniu swojej roli. Tak często dorośli nie polegali na dziecku, gdy trzeba było zrobić cokolwiek. Po prostu klepali po głowie i mówili, żeby uciekać. Ale nie profesor Snape. Był skłonny zaangażować Harry’ego w coś ważnego.
Harry przysiągł sobie, że jego opiekun będzie z niego dumy.
- Będę pamiętał – obiecał.
- Masz dzisiaj trening Quidditcha?
Harry zamrugał na to jawne stwierdzenie bez związku.
- Nie.
- Więc natychmiast po swoich ostatnich zajęciach wrócisz tutaj – polecił Snape.
Harry zmarszczył brwi. Nie spodziewał się tego.
- Mam zakaz wychodzenia? – zapytał z konsternacją.
Snape przewrócił oczami.
- A jak myślisz?
Harry westchnął.
- Myślę, że powinienem mieć – zgodził się żałośnie, a po chwili zastanowienia: ­– I napisać esej?
- I linijki – powiedział Snape tonem, który nie znosił żadnego sprzeciwu. – Zaczniesz podczas czasu na naukę. Pięćset linijek: „Nie będę ścigał znicza na miotle w zamku”.
Harry otworzył usta, by zaprotestować nad długością zadania, ale pomyślał, że lepiej nie. Nie mógł nie zauważyć, że profesor wybrał linijki tak, by odnosiły się konkretnie do dokonanego przez niego upiększenia zaakceptowanego żartu i Harry raczej podejrzewał, że zakaz wychodzenia i esej był karą na pokaz, linijki były prawdziwą karą.
- Tak jest – wymamrotał. – Przepraszam, tato – dodał, czekając, aż mężczyzna zrozumie, że autentycznie żałował zdenerwowania go.
Snape walczył z ciepłym, lepkim uczuciem w piersi, które wywołały słowa bachora – nie wspominając o tych smutnych oczkach szczeniaka.
- Po trzystu linijkach będziesz jeszcze bardziej skruszony – odpowiedział stanowczo.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się. Trzysta? Ale czy właśnie nie powiedział pięćset? Dostrzegł błysk skrępowania w oczach opiekuna i różowe zabarwienie jego uszu i rozpromienił się. Tak, profesor ponownie zachowywał się jak „anonimowy dobroczyńca”.
- Tak jest. Trzysta linijek – powtórzył szybko. – Zacznę je po południu. – Uniósł wzrok na myśl, jak inni uczniowie będą się gapić. – Zamierzamy oszukać wszystkich – dodał z podekscytowaniem.
- Tak brzmi ogólny pomysł – zgodził się Snape, biorąc stanowczo chłopca za ramię i popychając go w stronę drzwi.
Ich przybycie do Wielkiej Sali wywołało spore zamieszanie. Uczniowie patrzyli, niektórzy poszli dalej, podnosząc się z miejsc, by zobaczyć na własne oczy, że Harry ma wszystkie kończyny. Harry posłał Snape’owi posępne spojrzenie, zanim ruszył, by dołączyć do swoich przyjaciół, podczas gdy Snape skierował się do stołu personelu. Tam udał, że ignoruje pełne ulgi spojrzenia Hagrida i Flitwick, a także słabo ukryte rozbawienie Minervy.
- Dzień dobry, Severusie – powiedziała poważnie starsza czarownica.
- Hmf – mruknął, sięgając po poranną kawę. Był zaskoczony, kiedy pojawił się przed nim skrzat domowy, spoglądając na niego karcąco i odsunął dzbanek z kawą poza jego zasięg.
- Co, do… - spojrzał na znikającego skrzata ze zdumieniem.
Minerva zdołała powstrzymać parsknięcie.
- Cóż, Severusie, wydaje mi się, że skrzaty domowe nie są zbyt zadowolone z tego, jak traktujesz ich ulubionego ucznia. Najwyraźniej straciłeś przywilej picia kawy.
Wpatrywał się w nią z oburzeniem.
- Co! Jak one śmieją…
- Wiesz, jak troskliwe są te małe stworzenia – przerwała mu spokojnie. – I najwyraźniej czują, że na to zasługujesz. – Skinęła głową na stół Harry’ego.
Snape podążył za jej wzrokiem i zatkało go, gdy zobaczył Harry’ego – co za mały dramatyzujący diabeł! – powoli siadającego na ławkę z bolesnym wyrazem twarzy. Otaczający go uczniowie patrzyli na to z mieszaniną współczucia i przerażenia, podczas gdy Harry ostrożnie zmienił pozycję, jakby uznał ją za przenikliwie niewygodną.
Co za dwulicowy, przebiegły mały intrygant! warknął do siebie Snape. Nic dziwnego, że skrzaty domowe były na niego wściekłe. Wyglądało to tak, jakby sprał chłopca, który przeżył na kwaśne jabłko. Już teraz Snape otrzymywał spojrzenia strachu i przerażenia od większości uczniów w Sali i więcej niż jednej osoby z personelu. Nawet Dumbledore patrzył na niego ze smutnym rozczarowaniem.
Obok niego, Minerva ukryła zaciśnięte usta za filiżanką.
- To chyba pierwszy raz, kiedy widzę w Harrym więcej z Jamesa – skomentowała tak cicho, że nawet Sprout, siedząca po jej drugiej stronie, nie mogła usłyszeć.
Snape przestał piorunować chłopca wzrokiem i zapytał:
- O czym ty mówisz?
- Nie pamiętasz, Severusie? James – i Syriusz – zawsze mieli szczęście posiadać widownię. Do tej pory czułam się pewna, że Harry odziedziczył bardziej prywatną naturę Lily, ale tego ranka to się nieco zmieniło, nie sądzisz?
Snape zamrugał na przenikliwe słowa McGonagall. Oczywiście. Bachor nie robił tego tylko po to, by wyglądać widmo. Harry grał swoją rolę – i robił to lepiej niż Snape kiedykolwiek sobie wyobrażał.
Wiedział – lepiej niż większość – jak bardzo Harry nie znosił być w centrum uwagi. Chował swoją słynną bliznę za grzywką i zrobił się bordowy z zażenowania, kiedy został rozpoznany i gdy ktoś mu nadskakiwał na ulicy Pokątnej.
Poza tym, Snape przypomniał sobie, że Harry niepospolicie długo wytrwał, żeby z powodzeniem ukryć to, jak bardzo jest obolały po klapsach wuja. Jedyny powód, dla którego teraz udawał dyskomfort był udawany, jak doskonale zdawał sobie z tego sprawę Snape, a zwracanie na siebie uwagi wszystkich było tym, co Snape kazał mu robić, żeby przekonać resztę szkoły do fikcji, że Harry został solidnie zdyscyplinowany przez swojego wściekłego opiekuna.
Takie skuteczne wprowadzanie w błąd było… kwintesencją Ślizgona. Snape poczuł jak sam puchnie z dumy na talent swojego podopiecznego i, jak Minerva, musiał ukryć swój wyraz twarzy za filiżanką. Może obejść się bez porannej kawy – herbata nigdy nie dostarczała tego wstrząsu, którego potrzebował rankiem – ale dezaprobata skrzatów domowych była niewielką ceną, jeśli Pettigrew będzie miał fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
Harry dostrzegł, że jest otoczony przez skupioną widownię z żądnymi twarzami, gdy tylko wkroczył do Sali. No to zaczynamy, powiedział sobie, zmuszając się, by gniewnie wydąć wargi, jakby właśnie otrzymał kolejną burę od opiekuna. Odszedł od profesora tak gniewnie, jak się ośmielił, kierując się do stołu, gdzie Hermiona, Draco i inni już siedzieli. Czuł na sobie prawie wszystkie spojrzenia i warknął wewnętrznie, nie znosząc sposobu, w jaki wszyscy się na niego gapili. Jednak przypomniał sobie, że to część planu i jego profesor liczy na niego, żeby wszyscy uwierzyli, że ma wielkiej, wielkie kłopoty.
Zaczął siadać, a potem wpadł na genialny pomysł i zatrzymał się w połowie, jakby w bólu. Zobaczył, że oczy jego przyjaciół rozszerzają się z szoku, kiedy powoli i sztywno opuścił tyłek na ławkę, krzywiąc się, jakby został boleśnie uderzony.
- Kurcze – wciąż cię boli? – wypalił Ron tak oszołomiony, że zapomniał o swoim toście w prawej ręce. Vincent wykorzystał rozproszenie rudzielca i z powodzeniem podkradł mu z talerza resztę kiełbasy.
- Nic mi nie jest – odparł Harry szybko i ledwie stłumił chichot, widząc niedowierzanie na każdej twarzy.
- Naprawdę oberwałeś tym razem, Potter – zauważył Draco, ale jego leniwy, przeciągający samogłoski ton zawierał nutkę prawdziwego podziwu. – Nigdy wcześniej nie widziałem tak wściekłego profesora Snape’a jak zeszłego wieczora.
Harry prychnął.
- Nic nie widziałeś – odparł, rzucając mroczne spojrzenie na stół nauczycielski, gdzie jego opiekun wydawał się kłócić ze skrzatem domowym.
- Merlinie, Harry – wtrąciła się Katie Bell. – Coś ty sobie myślał, latając tak za zniczem.
- Tak, Potter – dodał Flint. – Chciałeś się zabić, czy coś? Jak zdołałeś robić te wszystkie zwroty?
- To nie było takie trudne – stwierdził Draco. – Mogę się założyć, że dałbym radę to zrobić!
Nastąpiła chwila milczenia, po czym Flint pochylił się do niego.
- Naprawdę chcesz się o to założyć, Malfoy? – mruknął.
Draco przełknął, zerkając to na Finta to na stół nauczycielski, a potem na Harry’ego.
- Eee, nie. Chyba nie – przyznał, rumieniąc się.
- Myślałam, że zginiesz, kiedy straciłeś pół włosów przez ścianę – kontynuowała Katie. – Jak udało ci się z tego wyjść?
Harry z ożywieniem zaczął relacjonować lot i wkrótce nawet Draco skończył się dąsać i zaczął zadawać pytania.
- Hej, może zorganizujemy tor przeszkód – oczywiście na zewnątrz! – dodała pospiesznie Katie. – To mógłby być świetny trening dla zespołu.
Oczy Flinta pojaśniały.
- To nie jest zły pomysł, Bell.
- Dlaczego wszystkie fajne rzeczy są tylko dla zespołu Quidditcha? – ryknął Ron. – To nie fair, że nie możemy w ogóle latać na pierwszym roku – z wyjątkiem tych durnych lekcji z panią Hooch.
- Tak – one są bezużyteczne – zgodził się z rozdrażnieniem Draco, zbyt pochłonięty tym, żeby zdać sobie sprawę z tego, że publicznie zgadza się z Ronem. – To nie fair!
- Cóż, może zbudujemy tor przeszkód, którego będą mogli użyć wszyscy? – zapytała rozsądnie Hermiona. – Moglibyśmy robić konkursy, żeby zobaczyć, kto przejdzie przez niego najszybciej.
- Moglibyśmy zrobić jedną trasę, która jest łatwiejsza od innych, żeby pierwszo i drugoroczni nie konkurowaliby z szósto i siódmorocznymi – zaproponował Neville.
- Dobry pomysł! – powiedział z podnieceniem Ron. – Inaczej za każdym razem wygrywaliby gracze Quidditcha.
- Nawet nie musielibyśmy mieć zespołów – powiedziała Hermiona. – Można pozwolić każdemu konkurować indywidualnie, bez tej głupiej międzydomowej rywalizacji.
Jej słowa, heretyckie w świętych korytarzach Hogwartu, spowodowały moment ogłuszającą ciszę.
- Cóż – powiedział w końcu Ron, nieco niepewnie – jeśli myślimy o robieniu czegoś poza Domami, to może zrobimy kilka meczy dla ludzi jak Draco i ja, którzy nie są w zespołach? Jeszcze! – dodał pospiesznie.
- Coś jak klub Quidditcha? – zapytał Harry między kęsami owsianki. – Zawsze się zastanawiałem, dlaczego w Hogwarcie nie ma takich rzeczy jak w mugolskich szkołach. Znaczy, musi być wiele ludzi, którzy lubią grać, ale którzy nie dostali się do drużyn.
- To nie jest zły pomysł, Weasley. – Błyszczące oczy Draco przeczyły jego zdawkowemu tonowi. – Nie miałbym nic przeciwko bycia z tobą w drużynie. Mógłbym zapytać też Zabiniego – gra całkiem nieźle.
- Tak jak Thomas i Macmillan – dodał gorliwie Ron.
- A ponieważ to nasz pomysł, będziemy pierwsi tworzyć drużynę i będziemy mogli wziąć najlepszych graczy z każdego Domu. Z pewnością wygramy wszystkie mecze – powiedział Draco z wyższością.
Flint i Katie wymienili rozbawione spojrzenia na spisek pierwszorocznych.
- Może wtedy pani Hooch będzie mogła na zajęciach pomóc tym, którzy potrzebują nauki, zamiast ścigać tych, którzy już latają bardzo dobrze – dodała cierpko Hermiona. Ona i Neville mieli, więcej niż przy jednej okazji, podzielić się frustracją na zajęcia latania, które były trochę mniej formalnymi meczami Quidditcha.
- Nie martw się, Miono. Jeśli założymy klub razem, jestem pewny, że będzie wielu, którzy będą chętni dawać lekcje – zaoferował pocieszająco Harry.
Dziewczyna pojaśniała.
- Może to powinna być część działalności klubu! Moglibyśmy mieć statut i…
- Harry. – Kiedy inni zajęli się planowaniem ich klubu Quidditcha, Neville zniżył głos i pochylił się bliżej Harry’ego. – Naprawdę nic ci nie jest? Znaczy, profesor Snape nie… no, nie zostawił siniaków, prawda?
Harry spojrzał na szeroką, zmartwioną twarz Neville’a i poczuł się niezwykle szczęśliwy, że ma takich dobrych przyjaciół.
- Nie – uspokoił blondynka. – Znaczy, dał mi klapsy i w ogóle, ale nie jest tak źle. Chociaż był bardzo wściekły i nie wiem, kiedy pozwoli mi wrócić do dormitorium. Znowu mam szlaban i linijki oraz esej.
- No cóż – Neville starał się znaleźć coś, co mógłby powiedzieć pozytywnego – przynajmniej będziemy się widywać, kiedy będziemy pomagać w przygotowywaniu składników do eliksirów, prawda? Kiedy już nie będziesz miał szlabanu.
Harry westchnął. Nie pomyślał o tym, ale mając zakaz wychodzenia nie będzie mógł uczestniczyć w przyjemnych sesjach przygotowywania składników, które miały miejsce w klasie jego opiekuna kilka razy w tygodniu.
Jego pokój w kwaterach Snape’a był świetny, więc zostawienie dormitorium nie było tak złe. I Harry musiał jeszcze zbadać wszystkie swoje półki, nie mówiąc już o czytaniu książek, więc naprawdę nie miał nic przeciwko zakazowi spędzania czasu w pokoju wspólnym, ale straci też wspólny pobyt w lochach z innymi i zgniatanie, obieranie, miażdżenie oraz słuchanie opowieści o sławnych Mistrzach Eliksirów i słuchanie, jak Snape mówi o różnych składnikach…
- Tak – westchnął. – Mam tylko nadzieję, że to nie potrwa długo.
Neville poklepał go po ramieniu.
- Nie martw się. On jest taki jak moja babcia. Też potrafi bardzo się zezłościć i nastraszyć, ale zwykle długo taka nie jest.
^^^
Dzień minął zaskakująco łatwo. Snape był zarówno zaskoczony i zadowolony, widząc, jak dobrze zachowuje się jego klasa; najwyraźniej jego przerażająca reputacja odbudowała się w ciągu 24 godzin. Gdyby nie to, że skrzaty domowe traktowały go chłodno, byłby całkiem zadowolony z tego stanu rzeczy. W porze lunchu, Minerva pomyślała, by podarować mu kubek kawy i to całkiem nieźle przechytrzyło skrzaty domowe będące w zmowie. Tak jak irytowały jego, nie miały zamiaru ryzykować drażnienia zastępczyni dyrektora.
Kiedy w końcu skończyła się ostatnia lekcja, Snape zobaczył dyrektora.
- Severusie, mój chłopcze, dobrze cię widzieć. Jak się miewasz? – zapytał Albus, wysyłając pojemnik z cytrynowymi dropsami w jego kierunku.
 Snape opadł na krzesło, uderzając cukierki na bok.
- Dyrektorze, zdecydowałem się, że nagrodzę moich uczniów zdających SUM-y i OWTM-y na koniec tego semestru. Mam nadzieję, że takie wydarzenie zmotywuje nieco małych durniów, żeby wciąż uczyli się podczas zimowych ferii, żeby nie tracić czasu w klasie na przypominanie po ich powrocie.
Dumbledore zamrugał z zaskoczeniem. Snape nigdy wcześniej nie przyjmował pozytywnego motywowania jako metodę nauczania.
- To bardzo rozważne z twojej strony, Severusie. To brzmi jak doskonały pomysł.
- Zdecydowałem też, że to najwyższy czas dla szkoły i Ministerstwa, by uznać ważność eliksirów w podstawie programowej. Jest to, mimo wszystko, warunek rozpoczęcia wielu karier, w tym uzdrowicieli i aurorów.
- Tak, to prawda – zgodził się ostrożnie Albus, niepewny, dokąd zmierza Mistrz Eiksirów.
- Jednak pomimo nieodzownego znaczenia eliksirów na tych polach, podczas mojej pracy tutaj, profesje te nigdy nie dały dowodu uznania, jaki są winne Hogwartowi i mnie, za to, że zmieniam prostackie dzieciaki w znakomitych warzących! – Snape pochylił się ze złością. – Ten kompletny brak szacunku musi się skończyć! Oczekuję, że oba zawody wyślą reprezentantów na rozdanie nagrody, jako wyraz uznania dla moich wysiłków i zachęcenie uczniów.
Dumbledore zamrugał. Skąd się mu to wzięło? Severus nigdy wcześniej nie wydawał się tak zirytowany ciężką pracą przy całkowitym niezrozumieniu. Potem złapał wzrok mężczyzny na kopię ostatniego wydania Proroka Codziennego. Oczywiście! Na pierwszej stronie było wielkie zdjęcie Syriusza Blacka na kolejnej konferencji prasowej.
- Syriusz wydaje się być dość popularny – skomentował łagodnie Albus, przesuwając gazetę w kierunku Severusa.
Snape zarumienił się i odwrócił wzrok.
- W ogóle mnie nie interesuje, czy czarodziejski świat uważa za sprawiedliwe naskakiwać zwyrodnialcowi, jednocześnie ignorując długie lata ważnej służby innych – powiedział bez przekonania. – To nie ma nic wspólnego z Blackiem. Skeeter i jej pióro mogą uważać za stosowne, żeby wznosić go do statusu celebryty, ale to ma tylko związek z jego bogactwem i skandalicznymi zachowaniami, a nic z rzeczywistą wartością dla społeczeństwa.
- Oczywiście, że nie – powiedział pospiesznie Dumbledore. – Twoja praca z dziećmi – nie mówiąc o odważnej służbie podczas wojny – dowodzi, jak bardzo cenny jesteś jednocześnie dla Hogwartu i Ministerstwa.
- Dokładnie! – warknął Snape, wstając. – I to dlatego oczekuję, że św. Mungo i departament Przestrzegania Prawa Magicznego przyśle swoich przywódców do Higwartu na rozdanie nagrody w moich klasach.
-Już, już, Severusie, wiesz, że takie osoby będą miały trudność znaleźć czas na przyjście, zwłaszcza w tak krótkim czasie…
- Dobrze. Więc rozdamy dwie nagrody – jedną na koniec tego semestru, a drugą na koniec roku. Aurorzy przyjdą raz, a uzdrowiciele drugi – stwierdził Snape. – Dzięki temu będzie im trudniej wprost odmówić.
Dumbledore westchnął. Kiedy Severus wpadał na pomysł, był jak psidwak z kością.
- Zrobię co mogę, ale…
- Ponieważ pani Bones uprzejmie zauważyła, że powrotem Voldemorta „nie trzeba się martwić” – warknął Snape – jestem pewny, że jej Aurorzy potrzebują coś porobić. Mogą przyjść na rozdanie nagrody w tym semestrze, podczas gdy uzdrowiciele ze św. Mungo dostaną notkę, że oczekujemy ich w przyszłym.
Hmm. Tak mogło być najlepiej, pomyślał Albus. Szef urazów pediatrycznych w św. Mungo wciąż był raczej niezadowolony z powodu jego konfliktu z Snape’em po incydencie z Quirrellem. Albus zdecydował, że dane mu dodatkowego czasu, zanim jeden z drugim ponownie się spotkają, ma sens. I dzięki jego starym połączeniom z Zakonu, były dobre szanse, że będzie mógł sprowadzić przynajmniej jednego czy dwóch aurorów do szkoły, nawet w tak krótkim czasie.
- Dobrze, Severusie, skontaktuję się z panią Bones i wyślę zaproszenia oraz użyję całego mojego uroku, by spróbować ją zachęcić do przyjścia do szkoły – powiedział, a jego oczy błyszczały. – Zgadzam się, że zasługujesz na uznanie dla swojej poświęcanej służby. Może sprowadzimy też panią Skeeter? – Może jakiś rozgłos ukoi ranne ego mężczyzny.
Snape skinął głową sztywno.
- Dziękuję. Proszę ich poinformować, że planuję przeprowadzić ceremonię w piątek, na ostatnich zajęciach przed przerwą. – Podniósł się na nogi, skinął ponownie i wyszedł powiewając szatami.
Albus spojrzał ze smutkiem na gazetę na biurku. Black zatrząsł Brytanią! krzyczał nagłówek. Przysięga Nigdy Nie Wracać Do Kraju, Który Niesprawiedliwie Go Uwięził. Biedny Syriusz. Wydawało się, że jest bardzo gorzki – i kto mógłby go winić? Ale Albus martwił się, co ojciec chrzestny z takim żalem zrobiłby Harry’emu. Z pewnością brzmiało prawdopodobnie to, że Syriusz zrobi co w jego mocy, by zabrać Harry’ego z Hogwartu, jeśli to tylko ułatwi mu widywanie się z chłopcem, ale jakie to będzie miało znaczenie dla proroctwa? Albo dla dziecka? Albo dla Mistrza Eliksirów?
Albus znów westchnął. Podejrzewał, że jego biedni chłopcy mają przed sobą wielki ból, i było – mimo jego mocy – niewiele rzeczy, które mógł zrobić, by ich chronić. Cóż, przynajmniej zrobi to, co może, żeby sprawić trochę przyjemności Severusowi w krótkim czasie. Podniósł pióro i zaczął pisać.
Snape szedł korytarzem, mocno na siebie naciskając, żeby nie pocierać rąk z radości. Poszło nawet lepiej niż miał nadzieję! On sam nigdy nie odważyłby się zasugerować zaproszenia prasy, ale obecność Skeeter zapewni, że Ministerstwo nie będzie miało nadziei na odrzucenie sprawy.
Wracając do swoich kwater, znalazł Harry’ego, który chował się z radością w pokoju, czytając jedną z książek, którą Albus dla niego wybrał.
- Cześć, tato – zawołał chłopiec, dostrzegając mężczyznę w drzwiach. – Czytałeś tą? Jest naprawdę niezła.
Snape zmarszczył brwi. Wiedział, że lepiej nie czytać dla przyjemności zanim nie skończy się pracy domowej.
- Skończyłeś już swoje linijki? – zapytał złowrogo.
Harry wyszczerzył się.
- Tak! – odpowiedział impertynencko, wyciągając z torby rolkę i podając ją mężczyźnie. – I bolą mnie palce, żeby to udowodnić! – dodał, potrząsając prawą ręką.
- Powinieneś był o tym pomyśleć, zanim zdobyłeś karę za głupie zachowanie – prychnął Snape, ale nie marnował czasu i wziął rękę chłopca, delikatnie badając, czy nie ma żadnych objawów zapalenia.
- Tato! Tylko żartowałem. Nic mi nie jest – zaprotestował Harry, starając się – i poległ – ukryć radość ze względu na opiekuna.
Snape nie zwracał na to uwagi. Był całkiem świadomy z tendencji Harry’ego do bagatelizowania fizycznego dyskomfortu. Przywołał słoik maści i posmarował nią rękę chłopca.
- Nie trzeba było wypisywać całe trzysta linijek za jednym razem – skarcił. – To naturalne, że twoje palce są sztywne.
- Cóż, tak jakby zasugerowałem wszystkim, że powiedziałeś, że znowu oberwę, jeśli ich nie skończę – przyznał Harry.
Snape wewnętrznie pożegnał się z myślą o porannej kawie.
- Nie przesadzaj – ostrzegł.
- Ja? – zapytał zaskoczony Harry. – Po tym, jak ty wyglądałeś wczoraj, wszyscy byli zaskoczeni, że nie skończyłem jako kupka składników do eliksirów! – przerwał, a szeroki uśmiech wkradł mu się na twarz.
- Co? – zapytał Snape, obawiając się, co wywołało taki uśmieszek u bachora.
- Profesor Flitwick i Sprout dali mi więcej czasu na wszystkie moje eseje – powiedział mu Harry z zadowoleniem. – Powiedzieli, że zrozumieli, że „mogę się nie umieć teraz skoncentrować”.
Snape przewrócił oczami. Dobrze, że mały potwór prawdziwie nie wywinął kawału. Już mógł zobaczyć, że gdyby kiedykolwiek miał szczere powody, by ukarać łajdaka, na każdym kroku zostałby pokonany przez swoich współpracowników.
Harry wciąż parskał na to, jak łatwowierni byli nauczyciele. Wyobraźcie to sobie! Myśleli, że jego profesor naprawdę go zranił – jakie to było głupie?
- Widzisz? Więc przez ciebie, nie mnie, wszyscy się martwią.
Snape zacisnął usta.
- Hmmmm. Cóż, podejrzewam, że Pettigrew jest bardzo skłonny uwierzyć w najgorsze rzeczy o mnie, więc wydaje się, że nasz plan się uda. Twój ojciec chrzestny również zrobił to, co miał zrobić – zorganizował konferencję prasową wczoraj wieczorem albo dzisiaj rano i obiecał, że nigdy nie wróci.
- Odjazdowo! – zaszczebiotał Harry. – Ma swoje zdjęcie w gazecie? Naprawdę to lubi.
- Oczywiście, że ma, ekshibicjonista – powiedział kwaśno Snape. – Bardzo dobrze, panie Potter – dość gadania. Do łóżka.
Szczęka Harry’ego opadła w osłupieniu.
- Co! – krzyknął. – Ale jest praktycznie środek dnia!
- A ty utniesz sobie drzemkę – odparł Snape, nieubłaganie popychając chłopca w stronę łóżka.
- Drzemki są dla dzieci! – zaskomlał Harry, brzmiąc jak czterolatek. – Dlaczego muszę drzemać? Co zrobiłem?
- To nie jest kara, Potter – powiedział z rozdrażnieniem Snape, popychając go na łóżko i sięgając, by ściągnąć buty bachora.
- To w takim razie dlaczego? – powiedział Harry, doprowadzony niemal do łez upokorzeniem jakim była drzemka.
Snape przyglądał się chłopcu ze zniecierpliwieniem. Nigdy nie zrozumie dzieci. On zabiłby za możliwość drzemki, ale nie, musiał poprawiać testy i nadzorować czas nauki jego węży. Wszystko, co miał zrobić mały bachor to cieszyć się chwilą odprężenia, a jednak był bardziej zdenerwowany samą perspektywą drzemki niż klapsem przed całą szkołą.
- Potter, czy zapomniałeś, że angażujemy się w kampanię złapania szczura? – zapytał. – Oboje będziemy bardzo zajęci tajną operacją do późnej nocy, dlatego ważnej jest, żebyś odpoczął teraz, by nie być później wykończonym, kiedy istotny będzie twój rozum.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się.
- Naprawdę? – szepnął. – Tajna misja?
- Tak. W Zakazanym Lesie. I jeśli myślisz, że zabiorę ze sobą nieznośne, śpiące dziecko, które przyciągnie każdą akromantulę w lesie swoim ziewaniem… - Ale Harry już odwrócił się i zanurkował pod  kołdrę.
- Już odpoczywam! Odpoczywam! – krzyknął Harry,  zaciskając oczy. – Tylko nie idź beze mnie!
Snape przewrócił oczami. Co za zmienny mały drań.
- Obudzę cię za kilka godzin na kolację – poinformował bachora.

CDN…




7 komentarzy:

  1. Oni w swojej nieświadomości są bardzo uroczy.
    Ciekawe czy Peter się nabierze na to wszystko

    OdpowiedzUsuń
  2. AAAAAA... Genialny rozdział. Harry naprawde ma dużo z Ślizgona. Snape w końcu przekonuje się do swoich uczuć względem Harry'ego. Dumbeldore i ta jego niewiedza w całej tej intrydze jest przezabawna. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział czegokolwiek :D.
    Lunatyk

    OdpowiedzUsuń
  3. To takie zabawne, że Dumbledore, który zwykle wszystko wie, teraz właściwie o niczym nie ma pojęcia xD
    A bunt skrzatów był genialny xD Biedny Snape. Jednego wieczora wychodzi z niego cała ta cukrowa rozmowa, a rano żałują mu kawy xD
    Czekam na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaha!! Bunt skrzatów jest genialny!!! 😂😂😂 Ale biedny Sev... Kawę mu odebrali... 😂 Cóż, przynajmniej McGonagall się ulitowała...
    I zgadzam się z Nakurishi, niewiedza Dumbledore'a jest przezabawna XD
    A Harry naprawdę ma w sobie wieeele ze Ślizgona... 😂
    A właśnie, Harry... Co ty masz do drzemek?? Drzemki wcale nie są złe!! 😁
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału!!
    Pozdrawiam, życzę WENY CZASU i CHĘCI!! 😉
    ~Daga ^.^'

    OdpowiedzUsuń
  5. Większość dała się nabrać na zagrywki tej dwójki ��. Co jeszcze wymyślą boje się myśleć �� Skrzaci bunt wypadł świetnie i bardzo mnie ubawił ��
    Pozdrawiam oraz życzę weny do tłumaczenia i pisania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha, super rozdział :D cieszę się, że przynajmniej tutaj Snape jest sprytniejszy od Dumbledora - w oryginale strasznie go nie lubię ;)
    Czekam na rozwiązanie sprawy glizdogona. Życzę czasu i weny do dalszego tłumaczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Słodko i uroczo, tak jak lubię :D Cudowny Severus coraz bardziej przebiegły w stosunku do Harry'ego, ale Harry mu nie ustępuje! Nareszcie się normalizują, podoba mi się!

    OdpowiedzUsuń