czwartek, 15 czerwca 2017

NDH - Rozdział 39


Uczniowie w pośpiechu weszli do klasy, a większość z nich niosła jakieś klatki. Snape przesunął się na przód pomieszczenia, a uczniowie szybko zamilkli.
- Jak wiecie, dzisiaj będziemy warzyć eliksir Animalis Fide, który zmierzy więź między wami a waszymi zwierzakami. Widzę, że większość z was była w stanie wypełnić moje instrukcje i przynieść swoje maskotki do klasy. Po uważaniu eliksiru, użyjecie go, żeby zobaczyć, jak blisko jesteście związani ze swoimi stworzeniami.
- P-profesorze? – Neville uniósł nieśmiało rękę.
Snape prychnął z niecierpliwością.
- No? Co jest, Longbottom?
- Czy to zrani nasze zwierzątka, proszę pana? Teodora jest dość stara, jak na ropuchę i…
- Eliksir – jeśli poprawnie uważony – jest kompletnie nieszkodliwy, Longbottom. Zwierzęta są tu jedynie po to, żebyście się skupili. Eliksir zmierzy, jak związani wy jesteście ze zwierzęciem, nie jak zwierzęta są związane z wami. Czy ktoś jeszcze ma zamiar zadać głupie pytanie i pokazać, w jak ułomny sposób łapiecie materiał?
Co dziwne, nikt nie przyjął jego oferty i klasa szybko zanurzyła się w warzeniu.
- Ej! Harry! – głośny krzyk rozdarł ciszę i Snape spiorunował wzrokiem najmłodszego Weasleya, który troskliwie tulił szczura. – Trzymaj swoją sowę z dala od mojego szczura! Patrzyła na niego, jakby był obiadem!
- Weasley! Czy praca w ciszy wykracza poza twoje możliwości? – zbeształ go Snape. – Przenieś swoje rzeczy do tego kąta i może będziesz w stanie skupić się na zadaniu.
- Ale Hedwiga chciała zjeść Parszywka – zaskomlał Ron w proteście.
- Wolisz pracować w kącie czy w nim stać? – zapytał Snape, zbyt cicho, by inne dzieci go usłyszały. Ron natychmiast przestał się kłócić, przerażony pomysłem stania w kącie – przed całą klasą!
- Tak, wujku Sev – szepnął pospiesznie, pędząc z rzeczami do nowego miejsca, a tym samym nie zauważając przerażenia, które przeszło przez twarz Snape’a na nowo nadany tytuł.
Dumbledore i reszta kręcili się za osłonami, obserwując dzieci z różnym stopniem uprzejmego zainteresowania. W końcu, eliksiry zostały ukończone i uczniowie stali wyczekująco przy swoich biurkach.
- Potter – zawołał Snape. – Przynieś tu swoją sowę wraz z eliksirem.
- Nazywa się Hedwiga – przypomniał mu karcąco Harry, kładąc żerdź na biurku profesora i ustawiając fiolkę obok niej.
Snape skrzywił się.
- Cisza, Potter. Weź kroplę eliksiru i nakrop ją na głowę sowy, po czym sam wypij resztę.
Harry zrobił, co mu kazano i chwilę później, pojawiła się między nimi intensywnie złota nić. Klasa wydała z siebie kilka ochów i achów z podziwu.
- To bardzo silna więź – wygłosił Snape. – Zarówno kolor światła, jak i grubość nici wykazuje siłę. Wróć na miejsce, Potter. Zabini, chodź tu ze swoim stworzonkiem.
Blaise, potem Millicenta, a potem Dean mieli różne rezultaty. Choć we wszystkich przypadkach, zwierzątka tylko siedziały i hukały albo miałczały albo kumkały, zdając się nie być pod żadnym wrażeniem całego podekscytowania.
- Longbottom!
Neville spojrzał nerwowo na blado niebieski eliksir Hermiony, a potem na swój mocno szary szlam.
- Eee, p-profesorze, ch-chyba lepiej nie.
Snape rzucił pogardliwe spojrzenie na eliksir.
- Podejrzewam, że to mądry wybór, Longbottom – warknął. – Zero na dzisiaj!
Neville okropnie oklapnął i przytulił spokojną Teodorę, podczas gdy Snape skanował pomieszczenie.
- Weasley! Przynieś swojego szczura!
- Tak, jest. – Ron podszedł, odkładając Parszywka na biurko i wygrzebując eliksir.
Chłopak nigdy nie zyskał pewności, co się później stało. W jednej chwili wyciągał fiolkę eliksiru ze swoich szat, podczas gdy profesor Snape cierpliwie czekał po drugiej stronie biurka, a w następnej minucie pojawiło się jasne światło i nagle na miejscu Parszywka siedział gruby facecik, mrugając głupio.
- Ej! Gdzie mój szczur? – zapytał Ron, a potem Harry chwycił go za tył szaty i pociągnął go z daleka od biurka.
Tarcze niewidzialności zamigotały i upadły, kiedy Dumbledore i reszta wystrzelili z rogu.
- Peter? – Dumbledore sapnął z zaskoczenia.
Pettigrew rzucił przestraszone spojrzenie przez ramię, potem uderzył Snape’a, rzucając się do drzwi.
Bones nie miała pojęcia, co się dzieje, ale wiedziała, że ten mężczyzna w średnim wieku, będący jako zwierzątko chłopca, nie był niczym dobrym. To właśnie robią ci chorzy dranie, westchnęła do siebie, unosząc różdżkę i krzycząc:
- Brać go!
Moody – stale czujny! – skoczył do przodu, a zaraz za nim Shacklebolt, ale w pomieszczeniu pełnym wrzeszczących dzieci, w zrozumiały sposób denerwowali się przed rzuceniem jakichkolwiek zaklęć.
- Poddaj się, PPC! – wrzasnął Moody, skacząc do przodu tak szybko, jak pozwalała mu noga.
Pettigrew warknął i przewrócił stół, blokując im drogę, i wciąż biegł ku wyjściu. Tuż przed tym, jak się do nich dostał, przed drzwiami pojawiła się postać, zdajając się niemal pojawić z rozrzedzonego powietrza.
- Witaj, Severusie. Przyszedłem tylko po swój eliksir – uśmiechnął się Remus, po czym sapnął, gdy dostrzegł, że stoi twarzą w twarz ze swoim przyjacielem z dzieciństwa.
- Peter Pettigrew! – krzyknął Remus z szokiem na twarzy.
- CO? – Aurorzy zamarli na chwilę ze zdumienia, a Peter jęknął: – Remus?
Amelia Bones uznała wzajemne rozpoznanie się, jako przyznanie do winy i wykrzyknęła:
- Peterze Pettigrew! Aresztuję cię za morderstwo…
Pettigrew patrzył rozpaczliwie na boki, ale aurorzy szybko zbliżali się od tyłu, a Remus stał między nim a drzwiami. Chwilę później, szczur przecisnął się przez wąskie pęknięcie w ścianie.
- Złapcie go! – krzyknęła Bones, wiedząc, że nie miało to żadnej nadziei, ale potem szczur wyskoczył z muru jeszcze szybciej, niż do niego wszedł, ścigany przez syczącego, kłapiącego szczękami węża.
Dzieci zapiszczały i wskoczyły na biurka, kiedy kolejne węże wyłoniły się z pęknięć w ścianie i podłodze, wszystkie najwyraźniej chcąc złapać przerażonego, uciekającego szczura.
Pettigrew szybko został przyparty do muru przez węże i, będąc w bezpośrednim niebezpieczeństwie bycia zjedzonym, wrócił do swojej ludzkiej formy.
- Czekajcie, czekajcie! – błagał, zasłaniając się ramionami. – Nie chciałem tego!
- Peter, jak mogłeś? – zapytał Remus, jego różdżka była wyjęta i skierowana w mniejszego mężczyznę.
- Remus, przyjacielu, proszę! – płakał Pettigrew. – Miej litość! Ty ze wszystkich ludzi z pewnością zrozumiesz! Zostałem do tego zmuszony! Nie miałem wyboru! Zabiłby mnie!
- Więc powinieneś zginąć, zanim ich zdradziłeś! – splunął Remus. – Ja bym umarł!
- Och, szlachetny Remus – warknął Peter, wyzbywając się płaczliwej pozy, – zawsze pokazujesz, jak dobry i ludzki jesteś! Zawsze gardzisz tymi, którzy nie byli tak mądrzy, silni, czy przystojni jak ty i inni Huncwoci! Oczekiwałeś, że co zrobię? Myślałeś, że nie wiem, że zostałem tylko dlatego, że byłem dla was komiczny? Myślisz, że nie wiedziałem, że wszyscy mną gardziliście w sekrecie?
- O czym ty mówisz? – zapytał Remus. – Ufaliśmy ci! James i Lily powierzyli ci swój sekret! Swoje życie! Życie Harry’ego!
- Tylko dlatego, że byli przekonani, że jestem tak żałosnym stworzeniem, że nikt inny nie pomyślałby nawet, że byliby tak głupi, by uczynić mnie Strażnikiem Tajemnicy! To była zniewaga, nie zaszczyt! Myślisz, że byłem zbyt głupi, by to zrozumieć? Ale Czarny Pan zauważył mój talent! Chwalił moją inteligencję i chytrość! Poważał mnie za to, kim jestem! Szanował mnie!
- Wykorzystał cię, omamiony głupcze – wycedził chłodno Snape. – Tak jak wykorzystał wszystkich. Nie szanuje nikogo oprócz siebie, a przede wszystkim nie bezużytecznego, kulącego się gryzonia, który sprzedał swoich przyjaciół za nieszczere komplementy, a potem spędził dziesięć lat ukrywając się jako zwierzątko dziecka.
Twarz Rona wykrzywiła się z furią, gdy w końcu na to wpadł.
- Parszywek! – krzyknął z wściekłością. – Ty zły szczurze! Opowiem wszystko Percy’emu!
- To koniec, Pettigrew! – warknął Moody, z ulgą zauważając, że węże tajemniczo wycofały się tam, skąd przyszły. – Daj spokój. Nie masz gdzie uciec.
- Nie! – krzyknął Peter. Jego oczy gorączkowo przeszukały pomieszczenie, w końcu opadając na szerokie spojrzenie Harry’ego. – Harry! – skoczył do chłopca, wiedząc, że z nim jako zakładnikiem, będzie bezpieczny. – Chodź tu!
Harry kwiknął i spróbował odskoczyć, ale Pettigrew zrobił sobie miejsce przez uczniowskie biurka z nieoczekiwaną prędkością, kierując się rozpaczliwą desperacją. Dorośli przeklęli i walcząc, by do niego podejść, próbując uniknąć rzucania zaklęć w pomieszczeniu pełnym krzyczących dzieci, niestabilnych składników eliksirów i groźnych węży.
Hedwiga podleciała do mężczyzny, machając pazurami na jego oczy, podczas gdy Neville chwycił Harry’ego i odciągnął go tak, jak Harry wcześniej pociągnął Rona w bezpieczne miejsce. Peter wyciągnął ręce, odganiając sowę, w momencie, gdy Neville trącił łokciem swój kociołek, przewracając go i posyłając podobną do mułu zawartość w stronę niskiego czarodzieja.
Zniszczony eliksir chlusnął na Pettigrew. Mężczyzna wrzasnął z bólu, niekontrolowanie zaczynając krążyć między formami. Nawet uodpornieni aurorzy cofnęli się z przerażeniem na zatrważający widok przed nimi. Przemiana poszła okropnie źle i po kilku strasznych, koszmarnych chwilach pełnego agonii krzyku, Pettigrew znieruchomiał na ziemi, zmniejszony do zdeformowanej bryły mięsa, pół-człowieka, pół-szczura. W szczególności jego twarz utknęła między formami, z lewą połową ludzką, a prawą, szczurzą. Pomiędzy dwoma niedopasowanymi czaszkami, wyciekł mózg, oraz było jeszcze kilka… wodnistych… części, w miejscach, gdzie torturowane ciało rozpłynęło się pod wpływem zbyt wielu przemian.
Dzieci trzęsły się jak szaleńcy i ukrywały twarze – poza Harrym, który patrzył na to wszystko z ponurą miną.
- Cholera! – warknęła Bones, w końcu dostając się do trupa. – Chciałam go żywego!
- Biorąc pod uwagę fakt, jak przerażająco łatwa stała się ostatnio ucieczka z Azkabanu, że nawet Laluś Black był w stanie tego dokonać, może to dobrze, że dłużej nie musimy się martwić o tego zadeklarowanego sługusa Czarnego Pana – skomentował złośliwie Snape.
Bones spiorunowała go wzrokiem.
- Miał odpowiedzieć na wiele pytań – odpowiedziała. – I nie rozumiem, jak mamy całkowicie oczyścić Blacka bez przyznania się Pettigrew.
Snape uniósł brew.
- Wszyscy w tym pomieszczeniu, włącznie z licznymi uczniami, głową Wizengamotu, dwoma starszymi aurorami, szefową PPC i przyjaciel z lat chłopięcych zmarłego słyszeli jego przyznanie się do winy i mogą zidentyfikować go i dostarczyć wspomnienia do myślodsiewni. Nie potrafię sobie wyobrazić, co więcej możesz potrzebować.
- Słuchaj, ty śmierciożerczy draniu – zaczęła gorąco Bones, po czym urwała, gdy zdała sobie sprawę z tego, że dzieci – zainteresowane tą bardziej fascynującą rozgrywką – przestały krzyczeć i obserwowały jej wymianę zdań ze Snapem z żywym zaciekawieniem. Mimo wszystko, jakkolwiek zabawne było nieskrępowane wrzeszczenie i skakanie na biurka (nie mniej ni więcej, w klasie Snape’a!), dużo bardziej zajmujące było obserwowanie, jak ich najstraszniejszy profesor rywalizuje z równie onieśmielającą szefową PPC.
Pani Bones odchrząknęła i zaczęła od nowa.
- Wobec braku zeznań oskarżonego pod wpływem Veritaserum, mogą pojawić się tacy, którzy będą kwestionować zeznania.
- Jak na przykład? – sprowokował Snape. Wskazał leniwie na pomieszczenie. – To pierwszoroczni Gryfoni i Ślizgoni. Kto, w politycznym widnie, nie uwierzy jednej stronie albo drugiej? Albo czy poważnie sugerujesz, że Lucjusz Malfoy – lub Artur Weasley – będą kwestionować zeznania swoich własnych synów i zmuszą ich do zgodzenia się na Veritaserum, pomimo potencjalnego trwałego uszkodzenia mózgu, które może wywołać eliksir podany przed wiekiem dojrzewania?
Bones rozejrzała się po pomieszczeniu i zdała sobie sprawę z prawdy tych słów. Ktokolwiek, kto mógłby zaprzeczać temu, co się właśnie stało – czy to dawni śmierciożercy, minister Knot czy rodzina Pettigrew – będą całkowicie do tego niezdolni. Rodziny reprezentowane w tym pomieszczeniu były silną elitą po obu stronach ostatniej wojny i jedyną rzeczą, która mogłaby spowodować, że zjednoczą się i utworzą sojusz było zagrożenie dla ich dzieci. Nikt nie mógłby być aż tak głupi, by kwestionować to, co się właśnie stało, jeśli robiąc to, sprowadzi na siebie gniew Malfoyów i Weasleyów. Oszustwo Pettigrew (i tym samym niewinność Blacka) zostaną natychmiast zaakceptowane.
Ale coś było nie tak. Amelia Bones nie stała się szefową PPC bez posiadania doskonałego instynktu i coś jej mówiło, że było coś więcej niż na pierwszy rzut oka się zdawało. Wszystko poszło po prostu zbyt zgrabnie.
Odwróciła się ze spekulacją do Remusa.
- Hymm. Panie Lupin, czy to nie przypadkowe, że był tu pan i mógł zidentyfikować uciekiniera? Dlaczego pan tu przyszedł? Nie powinien pan być we Włoszech?
Remus spojrzał na nią spokojnie.
- Przyszedłem odebrać pilnie potrzebny mi eliksir od profesora Snape’a. Wiedziałem, że będzie o tym czasie w klasie, więc wydało mu się rozsądne przyjść tu i powiadomić go, że tu jestem.
Bones sceptycznie zacisnęła usta.
- Och, naprawdę? Profesor Snape nie wydaje się typem osoby, która z radością wita przerwanie mu zajęć. Jaki eliksir jest tak pilnie potrzebny, że pozwoliłby na wtargnięcie?
Spokojny, ledwo widocznie pogardliwy wyraz twarzy Snape’a nie zmienił się, ale wewnętrznie jego serce opadło. Nie planowali aż takiego badania obecności Remusa.
Przynajmniej Lupin zdołał wydostać się spod Peleryny Niewidki podczas najgorszego chaosu, więc nikt nie zdał sobie sprawy z tego, że cały czas był w pomieszczeniu – ukryty pod Peleryną i za wysoką szafką z zaopatrzeniem, gotowy, by przekląć szczura, gdy plan Snape’a pójdzie nie tak. Peleryna – którą Dumbledore dał Snape’owi, kiedy Mistrz Eliksirów przejął opiekę nad Harrym – był teraz schowany w kieszeni płaszcza Lupina i, miejmy nadzieję, zostanie tam, aż Snape będzie mógł go odzyskać i włożyć w bezpieczne miejsce. Och, Albus poczynił szaloną sugestię, by dać Płaszcz Harry’emu na Święta – jakby skłonny do psot jedenastolatek naprawdę potrzebował Peleryny Niewidki! – ale Snape odrzucił tą propozycję z pogardą, na jaką zasługiwała. Mimo to, jeśli pytania Bones zbiją Lupina z tropu, może coś chlapnąć…
Nie potrzebował się martwić. Remus pochylił brodę i posłał Bones wyzywając spojrzeniem, nawet gdy odpowiadał spokojnie:
- Tojadowy.
Rozległo się słyszalne sapnięcie, a zaraz za nim pobudzone szepty, kiedy uczniowie zareagowali na to wyznanie. Wyraz twarzy Remusa nie zmienił się, ale jego szyję zabarwiła czerwień.
Bones miała wdzięk, by wyglądać na zakłopotaną.
- Proszę wybaczyć – powiedziała, brzmiąc szczerze przepraszająco. Potem odwróciła się do dzieci i odchrząknęła, by zwrócić ich uwagę. – Jak słyszeliście, pan Lupin cierpi z powodu lykantropii, jednak w żaden sposób nie daj to negatywnych efektów. Zarejestrował się w Ministerstwie i, jak słyszeliście, stara się zapewnić sobie miesięczną dawkę eliksiru Tojadowego. Powinniście szanować go tak samo, jak każdego innego czarodzieja. Zgadza się pan, dyrektorze?
- Absolutnie – powiedział stanowczo Dumbledore.
- I jest dla mnie jak mój ojciec chrzestny, więc lepiej nie być dla niego niemiłym – dodał wojowniczo Harry, posyłając piorunujące spojrzenie w stronę Pansy Parkinson. Słyszał jakieś szepty z jej strony o „Mrocznej kreaturze”, a na jego agresywne spojrzenie, prychnęła i odrzuciła włosy.
Remus wyglądał na zaskoczonego i zadowolonego z tych nieoczekiwanych oświadczeń, podczas gdy Snape zwalczył nudności, zanim wrócił do ataku.
- Może mi pani zwrócić klasę czy jest pani zbyt zajęta zadawaniem głupich i zawstydzających pytań, żeby pozbyć się swoich dowodów i odejść? Może jest jeszcze w mojej klasie kilka pomyłek sprawiedliwości i mam pani pomóc się z nimi uporać?
Uczniowie zachichotali. Oooch, to właśnie był ich profesor! Warczał na wszystkich. Czuli się raczej dumni ze Snape’a. Dostanie słownej chłosty do tego mężczyzny było praktycznie hogwardzkim obrzędem przejścia i naprawdę nie czuli się zbyt źle z powodu tego, że nawet pani Bones wyjdzie gorzej po spotkaniu z nim!
Niestety, Bones nie była głupcem i, w przeciwieństwie do Knota, nie było łatwo jej przyprzeć do muru przez kilka obłudnych uwag.
- Jestem zaskoczona faktem, że to dość wygodne, że Pettigrew został zabity przez eliksir, zanim mógł zostać dokładnie przesłuchany.
Snape uniósł brew, mimo że wewnętrznie przeklinał nieprzychylnie uporczywą czarownicę.
- Naprawdę pani sugeruje, że Longbottom, zamiast uwarzyć prawidłowy eliksir, celowo stworzył eliksir będący bronią na poziomie Mistrza Eliksirów?
Zanim wszystkie słowa wyszły z jego ust, całe pomieszczenie uczniów – w tym Neville – wybuchli śmiechem. Nawet Dumbledore ukrył chichot za uprzejmie uniesioną dłonią.
Bones i jej aurorzy nie przyłączyli się do ogólnej wesołości. Bones, ponieważ wciąż analizowała Sytuację, a faceci, ponieważ wciąż byli czuli na nastrój szefowej. Poza tym, intuicja Bones brała górę zbyt wiele razy w przeszłości, nawet w sprawach, które wyglądały na bardziej oczywiste niż ta.
- Ty mogłeś go stworzyć – zasugerowała Bones, gdy tylko chichoty ucichły. – Jesteś Mistrzem Eliksirów. Mogłeś zmienić miksturę chłopca lub wymieszać ją w jakiś inny sposób, żeby przekształcić ją w trujący eliksir.
- Rozumiem – mruknął Snape. – I przypuszczalnie byłem zajęty tymi sztuczkami pod magicznym okiem aurora Moody’ego? Przypuszczalnie nie zauważył, ponieważ śnił na jawie? Albo może tak mnie lubi, że poczuł, że może odpuścić ze swoją „stałą czujnością” w mojej klasie? – zapytał sarkastycznie.
- Więc jakie jest twoje wyjaśnienie na te wydarzenia?
- Jako że nie jestem na pani liście płac, rozumiem, że nie muszę oferować swoich wyjaśnień – odparł zimno Snape. – Jednak, zaznaczyłbym, że dobrze wiadomo, że uczniowie robią sobie nawzajem żarty, wrzucając różne rzeczy do eliksirów innych. Jak powiedziałem, nie mogę sobie wyobrazić, że miałaby pani poważnie przesłuchać każdego ucznia z klasy.
Draco, obserwując tą wymianę zdań tak dokładnie, jak reszta klasy, przewidywanie zareagował na tą prowokację.
- Mój ojciec nigdy nie pozwoli na coś takiego! – ogłosił arogancko, każdym swoim malfoyowskim calem.
- Mój też nie! – zgodziła się ostro Pansy.
- Nie sądzę, żeby moi rodzice chcieli, żebym była przesłuchiwana! – zawołała z niepokojem Parvati Patil, zachęcając Lavender Brown do głośnej zgody.
Kiedy Ślizgoni i Gryfoni zaczęli potakiwać, Bones zdała sobie sprawę, że byłoby politycznym samobójstwem, popychać sprawę dalej – i było mało prawdopodobne, że wyjdzie z tego coś pożytecznego. Spojrzała na Moody’ego, milcząco pytając, czy widział, by Snape co zrobił.
Siwy auror potrząsnął głową i, wiedząc, jak mężczyzna nienawidzi Snape’a, zaakceptowała to i zdecydowała się na wdzięczny odwrót. Mimo wszystko, nie była zdenerwowana rezultatem. Kolejny martwy śmierciożerca – i do tego zdrajca Potterów – był powodem do świętowania, a przy tym idiocie, Knocie, w biurze, nie wspominając o Voldemorcie, który kręcił się nie wiadomo, gdzie, cieszyła się, że szczurzy animag jest bezpiecznie martwy.
Mimo to, należało przestrzegać poprawności, zwłaszcza przy reporterce, dokumentującej całą sprawę i skandalu Syriusza Blacka, który sprawiał, że wszyscy byli świadomi, co mogło się zdarzyć, kiedy nie przeprowadzono sprawiedliwego procesu.
- To wydaje się być wypadkiem – stwierdziła. – Chwycenie chłopca Potterów udowodniło jego zgubę – chyba jest w tym jakaś poetycka sprawiedliwość. – Spojrzała na Harry’ego. – Wszystko w porządku, młody człowieku?
- Tak, pani Bones – powiedział uprzejmie Harry, ale kobieta zauważyła, że kilka dzieciaków, złączając to jednego z synów Artura Weasleya i wnuka Augusty Longbottom, przesunęło się, by otoczyć go w obronny sposób.
- Możemy dziękować Merlinowi, że żadne z dzieci nie zostało ranne – powiedział uspokajająco Dumbledore. – Wypadek z eliksirem tym właśnie jest: śmiertelnym wypadkiem. – Klasnął w dłonie. – A teraz myślę, że to najwyższy czas, by uczniowie pobiegli na kolejne zajęcia. W tych okolicznościach, nagroda będzie musiała być anulowana, nie zgodzisz się, Severusie?
- Niestety, tak – odpowiedział spokojnie Snape.
Dzieci, zauważając rozkazy, gdy je usłyszą, nawet jeśli są łagodnie sformowane, zebrały swoje książki i zaczęły wchodzić jeden za drugim, szeroko omijając kałużę szlamu i chrząstek, którą był Pettigrew.
Harry zatrzymał się przed opiekunem, żeby spojrzeć w ciemne i bezdenne oczy mężczyzny.
- Biegnij, Potter – powiedział stanowczo Snape, ale dłoń, która opadła na ramię chłopca była łagodna. – Widzimy się dziś wieczorem w moich kwaterach.
Harry odprężył się i skinął głową, podążając za Hermioną i Ronem za drzwi.
- Remusie, może odprowadzisz panią Skeeter do mojego biura, żeby mogła zafiukać do gazety? Jestem pewny, że ma przed sobą pracowite popołudnie – powiedział Dumbledore, migocząc oczami.
Skeeter nawet nie podniosła wzroku, gdy Remus łagodnie chwycił ją za ramię i skierował ją do drzwi; była zbyt zajęta dyktowaniem historii swojemu automatycznemu pióru. A takim tempie, będzie faworytką na Dziennikarza Roku!
- Dowidzenia, dyrektorze. Dowidzenia, profesorze. – Każdym calem właściwego młodego czystokrwistego, Draco skinął uprzejmie głową, przechodząc przed nimi w drodze z klasy.
- Panie Malfoy – odpowiedział Snape neutralnym tonem. Wymienił szczególne, porozumiewawcze spojrzenie z chłopcem, którego poprzedni wybuch arystokratycznej arogancji był bardzo dogodny. Wyraz twarzy Draco nie zmienił się ani o jotę – Lucjusz dobrze go wyuczył – ale jego srebrne oczy zabłyszczały.
- Chwileczkę, panie Longbottom. – Snape zatrzymał krępego chłopca, gdy ostatni uczeń już wyszedł. – Biorąc pod uwagę fakt, że twój potencjał do nieumyślnych zniszczeń osiągnął nowy poziom – powiedział kwaśno – dziś skontaktuję się z twoją babcią i zasugeruję, żebyś natychmiastowo został zwolniony z regularnych zajęć eliksirów. Zamiast nich, podpowiem indywidualne nauczanie ze specjalnym rehabilitacyjnym programem eliksirów. Może indywidualna nauka, połączona z programem, który podkreśla bliskie połączenie zielarstwa i eliksirów, zapewni, że nikt więcej nie zginie podczas twoich zajęć.
Oczy Neville urosły z zachwytu.
- Naprawdę, proszę pana? Zrobi to pan? – Jego wzrok padł na panią Bones i chłopiec nagle stłumił swoją reakcję. – Eee, tak, proszę pana. Przepraszam, proszę pana. – Nie był w stanie ukryć szczęśliwego podskoku, gdy, ściskając Teodorę, wybiegł z klasy, mając nadzieję, że ostatni raz.
Shacklebolt, jako najmłodszy z obecnych aurorów, ponuro zaakceptował nieprzyjemne zadanie zebrania tego, co Moody nazwał „Pettibreją*”, a Bones i Moody byli gotowi do odejścia.
Pani Bones zatrzymała się w progu klasy i posłała Snape’owi spekulujące spojrzenie.
- Jeśli chodzi o moją siostrzenicę z twojej klasy – zaczęła powoli.
- Susan? – powiedział umiarkowanie Snape. – Świetna uczennica. Jestem pewna, że dobrze sobie poradzi w tym roku.
- Hymmm. – Wyraz twarzy Bones stał się jeszcze bardziej zamyślony, ale wyszła bez zbędnych słów.
Moody zaczął za nią iść, po czym zatrzymał się, zerkając to na Dumbledore’a, to na Snape’a. Niespodziewanie wyciągnął rękę i potrząsnął dłonią Snape’a, mówiąc:
- Słyszałem, że dobrze sobie radzisz z chłopcem Potterów.
Snape zamrugał nieufnie. Takie słowa od Moody’ego były niemal tak szokujące, jak przeprosiny Blacka.
- Zgodzisz się, że robisz konkurencję szczwanemu lisowi! – skomentował niejasno auror, po czym pokuśtykał za swoją szefową.
Dyrektor przez chwilę patrzył za starym aurorem, po czym posłał Snape’owi bardzo ostre spojrzenie. Mistrz Eliksirów beznamiętnie odwzajemnił spojrzenie i po chwili, Dumbledore westchnął.
- Mam nadzieję, że wiesz, że nie jestem wrogiem, mój chłopcze – powiedział ze smutkiem starszy czarodziej.
Snape skinął milcząco głową, ale pomyślał: Nie bycie wrogiem niekoniecznie oznacza bycie przyjacielem, Albusie. Powinieneś nauczyć się tego od Dursleyów.
Dumbledore westchnął ponownie.
- Czasami, mój chłopcze, martwię się, że wszystko widzisz w czarnych i białych barwach. Pamiętaj, proszę, że wszyscy zasługujemy na miłosierdzie. – Z ostatnim spojrzeniem na Shacklebolta, który ostrożnie sprzątał ostatniego ze zmarłych Gryfonów, Dumbledore odszedł.
Snape piorunował go wzrokiem, patrząc za nim; to był długi, trudny dzień i byłoby miło, gdyby dostał trochę uznania za to, jak doskonale poradził sobie z tą całą sprawą. Ale co miałby oczekiwać od nie-Ślizgona?
Poza tym, Dumbledore był zbyt zaangażowany w pojęcie szczęśliwego zakończenia – największą słabością była odmowa przyznania, że niektórych nie da się odkupić, ani im pomóc… i należy działać z nimi odpowiednio.
Nikt nie wiedział lepiej od Snape’a, że odkupienie boli i wiele ludzi było chętnych, by zwiększyć ciężkość pracy i ból, jakich wymagało, nie ważne, czego chcieli i/lub mówili. Spojrzał ostro na pozostałości po Pettigrew. Niezależnie od priorytetów Albusa, Snape nie miał zamiaru ryzykować dobrobytu Harry’ego w nadziei, że ktoś, kto już udowodnił swoją wrogość, może wrócić z powrotem do Światła. Jeśli czyniło go to – wdzięcznie obdarowanego miłosierdziem dyrektora – hipokrytą, niech tak będzie. Był gotów zaakceptować tę etykietkę, jeśli to oznaczało, że Harry będzie bezpieczny.
Snape doskonale wiedział, że Dumbledore nie chciał śmierci Pettigrew, tak samo, jak jakiegokolwiek innego śmierciożercy – stąd zaufanie Zakonu na zaklęciach, które oszałamiały, ale nie zabijały. I dlatego nie miał zamiaru mówić Albusowi, jak wiele musiał knuć, żeby dzisiejszy „śmiertelny wypadek” miał miejsce. Ale jeśli dyrektor wyobrażał sobie, że Snape mógłby ochoczo pozostawić to oczywiste zagrożenie dla życia Harry’ego, naprawdę i niezaprzeczalnie był stary.
Snape obserwował beznamiętnie, jak Shacklebolt stara się wyzbierać Pettigrew do torby dowodowej. Kilka kawałków ściekało po bokach, ku ogromnemu obrzydzeniu aurora.
Dumbledore mógł być potężnym sprzymierzeńcem, ale tylko na warunkach Snape’a – nie jego własnych. Snape już dłużej nie mógł ślepo ufać dyrektorowi, nie tylko z powodu przeszłych błędów starszego czarodzieja – od Dursleyów do Syriusza – ale dlatego, że oczywistym było, że miał kompletnie inną opinię na temat tego, jak najlepiej przygotować i chronić Harry’ego przed nadchodzącą walką.
Snape wiedział, że wybrał dla siebie długą i samotną drogę, w której sam sobie był sprzymierzeńcem, ale z nikim innym ni mógł się podzielić tym wielkim obrazem. Nie ufał nikomu, że przejmie opiekę nad Harrym tak dobrze, jak on sam, nawet tym, którzy byli naprawdę oddani chłopcu, jak Syriusz, Weasleyowie czy pewnie nawet dyrektor. Nie, tylko on był skłonny zrobić wszystko, żeby chronić chłopca – nie ważne, czy to oznaczało bezlitosne wyeliminowanie takiego zagrożenia, jak Pettigrew czy odebranie Harry’emu pewnych wątpliwych przyjemności z dzieciństwa, takich jak naiwność w jego ostatecznej roli w upadku Voldemorta.
Mimo to, będzie warto, gdy ostatecznie, Voldemort zniknie, a Harry będzie żył. Może sobie teraz poradzić ze swoim sumieniem i zapłacić każdą pokutę, jaką będzie trzeba. Tak długo, jak Harry będzie żył, wszystko było warte.

CDN…


*w oryginale „Pettigoo”, gdzie „Goo” oznacza „gęstą i lepką substancję”

Rozdział SR będzie koło poniedziałku ;)

5 komentarzy:

  1. Ciężko musiało być zaplanować to wszystko. jak widać tylko podstępny ślizgon miał na tyle inteligencji by to zrobić.
    Pozdrawiam i życzę dużo sił do kolejnych tłumaczeń :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurde, to się nazywa ślizgoński plan.
    Pettibreja mnie rozwaliła, choć sam widok musiał być obrzydliwy.
    Czekam na kolejny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  3. aaaaa... Super rozdział. Ciekawie to wykombinowali. To jak Moody pogratulował Severusowi... - Genialne. Czekam na więcej.
    Ten plan był naprawde świetny, szkoda że Bones była tak dociekliwa, bo Remus musiał się tłumaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Yay!! Czyli jednak mieli przynieść zwierzaki!
    Ale... Fuj... To musiał być doprawdy ohydny widok...
    Za to "Pettibreja"... Hahaha!! :D
    W ogóle... Matko, tylko Ślizgon!! XD Zdecydowanie, na 100% tylko Ślizgon umiałby stworzyć taki plan!!! Choć może nawet tylko ten konkretny Ślizgon... ;D
    A co do wychowania Harry'ego... no cóż, tytaj wręcz muszę zgodzić się z Sevem - tylko on jest w stanie zrobić to jak należy... :)
    Już nie mogę się doczekać kolejnej części~!!!
    Życzę WENY, CZASU i CHĘCI do dalszego tłumaczenia (i do pisania też ;P)!!! Pozdrawiam!!
    ~Daga ^.^'

    OdpowiedzUsuń
  5. Rzeczywiście zbyt prosto poszło... Mam wrażenie, że to się nie skończy tak gładko, że Bones nie odpuści wątpliwości tak lekko - w końcu skoro ma taką intuicję, to nie da jej ona spokoju... Ciekawe czy będzie jakieś rozwinięcie tego wątku. No ale i tak najbardziej mnie ciekawi jak Severus będzie rozmawiał z Harrym po wszystkim, gdy już przyjdzie do niego wieczorem :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń