czwartek, 22 września 2016

IWR - Rozdział 10 - Klub James-Potter-jest-maniakalnym-dupkiem


Ostrzeżenie przed pijanymi, bredzącymi bohaterami ;)



- Wow, ale ten facet jest gruby. Jest totalnym całkowitym przeciwieństwem Lunatyka. Mówiłem wam, jak bardzo kocham Luniego? Jest taki chudy, zwłaszcza po pełni. Ale ma piękny tyłek. Najpiękniejszą pupę, jaką widziałem w całym moim życiu. Najlepsze pośladki na świecie. Cholera, szkoda, że go tu nie ma, bo mógłbym go bezwstydnie wymacać.
- Jak dużo Ognistej wypiłeś, Łapciu? Nudzi mnie już słuchanie, jak gadasz o Lunatyku. Już niemal żałuję, że powiedziałem, że was kocham, chłopaki. – Wydawało się, że świeże powietrze polepszyło stan Petera. Nie był tak pijany, jak zdawał się być kilka chwil temu.
- Jestem pewny, że już kiedyś widziałem tych ludzi. James, znasz ich? Pamiętam, że już ich raz widziałem. Luni chyba też wtedy ich widział. Zawsze z nami jest. Jest moim partnerem, rozumiecie – bełkotał czarnowłosy animag.
James znał tych ludzi. Wszystko było tak zamazane, jakby jego oczy zdecydowały wyjechać na wakacje, bez wcześniejszego powiadomienia go o tym. Gdyby mogły wyrazić się w kilku słowach, pewnie wysłałyby mu list w stylu:
Wrócimy za kilka godzin. Przywieziemy ze sobą przyjaciela – prawdopodobnie ostry ból głowy.
Kochamy,
Twoje Oczy.
- Vernon, powinieneś wrócić do auta. Nie mam do nich zaufania – wyszeptała koścista kobieta.
Czterej chłopcy byli już dwie lub trzy stopy od auta.
- Hej ho! – pomachał skwapliwie Frank. Nadal był tak pijany, jak irlandzki krasnoludek.
Gruby mężczyzna, zdający się nazywać Vernon, podniósł się z jezdni i skrzyżował ramiona na piersi.
James w końcu zrozumiał, kim byli ci ludzie. Odwrócił się do Syriusza.
- To okropna siostra Lily z jej mężem! Powinniśmy odejść zanim nas zobaczą – szeptał. Cóż, myślał, że szepce. Zdecydowanie wszyscy usłyszeli komentarz.
Vernon zarumienił się mocno na twarzy. Z drugiej strony Petunia wyglądała na całkowicie oburzoną.
- Och, rozumiem – dodał Frank tym samym szepczącym tonem, co James. – Więc powinniśmy uciekać. Zdecydowanie nas nie zauważyli.
- Wy mali… - zaczął Vernon, popychając Franka. – Nie ważcie się do nas mówić. Z pewnością was nie znamy. Powinniście w tym momencie zejść mi z oczu.
Petunia wyszła z auta. Była ubrana w czerwoną sukienkę. Mogłaby być piękna, gdyby nie była tak chuda.
- Macie się nie mieszać w nasze sprawy. Myślałam, że jasno to wyjaśniliśmy.
- Twoja przyrodnia siostra jest absolutnie wspaniała, James – dodał Frank, klepiąc Jamesa po plecach. – Jest tak piękna jak ta dziennikarka z proroka… jak jej to? Wiesz, o kim mówię?
Vernon wyglądał groźnie z zaciśniętymi pięściami. Frank, który zwykle był łagodny jak szczeniaczek, przygotował się na oddanie Vernonowi, gdyby gruby mężczyzna próbował go uderzyć. Napięcie było aż wyczuwalne w powietrzu. Petunia była przerażona. James zrobił to, co uważał za najlepsze w takim momencie. Zdecydował wyczyścić okulary rąbkiem koszuli. Z drugiej strony Peter zdecydował zająć się sytuacją. Pobiegł prosto na koniec ulicy i wrócić z innym mężczyzną. Vernon szybko wziął się w garść, zauważając nowego przybysza.
- Coś nie tak, panowie? – zapytał policjant, którego przyprowadził Peter.
- Nic, czym trzeba by było się martwić, proszę pana! Nawet nie musimy tu być. Ja i moja żona eee… odjeżdżamy. Zatrzymaliśmy się tylko, by porozmawiać z tymi ludźmi – odpowiedział z niepokojem Vernon, uśmiechając się jak zdechły szczur.
Policjant spojrzał poważnie na Petunię, która przytaknęła wszystkiemu, co powiedział jej mąż.
Sytuacja mogłaby być w ten sposób rozwiązana, czterej pijani czarodzieje poszliby spokojnie do domów, podczas gdy okropna szwagierka Jamesa pojechałaby w swoją stronę ze swoim ogromnym mężem. Nic złego by się nie stało. Cóż, póki Frank nie zaczął śmiać się histerycznie i próbował przytulić policjanta.
- Hej! Lubię cię! - dodał, chwytając mężczyznę za ramiona.
- A ja zdecydowanie nie - powiedział Syriusz, krzyżując ręce na piersi niczym pięciolatek.
Nieszczęśliwie dla Franka, policjant nie był zbyt zadowolony z bycia dotykanym przez innego mężczyznę. Zwłaszcza przez pijanego.
XxX
- Nie mogę uwierzyć, że zamknął nas w więzieniu!
- Powinniśmy robić takie rzeczy częściej, chłopaki! Uwielbiam spędzać z wami czas!
- Chyba zgubiłem okulary…
- Chciałbym, żeby był tu teraz Luni… Użyłby swojego imponującego słownictwa i zahipnotyzował tego nieprzyjaznego faceta w brzydkim ubranku i byłby tak zdziwiony, że wkrótce by nas wypuścił. A potem mógłbym bezsensownie pieprzyć mojego wilczka do nieprzytomności na każdej możliwej powierzchni.
- Dlaczego mówisz nam takie rzeczy? Nie lubię myśleć o twoim życiu seksualnym, Syriuszu. A teraz, jeśli wszyscy się zamkniecie, chyba znajdę łatwy sposób na opuszczenie celi.
- Cóż, mówię wam o tym, bo mogę. Zwyczajnie mogę!
- Jaki jest plan, Peter? Mam nadzieję, że nie wiąże się z nim dobry wzrok, czy coś w tym stylu, bo zdecydowanie nie będę w stanie pomóc…
- Nie, tylko trochę wygadania…
XxX
Była cholerna trzecia nad ranem i maniakalnie dzwonił telefon… Lily z chęcią zabiłaby kogoś.
Po prostu to wiedziała.
- JEST TRZECIA I PRÓBUJĘ SPAĆ! – krzyknęła rudowłosa, gdy w końcu zdecydowała odebrać telefon.
- Wiem, Lil! Tu hahaha… Tu Syriusz. Wszyscy jesteśmy kompletnie pijani!
Spojrzała wściekle.
- WIĘC POWIEDZ JAMESOWI, ŻE CHCĘ SPAĆ I ZABIJĘ GO, GDY WRÓCI DO DOMU, BO BYŁAM NIESPOKOJNA, JAK KRÓLIK PRZEZ 4 GODZINY. NIENAWIDZĘ. WAS. WSZYSTKICH.
XxX
- Co powiedziała?
- Twoja żona niezaprzeczalnie mnie lubi. Martwiła się i powiedziała, że zabije cię, gdy wrócisz. Chyba powinieneś tu zostać. Przyjdę cię odwiedzić. Obiecuję.
XxX
Ponownie ten dźwięk. Był rzeczywisty czy nie? Remus nie wiedział. To mogła być tylko część jego snu. Może Syriusz wrócił z baru. Wiedział tylko, że sen był dziwny. Był tam, leżał w czymś, co niezaprzeczalnie przypominało miętowe lody z kawałkami czekolady. Trzymał w ramionach różowe zawiniątko. Była tam Lily, wisiała nad  nim z watą cukrową. Syriusz robił aniołki w śniegu – cóż, raczej w lodach, - w kremowej, lepkiej substancji.
Nie powinien jeść tych czterech pudełek lodów, które były w lodówce…
XxX
- Wciąż nikt nie odpowiada…
- Peter, jest czwarta nad ranem. Prawdopodobnie śpi. Prawdopodobnie śpi jak śliczny aniołek…
- Owłosiony, niebezpieczny i ciężarny aniołek…
- Może cię zdradza…
- James, nie jesteś już dłużej moim bratem. Dołączę do klubu Lily. No wiesz, tego „James-Potter-jest-maniakalnym-dupkiem”. Chcesz dołączyć, Frank? Rekrutujemy nowych członków…
XxX
To było absurdalne. Była dopiero piąta nad ranem, ale Maggie Pettigrew już była w swojej restauracji. Uwielbiała zapach swojej kuchni o poranku. Próbowała zawiązać fartuch pod swoim dużym biustem, gdy zadzwonił telefon.
- Tu Maggie.
- Pani Pettigrew? Tu James. Bo widzi pani, stało się z nami coś dziwnego. Właściwie to całkiem zabawna historia.
XxX
Dla chłopca:
- Romulus-Remus Lupin-Black (Moja siostra mnie zabije).
- Nicolas-Alexander Lupin-Black (To mi się po prostu podoba).
- Jamie-Syriusz Lupin-Black (Nie muszę tego wyjaśniać, James i Syriusz to pokochają).
Dla dziewczynki:
- Daphnée Lupin-Black (Zbyt francuskie).
- Kasiopeia-Amelia Lupin-Black (Idąc w kierunku gwiezdnej obsesji rodziny Syriusza).
- Emeline-Lily Lupin-Black (Uwielbiam Lily).
Zdecydowanie trudno jest znaleźć imię dla dziecka, pomyślał Lunatyk. Zwłaszcza, kiedy się nie wie jego płci. Jeszcze trudniej było myśleć o tym, gdy twój chłopak, bliźniacza siostra i jedna z najlepszych przyjaciółek próbują pomalować pokój wspomnianego dziecka.
- Cholera, i to jest właśnie powód, dlaczego nie lubię chłopaków… - powiedziała Romulus, bliźniacza siostra Remusa, uderzając Jamesa w ramię. Romulus była całkowitym przeciwieństwem swojego brata. Była mugolką, nie była nieśmiała, często mówiła okropne rzeczy ludziom, których nie mogła znieść, nienawidziła książek, uprawiała sporty ekstremalne, mieszkała we Francji i czuła pociąg do dziewczyn.
- Cóż, gdybyś nie próbowała wybić mi ręki młotkiem, głowa Rogacza nie byłaby zakleszczona w tej chwili w koszu.
- MMMMMPHHH!
- Wiem, Rogaś, wiem!
- Według mnie to nie wygląda jak pokój dla dziecka. Vous êtes vraiment horribles avec la peinture*...
To była prawda. Pokój był fioletowy i miał dziwne plamy na ścianach, jakby ktoś chciał coś na nich namalować, ale całkowicie poległ.
- Możecie się przestać kłócić? Próbuję wymyślić imię dla naszego szczeniaka. I chyba James już nie może oddychać! Zgadzam się jednak z Romy, coś jest nie tak z farbą...
- CO? JESTEM ZDRADZANY PRZEZ MIŁOŚĆ MOJEGO ŻYCIA! WIEM, JAK MALOWAĆ! BLACKOWIE SĄ ŚWIETNI W TAKICH RZECZACH!
- Cóż, jest... Ahhhh - Wilkołak upadł na podłogę, gdy nagły, okropny ból chwycił go - a może nawet przeszył - w sam środek ciała.


*Naprawdę strasznie malujecie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz