środa, 14 czerwca 2017

MNK - Rozdział 4 - Dawno temu


Harry nie chciał się ruszać.
Nieważne, ile razy jego przyjaciele próbowali powiedzieć mu, że powinien wejść do środka. Wolał zostać tutaj, z policzkiem przyciśniętym do zimnych źdźbeł trawy. Hermiona wciąż głaskała go dłonią po włosach; w końcu zdał sobie sprawę, że to jej ręce, kiedy zaczęła mówić miękkim głosem, starając się go uspokoić.
Ron też tam był; Harry od dłuższego czasu gapił się na niezasznurowane buty swojego najlepszego kumpla. W pewnym momencie usłyszał pana Weasleya, ale jeśli wciąż tam był to długo się nie odzywał.
Wszystko go bolało. Każdy pojedynczy mięsień. Nawet jego powieki pulsowały. Ale nawet gorszy od tego był ból wewnętrzny – tak głęboki, że Harry nie mógłby tego opisać.
Bolało bardziej, niż w dzień, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jego wujostwo go nie kocha. Bardziej, niż wtedy, gdy marzył o rodzicach. Nawet bardziej niż wtedy, kiedy myślał o pustych oczach Cedrica.
Syriusz odszedł.
I Harry wiedział, że już był martwy. Zabity na widoku, tak jak chcieli to zrobić zeszłego roku. Ta myśl przyniosła kolejną falę bólu i Harry nagle nie potrafił oddychać.
- Harry… - Przestraszony głos Hermiony rozległ się bardzo blisko jego ucha. Zamknął oczy, wbił palce w miękką ziemię i usiłował uciec od tego wszystkiego.
- Harry. – Usłyszał niski głos, znacznie głębszy od głosu Rona. A duża dłoń wylądowała na jego ramieniu, potrząsając lekko. – Harry, otwórz oczy.
Nie chcę.
Ale i tak to zrobił. Pan Weasley trzymał jego ramię tak mocno, że aż bolało.
- On jest bezpieczny, Harry. Syriusz jest bezpieczny.
Harry starał się to zrozumieć. Pan Weasley pochylił się do niego.
- Jest w Ministerstwie – strzeżony przez aurorów, ale całkowicie bezpieczny. Pani Longbottom właśnie wysłała wiadomość. Wszystko z nim w porządku. – Pan Weasley wciąż mówił tym samym, cichym głosem. – Wszystko będzie dobrze. – A potem odsunął się, z czego Harry był zadowolony, ale tylko przez sekundę, aż pan Weasley powiedział drżącym głosem: - Ron, podaj mi rękę. Harry, musisz usiąść – powiedział stanowczym głosem, kiedy ponownie odwrócił się do Harry’ego. – A potem muszę zabrać cię do domu.
Harry pozwolił, żeby go pociągnięto. Hermiona wzięła go za rękę, gdy stawał. Ktoś inny wziął drugę; odwrócił głowę i zobaczył koło siebie Ginny.
- Chodź, stary – powiedział Ron dziwnie miękkim głosem. Ginny pociągnęła go do przodu i bardzo powoli pokonali drogę powrotną do krzywego domu. Czekali na nich bliźniacy i pani Weasley. Kobieta natychmiast owinęła dużą kołdrę wokół ramion Harry’ego, mrucząc nonsensowne słowa. Wprowadziła Harry’ego do środka, gdzie bezzwłocznie usadziła go na jednej z kanap w salonie i włożyła mu w dłonie wielki kubek miętowej herbaty.
Długo nikt nic nie mówił. Dopiero chrapliwy głos przełamał ciszę.
- Jak mogliście zgodzić się, żeby mu pomóc?
Harry nawet nie zauważył profesora Lupina. Siedział na najdalszym krześle, spowity przez cień, z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Ponieważ – powiedziała pani Weasley, - Harry go potrzebuje.
Lupin uniósł wzrok.
- Nie będzie w stanie pomóc Harry’emu, jeśli ześlą go z powrotem do Azkabanu. Albo – powiedział głosem grożącym załamanie, - jeśli przekażą go dementorom.
Herbata wylała się bokiem kubka Harry’ego, gdy jego dłonie zaczęły się trząść.
- Powiedzieliście… - Nie potrafił skończyć. Pani Weasley owinęła rękę wokół ramion Harry’ego.
- Nie został przekazany dementorom – powiedział pan Weasley, patrząc na Harry’ego uważnie. – Będzie miał proces.
- A co jeśli uznają go za winnego? – zapytał Lupin, przyciągając uwagę wszystkich. Harry widział, jak jego ręce drżą. Lupin mocno je zacisnął. – Jeśli Dumbledore wiedział, co Syriusz zamierza zrobić…
- Dumbledore pozwolił Harry’emu mieszkać w komórce przez dziesięć lat!
Harry wzdrygnął się na ostre słowa pani Weasley.
Lupin zamknął oczy.
- Wiem – powiedział z nierównym oddechem. Ból w głosie profesora sprawił, że jego własny ból niemal wymknął się spod kontroli. Harry zacisnął zęby tak mocno, jak tylko mógł.
- Harry, pij herbatę – powiedziała łagodnie pani Weasley. – Prawie zamarzłeś.
Harry postawił swój kubek jednym szybkim ruchem.
- Mogą to zrobić? – zapytał, nie dbając o to, że jego głos jest nabrzmiały od łez. – Nasłać na niego dementorów, jeśli nie wygra?
Cisza była wystarczającą odpowiedzią. Pochylając się nad kolanami, wbił palce w oczy. W głowie mu się kręciło, a gwiazdy przysłoniły wzrok.
- Dlaczego? – krzyknął. – Dlaczego to zrobił?
- Nie było innego wyjścia – powiedziała pani Weasley, zaczynając przeczesywać jego włosy dłonią. – Kocha cię zbyt mocno, by zostawiać cię z tymi ludźmi. Tak, jak my wszyscy, Harry.
Harry mógł tylko pokręcić głową.
Dlaczego oni nie rozumieli? Nawet już nie spał w tej głupiej komórce. I zawsze zdołał znaleźć sobie trochę jedzenia, prawda? I nawet, jeśli wuj Vernon próbował go udusić – i nie obchodziło ich, czy Dudley złamał mu każdą cholerną kość, to nie miało znaczenia.
- Nawet mnie nie zapytał – powiedział w swoje dłonie. – Powiedziałbym mu, że nic mi z nimi nie jest. – Jego głos się złamał. – Nie musiał tego robić.
- To co mówisz to nie prawda – powiedziała w końcu Hermiona, a jej głos brzmiał tak, jakby klęczała przed nim. Harry spojrzał na jej dłonie, które położyła mu na kolanach i próbował powstrzymać łzy, które nie ucichły.
- To prawda – odetchnął, a łza ześlizgnęła się po boku jego nosa. Otarł ją.
- Nawet cię nie karmili – powiedział Ron gdzieś ponad nim.
- Harry, kochanie, proszę, spróbuj zrozumieć…
Ale to oni nie rozumieli. Z radością pozbawiłby się jedzenia, chętnie upchnąłby się do komórki, gdyby to mogło utrzymać Syriusza z dala od Azkabanu.
Albo czegoś gorszego.
Harry wstał nagle, musząc mocno walczyć z kołdrą, zanim opadła z jego ramion, a potem odwrócił się w kierunku drzwi, w połowie oślepiony gorącymi łzami, których nie chciał, żeby ktokolwiek widział.
Ktoś złapał go za ramię.
- Harry…
- Proszę – wyszeptał Harry, podnosząc rękę w kierunku klamki. – Proszę, po prostu zostawcie mnie samego.
Ręka pana Weasleya opadła z jego ramienia i nikt nic więcej nie powiedział; nikt nie próbował go ponownie zatrzymać. Czując się, jakby się dusił, Harry zatoczył się przez kuchnię, aż na podwórko za domem, nie zatrzymując się, aż nie dotarł do małego, skalnego murku, który zaznaczał koniec ogrodu. Jego tyłek zaprotestował, kiedy opadł ciężko i podciągnął do siebie kolana; drżał na ostrym powietrzu, bez względu na to, jak mocno przytulił do siebie nogi.
Nie pożegnał się.
Stał tam, jak głupi trzecioroczny, nie chcąc mówić. Nie chcąc oddać uścisku ojca chrzestnego.
Właśnie pozwolił Syriuszowi odejść. Bez słowa.
Harry przycisnął czoło do kolana, słuchając wycia wiatru.
Nie minęło dużo czasu, zanim pojawiły się kroki. Dwa ciała usiadły koło niego i wiedział bez patrzenia, że byli to Ron i Hermiona. Żaden go nie dotknął, żaden nic nie powiedział. Zwyczajnie siedzieli, czekając razem z nim.
^^^
Wezwanie przyszło, gdy słońce malowało horyzont na pomarańczowo. Harry wiedział to, ponieważ wciąż nie spał, siedząc w tym samym miejscu, gdzie duża, brązowa sowa przeleciała nad szopą. Pani Weasley w końcu przekonała wszystkich, by weszli do środka – Harry wszedł dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciele zasnęli tam, gdzie siedzieli; i że pani Weasley nigdy nie wejdzie do środka, jeśli oni tego nie zrobią.
Długo został w łóżku, słuchając rytmicznego chrapania Rona. Ale za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział dementorów. I zapadnięte oczy Syriusza. Na zewnątrz było łatwiej.
I chociaż widział sowę, nie mógł zgromadzić wystarczająco zainteresowania jej misją; albo zawartością grubej koperty, którą miała w dziobie. Wrócił, by oglądać wschód słońca.
Po chwili usłyszał skrzypnięcie tylnych drzwi, obserwował, jak Lupin wychodzi i zatrzymuje się, gdy napotyka na spojrzenie Harry’ego. Ale potem z westchnięciem, które przeszło przez całe jego ciało, Lupin podszedł do niego i usiadł na niskim murku.
- Powinieneś komuś powiedzieć, że wychodzisz z domu. – Kiedy Harry nie odpowiedział, Lupin dodał cichym głosem: - Kilka minut temu wywołałeś małą panikę.
Harry wiedział, że powinien czuć się źle z tego powodu, ale tak nie było. Nie było sposobu, by czuł cokolwiek więcej. Więc patrzył na pomarańczowy odcinek na niebie i nic nie powiedział.
Lupin odchrząknął.
- Chwilę temu przybyła sowa. Widziałeś?
Harry przytaknął.
- Zostaliśmy wezwani do Ministerstwa – powiedział Lupin tym samym, dziwnym tonem. – Również Hermiona i Ron. Po to, żebyśmy zeznali, że widzieliśmy w zeszłym roku Petera Pettigrew.
Harry zamknął oczy, a jego pierś wypełniła bolesna ulga, na którą nie mógł sobie pozwolić.
- Czy Syriusz tam będzie? – Musiał zobaczyć Syriusza. Opracowywał sposób, w jaki ich poprosić, by puścili go wolno – albo jak dostać się do niego, gdyby odmówili.
- To nie będzie tradycyjny proces – odpowiedział Lupin w taki sposób, że Harry pomyślał, że ktoś ścisnął jego gardło. – Pani Longbottom próbuje złożyć zarzut bezprawnego uwięzienia grupie siedmiu członków Wizengamotu; to w istocie oskarżenie o przestępstwo. W czarodziejskiej tradycji siedem jest bardzo ważną liczbą. – Powolny oddech przerwał jego chaotyczne słowa, a potem powiedział bardzo miękko, - Nie wiem, czy Syriusz tam będzie.
I tak jakby nigdy jej tam nie było, ulga została wyrwana z piersi Harry’ego, pozostawiając tylko pustkę.
- Musimy… - Głos Lupina zniżył się i Harry był zadowolony z tego, że wciąż patrzył na złoto i róż przelewające się przez pomarańcz, zamiast na jego twarz. – Musimy tam być wcześnie rano.
Harry skinął głową.
- Harry, ja… - Harry podciągnął jeszcze mocniej kolana do piersi, ale Lupin i tak kontynuował: - Tak bardzo mi przykro, jeśli wydałem się nieprzychylny twojemu położeniu…
- To nie jest położenie.
- Nie – powiedział Lupin po chwili. – Wiem, że mógłbyś zostać z Dursleyami, gdybyś musiał. Syriusz też to wie.
Harry zacisnął usta, desperacko próbując powstrzymać kolejne łzy. Nie chciał o tym mówić. Nie o Dursleyach i nie o Syriuszu.
- Ale nawet gdybyś mógł, on nic chciał tego, Harry. Nie masz pojęcia, jak bardzo się o ciebie martwi…
- Nie powinien – powiedział Harry przez zęby, co było jedynym sposobem, by powstrzymać unoszącą się w jego gardle gulę.
- On nic nie może na to poradzić.
Harry poderwał głowę.
- No to powinien próbować – powiedział, a jego słowa nie były krzykiem tylko dlatego, że nie wystarczyło mu oddechu. Twarz Remusa była blada, oczy miały w sobie cień i były otoczone czerwienią i nic nie pomogła pustemu uczuciu.
- Harry – powiedział cichym szeptem, - nie chcę stracić Syriusza. Nie mogę go stracić, ale też wiem, że nie ma na świecie nic, co kochałby bardziej od ciebie. Jesteś jego rodziną, a to znaczy, że nie ma innego wyboru. Żadnego.
Harry mógł tylko potrząsnąć głową, chcąc rzucać obelgi i krzyczeć w odpowiedzi. Słowa Lupina tylko wszystko pogorszyły. Syriusz był jego jedyną rodziną, co znaczyło, że teraz Harry nie miał nic. Odwrócił twarz od niepokojących oczu Lupina.
- Harry… Przykro mi, że byłeś sam przez te wszystkie lata. Nam wszystkim… a mnie w szczególności – powiedział. – Powinienem był coś zrobić…
Harry pokręcił głową z namysłem i teraz spojrzał na swoje dłonie.
- Nie musi pan tego robić, profesorze. Nic mi nie jest.
- Remus – powiedział Lupin tak cicho, że Harry ledwo go usłyszał. I nie wiedział, jak odpowiedzieć na tą zachętę.
Lupin wziął drżący oddech, a Harry skulił się mocniej. Ale mężczyzna powiedział tylko:
- Pani Weasley chciałaby zrobić ci śniadanie.
Nie było szans, by splątany węzeł, który zastąpił mu żołądek miał zamiar współpracować, ale Harry wyprostował się. Razem z Lupinem wrócili do domu w ciszy.
Pani Weasley spojrzała na niego, gdy tyko przeszedł przez próg, a jej oczy były tak zmęczone jak Lupina. Pan Weasley nie wyglądał ani trochę lepiej. Wiedząc, że jest im coś winien, zajął miejsce, które wskazała mu pani Weasley i powiedział:
- Przepraszam, że was wystraszyłem.
- Nic się nie stało – rzekła szybko pani Weasley. Kilka razy przeczesała jego włosy.
- Rozumiemy, że potrzebowałeś być sam – dodał pan Weasley, siadając naprzeciw Harry’ego. – Jeśli tego potrzebujesz to jesteśmy tutaj i możemy porozmawiać… Mam nadzieję, że o tym wiesz.
Harry skinął głową, nie ufając swojemu głosowi.
- Wiem, że pewnie nie masz ochoty jeść – powiedziała pani Weasley, wracając do kuchenki, - ale będziesz potrzebować siły. Zrobię ci herbatę i tosty. Remus, ty też usiądź. Możesz mówić, gdy będziesz jeść.
Mówić? Harry spojrzał na oboje ostrożnie, nie chcąc kolejnej rozmowy jak tak, którą odbył na zewnątrz.
- Rada Siedmiu – powiedział pan Weasley bez wstępu, - będzie pytać cię tak długo, aż nie będzie zadowolona z odpowiedzi. Pani Longbottom nie wierzy, że którykolwiek z nich weźmie na ciebie poprawkę. Mogą być całkiem okrutni. – Powiedział tą część niepewnie, ale Harry nie czuł wstrętu. Nawet jeśli nie był tak odporny na złośliwe osoby, nie dbał o to, co robili tak długo, jak mógł pomóc Syriuszowi.
 - Co z innymi dowodami? – zapytał i nie spodobał mu się sposób, w jaki Lupin i pan Weasley wymienili spojrzenia. Przesunął palcami po podziurawionym drewnie i zacisnął je w pięści. – Musze wiedzieć.
- Są dwaj śmierciożercy, którzy zaoferowali swoje zeznania w zamian za wcześniejsze zwolnienie z Azkabanu – powiedział powoli pan Weasley.
- Jeden z nich otrzymał Znak Voldemorta tej samej nocy, co Peter – wyjaśnił Lupin, kiwając na panią Weasley, kiedy ta położyła przed nim talerz z jedzeniem. Harry zignorował swój talerz. – A drugi twierdzi, że był tam, gdy Peter… - Jego ręce znowu się trzęsły, ale i tak kontynuował: – … powiedział Voldemortowi, gdzie jest dom twoich rodziców.
Tym razem Harry nie potrafił powstrzymać nadziei, a jego mięśnie zaprotestowały, gdy wyprostował plecy.
- Ale w takim razie muszą się zorientować, że Syriusz nie jest winny!
Ale pan Weasley potrząsnął głową.
- Rada nie zgodziła się na wysłuchanie ich zeznań. Poza tym to tylko dowodzi, że Syriusz nie zdradził twoich rodziców. Nie udowodni tym, że nie zabił Petera z zemsty.
- Ale… trzynastu mugoli…
- Mogli być niewinnymi ofiarami przy pojedynku między Syriuszem a Pettigrew.
Harry spojrzał na niego.
Pan Weasley westchnął, a rysy jego twarzy pogłębiły się, gdy pochylił się do przodu.
- Tak prawdopodobnie będą przesłuchiwać – powiedział. – Inkwizytorzy muszą przeanalizować każdy szczegół. Chcę, żebyś był przygotowany, kiedy będą sprzeczać się o wszystko, co powiesz. Ponieważ na pewno to zrobią.
Całkiem zdrętwiały, Harry zawahał się:
- Ale… muszą być inne dowody.
- Pani Longbottom przeszukuje budynek ministerstwa, by znaleźć różdżkę Syriusza – powiedział pan Weasley, podczas gdy Harry obserwował, jak obraca kubek herbaty, jakby w jakimś nerwowym tiku. – Aurorzy, kiedy kogoś aresztują, zazwyczaj zatrzymują rzeczy osobiste więźnia.
Harry chciał tego nie słuchać, żałował, że może zgasić tą maleńką iskierkę nadziei.
- Żeby dowiedzieć się, jakie zaklęcia rzucił Syriusz? – zapytał.
- Prior Incantato – wymamrotał Lupin.
- Ale jeśli się dowiedzą…
- Nie ma na to gwarancji – przerwał mu pan Weasley łagodnie.
Żadnej gwarancji. Żadnych obietnic.
- A co z myślodsiewnią? – zapytał Harry bez emocji, gdy iskra kompletnie zgasła.
Oboje mężczyźni unieśli brwi ze zdumieniem, ale to pan Weasley zapytał:
- Skąd wiesz o myślodsiewni?
Harry położył dłonie płasko na stole, odpowiadając z niecierpliwością:
- Użyłem jednej w gabinecie Dumbledore’a. – Wydawało się, że był tylko niedopałek nadziei, mimo wszystko. Głupio, ale Harry nic nie mógł na to poradzić. – Uwierzyliby w to, prawda?
- Wspomnieniami można manipulować, choć to jest raczej trudne do osiągnięcia.
- To Rada rozstrzygnie, czy zostaną dopuszczone wspomnienia – dodał Lupin z ciężkim westchnięciem.
Harry odsunął swój talerz i nagle złość przewyższyła wszystko inne, co czuł.
- Więc nie ma prawie żadnych szans, by wygrał.
W kuchni nastała cisza. Nawet miękkie człapanie pani Weasley w tle umilkło.
Patrzył na swoje kłykcie, rozciągając napiętą skórę.
- Glizdogon był na cmentarzu – powiedział jakby do siebie. – Mogłem spróbować zabrać go ze sobą. Ale Cedric… - Nie kontynuował; nie było sensu.
Piegowata ręka spoczęła na jego pięści.
- Harry, pani Longbottom zrobi wszystko, co tylko może.
A co jeśli to nie wystarczy? Harry chciał to powiedzieć, jednak nie mógł.
- Chcę go zobaczyć…
Pan Weasley odchrząknął.
- Nie wiem, czy ci na to pozwolą.
Harry spróbował wyrwać rękę, ale pan Weasley zacisnął palce na nadgarstku Harry’ego i chłopak uniósł wzrok.
- Nie rozumie pan…
- Rozumiem – powiedział pan Weasley, jednak Harry’emu ciężko było mu uwierzyć; a jeszcze trudniej było mu odwrócić wzrok. – Rozumiem, czego chcesz, Harry, ale musisz pomyśleć, zanim zrobisz albo powiesz coś, co wszystko utrudni. Dla Syriusza – podkreślił miękko. – Albo dla Rady, żeby dostrzegli w tobie tylko dojrzałego młodego mężczyznę, którym wiem, że jesteś.
Harry zacisnął usta, przełykając dławiący dźwięk, który chciał mu się wymknąć i skinął głową z lekkim przygnębieniem. Mógł to zrobić. Dla Syriusza.
^^^
Było po obiedzie, kiedy Harry i reszta razem wkroczyła do Ministerstwa Magii. Zostali przywitani przez pomarszczoną, brązowowłosą wiedźmę, która odeskortowała ich do nieoznakowanych drzwi na niższe poziomy. Wskazała krzesła po obu stronach.
- Zostaniecie wezwani, gdy zajdzie taka potrzeba – powiedziała, nic więcej nie dodając.
- Dziękuję, Celisto – powiedział i tak pan Weasley. Celista skinęła lakonicznie, po czym wróciła w dół korytarza, a końce jej sukni szorowały marmurową podłogę.
- Tu, Harry – powiedziała Hermiona, wskazując na siedzenie obok siebie, ale Harry pokręcił głową i wcisnął ręce w kieszenie, chcąc tylko rozbić stateczne, drewniane drzwi będące na przeciwnej ścianie i zażądać widzenia się z Syriuszem.
Lupin jako jedyny też nie usiadł.
- Jak myślicie, kogo wezmą pierwszego? – wyszeptał Ron. Kręcił się na krześle, aż w końcu schował dłonie pod uda, by uspokoić nerwowe ruchy.
- Nie ma jak się dowiedzieć – mruknął pan Weasley cichym głosem, który nadal odbił się od wyrzeźbionych marmurów. – Staraj się nie martwić; jeśli się potrzebuje przerwy, należy powiedzieć o tym pani Bones, a ja będę tuż obok, jeśli będę potrzebny – któremukolwiek z was – dodał ze szczególnym spojrzeniem w kierunku Harry’ego.
- Augusta będzie w zasięgu ręki? – Przemówił Lupin pierwszy raz, od kiedy zaczęli się gotować w Norze.
- Tak.
Lupin skinął głową i odwrócił się. Harry patrzył, jak idzie w dół korytarza, po czym zawraca ostro, gdy dochodzi do kolejnych drzwi, przychodzi z powrotem i znowu idzie tym samym pasem. Harry przytulił do siebie ramiona, nie mogąc na to patrzeć.
I gdy już zaczął cicho błagać, by drzwi się otworzyły, tak się stało. Harry natychmiast pozwolił ramionom opaść do jego boków, a jego nogi się naprężyły.
Czarodziej, który nie wyglądał na dużo starszego do Harry’ego, wpatrywał się w korytarz, marszcząc swoje blond brwi. Ale potem jego spojrzenie znalazło Harry’ego i uśmiechnął się lekko.
- Harry Potter?
Nagle stało mu się ciężko mówić przez zaschnięte gardło, ale Harry zdołał wyskrzczeć:
- Tak.
Blondyn wyszedł na korytarz.
- Duncan Inglebee – przywitał się, wyciągając rękę. – Graliśmy w Quidditcha dwa lata temu – byłem pałkarzem Ravenclawu.
Harry wziął jego dłoń, kiwając głową, choć wspomnienie było mgliste.
- Byłeś całkiem dobry – powiedział Inglebee. – Och, i jesteś pierwszy. – Machnął w kierunku otwartych drzwi. – Ja za tobą.
Kroczenie na przód było trudniejsze niż powinno. Czując się tak, jakby jego stopy były zrobione z tego samego kamienia, co podłoga, Harry patrzył do przodu, ignorując spojrzenia swoich towarzyszy, które mógł na sobie poczuć i wszedł przez drzwi.
Kolejny korytarz był ciemny i pulsował magią. Widział tuż przed sobą światło, gdy krótki korytarz przechodził w pomieszczenie, otoczone wysokim murem.
Był to wielki pokój z wysokim sufitem i echem szeptów.
Nie był to pokój siedmiu osób.
Ale Harry’ego nie obchodziło to, ile osób jest w pomieszczeniu. Adrenalina napędzała go, a serce zaczęło wybijać staccato o jego żebra. Za niegościnnym murem był to najdziwniejszy pokój jaki kiedykolwiek widział. Ze środka w ogóle nie wyglądał na tak ogromny.
Był mały. Z siedmioma stolikami, siedmioma krzesłami w dziwnych konfiguracjach, wszystkie stoliki były połączone białą linią z podłogą. Przy każdym biurku siedział czarodziej lub czarownica, którzy patrzyli, jak Harry idzie w ich kierunku.
Pani Longbottom, stojąc na podwyższonym podium przy przeciwległej ścianie, stała tyłem do niego. Jeden z dwójki aurorów, stojących po obu jej bokach, powiedział jej coś do ucha i kobieta odwróciła się. Uśmiechnęła się ponuro w kierunku Harry’ego, po czym zrobiła krok w lewo.
Harry zamarł w połowie kroku.
Syriusz.
Siedział na drewnianym stołku z pochyloną głową. Ale Harry mógł skupić się tylko na łańcuchach, które wiązały ręce i nogi jego ojca chrzestnego.
- Gdybyś mógł stanąć na środku heptagramu, Harry – powiedział Inglebee zza niego. Jego głos odbił się echem w wielkim pomieszczeniu, głośny przez ciszę. Syriusz poderwał głowę.
- Harry? – Jego szept również wypełnił pomieszczenie, ale Syriusz zdawał się tego nie zauważyć. Szarpnął się krótko, jakby zamierzał wstać, ale auror trzymał rękę na jego ramieniu. Szare i wyczerpane oczy Syriusza zatrzymały się na Harrym. Jego twarz była wymizerniała i blada, a lęk wyryty był w każdej rysie. Próbował się uśmiechnąć, zapewne by złagodzić napięcie Harry’ego, ale to w ogóle nie zadziałało.
- Panie Inglebee – odezwał się głęboki głos, - proszę odeskortować pana Pottera do heptagramu.
Inglebee podszedł do Harry’ego, blokując mu widok na Syriusza i skinął na niego ręką, by ruszył do przodu.
Rozdarty, Harry podążył wskazaną drogą, chcąc znaleźć spojrzenie Syriusza, gdy tylko Inglebee zejdzie z drogi. Odetchnął głęboko, przechodząc przez białą linię, łączącą dwa biurka. Poczuł się tak, jakby został porażony prądem; jego skóra napięła się, włoski podniosły się, kłując go w ramiona.
- To nazywa się heptagramem – zaintonował głęboki głos, który, jak zobaczył Harry, należał do czarownicy o kwadratowej szczęce i z szarym włosami, przyciętymi bardzo krótko.Poprawiła monokl na jednym ze swoich oczu i wyjaśniła: - Każdy z nas siedzi na jednym z siedmiu punktów. Jest to wyjątkowo potężna, magiczna konfiguracja, którą poczułeś, gdy przekroczyłeś granicę. Kiedy zostajemy na tych punktach, inkwizytorzy dzielą więź, która nie może być zerwana, przez co nie możesz uciec, póki nie wyrazimy na to zgody. Jesteśmy tutaj – powiedziała, wskazując heptagram, - by ustalić, czy Syriusz Black został niesłusznie uwięziony. Czy zamierza pan pomóc nam w ustaleniu tego?
Czując się tak, jakby było to jakieś rytualne pytanie, Harry skinął szybko głową.
- Tak, proszę pani.
Pochyliła głowę.
- Więc usiądź.
Krzesło pojawiło się w miejscu, gdzie przed chwilą była podłoga. Gdy tylko Harry usiadł, poczuł kolejną przytłaczającą magię i zesztywniał. Zanim zdążył zareagować, krzesło odwróciło się tak, że siedział twarzą do czarownicy z szarymi włosami. Powiedziała formalnie:
- Nazywam się pani Bones. Proszę podać swoje imię.
Już nie mógł widzieć Syriusza. Musiał zmusić się do tego, by nie odwrócić się, kiedy wytarł wilgotne palce o nowowyprasowane spodnie – spodnie Syriusza. Nie chciał zamienić ich na ronowe.
- Harry James Potter.
- Panie Potter – powiedział kolejny głos, a krzesło Harry’ego odwróciło się ponownie. Tym razem stanął twarzą w twarz z czarodziejem, mającym krótką czarną brodę i olbrzymie okulary. Tuż za nim było podwyższenie Syriusza. – Jestem Roggins. Rozpoznaje pan mężczyznę na podeście? – zapytał okularnik.
- To mój ojciec chrzestny – odpowiedział Harry cicho, ponownie skupiając spojrzenie na Syriuszu. Jego mięśnie spięły się boleśnie, kiedy Syriusz ponownie uśmiechnął się lekko.
- Widziałeś go wcześniej?
- Tak.
- Kiedy?
Oczy Harry’ego wróciły do Rogginsa, który czekał cierpliwie na odpowiedź Harry’ego.
- Spotkałem go zeszłego roku. Tego samego dnia, gdy spotkałem Petera Pettigrew.
Wokół heptagramu nie było zaskoczenia. Nie było go też w oczach Rogginsa.
- Gdzie pan był, kiedy spotkał pan pana Blacka? – zapytał spokojnie.
- Oboje byli we Wrzeszczącej Chacie – odpowiedział Harry nieco ostro, ale Roggins zdawał się tego nie zauważyć.
- Co robiliście we Wrzeszczącej Chacie? – zapytał ochrypły głos. Krzesło Harry’ego przesunęło się w kierunku siwego czarodzieja, który wyglądał nawet starzej niż Dumbledore.
Przesłuchanie szło dalej, a Harry odpowiadał tylko tyle ile było konieczne, pozostawiając dla siebie większość szczegółów nocy przed pełnią.
- I oczekuje pan, że uwierzymy w tą historyjkę? – zapytał wysoki czarodziej, kiedy opisał już ucieczkę Pettigrew, a jego monarszy nos uniósł się z pogardą.
- Dlaczego miałbym kłamać? – wyrzucił Harry, bliski wybuchu. – Gdybym myślał, że Syriusz jest odpowiedzialny za śmierć moich rodziców, to chyba nie chciałbym, żeby był wolny, prawda?
Wysoki czarodziej uniósł czarną brew.
- Doskonała uwaga, panie Potter – zgodził się, przytakując. – Ale jeszcze bardziej interesuje mnie… - pochylił się do przodu z nagłym błyskiem w niebieskich oczach, - dlaczego chce pan, żeby Syriusz Black był wolny?
Harry spojrzał na niego, zaskoczony zarówno ustępstwem jak i pytaniem.
- Ponieważ jest niewinny – powiedział, przełykając ślinę, gdy odwrócił się do Syriusza. Miał zaplecione ręce na kolanach i Harry mógł wyraźnie zauważyć, że mięśnie na jego szyi i szczęce napinają się. – I ponieważ jest moim ojcem chrzestnym – powiedział cicho, odwracając się z powrotem do inkwizytora.
- Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że Syriusz Black miał zostać pana opiekunem w przypadku śmieci pana rodziców?
Krzesło Harry’ego zwróciło się powownie.
- Tak – powiedział niecierpliwie do kobiety z dzikimi włosami i która nie miała palca u prawej dłoni. Jaki sens miało to pytanie?
- I zdaje sobie pan sprawę z tego, że przejmie opiekę, jeśli zostanie uwolniony? – zapytała sztywno.
- Tak, proszę pani.
- Hymm.
A potem Harry ponownie zwrócił się twarzą do Rogginsa, nie dali mu czasu na zrozumienie znaczenia delikatnego chrząknięcia.
- Wychowałeś się z mugolami, prawda?
Harry zerknął na niego, nie rozumiejąc tej gry.
- Tak…
- I ci mugole trzymali pana w komórce, prawda?
Wargi Harry’ego rozszerzyły się ze zdumienia, ale Roggins nie pozwolił mu odpowiedzieć.
- Głodzili pana, tak? Czy również bili?
- To nie ma nic wspólnego ze mną?
Harry odwrócił głowę, jeszcze bardziej zaskoczony wybuchem ojca chrzestnego. Syriusz stał, strażnicy przytrzymywali jego ramiona, ale Syriusz nie zrobił żadnego ruchu w stronę heptagramu. Aurorzy i tak brutalnie usadzili go z powrotem.
- To nie jest istotne – powiedział ochrypłym głosem, kierując słowa w stronę pani Longbottom. Podniósł drżąca rękę w kierunku inkwizytorów, a jego łańcuchy zadzwoniły głośno. – Harry nie przyszedł tutaj by odpowiadać na pytania o swoich krewnych. A ja nie pozwolę…
- Pani Black – powiedział Roggins władczym tonem, - jest pan w takim położeniu, że nie może nas pan kwestionować.
- Choć pan Black ma rację, panie Roggins – powiedziała pani Longbottom, wyciągając rękę do ramienia Syriusza. – Dzieciństwo Harry’ego jest bez znaczenia.
- Ach tak? – zapytał Roggins cicho. – Można przypuszczać, że Harry Potter, chłopiec z tragiczną przeszłością, tak desperacko pragnie rodziny, że skwapliwie zaakceptuje nawet znanego mordercę…
- To nie prawda! – parsknął Harry,
- Która część, panie Potter?
- Wszystko! – Spróbował wstać, ale z siedzenia krzesła wypłynął trzask magii i przytrzymał go mocno w miejscu. – Syriusz nie zabił tych ludzi. A ja widziałem Petera Pettigrew na własne oczy! Tak samo jak Ron i Hermiona. I profesor Lupin…
- Wilkołak – powiedział czarodziej z zadartym nosem, siedzący najbliżej biurka Rogginsa. – I trójka dzieci.
Harry chwycił ramię krzesła.
- To nawet nie ma sensu! Syriusz nie zabiłby mugoli!
- Zemsta rzadko ma sens – powiedział cicho Roggins. – Czy kiedykolwiek myślałeś na zemście na swoich krewnych?
- Augusta – syknął Syriusz, podczas gdy Harry gapił się na inkwizytora.
- Panie Roggins, naprawdę muszę wnieść sprzeciw…
- Czy sprzeciwia się pan temu pytaniu, panie Potter? – zapytał Roggins.
Harry zacisnął szczękę.
- Nie, proszę pana – odpowiedział bez emocji. – Nie myślałem o zemście.
Roggins pochylił się.
- Ani razu? Nawet po tym, jak pana wuj złamał panu nadgarstek?
Harry zapatrzył się na niego.
- To był wypadek…
- Doprawdy?
Harry patrzył na cierpliwego czarodzieja, jego zatoki paliły i nie potrafił odpowiedzieć. Wrzucił mnie zbyt stanowczo do komórki.
- Czy było przypadkiem to, że popchnął pana na stół pełen szklanych ozdób?
Oddech Harry’ego stał się płytki i nagle chłopak poczuł zawroty głowy.
- Tak – szepnął. Właśnie odpychał mnie od Dudleya. Wyglądał na zaskoczonego, gdy zacząłem krwawić po całej kuchni.
- Ma pan po tym bliznę – powiedział miękko Roggins, a jego głos nabrał łagodnego tonu. – Czyż nie, Harry?
Harry wbił palce w dłonie i powiedział mocno.
- Tak.
- Przestań.
Ciche błaganie Syriusza odbiło się od ścian. Roggins spojrzał na niego, po czym zwrócił się do Harry’ego i zapytał:
- Mógłbyś nam pokazać?
- Nie!
Wszyscy inkwizytorzy odwrócili się na tą wykrzyczaną sylabę. Syriusz ponownie stał, jego łańcuchy wybrzmiewały dynamiczną kakofonię, gdy cały się trząsł. Aurorzy chwycili go za ramiona, ale wyrwał się im.
- Zostawcie go – powiedziała spokojnie pani Bones, a zawinięte w czerwień ramiona opadły do boków. – Panie Black, jeśli pan Potter nie ma obiekcji, proszę, żeby się pan uspokoił.
- Nie – powiedział ponownie Syriusz, dużo cichszej, ale z tą samą intensywnością. – Nie macie prawa go o to prosić, żeby go upokarzać. Sprzeciwiam się, bo on tego nie zrobi. Ponieważ myśli, że może mi pomóc.
Pani Bones przeanalizowała go.
- Czy to nie jest powodem, dla którego nas pan wezwał? – zapytała. – Żeby udowodnić swoją niewinność? Nie możemy tego zrobić bez współpracy pana Pottera.
- Musimy całkowicie zrozumieć jego motywację – powiedziała stanowczo wiedźma bez palca.
Harry został powstrzymany, kiedy ponownie chciał wstać.
- W porządku – powiedział szybko, ucinając kolejny protest Syriusza.
Jakie ma znaczenie to, czy pełny pokój nieznajomych zobaczy splątane blizny na jego biodrze? Czy miało znaczenie to, że nigdy nikomu ich nie pokazywał? Że był przerażony myślą, że musi je teraz pokazać?
- Harry, nie – powiedział Syriusz, a wszystkie jego mięśnie ponownie się napięły. – Nie musisz tego robić. – Odwrócił się z powrotem do pani Bones. – Proszę… Proszę, nie proś go o to.
- To nic takiego – powtórzył Harry, a jego słowa drżały, a twarz robiła się gorąca. – Ale nie mogę wstać – zaznaczył, gdy pani Bones przeniosła na niego wzrok. Zignorował ciepło biegnące w dół jego szyi. – Jeśli chcecie, żebym wam pokazał, muszę wstać.
Jej twarz złagodniała, choć nie był to do końca uśmiech.
- To nie będzie konieczne, panie Potter – powiedziała. Zerkając przez heptagram na Rogginsa, skinęła głową, - Dziękuję za współpracę. Może pan już iść.
- Co? Ale… - Reszta zdania została urwana, kolory pomieszczenia popędziły wokół niego, a potem Harry stał w korytarzu za nieoznaczonymi drzwiami.
- Harry? – Pan Weasley delikatnie wziął go za rękę i odwrócił. – Wszystko w porządku?
Harry spojrzał na niego, rejestrując, że był tam pan Weasley, ale to naprawdę nie miało żadnego sensu. Poległ. Musiał polec.
- Hermiona Granger? – zapytał przyjacielsko Inglebee.
- Tak…
- Proszę za mną.
Harry wysunął się z luźnego uścisku pana Weasleya, gdy drzwi się za nimi zamknęły. Nie uwierzyli mi.
- Harry? – Tym razem był to Lupin. – Czy na pewno wszystko w porządku?
Nie pozwolili mi porozmawiać z Syriuszem.
Nawet nie dali mi szansy zapytać.
- Tak – powiedział cichutko i odwrócił się, chowając się w ścianie. Nie było w porządku. Nie mógł nawet udawać przed samym sobą. Czuł się, jakby się rozpadał.
Rozbity jak szklane ozdoby. Na tysiąc bezużytecznych kawałków.
I nigdy już nie będzie całością



3 komentarze i wstawiam kolejny ;)

4 komentarze:

  1. Oh, kurde, jestem mega ciekawa jak to się zakończy. Czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super opowiadanie

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieje że szybko wstawisz następny rozdział już nie mogę się doczekać

    OdpowiedzUsuń